Spis treści Świat Mroku

Fundacja


Ina, Błękitna Czarodziejka

Z akt miasta Farewell
Część druga - Demiurgowie Techniki

Motto: "Fabryka małp" Lady Pank

Nigdy nie mów do mnie "Percy"

Było to miejsce, które szeptało tysiącem głosów.
Pajęcza sieć kabli oplatała tron utworzony z czarnej, połyskliwej substancji.
Wykonane z tej samej materii macki pulsowały lekko, czule obejmując pogrążonego w ich delikatnym uścisku człowieka, ledwie widocznego zza splątanej koronki lśniących przewodów.
Skąpaną w chłodnym, bladoniebieskim świetle salę wypełniały dziesiątki osobliwych urządzeń i przedmiotów o niemożliwym do odgadnięcia przeznaczeniu, ale czarny tron najbardziej rzucał się w oczy.

Człowiek uniósł rękę. Kable poruszyły się razem z nią. Macki skurczyły się w bolesnym odruchu, tron wydał z siebie ciche kwilenie, przywodzące na myśl szczenięcy skowyt. Drobne wyładowania elektryczności przebiegły po całym urządzeniu. Powietrze zapachniało ozonem.
Człowiek opuścił rękę. Wszystkie przewody opadły i schowały się z sykiem, odsłaniając postać szczupłego, młodziutkiego chłopca, brunecika o kruchej, jeszcze niemal dziecięcej budowie ciała. Był odziany jedynie w krótkie spodenki, na jego skórze wyraźnie perliły się jednak kropelki potu. Wyglądał na wyczerpanego.

- Cholera. - powiedział, ocierając czoło. Jego twarz wykrzywił spazm bólu. - Pieprzona, cholerna cholera...
- Jak zwykle przemawia przez ciebie pomysłowość, Percy. - pomieszczenie wypełnił zmysłowy, kobiecy głos, dobiegający od strony futurystycznych, rozsuwanych drzwi.
- Nie mów do mnie "Percy". - burknął chłopak. - Nazywam się Percival, do jasnej cholery.

Odpowiedzią był perlisty śmiech.
Scarlet Prism podeszła do tronu, kołysząc biodrami z kocią gracją. Leniwa jak zawsze, znów przechadzała się po Konstrukcie w samym szlafroku. Nie zawracała sobie też głowy czymś tak zbędnym, jak uczesanie - jej jasne loki spływały wzburzoną kaskadą na ramiona. Percival wiedział, ze ta pozorna naturalność w wykonaniu Scarlet jest długo i wytrwale ćwiczoną umiejętnością. Jej sposób bycia czasem doprowadzał go do pasji, szczególnie w takich chwilach, jak ta.

- Mmmm, jesteś taki uroczy, kiedy się złościsz. -zamruczała Scarlet, muskając palcami jego brzuch.
Percival gwałtownie odtrącił jej dłoń.
- ZABIERZ TĘ RĘKĘ. Nie jestem twoją maskotką.
- Zły humorek, co? - zachichotała. - Czyżby Sieć nie była dziś dla ciebie przyjazna?
- Uhm. - chłopak powoli, ostrożnie zsunął się z tronu. Z trudem utrzymał równowagę. - Nieszczególnie przyjazna. Ale i tak dałem im nieźle popalić. Ech, jestem wykończony.
- Ja za to czuję się jak nowo narodzona...- Scarlet przeciągnęła się, ziewając cicho.
- Znowu się zrekonstruowałaś? - skrzywił się Percival. - Czy ty przypadkiem nie przesadzasz? Co tym razem skłoniło cię do zmiany ciała, pryszcz na nosie?
- Nie, zatrucie metylortęcią. - uśmiechnęła się Scarlet. - Sam widzisz, że miałam powody. Ale nie przyszłam tu po to, żeby zanudzać cię podobnymi drobiazgami...
- Tylko po to, żeby mnie molestować. - stwierdził chłopak.
- Rainmaker cię wzywa. - spoważniała, w jej głosie dało się słyszeć twarde nutki. - Powiedziałam mu, że zjawisz się w Purpurowym Gabinecie o piątej po południu.
- Niech spada na bambus. - zirytował się Percival. Schylił się, szukając obok tronu reszty swojego ubrania. - Mam lepsze zajęcia, niż wysłuchiwanie kazań tego nadętego bufona.
Scarlet Prism obdarzyła go chłodnym spojrzeniem.
- Jak nie, to nie. Zapomnij o konserwacji Bestii.
- No doobra. - westchnął chłopak ze znudzeniem w głosie. - O piątej, tak? No, to jeszcze mam trochę czasu dla siebie.

Percival założył koszulkę i tenisówki, po czym z wolna ruszył w kierunku drzwi.
- Gdzie idziesz, jeśli wolno spytać? - zawołała za nim Scarlet.
- Napsuć krwi Człowiekowi ze Stali. - chłopak wyszczerzył zęby w dosyć wrednym uśmiechu.
Scarlet obojętnie wzruszyła ramionami.
- Twoja sprawa. Ja tam nie będę zbierać cię z podłogi...

*****

Vigo Stein przypatrywał się chmurnym wzrokiem swojemu najnowszemu dziełu. Zawarty w obłej, srebrnej kopercie mechanizm wyglądał na luksusowy zegarek...i prawdę mówiąc, był nim. Mistrz nigdy nie może zapominać o podstawach. Pan Stein słyszał to zdanie bardzo często, jego trener powtarzał mu ową zasadę aż do znudzenia. Oczywiście jowialny i bezpośredni Herman "Herkules" Spearman nie wiedział, że jego pojętny uczeń stosuje się do niej także poza ringiem.

Vigo odrzucił natrętne myśli o swojej tożsamości poza Konstruktem. Dziś wieczorem wyłączy układ hamujący i wyjdzie na miasto. Będzie miał okazję posmakować życia, które na razie wydawało mu się bladym ciągiem obrazów. Teraz emocje nie miały właściwej barwy, strach i wzruszenie nie istniały, nawet wspomnienie o wczorajszej walce było jedynie rozmytym cieniem. Ale tak trzeba. Nie może zawsze być sobą, to oczywiste. Sprawiałby wtedy tylko problemy, sobie i innym. Tak więc najpierw skończy pracę w laboratorium. Później wróci do domu i znów na całą noc stanie się obiecującym kick-bokserem, takim, jak wszyscy ludzie, nie pamiętającym o swoim drugim życiu.

Vigo Stein, wysoki, muskularny mężczyzna o spojrzeniu zimnym jak stal wyglądał dosyć niezręcznie w otoczeniu dziesiątek delikatnych mechanizmów rozrzuconych w nieprawdopodobnym bałaganie po całym laboratorium. Ostrzyżony na jeża i ubrany w kraciastą marynarkę przypominał raczej ochroniarza jakiegoś VIPa. Potrafił jednak w ciągu kilkunastu minut złożyć komputer. Jego profesjonalizm nie podlegał dyskusji; co więcej, był również perfekcjonistą. Dlatego właśnie skonstruował ten zegarek. Styl był dla Vigo równie ważny w pracy z elektroniką, co w kick-boxingu.
Założył delikatne okulary w czarnych oprawkach, które bardziej zadawały szyku, niż poprawiały jego wzrok. Niewielki astygmatyzm właściwie w niczym mu nie przeszkadzał, ale okulary były częścią jego wizerunku tutaj, w Konstrukcie.

