| GrungeZone - numer 10 [marzec - kwiecien 2002] | ||
|
|
|
Recenzja: Mob Rules - Temple Of Two Suns Utwory: 1. The Temple Fanfare;
Zapewne wielu z was po raz pierwszy słyszy nazwę tego zespołu. To wcale nie jest takie dziwne, ponieważ kapela jest bardzo słabo znana w naszym kraju. A szkoda, bo polscy dystrybutorzy czasami nie wiedzą co tracą. A w przypadku Mob Rules tracą sporo, choćby z tego względu, że pominęli jedno z większych objawień europejskiej sceny power metalowej ostatnich kilku lat... "Temple of Two Suns" to według mnie płyta progresywna w dziedzinie power metalu. Momentami słychać to bardzo wyraźnie. Posiada w sobie kilka ciekawych rozwiązań, z którymi spotkałem się po raz pierwszy. Jest bardzo melodyjna, piosenki szybko wpadają w ucho (nie wykluczone, że pojawią się oskarżenia o komercję, ale nie sądzę, przynajmniej tak nie uważam), są nowatorskie, nawet przebojowe. Muzyka jest lekka i przyjemna, dobrze zaaranżowana. Spokojnie można ją puścić rodzicom (nawet tym mocno wrażliwym na naszą ukochaną muzykę) i istnieje duże prawdopodobieństwo, że im również się spodoba! (moja mama jest zachwycona). Słychać w muzyce Niemców dużo optymizmu (mówię o muzyce, nie o słowach, które na swój sposób są power metalowe i do progresu zaliczyć ich za bardzo nie mogę). Podczas np. nocnego odsłuchiwania albumu, do głowy przychodzą miłe myśli, które świetnie uzupełniają się wraz z muzyką lecącą z słuchawek. Słucha się po prostu świetnie. Dobrze skomponowana linia melodyczna. Słychać instrumenty klawiszowe, smyczkowe oraz inne. Dobre partie gitary, eleganckie proste riffy, ładne solówki, nieprzeciętny wokal Klausa Dirks'a (od razu przypomniał mi się Europe, straszne podobieństwo) oraz odpowiednie tempo utworów. Wszystko to wpływa na muzykę bardzo pozytywnie. Utwory są zróżnicowane, zarówno pod względem ich szybkości, melodii (każdy jest inny, co znaczy, że nie są do siebie podobne...) jak i długości. Najdłuższe dwa mają sześć minut i nie ma w nich powolnego wprowadzania, od razu dobra muzyka, najkrótszy dwie i pół, który jest jednocześnie powitaniem na krążku i doskonale sprawdza się w tej roli. Nie będę opisywał tu każdego utworu osobno, bo nie ma to sensu, ale powiem tylko, że najlepsze według mnie to kawałki "Celebration day", "Flag of life", Unknown man" oraz... pozostałe (to informacja dla tych, którzy być może płytkę już znają). Obowiązkowo występuje ballada (podwójnie), która chyba jest do czegoś podobna, lecz miła w odbiorze. Więcej nie piszę. Kupcie płytę i oceńcie sami. Bardzo gorąco namawiam wszystkich heavy i power metalowców do zapoznania się z wyżej opisanym zespołem i ich płytą. Uważam, że warto wydać na ten kompakt ponad pięćdziesiąt złotych, bo to zwraca się i to z nawiązką w postaci zadowolenia z samego siebie z dokonania zakupu oraz wrażeń odnoszonych podczas odsłuchiwania. Mam nadzieję, że polscy dystrybutorzy w przyszłości będą mocniej promować takie perełki jak Mob Rules. Brak reklamy powoduje, że niektóre formacje odkrywamy przez przypadek lub wcale. A czasami są to naprawdę zespoły godne zwrócenia na nie uwagi, jak choćby grupa wyżej opisana. autor: Patryk Chyła |