Avatar
Uciekam....
Tak, uciekam ciągle...
Wiem o tym, lecz cóż począć
gdy brak już sił
do wiecznej ucieczki.
Biegnę...
Z myślą o lepszej przyszłości
podążam wciąż przed siebie
nie wiedząc co czeka mnie
za następnym zakrętem
Życia.
Krzyczę...
Krzyczę z bólu...
Długo, przeciągle
Czując ból ogarniający mnie
bezlitośnie,
To ból Anioła mego, czy ból
mój, własny?
Sam już nie wiem.
Słyszę szept...
To szept Anioła mego...
Czy to on mną kieruje,
czy zachowałem jeszcze
wolnej woli resztę,
albo tego co stanowi
moją tożsamość?
Dlaczego słyszę szept
tak głośny?
Spoglądam wewnątrz duszy,
tej, która kiedyś należała
do mnie...
W bezdennej otchłani
Potwora widzę.
Wydaje mi się, że zrozumiałem
rozprawę mędrca uczonego:
"Ten, który zbyt długo spogląda
w otchłań nieskończoną,
wkrótce sam zostanie przejrzany
przez bezdenną czeluść"
A teraz spogląda On na mnie.
Czy to Anioł czy Potwór?
Bestia tkwiąca we mnie,
czy Duch - Opiekun Wieczny?
Widzę jego uśmiech:
tak szyderczy i łagodny zarazem...
Widzę jego oczy:
czerń źrenicy i biel białek
Widzę jego dłonie:
Splamione krwią czerwoną,
lecz delikatne niczym u niewiasty.
Widzę jego skrzydła:
Śnieżną biel długich lotek,
zwieńczonych pyłem czarnym
niczym grafit...
Słyszę jego głos...
Tak słodki i uwodzicielski.
Nie rozumiem słów...
Czy to wołanie o pomoc?
Nie, to mój głos...
Krzyczę głośno,
Próżno oczekując pomocy...
Tylko On słucha w milczeniu,
śmiejąc się bezgłośnie
z cierpienia mego.
Milknę...
Lecz ból nie znika.
Nie znika również On
Skazując mnie na Cierpienie
Wieczne.
Czyż jednak Cierpienie Wieczne
od Wiecznego Potępienia
nie stanowi perspektywy lepszej?
|