Od strony drzwi dobiegły go charakterystyczne, zgrzytające dźwięki.
- Fuchi. - powiedział, nie odwracając się. - Melduj.
Pająkowaty robot wielkości sporego rottweilera zamigotał światełkami umieszczonymi na korpusie i podbiegł do swojego pana. Poruszał się płynnie i z niewątpliwym wdziękiem; nie miał żadnych problemów z koordynacją ośmiu cienkich, chromowanych kończyn o matowym połysku. Jego skonstruowanie było kiedyś dla Vigo ciekawym wyzwaniem, ale teraz Fuchi pełnił tylko rolę użytecznego sługi.
- Pan John Rainmaker przyjmuje prośbę o przedłużenie terminu. - mechaniczne stworzenie miało przyjemny, choć bezosobowy głos. - Zgadza się z warunkiem uprzedniego dostarczenia siedemdziesięciu pięciu procent podanej ilości stopu.
- Powiedz panu Rainmakerowi, że nie wykonam zamówienia, dopóki nie dostanę stu procent. Jego żądania są fizycznie niemożliwe. - rzekł Vigo głosem nie mniej beznamiętnym, niż jego cybernetyczne dzieło. - Melduj dalej.
- Siostry Vincelli proszą o kontrolę ich systemu łączności. Podejrzewają obecność wirusa. Oskarżają Nieprzystosowanych.
- Powiedz im, że nie potrzeba wirusa, by uszkodzić ich system łączności, jeśli nadal będą przesyłać nim wysokoenergetyczne procedury. Postaram się zwiększyć przepustowość łącza, kiedy tylko zrealizuję obecne zamówienia. - rzekł Stein. Panny Vincelli zawsze uważały się za uprzywilejowane. Na dodatek nie znały się na elektronice. Vigo nie był w stanie powiedzieć, czy je lubi, czy nie; włączony układ hamujący zawsze sprawiał mu podobne problemy, chociaż pod innymi względami był przydatny. - Czy masz coś jeszcze do zameldowania?

- Tak jest. Percival Niven ma zamiar odwiedzić laboratorium. Poniósł porażkę w wyścigu z Nieprzystosowanymi. Jego niedojrzała psychika nakaże mu wyładowanie emocji w sposób, którego pan nie pochwali, z prawdopodobieństwem osiemdziesięciu pięciu procent, ryzykiem błędu alfa 0,0015. To już wszystko.
- Zabezpiecz najbardziej wrażliwe na uszkodzenie systemy. - polecił Vigo Stein. Nawet z włączonym układem hamującym czuł niejaką irytację na myśl o tym dzieciaku. Zastanawiał się, jak bardzo musiałby go nie znosić bez blokady. Chociaż prawdę mówiąc, czasami sam szukał jego towarzystwa. Brakowało mu tego uczucia, jednego z nielicznych dostępnych w Konstrukcie.

Pająkonogi robot zaczął metodycznie porządkować stosy chipów i plątaninę kabelków. Vigo popatrzył na niego z aprobatą. Byłby zadowolony z pracy swego cybernetycznego sługi...gdyby tylko mógł sobie na to pozwolić.

*****

Percival Niven wszedł do pracowni Vigo Steina lekkim krokiem, obojętnie żując gumę. Zdążył już nieco wypocząć, chociaż z całą pewnością nie stać go było teraz na przebiegnięcie choćby stu metrów. Kilka monitorów zgasło równocześnie z jego przybyciem, inne zamigotały ostrzegawczo. Dwa małe, beczułkowate roboty uprzątnęły kilka poniewierających się po podłodze oporników. Percival przeszedł mimo; uśmiechnął się krzywo na widok imponującej postaci gospodarza tejże domeny.

Schylony nad szerokim biurkiem Vigo dłubał ze skupieniem we wnętrznościach małego, okrągłego urządzenia, które najprawdopodobniej było zepsutym detektorem Energii. Zanurzył cienką szklaną pipetę w stojącej obok erlenmajerce wypełnionej ciemną, oleistą cieczą - roztworem nanomaszyn - i odmierzył do wnętrza detektora jedną kroplę. Percival wiedział, że Stein, jeden z najlepszych techników Iteracji nie wierzył automatycznym pipetom. Był bardziej precyzyjny niż one.

Przez chwilę chłopak zastanawiał się nad rozproszeniem uwagi Iteratora podczas wkraplania roztworu. Doszedł jednak do wniosku, że w ten sposób nigdy nie otrzyma tego, po co tu przyszedł. Odczekał więc chwilę, zanim się odezwał.
- Cześć, Vigo. Naprawiasz detektor Energii?
- Nie. - odrzekł Stein spokojnie, dalej grzebiąc w urządzeniu. Zawsze był bardzo spokojny, nieomal flegmatyczny. Percival uważał, że przypomina przez to Anglika.
- Więc co to jest? - zaciekawił się chłopak. - Przysiągłbym, że to detektor.
- I miałbyś rację. - rzekł technik. - Ulepszam go. - dodał, odkładając przyrząd na biurko. - W jakim celu tu przyszedłeś?
Tak, Vigo nigdy nie tracił czasu po próżnicy. Żadnych pogawędek, żadnych plotek. Liczyły się tylko konkrety. Co ten człowiek robił po powrocie do domu? Zapewne przeglądał tabele statystyczne. Albo naprawiał sąsiadce toster.

- Miałeś mi załatwić kapsułę. - przypomniał mu Percival. - Już tydzień temu.
Vigo skinął głową.
- Sprowadziłem ją od Inżynierów z Chicago.
Percival popatrzył na niego spod oka.
- Zaraz, ale chyba nie jest używana? Nie chcę kapsuły, wokół której unoszą się jakieś cudze myśli.
- Percivalu Niven. - Iterator utkwił w nim twarde spojrzenie. Przynajmniej nie mówił do niego Percy...jako jedna z dwóch osób w Konstrukcie. - Nowa kapsuła to duży wydatek. Nasze fundusze nie są nieograniczone, nie możemy trwonić ich na głupstwa. Wydawało mi się, że całkiem dobrze radzisz sobie w Bestii.
- Vigo, tłumaczyłem ci tysiąc razy i jeszcze do ciebie nie dociera. - jęknął Percival. - Dzięki Bestii włączam się do Sieci. Kapsuły potrzebuję do podróży po wymiarach alternatywnych.
- To ty nie rozumiesz. - odrzekł Vigo Stein, przyglądając się detektorowi. Nanomaszyny rozpełzły się po wewnętrznych obwodach; cieniutka, błyszcząca warstwa oleistej cieczy pokryła układy scalone. - Te twoje wymiary alternatywne nie istnieją. Są tylko inną manifestacją Sieci. Reszta to wynik autosugestii.
Percival z trudem powstrzymał wybuch złości. Przerabiali to już setki razy. Vigo Stein nie wierzył w podróże między wymiarami; traktował je trochę jak nieszkodliwe, ale kosztowne wariactwo. Każdą argumentację, nawet popartą dowodami odpierał powyższymi słowami. Nie zrezygnowałby ze swoich przekonań nawet, gdyby osobiście trafił do innego wymiaru.
- No dobrze. Nie istnieją. - zgodził się Percival. - Ale Bestia nie może ogarnąć pewnych aspektów Sieci. Nowa kapsuła nie jest niepotrzebnym wydatkiem.
- Używana posłuży ci równie dobrze, a poza tym kosztuje o połowę mniej. - zauważył Vigo. - Stoi w kącie pod pokrowcem.

Percival podszedł do pokaźnego, obłego kształtu skrytego pod płachtą niebieskiego materiału i odsłonił go. Kapsuła przywodziła na myśl dużą, błyszcząca truskawkę. Szyba z tworzywa przypominającego plexiglas formowała kabinę, taką, jak w nowoczesnych myśliwcach.
- Jest czerwona. - prychnął chłopak. - Chciałem srebrny metallik.
- Kolor nie wpływa na funkcjonalność. - stwierdził Vigo. Jasne, gdyby to od niego zależało, Konstrukt wyglądałby pewnie jak namiot cyrkowy. Byłby za to dużo tańszy.
Percival otworzył półokrągłe drzwiczki, zajrzał do kabiny i kontrolnie założył na głowę hełm, połączony z fotelem długimi przewodami.
- Wspaniale. - mruknął. - Pachnie jakąś babą.
Vigo popatrzył w jego kierunku, zdezorientowany.
- Mam dezodorant. - zaproponował.
Percival machnął lekceważąco dłonią. Wyjaśnianie, że chodzi mu o ślady osobowości poprzedniej właścicielki, którymi nasiąkła kapsuła byłoby w przypadku Steina raczej bezcelowe.
- Mniejsza z tym, po prostu przetransportuj mi to do barłogu. - określenie chłopaka na laboratorium, w którym znajdowała się Bestia weszło już w gronie Technokratów do użytku codziennego.

