| GrungeZone - numer 10 [marzec - kwiecien 2002] | ||
|
|
|
Dawno temu w Seattle, czyli odkurzony Ogród Dźwięków Najpierw parę słów historii. Początki Soundgarden to zespół The Shemps. Tam właśnie w 1982 spotkali się basista Hiro Yamamoto i perkusista (tak, tak) Chris Cornell. Kiedy Yamamoto opuścił zespół, jego miejsce zajął Kim Thail. Po dwóch latach grupa rozsypała się, jednak współpraca Cornella i Yamamoto, rozpoczęta w The Shemps trwała. Do dwójki muzyków dołączył Thail, tym razem jako gitarzysta, i w ten sposób 3/4 pierwszego składu Soundgarden było w komplecie. W połowie 1985 Cornell zrezygnował z gry na bębnach i zajął się śpiewaniem. Na perkusji grał najpierw niejaki Scott Sundquist, potem - juz w 1986 - na jego miejsce wskoczył Matt Cameron. W takim składzie zespół przetrwał do 1989 roku, kiedy to miejsce Yamamoto zajął Ben Shepard. Soundgarden wydał kilka świetnych płyt z Badmotorfinger i Superunknown na czele, po czym w 1997 roku zakończył działalność. Był zespół, nie ma zespołu. Jednak kto wie, czy Soundgarden nie był jedną z najważniejszych grup ostatnich 15 lat. Gitarzysta zespołu, Kim Thail, zetknął ze sobą dwóch ludzi - Jonathana Ponemanna i Bruce'a Pavitta. Panowie zaprzyjaźnili się i wkrótce wspólnie założyli wytwórnię SubPop. Reszta jest historią. Co ciekawe, kiedy SubPop święcił największe sukcesy, Soundgarden już dawno nagrywali dla dużych wytwórni, najpierw SST, potem A&M. Zdrada ideałów? Utrata niezależności w zamian za pieniądze i kontrakty? A może raczej konsekwentne parcie do przodu, rozwój i chęć dotarcia do ludzi, do których płyty z niezależnej wytwórnia nie mogły możliwości dotrzeć? Tak czy inaczej, historię Soundgarden otwieraja dwa minialbumy - Screaming Life EP z 1987 i Fopp EP z 1988 oraz album Ultramega OK, również wydany w 1988 roku. Dwie pierwsze płytki ukazały się jeszcze w barwach SubPop, Ultramega OK została nagrana dla SST. Pierwsze, co rzuca się w uszy podczas słuchania tych starych nagrań Soundgarden, to brzmienie. Nie ma ciężaru Badmotorfinger, nie ma klarowności Down On the Upside. Są rozmyte gitary, pogłosy, co powoduje, że nawet z założenia cięższe numery - jak otwierający Screaming Life Hunted Down czy Nothing To Say - potęgą raczej nie powalają. Jednak więcej tu niż na następnych dokonaniach grupy kombinowania. W Entering mamy gęste granie na bębnach, deklamacje Cornella i zmiany dynamiki, Little Joe przynosi dziwne, rapowane wysokim głosem partie i orientalne zagrywki Thaila, Tears To Forget to wokalni chyba najbardziej agresywny utwór Soundgarden, Nothing To Say - gdyby nie brzmienie - miałby swoje miejsce obok Slaves&Bulldozers i New Damage na Badmotorfinger. Hand Of God rozpoczyna sie przemową jakiegoś kaznodzei, ciekawie się rozwija i brzmieniowo trochę odstaje - na plus - od reszty. Screamin Life i Fopp wydano na jednym kompakcie, ale gdyby nie daty, można by założyć, że to Fopp jest wcześniejszym dokonaniem Soundgarden. Tylko jeden własny utwór (Kingdome Of Come), w dodatku brzmieniowo surowizna jeszcze większa niż na Screaming Live (nie jest to poziom nagrań z jakiegoś podrzędnego domu kultury, ale do standardów daleko). Dostajemy jeszcze trzy utwóry - Swallow My Pride z repertuaru The Ramones i Fopp Ohio Players w dwóch wersjach. Swallow My Pride to utwór dość lubiany przez grunge'owców, na składance Hype! można posłuchać, jak ten kawałek wykonuje Green River. A Fopp, szczególnie w dubowym miksie, to jazda ciężka do zniesienia. Raczej ciekawostka niż powód do klękania przed głośnikami, choć nie ma wstydu. Pierwszy duży krążek Soundgarden jawi się nam jako dzieło równie zróżnicowane i zakręcone, co oba minialbumy. Dla uproszczenia można dokonać podziału na utwory dość oczywiste, dość zakręcone i dość niepoważne. Do pierwszej grupy zaliczyć należy otwierający albom Flower z orientalnym początkiem i motorycznym riffem, ostry All Your Lies, w którym jednak mieszanie i zróżnicowana dynamika daje się we znaki. Mood For Trouble, który zaczyna się - co ciekawe - mocnym nawalaniem w gitary akustyczne, jak na Soundgarden nie jest dość oczywisty, to bardziej nowofalowy niż hardrockowy numer, ale o dziwo jest jednym z mocniejszych punktów na płycie (te zwolnienia i pochody na basie..). Blues Smockestack Lightning' w wersji Soundgarden nie brzmi może jak czysty blues, ale zachwuje charakter, a Cornell śpiewa prawie jak na płycie Temple Of The Dog. Incessant Mace udowadnia, że Black Sabbath nie był obcy muzykom w Seattle. To tyle jeśli chodzi o numery dość oczywiste. Kategorię dość zakręconych - czyli takich, które nie są przyswajalne dla przytłaczającej części otumanionego popem społeczeństwa - otwiera Beyond The Wheel. Zamiast riffu mamy na początku pojedyncze uderzenia w struny, Cornell zaczyna niczym Peter Steel albo Nick Cave, by przejść powoli do nieosiągalnych dla przeciętnych wokalistów dźwięków, całości dopełniają tam-tamowe bębny i wywołujaca skurcz żołądka solówka. Circle Of Power to zupełnie szalony utwór - desperacja i punkowy czad, do tego wrzaski Cornella. He Didn't nieodpornych na dziwadła może doprowadzić do samobójstwa - zapętlona zagrywka Thaila, dziwolągi na bębnach. Jedynie śpiew jest w miarę normalny. Niezbyt oczywiste są też Nazi Driver i Head Injury. Ten pierwszy, gdyby był zagrany ciężej i precyzyjniej, od biedy mógłby momentami uchodzić za kawałek heavymetalowy, w drugim Cornell wyczynia cuda z interpretacją - śpiewa dziwnie, ale ciekawie. Całośc dopełniają utwory niepoważne - 665 i 667, w których puszczona od tyłu taśma ma pewnie stanowić satanistyczny element płyty i zupełnie poważna przeróbka utworu Two Minutes Of Silence Johna Lennona. Tutaj nazywa się One minute Of Silence, ale nie jest to cisza - coś tam się dzieje, słychać buczenie jakiegoś urządzenia, głosy itd. Osoby, które znają Soundgarden z Superunknown ewentualnie Down On the Upside, ostrzegam - pierwsze płyty zespołu nijak mają się do ostatnich pod względem brzmienia, przebojowości (jak byśmy tego słowa nie rozumieli), potencjału (tfu, tfu) komercyjnego. Co tu kryć - dla wielu przesłuchanie tych albumów (a najpierw ich kupienie w naszym pięknym kraju) może być sporym wyzwaniem. Kometa Mobil |