| GrungeZone - numer 10 [marzec - kwiecien 2002] | ||
|
|
|
Recenzja: Pearl Jam - Yield Yield (zwolnij) jest kolejną płytą grupy Pearl Jam. Został wydany w 1998 roku i jest faworytką samego zespołu.
Sama zawartość muzyczna nie jest gorsza. Najwięcej na płycie do powiedzenia miał Mike McCready gdyż większość piosenek jest jego. Przypomnieć należy że znowu powrócono do teledysków. Ukazał się takowy do piosenki Do The Evolution oraz w ostatniej chwili zawieszony do Given to fly. Pierwszy ukazuje ewolucje ludzką oraz samoczynne dążenie do zniszczenia samego siebie, a drugiego nie widziałem :). No więc pierwsza piosenka z trwającego 48 minut i 36 sekund krążka nazywa się Brain of J. Fajny tytuł i fajna piosenka. Słowa ułożył Vedder a muzyke skomponował McCready. Następnie słyszymy początkowo spokojne rytmy Faithfull które nabierają tempa i siły by następnie przerodzić się w basową No way która moim zdaniem troche odstaje od reszty. A następnie pierwszy singiel(ku wielkiemu zdziwieniu muzyków to wytwórnia dała ten pomysł) Yieldowy czyli osławione Given to Fly(napisane przez uwięzionego w domu zasypanym śniegiem przez Mike'a). Naprawde fajna piosenka. Dobrze dopasowany wokal do muzyki. A następnie równie sławny i dobry Wishlist oparty na bardzo prostym i monotonnym(nie nudnym!) dzwieku gitary Veddera na uwagę zasługuje fajna solówka oraz zakończenie dające wrażenie że nasza lista życzeń jest nieskończona. Następnie wychodzi Pilate mojego ulubieńca pana Amenta superowego basisty. Póżniej Do the Evolution(w którym brak basu Jeffa) z wyplutym głosem. Został on dosyć puźno nagrany. Muzycy po nagraniu materiału zechcieli dorzucić na płyte trochę ostrzejszego brzmienia. Jak już wcześniej napisałem został do niego zrealizowany teledysk(w konwencji rysunkowej). Następnie song by Irons który jednak nie znalazł się na okładce ale noszący nazwe Red Bar. Po prostu dziwadło i paranoja(co nie oznacza że jest złe). Spróbujcie jednak go wyżucić z pamięci. Życzę szczęścia. Dalej MFC tłumaczone jako Many Fast Cars lub przez Stone'a jako Motherfuckers(krótko i zwięźle). Fajna żywa i przyjemna w słuchaniu piosenka. A następnie twór mojego faworyta Low Light("Wprost przeszedł mnie dreszcz, gdy po raz pierwszy podkładałem wokal do gitary Jeffa w Low Light, bo Low Light jest troche jak cukierek"-Vedder). Czy mr. A mógłby zrobić coś złego? Piosenka piękna i z klimatem i to niemałym. Heh jak on się czegoś dotknie. A dalej In Hiding(równierz z pod śniegu) też fajniackie z fajnym refrenem i gitarą. Dalej....chaos. Wciągnięta taśma, dzwonki, wiertarki...Wybuch, melodeklamacja, bas. Pomimo dziwnego opisu jest to super piosenka. W którym niski głos Veddera poszedł w dół jeszcze bardziej. A na koniec trochę Beatles'owski All those Yesterdays. Zostały tu użyte wszystkie możliwe wysokości głosu Veddera. A po nim secret track. Taka egzotyczna, żydowsko-cygańska mieszanka. Fajna. Podsumowując, Yield to bardzo dobra płyta. Można przy niej spędzać długie godziny bez cienia nudy. Dla lubiących oceny 8,5/10. Jedyne co mogę doradzić to kupić oryginał. Naprawdę fajna okładka i płyta ma większy klimat. Wcześniej miałem przegraną i to nie to samo. Nikt mi za te słowa nie zapłacił chociarz jeżeli jakiś wydawca by chciał to możemy pogadać :). I to już koniec. Został tylko No Code i prawdziwy smaczek Ten. Jeżeli ktoś go zrecenzuje to niech lepiej nie zasypia. Przecież mordercy są na każdym kroku:). Specjalnie sobie go na koniec zostawiłem. Betterman P.s:Dzięki za pomoc pannom Devi i Owieczce :) |