Vigo Stein pstryknął palcami, nie tracąc nic ze swego chłodnego spokoju. Kilka małych robotów porządkowych podjechało do kapsuły. Podniosły ją równocześnie, z różnych stron, po czym pospiesznie opuściły pracownię. Percival przypomniał sobie starą kreskówkę, w której mrówki podprowadziły bohaterom na pikniku koszyk z jedzeniem. Współpraca robotów wyglądała właśnie w ten sposób.
Wtedy właśnie w perwersyjnym umyśle chłopaka wykwitł pomysł odreagowania stresu dzisiejszego przedpołudnia.
- Hej, Vigo, a pożyczyłbyś mi może Fuchi?
Vigo Stein przyjrzał mu się uważnie. Niechętnie oddałby w ręce tego dzieciaka choćby niedawno skonstruowany zegarek, ale Fuchi raczej umie się bronić przed ewentualnymi próbami uszkodzenia...
- A po co ci Fuchi?
- Musi mi pomóc w zainstalowaniu kapsuły na miejscu, no wiesz, nie sięgnę do wszystkich wtyczek, a to jest bardzo precyzyjna robota. Bałbym się prosić o pomoc Scarlet, a profesor Yanagimachi na pewno nie ma czasu... - Percival łgał w żywe oczy, mając nadzieję, że Iterator, powszechnie znany wśród bywalców Konstruktu jako idiota emocjonalny, nie wyczuje kłamstwa.
Stein zmarszczył brwi. Zastanawiał się, czy chłopak ma jakieś ukryte motywy. Nie jest chyba na tyle głupi, żeby próbować zniszczyć robota. Może oczywiście próbować wykorzystać go do jakichś własnych celów, ale jeżeli Fuchi dostanie odpowiednio precyzyjne dyrektywy, dzieciak nie będzie mógł wydać mu żadnych niewłaściwych rozkazów.

- Fuchi. - przywołał robota. Cybernetyczny pajęczak wynurzył się zza stołu i zastygł nieruchomo w oczekiwaniu na dyspozycje swego pana. - Będziesz pomagał Percivalowi instalować kapsułę w jego laboratorium. Masz wykonywać czynności bezpośrednio związane z instalacją i nie przyjmować innych dyrektyw. - Vigo zastanowił się, czy tego rozkazu nie da się zinterpretować na opak, tym samym wprowadzając Fuchi w błąd. - Obszar działania obejmuje wyłącznie urządzenia elektroniczne konieczne dla uruchomienia kapsuły. Po zakończeniu pracy wróć tutaj w celu złożenia raportu.
- Zrozumiano. - rzekł robot.
- Doskonale! - zawołał Percival radośnie. Wszystko szło zgodnie z planem. - Nie masz pojęcia, jak mi to ułatwi pracę! Chodźmy, Fuchi!
- Tak jest. - zaszemrał posłusznie mechaniczny pomocnik.

*****

Wielka, okrągła sala konferencyjna była urządzona z pewnym gustem, wymagającym jednakże od obserwatora pewnego obycia, a nawet wysmakowania w tej dziedzinie sztuki, jaką jest projektowanie wnętrz. Najbardziej rzucała się w oczy stojąca pośrodku wielka kolumna, z każdej strony od góry do dołu "wytapetowana" monitorami, niczym jakiś nowoczesny Światowid. Ekrany tętniły życiem; każdy z nich mógł wyświetlać inny program, najbardziej monumentalne wrażenie sprawiały jednak wtedy, gdy wszystkie pokazywały ten sam. Pojedyncze monitory - komputerowe i telewizyjne - prezentowały się dumnie na stolikach pod ścianami. Stanowiska pracy były zaopatrzone w rozmaite tajemnicze urządzenia, których przeznaczenia nie dało się odgadnąć na pierwszy rzut oka; nigdzie bowiem nie poniewierały się żadne luźne kabelki, zaawansowaną elektronikę skrywały ciemnozielone obudowy.

Eksponowana w powyższy sposób nowoczesność doskonale komponowała się z umeblowaniem sali, chociaż jednocześnie dawało to efekt dosyć osobliwy. Stoliki, szafki i wyściełane fotele były bowiem wykonane w stylu secesyjnym; ciepłe, żywe barwy, łagodnie wygięte linie oraz roślinne ornamenty czyniły pomieszczenie zaskakująco...przytulnym. Na podłodze ścielił się puszysty dywan w kolorze ciemnej żółci i zieleni. Północną ścianę zdobił oryginalny obraz Gustava Klimta.

Rosamund Narayan czuła się tutaj całkowicie zrelaksowana. Właśnie wypróbowywała nowy system sterowania elektronicznym wyposażeniem sali, co na obecnym etapie sprowadzało się do siedzenia w miękkim fotelu i przełączania programów za pomocą pilota. Wszystkie testy były już właściwie zakończone, ale Rosamund uznawała za słuszne i stosowne ponapawać się nieco nowymi możliwościami swego sprzętu. W tym celu zabroniła dziś wstępu do sali wszystkim użytkownikom, niezależnie od tego, jak bardzo byli zdesperowani. Miała dobrą wymówkę - testowała w końcu nowe ustawienia.

Urządzenia podsłuchowe, tajne kamery obserwujące Ratusz i giełdę, radary, generatory pól zakłócających i całe mnóstwo innych gadżetów znanych przeciętnym śmiertelnikom jedynie z filmów szpiegowskich - wszystko było na jej usługi. Ona tu rządziła, trzymała w garści cały ten kram, do niej należały hasła dostępu.

Obecnie kilkadziesiąt ekranów zamontowanych na gigantycznej kolumnie pokazywało tę samą scenę rozmowy dwóch ważnie wyglądających ludzi w garniturach. Burmistrz miasta Farewell omawiał właśnie ważny kontrakt z pewnym przedstawicielem świata biznesu, powiązanym z kręgiem wpływów Johna Rainmakera i samej Rosamund. Pani Narayan sama ustawiła to spotkanie, a teraz obserwowała jego przebieg, rzecz jasna bez wiedzy samych rozmówców. Jeśli chodzi o umieszczanie tajnych kamer w różnych kątkach i zakamarkach, dysponowała niemal niewyczerpaną pomysłowością. Można w końcu szukać ich w zraszaczach przeciwpożarowych, lampach i lustrach, ale kto zdrowy na umyśle będzie podejrzewał rybkę w akwarium?

Rosamund uśmiechnęła się szeroko i pociągnęła mały łyk Chianti ze swego kieliszka. Czuła się jak królowa świata. Ktokolwiek przyjrzałby się jej w owej chwili, prawdopodobnie byłby pod wrażeniem jej pewności siebie, dzięki której roztaczała wokół niemal namacalną aurę władzy. Będąc kobietą w kwiecie wieku, wciąż jeszcze wyglądała atrakcyjnie - dość powiedzieć, że była podobna do Sophii Loren, z tym, że miała dużo ciemniejszą karnację. Ubrana w beżowy żakiet i takież spodnie, nosiła duże, przyciemniane okulary, co skłaniało ludzi do traktowania jej z większym dystansem, a w efekcie - z większym szacunkiem. Rola wszechmocnej władczyni bardzo przypadała pani Narayan do gustu.

Od strony drzwi dobiegło ciche skrzypienie. Przez niewielkie wejście, zrobione na użytek kręcących się po całym Konstrukcie robotów Vigo wśliznął się Fuchi i przystąpił do penetrowania pomieszczenia. Rosamund nie zwróciła na niego uwagi. Zapewne znowu przeprowadza kontrolę okolicy na użytek swego pana. Jeśli czegoś będzie chciał, podejdzie do niej.
Fuchi pokręcił się trochę po sali, po czym wyszedł. Rosamund patrzyła za nim przez chwilę, po czym wzruszyła ramionami i wróciła do oglądania "spotkania na szczycie".
W tym samym momencie obraz zamigotał i zgasł. Wizja powróciła prawie natychmiast, z tym, że...
Ze wszystkich ekranów na Rosamund spoglądali Beavis i Butthead.
Technomantka upuściła kieliszek.

*****

Gdyby ktoś postronny znalazł się teraz w głównej hali Konstruktu, zapewne nie byłby w stanie wykrztusić ani słowa ze zdumienia. Taśmy produkcyjne stały w miejscu, a te roboty i urządzenia, które były w stanie się poruszać, pochowały się po kątach. Pająkonogi Fuchi biegał dookoła z kilkoma sztukami damskiej bielizny owiniętymi wokół kończyn, próbując uciec trojaczkom Vincelli. Trzy identyczne siostry - Isabella, Elena i Serena, popularnie nazywane WIBami, wszystkie co do jednej wysokie, ciemnowłose i sexy, uganiały się za cybernetycznym sługą Vigo przyodziane jedynie w kostiumy kąpielowe. Po okolicy poniewierały się puszki po napojach gazowanych, prawdopodobnie użyte wcześniej jako broń.

- Zaczekaj, jak cię złapię, to popamiętasz! - krzyknęła Isabella, łatwa do rozpoznania po kostiumie w kolorze czerwonym.
- Półśrodki, siostrzyczko. - Serena, odziana w niebieskie bikini, przystanęła. - Usmażymy go krótkim spięciem. Potem powiemy, że to był wypadek.
- Jestem za. - uśmiechnęła się siostra ubrana w stylowe, zielone body, czyli Elena. - Gdzieś tu leżała moja zapasowa bazooka.
- E tam, bazooka. Dużo lepsze są kałachy. - od strony wejścia dał się słyszeć niski, nosowy głos. - Przepraszam was najmocniej, ale co tu się właściwie dzieje?
Fuchi zapiszczał rozpaczliwie i rzucił się w kierunku przybysza, przysadzistego, łysiejącego mężczyzny ubranego w garnitur trzeciego sortu.
Siostry Vincelli zaczęły mówić jedna przez drugą.
- Ten głupi robot zwariował!
- Włamał się do szafek na basenie!
- Zepsuł ogrzewanie!
- Zabrał bieliznę!
- Cisza, panny. - mężczyzna machnął ręką, jakby się oganiał od natrętnych owadów. - Fuchi, coś ci się pomieszało w oprogramowaniu? Nie wierzę, żeby Vigo Stein nagle zapałał namiętnością do białych majteczek.
- Potwierdzam poprawne wykonywanie wszystkich instrukcji Vigo Steina, jako nadrzędnego zleceniodawcy. - zazgrzytał robot. - Zleceniodawca podrzędny: Percival Niven.
- Ahaaa. Percy Niven. Cóż, można się było tego domyślić. Nie ze mną takie sztuczki, jakem Alec Brunner. Radzę ci natychmiast wracać do swojego właściciela.
- Przykro mi, ale to niemożliwe. - rzekł Fuchi. - Nie przyjmuję od pana rozkazów. Muszę dokończyć zadania.
I robot, korzystając z nieuwagi obecnych, wymknął się na korytarz. Po chwili był już daleko.
- No, no. - rzekł Alec, spoglądając w ślad za uciekającym Fuchi. - Ciekaw jestem, co ten dzieciak znowu wymyślił.
- Ja wcale nie jestem ciekawa. - mruknęła Isabella, a reszta sióstr przytaknęła. - Chcę go zamordować.

*****

Tymczasem sprawca całego zamieszania, Percival Niven, siedział sobie spokojnie w Bestii i grał przez sieć w Quake'a. Równocześnie śledził zdalnie poczynania Fuchi. Był bardzo zadowolony z siebie. Niech się denerwują, niech biegają, niech ruszą swoje leniwe zadki. To im tylko wyjdzie na dobre, a przy tym można się pośmiać.

Obraz pikselowatego korytarza w kolorze zgniłej zieleni zadrgał, a ściany przemówiły mocno zirytowanym głosem Johna Rainmakera.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że te niedojrzałe żarty nie ujdą ci na sucho, Percy.
- Jeśli chcesz ze mną porozmawiać, Johnny, przejdźmy do reala. - odpowiedział spokojnie Percival, artystycznie masakrując serią z uzi kolejną grupkę bezmózgich przeciwników wyposażonych w giwery większe niż oni sami. - Obawiam się, że teraz nie jestem dostatecznie skupiony.
- Mógłbyś już skończyć tę idiotyczną zabawę. - głos przełożonego zabrzmiał tym razem w obu rzeczywistościach. John Raimaker był niedaleko; najprawdopodobniej stał tuż obok Bestii i zastanawiał się, czy wyłączyć prąd.

Percival postanowił, że nie da mu tej satysfakcji. Oddał jeszcze kilka pożegnalnych strzałów do wirtualnych przeciwników, po czym wyszedł z Sieci i zamknął system. Czarne macki Bestii schowały się z głuchym mlaśnięciem. Chłopak przeciągnął się beztrosko, podczas gdy stojący naprzeciwko pan Raimaker przyglądał mu się z potępieniem.
Odkąd Percival pamiętał, przełożony Konstruktu zawsze był taki sam. Siwiejący na skroniach, ubrany w garnitur od Armaniego i śmiertelnie poważny. Beznadzieja. Chłopak przyrzekł sobie dawno temu, żeby nie przeistoczyć się na starość w takiego nudziarza.
- Do gabinetu. Już. - rzekł przywódca tonem nie znoszącym sprzeciwu.
Młody Inżynier Próżni bez pośpiechu zsunął się z fotela, naciągnął podkoszulek i podążył w ślad za Johnem Rainmakerem.

*****

Czerwony gabinet pana Rainnakera, jednego z największych rekinów giełdowych na zachód od Nowego Jorku był urządzony w taki sposób, żeby przyjmowanym tam ludziom - zazwyczaj wtajemniczonym Technomantom - na samą myśl o przebywaniu w nim cierpła skóra. Wielu lubi kolor czerwony. Ale tylko nieliczne jednostki potrafią znieść go w takim natężeniu. Czerwone były ściany, sufit i puszysty dywan. Połyskliwą czerwienią lśniło biurko. Lampa pod sufitem oraz lampionik na biurku zalewały pomieszczenie krwistym światłem. John Rainmaker sadowił się zwykle za biurkiem, stawiając przed sobą szklaneczkę wody mineralnej, która w tym oświetleniu nabierała różowego zabarwienia. Przypominał wtedy współczesnego Drakulę.

Istniały różne hipotezy co do tego, jaki efekt pragnął osiągnąć tym wystrojem najstarszy Technomanta Konstruktu. Wbrew założeniom, robił on wrażenie jedynie na nielicznych gościach, z reguły tych, którzy zawitali doń po raz pierwszy. Mówi się, że przyzwyczajenie to druga natura człowieka, tak więc wszyscy mieszkańcy Konstruktu zdążyli już się oswoić z krwawą atmosferą panującą w czerwonym gabinecie. Jedynie profesor Yanagimachi wolał trzymać się z dala od tego miejsca, jednak nie ze względów psychologicznych, a zdrowotnych - w takim świetle nieprzyjemnie piekły go oczy. Gdyby odwiedzającymi bywali czasem Śpiący...tak, wtedy kreowanie podobnego klimatu miałoby zapewne jakiś sens.

Czasem trudno było zrozumieć kaprysy Johna Rainmakera. Niektórzy twierdzili, że jego dziwactwa to oznaka zbliżającej się starości (albo raczej zbyt długiego życia, skoro specyfiki profesora Yanagimachi skutecznie podtrzymywały fizjologiczną młodość Technokraty). Inni nawet nie próbowali wysnuwać żadnych hipotez - zdążyli już poznać tyle osobliwych zjawisk, że kwestie dotyczące dekoracji wnętrz nieszczególnie ich obchodziły.

W każdym razie w chwili obecnej gabinet był pełen interesantów. Rosamund, siostry Vincelli, Alec Brunner, Scarlet, nawet profesor Yanagimachi, którego afera nie dotyczyła osobiście - wszyscy wpatrywali się z wyrzutem w młodego winowajcę. W najdalszym kącie, na twardym krześle siedział sobie Vigo Stein, jak zwykle doskonale obojętny na wszystko, co się dzieje dookoła niego. Obok wynalazcy przycupnął spokojny już Fuchi. Percival na widok robota parsknął cichym śmiechem, rozpraszając trudną do zniesienia ciszę. Serena Vincelli prychnęła pogardliwie, pozostałe siostry popatrzyły na chłopaka wilkiem.

- No, już. - ponaglił go Rainmaker. - Wiesz dobrze, co masz powiedzieć. Przeproś wszystkich.
Spodziewał się pokory? Posłuszeństwa? Gruszek na wierzbie?
- A niby za co mam przepraszać? - zapytał Percival, irytująco przeciągając każdą sylabę.
- Masz czelność tak się do mnie odzywać, szczeniaku? - tym razem Johnowi puściły nerwy. - Cały ten bajzel, nieautoryzowane przeprogramowanie robota pana Steina...
- Pan wybaczy, panie Rainmaker. - odezwał się Vigo niewzruszonym głosem. - Fuchi nie został przeprogramowany. Percival znalazł tylko lukę w istniejącej procedurze.
- Bronisz go? - szef Konstruktu popatrzył na Iteratora ze zdumieniem.
- Nie bronię. Uważam, że mojego robota wykorzystano w sposób karygodny. - rzekł Vigo beznamiętnie. - Nie zamierzam jednak potwierdzać błędnej informacji.
Elena Vincelli zachichotała, ale po chwili zamilkła. Spojrzenie Johna Rainmakera mogłoby kruszyć mury.
- Percy. - zwrócił się bezpośrednio do Percivala. - Jeśli, w co wątpię, masz do powiedzenia cokolwiek sensownego na swoją obronę, lepiej, żebyśmy usłyszeli to teraz.
- Tak, i to ja mam się bronić, ja mam przepraszać. - uśmiechnął się cynicznie Percival. - W swoim świętym oburzeniu nie dostrzegacie pewnego drobnego szczegółu. Zauważyliście, jakie to było dla mnie łatwe? Wmówienie temu biednemu robotowi, że bawełna i przełączenie kilku kabelków są mi niezbędne do podłączenia kapsuły, nie zajęło mi dłużej niż pięć minut. W procedurze nie było żadnych luk, po prostu Fuchi, tak jak jego twórca, nie zna pojęcia absurdu.

Vigo Stein nawet nie mrugnął okiem.
- Gdybym był, powiedzmy, jednym z Nieprzystosowanych - ciągnął chłopak - nie poprzestałbym na drobnych żartach.
W sali na chwilę zapadła cisza. Percival wykorzystał ten moment i mówił dalej.
- Uważacie, że oni są tacy głupi. Myślicie, że wystarczy nam kilka nowoczesnych urządzeń i damy sobie radę ze wszystkim: Nieprzystosowanymi, Pijawkami, Kudłaczami, kimkolwiek. A potem idziecie pluskać się w basenie, zapominając o wszelkich środkach ostrożności.
- Percy, jesteś paranoikiem. - prychnęła Rosamund. - Zapewniam cię, że mam wystarczającą kontrolę nad tutejszymi systemami.
- Tak, a mówi to specjalistka od infiltracji, która zapomniała, że nie trzeba łamać hasła, aby wyrwać wtyczkę z gniazdka. - uśmiechnął się chłopak. - Zresztą nie dalej jak dziś rano jeden z tych dupków prawie wysmażył mi twardy dysk. Są równie sprytni jak my. Lepiej zresztą ich przeceniać, niż nie doceniać.
- Dosyć. - uciął John Rainmaker. - To, co powiedziałeś, zostało przyjęte do wiadomości. Masz coś jeszcze do dodania, Percy?

Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu, przyjrzał się zadumanym, zirytowanym bądź też rozbawionym twarzom swoich znajomych. Po czym skinął głową.
- Ależ owszem. - rzekł dobitnie. - Nigdy nie mówcie do mnie "Percy".

 

Uwaga!!! Tylko dla oczu Mistrza Gry!

Gdziekolwiek pójdziesz, my zawsze będziemy z Tobą...

Spójrz na te szklane domy, na huczące ulice, na pajęczą sieć elektroniki. To my powołaliśmy je do życia. Mity o zaklętych królestwach ziściły się dopiero pod naszym panowaniem, to nasze pieniądze ukształtowały Ziemię, którą znasz. Legendarna Wieża Babel była zaledwie nędzną próbą ludzkich umiejętności, które my potrafiliśmy wykorzystać w pełni. I tym razem nikt nie mógł nam przeszkodzić. Jesteśmy tutaj jedynymi Bogami.

Kiedy śpisz i gdy się budzisz, gdy pracujesz, oglądasz telewizję, kiedy oddajesz się zakazanym rozrywkom, zawsze jesteśmy z Tobą. Znajdujesz się pod naszą czułą, matczyną opieką, od narodzin w jednym z naszych szpitali aż po śmierć i pogrzeb na którymś z zarządzanych przez nas cmentarzy. Dajemy Ci pracę, pieniądze, liczne możliwości spędzania wolnego czasu, opiekę lekarską oraz odrobinę wolności konsumpcyjnej - innej i tak nie potrzebujesz, nie potrafiłbyś jej przecież spożytkować. Musisz być nam wdzięczny - nie masz innego wyboru. Czujesz się przecież szczęśliwy, prawda? Przynajmniej wiesz, że zawsze możesz zarobić na swoje szczęście. W końcu w XXI wieku każdy ma szansę na domek z ogródkiem.

Kup coca-colę. Obejrzyj nasz najnowszy reality show. Zarób mnóstwo pieniędzy i zainwestuj w akcje. Wydaj pieniądze na nowy samochód. Podziwiaj gwiazdy estrady - są takie, jak Ty, więc Ci się spodobają. Kup. Zjedz. Wydaj. Wygraj. Nowość. Atrakcja. Supercena. Oszczędź czas. Ogól nogi. Ubezpiecz się. Wojna w Palestynie? Nieważne, to tak daleko. Najważniejsze jest zdrowie Twoich włosów. Kup. Oglądaj. Wydawaj. Bądź wyjątkowy. Dostań orgazmu jedząc chipsy.

Uzależnieni od władzy

Nieszczęścia chodzą parami. Gdzie tylko rezydują Magowie Tradycji, tam zazwyczaj można też znaleźć Technokratów. Tak dzieje się również w najdziwniejszym z amerykańskich wielkich miast - w Farewell. I tutaj od razu należy wyjaśnić sobie parę spraw.

W znakomitej większości współczesnych metropolii Technokracja zdobyła druzgocącą przewagę. W przypadku nielicznych miejsc miała jednak pecha. Wydarzenia potoczyły się w tak osobliwy sposób, że mieszkańcy poczuli się częścią specyficznego Mitu. To nie oznacza oczywiście, że w jakikolwiek sposób negują zdobycze nowoczesnej cywilizacji. Po prostu dużo mocniej wierzą w rozmaite miejskie legendy, niż gdziekolwiek indziej. Jakby to tak precyzyjnie określić...Farewell jest nieco...komiksowe.

Wszystkie zjawiska występujące zazwyczaj w dużych miastach - oraz te, które według powszechnego przekonania powinny występować (Sąsiadkę porwali kosmici? A jesteś pewien, że to nie była ta dwójka młodych ludzi z FBI?) tutaj wydarzają się w nieco zwiększonej koncentracji. Różnica jest subtelna, ale wystarczająca. Cóż, jeśli mieszkasz w mieście, które wygląda jak Gotham, w końcu sam zaczynasz rozglądać się za Batmanem, prawda? W każdym wypadku nikt, kto uważnie patrzy i słucha nie będzie się nudził w tym mieście. Bez przesady rzecz jasna - to nie jest w końcu Eerie Indiana.

Siły w Farewell być może nie rozkładają się całkiem po równo, ale niewiele do tego brakuje. Tradycje i Technokracja rywalizują ze sobą na niemal każdym polu - w cywilizowany i kulturalny, a zarazem całkowicie bezpardonowy sposób. Przewaga tej drugiej wynika głównie z wpływu zewnętrznego Paradygmatu. W pierwszej części mojego nieautoryzowanego dodatku napisałam, jak mniej więcej doszło do tej sytuacji. Zanim opowiem tę historię z punktu widzenia Technokracji, chciałabym ostrzec graczy i MG przed popełnieniem pewnego poważnego błędu.

Technokraci są zabawni, niesamowici, groźni i bardzo przydatni w scenariuszach. Ale na litość boską, nawet Smerfy nie zawsze miały do czynienia z Gargamelem! Namawiam do pozostawienia twórców nowego, wspaniałego świata nieco w tle. Granie Magami przeciwko Technomantom jest łatwe, najczęściej zwalnia Mistrza Gry i graczy z konieczności myślenia. Tymczasem Mag to taki wspaniały system, o niemal nieograniczonych możliwościach, po co wbijać się w schemat znany z pozostałych działów Świata Mroku?

Niech gracze wiedzą, że ktoś im stale siedzi na karku, niech Technomanci mają swój udział w Świecie, jaki kreujesz. Przygody jednak mogą opowiadać o czymś zupełnie innym. Zresztą w dzisiejszych czasach obie frakcje już nie walczą ze sobą otwarcie. Pani profesor Preis i pan profesor Yanagimachi witają się uprzejmie na korytarzach Uniwersytetu Farewell. Rywalizacja przenosi się na działania bardziej pośrednie, a mimo to bardzo ważne. Każda podejmowana akcja to kolejny klocek w układance, która składa się na istniejące Tu i Teraz.

Jak więc zachować obecność Technokratów w kampanii granej Tradycjami (i vice versa)? To proste - oni są stale obecni w Farewell. Gazety, telewizja, spotkania (przypadkowe i nieprzypadkowe), wspólne branże lub nawet miejsca pracy, drobne złośliwości, relacje osobiste - w przeważającej części chłodne, chociaż któż to wie... Żaden z bohaterów tej opowieści nie jest anonimowym Facetem W Czerni (jak dla mnie idiotyczny wynalazek - przydatni głównie jako straszak na graczy i to z rzadka, bo tracą skuteczność). To żywi ludzie, chociaż w większości nieco odstający od normy (rety, co za eufemizm...). Mogą się nienawidzić, ale nie wystrzelają z tego powodu połowy miasta.

A tak poza tym... Spotkałam się ze stwierdzeniem, że Farewell zamieszkuje znaczny nadmiar Magów w porównaniu z poważnym niedomiarem wampirów. Owszem, zgadzam się z tym w zupełności. Jest to fakt wymagający dłuższego omówienia przy innej okazji. Na razie uwierzcie mi na słowo, że mała ilość Kainitów wychodzi kampaniom w Maga na zdrowie...

Budowa Krainy Szczęśliwości

Wszystko zaczęło się jeszcze w ubiegłym wieku, kiedy to do zapomnianej przez ludzi i Boga, zabitej dechami miejscowości zwanej Farewell przybył Trevor Rainmaker, znany również jako "Big Cheese". Nie interesowała go upadająca kopalnia złota, cienko przędący saloon ani resztki stada bizonów. Trevor miał pieniądze i pomysły na to, jak je pomnożyć. Nikt właściwie nie wiedział, skąd ten tenderfoot wytrzasnął tyle szmalu, grunt jednak, że potrafił go doskonale obronić. Udało mu się w jakiś sposób wpłynąć na stanowych decydentów, aby przeprowadzono przez miasto linię kolei żelaznej. Jak grzyby po deszczu na prerii zaczęły wyrastać fabryki, sklepy, nowe lokale rozrywkowe...wszystkie należące rzecz jasna do Trevora Rainmakera.

A potem zapadła dziura, jaką było Farewell zaczęła tętnić życiem. O ile to właściwie można było nazwać życiem. Drapieżny kapitalizm młodego miasta nie ustępował ówczesnym, powszechnym normom. Ludzie harowali do upadłego za marne pieniądze i bali się sprzeciwić, aby nie stracić pracy. Młode kobiety zarabiały na ulicy; ulubioną rozrywką mężczyzn były walki bokserskie oglądane w podłych spelunach. Nazwa miasta stała się przysłowiowa, ale ludzie i tak przyjeżdżali; skończyły się czasy kowbojów i gorączki złota, a nie każdy miał tyle ziemi, aby założyć dobrze prosperującą farmę.

A Trevor Rainmaker, w rzeczywistości wpływowy członek Syndykatu, zarabiał coraz większe pieniądze. Do miasta przybywali nowi Technokraci, miejscowa elita okrzepła wkrótce i obrosła w sadło. Ale Trevor miał jeszcze większe plany. Pragnął uczynić z Farewell stolicę Syndykatu; marzyły mu się wielkie, podziemne kompleksy baz połączone z Dziedzinami Umbralnymi.

Miejsce jego samego byłoby wówczas na samym szczycie, a Nieprzystosowani zostaliby ostatecznie pokonani, pierzchając przed silną ręką niepodzielnego władcy. Marzenia o sławie i władzy powodowały, że Trevor coraz bardziej odcinał się od rzeczywistości. Nie docierało do niego, że ludzie cierpią nędzę; przecież biznes doskonale prosperował, a podwładni - Technokraci traktowali swego pracodawcę z należytym respektem.

Złośliwy los zamiast marmurowego pomnika podarował Trevorowi Raimnakerowi nagłą śmierć pośrodku gwarnej ulicy, późnym wieczorem, w samym centrum miasta. W jednej chwili dumny przedsiębiorca wsiadał do swojej limuzyny po wizycie we własnym banku, a w następnej jego ociekająca krwią głowa, odcięta od korpusu szybko, gładko i sprawnie, toczyła się po ulicznym bruku. Sprawca uciekł z miejsca zbrodni; nigdy go nie odnaleziono.

Technokraci wpadli - w słuszną, jak się okazało - panikę. Ofiarą tajemniczego mordercy padło wkrótce dwóch z nich oraz kilku ważniejszych Śpiących. Agenci NŚP byli już na tropie zbrodniarza, ślad jednak urwał się, skończyła się również seria zabójstw.

Bezskuteczne śledztwo miało trwać jeszcze całe lata, tymczasem Technokraci uznali jednak, że pora obrać nowego przywódcę i samodzielnie podjąć trud budowania swojego imperium. Uniemożliwiła im to skutecznie lawina niepowodzeń, którą rozpoczął strajk generalny w fabryce tekstyliów, przeradzając się wkrótce w zamieszki obejmujące całe Farewell. Od tej pory już nic nie było takie jak trzeba. Z jakiegoś powodu wśród miejskiej ludności odżyły stare legendy i przesądy, wcześniej stłumione przez nowy tryb życia. Pojawiły się też nowe mity. Technokracja miała konkurencję...i to nie byle jaką.

Następne lata były burzliwe; na czele Syndykatu w Farewell stanął młody John Rainmaker, obwiniający Nieprzystosowanych o śmierć ojca. Opisanie tych kilku dekad, kolejnych starć i przetasowań w polityce wewnętrznej zajęłoby kilkanaście dobrych stron. Spora część Technokratów opuściła to kłopotliwe miasto; na ich miejsce przyjeżdżali nowi, którzy rzadko zagrzewali tu miejsce. Do stałych mieszkańców Farewell należeli John Rainmaker, Rosamund Narayan, Charlotte Descartes oraz małżeństwo Vincelli - Luigi i Camilla, a później również ich pięć córek.

W latach sześćdziesiątych, tuż przed Mroczną Wojną do owego składu dołączyli Alec Brunner oraz dwóch młodych Iteratorów - latynos Ray Haynes i kanadyjski Murzyn Damian Cuviert (obaj zginęli z rąk Nephandi).

Obecnie, po Wojnie, w Farewell mieszka jedenastu Technokratów - Percival Niven, Vigo Stein, Rosamund Narayan, Isabella, Serena i Elena Vincelli, Akito Yanagimachi, Scarlet Prism, Charlotte Descartes, Alec Brunner oraz last, but not least - dobiegający już setki John Rainmaker (dla Śpiących John jr.).

Mój dom jest moją twierdzą

Mimo wszystko, Technokraci rozlokowali się w mieście dosyć wygodnie. Ich główny punkt zborny, "Bastylia", to miejsce godne pozazdroszczenia. Ten olbrzymi, szklany wieżowiec razem z przybudówkami mieści w sobie więcej, niż wiedzą postronni. Liczne biura i apartamenty, a także redakcja konkurencyjnego do "Today’s News" dziennika - "Voice", nie mówiąc już o kilku luksusowych sklepach na dole wypełniają budynek od parteru aż po szczyt...no, prawie. Kilka ostatnich pięter zajmują doskonale strzeżone, prywatne komnaty, do których postronni nie mają wstępu.

Tam ulokowano właśnie salę zebrań, Czerwony Gabinet, Centrum Śledcze pani Narayan (pełniące niestety aż nazbyt często rolę podręcznej kafejki internetowej), liczne pokoiki pracy własnej oraz doskonale wyposażone apartamenty gościnne, a także takie udogodnienia, jak basen. Natomiast cała cybernetyka (w tym Główny Komputer - Bestia oraz niezliczone roboty Vigo Steina), ciężki sprzęt i laboratoria znajdują się...głęboko pod ziemią.

Połączenie między obiema częściami bazy jest bezpośrednie i składa się z kilku stałych korytarzy teleportacyjnych. Jeśli nie znasz ich rozmieszczenia, a w pobliżu nie ma żadnego okna, nie będziesz w stanie stwierdzić, czy znajdujesz się na górze, czy na dole. Przestrzeń jest tu na stałe zakrzywiona, a moment zmiany poziomów całkowicie nieodczuwalny.

Podziemia biurowca posiadają także stałe połączenie z tajną stacją metra, specjalnym bajerem wybudowanym na zamówienie Johna Rainmakera. Metro w Farewell jest sterowane automatycznie, a niektóre pociągi na jednej z kilku istniejących linii zatrzymują się o stację dalej niż "ostatnia"... Praktycznie każdy Technokrata może przedzwonić do systemu sterowania i nakazać danemu pociągowi dalszy przejazd. Stacja "Bastylia" jest dokładnie monitorowana, a wejście do wieżowca od tej strony wymaga zweryfikowania odcisku dłoni, tęczówki i kilku innych parametrów, żaden ciekawski Mag nie przedostanie się więc tą drogą do bazy nieproszony.

Sama baza jest doskonale strzeżona i chroniona przez gadżety, których wymienianie na pewno was znudzi, przyjmijmy więc za pewnik, że żaden normalny Mag nie wlezie tam z własnej woli. Wszelkie środki odstraszające do dyspozycji MG. Na terenie "oficjalnym" taki przybysz będzie natomiast uważnie obserwowany, z zachowaniem najwyższej ostrożności. Technokraci będą starali się uśpić czujność Maga, dopóki interwencja bezpośrednia nie stanie się niezbędna.

Żaden z Technokratów nie mieszka na stałe w "Bastylii", chociaż niektórzy bywają tam częściej, niż we własnym domu (np. Rosamund Narayan, dumna właścicielka luksusowej willi). "Bastylię" w obecnym jej kształcie zbudowano w latach ’50, na miejsce dawnego wieżowca, mieszczącego się przecznicę dalej i skonstruowanego według podobnego schematu. Obecnie dawna baza pełni rolę dodatkowego biurowca, podziemia (mało rozległe i pozbawione dostępu do metra) czasem też się przydają.

Na uwagę osób tropiących ślady Technokratów zasługują także Zakłady Przemysłu Chemicznego w Farewell, mieszczące się na jego obrzeżach (jedna z niewielu fabryk pozostałych po przemysłowej przeszłości miasta). Kilka pomieszczeń w owym budynku nie jest przeznaczonych dla zwykłych śmiertelników, a co tam się produkuje, wie tylko Scarlet Prism (chyba nie sądzicie, że mówi o wszystkim mistrzowi i szefom?).

Technokraci nie posiadają ulubionego lokalu służącego im za miejsce spotkań - mniej zżyci niż Magowie, nie byliby w stanie dojść do ładu z wyborem knajpy odpowiadającej wszystkim. Rosamund i Rainmakera najczęściej można spotkać na bankietach, w Ratuszu oraz na giełdzie w Farewell (rzecz jasna z obstawą, a więc min. siostrami Vincelli); profesor Yanagimachi regularnie odwiedza uniwerek, czyli swoje miejsce pracy. Percival, który mieszka razem z panią Narayan i panem Rainmakerem w ich luksusowej willi, chętnie wymyka się z domu, aby pograć na automatach w Game Center (nie ma jak rozrywka retro). Pełni tam rolę miejscowego bohatera, kasującego wszystkie rekordy i ma grupkę wiernych fanów. Vigo Stein, a raczej jego alter ego, często przebywa w Thunder Fight Club, gdzie trenuje i zazwyczaj również toczy walki. Nietrudno odnaleźć Charlotte Descartes, która rzadko odwiedza Bastylię - opieka nad hmm....lokalem noszącym intrygującą nazwę "Pink Honey" oraz kasynem "Grand Gold" wymaga pracy. Oba mieszczą się na słynnej, rozrywkowej Dziesiątej Alei, nieopodal centrum. Alec Brunner sporo czasu spędza niedaleko Ratusza, na Komisariacie Głównym, gdzie pracuje.

Życie układałoby się więc Technokratom doskonale, gdyby nie ciągła konieczność zwracania uwagi na Magów, pogardliwie zwanych Nieprzystosowanymi.

Złośliwości Rzeczywistości

Tak naprawdę największym problemem Technokracji w ustanawianiu swojej władzy nad Paradygmatem nie są Magowie Tradycji sami w sobie. Co prawda minęły już czasy, kiedy można było wezwać sobie smoka na zawołanie, ale to wcale nie oznacza, że osiąganie swoich celów przychodzi Technokratom łatwo, prosto i przyjemnie. Mają oni bowiem do czynienia z kilkoma istotnymi zjawiskami, które sprawiają, że całkowite zwycięstwo pozostaje niemożliwym do osiągnięcia...Zapytana kiedyś o przyczynę takiego stanu rzeczy Kaya powiedziała, że wcale się temu nie dziwi, ponieważ właściwym Paradygmatem są wszystkie naraz. Tak, to z powodu podobnych stwierdzeń niektórzy uważali ją za Marudera...

Wymienię więc po kolei cztery najważniejsze efekty przeszkadzające Technokracji w szerzeniu swojej wizji świata jako jedynej istniejącej Rzeczywistości:

1. Samozaprzeczenie

Konwencje walczą z Tradycjami, prawda? A walcząc z nimi, muszą znać wroga, czyż nie tak? A czy da się coś poznać nie uwierzywszy w to podświadomie, choćby po części? A czy przypadkiem światowy Paradygmat nie powstaje z połączonych wierzeń?

Cóż...jest to jeden z powodów, dla których niewielu obecnie decyduje się na otwartą Wojnę. Walcząc z Magami, paradoksalnie umacnia się ich idee. W przypadku szczególnie zażartej Wojny może powstać rodzaj reakcji łańcuchowej, która w szybkim tempie wspomaga wierzenia obu stron... jednak dla Technokratów stąd już niedaleko do...

2. Efektu przetechnicyzowania

Technika na pewnym stopniu rozwoju staje się nieodróżnialna od Magii. Gdyby ktoś dwieście lat temu usłyszał znienacka dobiegającą znikąd muzykę, zapewne przestraszyłby się co niemiara. Dzisiaj delikwent dojdzie do wniosku, że gdzieś w okolicy znajduje się włączony magnetofon. Technokracja dwoi się i troi, żeby przekonać Śpiących o potędze Nauki; coraz mniej Śpiących jednak tę Naukę rozumie.

Ilu przeciętnych obywateli wie, z czego składa się procesor albo co to jest blastula? Jeśli coś jest możliwe dla Nauki, automatycznie staje się możliwe do wykonania z pomocą Magii. Tym bardziej, że Śpiący zazwyczaj uważają (przeważnie słusznie), że Nauka jest bardziej rozwinięta, niż to podają oficjalne serwisy informacyjne. To zjawisko wykorzystują na wielką skalę Synowie Eteru. Verbena i Mówcy Marzeń wolą korzystać z fenomenu ostatnich lat, czyli..

3. Powrotu do korzeni

Im bardziej Nauka staje się niezrozumiała, tym chętniej Śpiący wracają do dawnych wierzeń. Obecnie nie muszą obawiać się posądzenia o herezję, mogą więc praktykować najdziwniejsze "nauki ezoteryczne" (z RPG włącznie ;)))) Przeczytajcie chociaż raz "Wróżkę" lub podobne czasopismo, a zrozumiecie, że duża część naszego społeczeństwa wierzy nawet w taką Magię, którą twórcy systemu uznaliby za wulgarną (pomijając oczywiste pogwałcenia Rzeczywistości, jak ogniste kule lub smoki, rzecz jasna).

Mag praktykujący swoją sztukę w obecności pań wierzących w Wyższe Energie Płynące z Kosmosu nie musi się pilnować tak, jak przy maklerach (za wyjątkiem Prestona :))) Zauważcie, że gdyby Technokracja naprawdę zdobyła tak wielką władzę, jak sądzą niektórzy MG, "pisma ezoteryczne" nie miałyby racji bytu. Poza tym na pewno nie ukazałby się podręcznik do Maga...*

4. Urodzeni nonkonformiści

Czyli czwarte zjawisko doprowadzające Technokratów do białej gorączki. Omówię je na pewnym przykładzie...

Lalkę Barbie stworzono po to, aby wmówić małym dziewczynkom, że powinny marzyć tylko o złapaniu bogatego męża, a następnie zajmować się gotowaniem i pielęgnowaniem urody. W wielu przypadkach to działa. Wystarczy jednak, żeby w gronie przyjaciółek znalazła się chociaż jedna osoba obdarzona inwencją twórczą (zazwyczaj jest ich więcej - dzieci dobierają się przecież na zasadzie podobieństw), a dziewczynki zamiast w dom zaczynają się bawić w Krainę Baśni. Akceptując zabawki narzucone im przez Technokratów, przekształcają ich prozaiczność w magię za pomocą własnej wyobraźni.

Wiecie, o co mi chodzi. Technokracja może ogłupić tłumy, nie jest jednak w stanie stłumić urodzonych indywidualistów (przeczytajcie "Fizię Pończoszankę" - tylko żadnych ekranizacji proszę, wszystkie co do jednej są "ugrzecznione"). Co prawda stara się, jak może - vide polskie licea - ale te wysiłki nie dają pożądanych wyników. I tak powstały erpegi....

Czyniąc Magię przy erpegowcach również nie należy się szczególnie przejmować Paradoksem. No, wiecie: "O, smok!!! Jaki uroczy, też chcę takiego!". ;-)

Ludzie, ludzie...

Doszliśmy do miejsca, w którym warto by pokrótce opisać sylwetki miejskich Technokratów, przedstawiając poszczególne Konwencje w porządku alfabetycznym. Jak już wcześniej wspominałam, są oni nieco mniej zgrani niż Magowie. Chociaż trochę częściej widują się ze sobą, reprezentują zbyt rozbieżne poglądy na świat, aby dogadywać się bez przeszkód. A może po prostu wrodzona duma utrudnia im porozumienie? Magowie nie mają takich problemów - chociaż różnią się między sobą i są dosyć słabo zorganizowani, w razie kłopotów łatwo im się skrzyknąć i podjąć wspólne działania. Technokraci zbierają się zwykle pod wodzą Johna Rainmakera i to dopiero wtedy, gdy szef jest wystarczająco zdeterminowany, aby ich do tego zmusić. Nie są przecież jego niewolnikami, tylko (w większości) dobrze opłacanymi pracownikami.

A oto nasza wesoła gromadka:

Inżynierowie próżni: Percival Niven

Urodził się w zwyczajnej mieszczańskiej rodzinie i był typowym dzieckiem swoich czasów, rozpieszczanym ponad wszelkie wyobrażenie. Los obdarzył go nadprzeciętną inteligencją, co w sposób oczywisty sprawiło, że dorośli zachwycali się nim, zaś rówieśnicy nienawidzili. Aby im się przypodobać, Percival stał się prawdziwym diablęciem, najbardziej nieposłusznym dzieckiem w swojej okolicy. Żadne zakazy nie stanowiły dlań problemu, zaś wszelkie wyczyny filmowego Kevina czy też Dennisa Rozrabiaki bladły w porównaniu z jego niewyczerpaną pomysłowością.

Tak było do czasu, kiedy skończył dziesięć lat. Pewnego niedzielnego popołudnia Percival wracał z rodziną pociągiem z weekendowej wycieczki. O katastrofie kolejowej, która nastąpiła później rozpisywały się wszystkie gazety. Ofiary liczono na tysiące, ocalał zaś tylko jeden malutki chłopiec. Liczby są bezduszne; nie mówią nic o ludziach, którzy się za nimi kryją. Gazety nie wspomniały, że Percival zaraz później trafił do szpitala, gdzie traktowano go jak jeszcze jeden mechanizm do naprawienia, i że rozmowy z psychologiem wcale mu nie pomogły, ponieważ chłopiec czytał swojemu terapeucie w myślach.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak specyficzne musi być Przebudzenie w wyniku katastrofy kolejowej, w której giną wszyscy najbliżsi? No cóż. Po czymś takim można tylko popaść w szaleństwo albo zobojętnieć na wszystko. Percival nie oszalał.

W domu dziecka spędził miesiąc, w ciągu którego zdążył zniszczyć połowę wyposażenia i doprowadzić do furii wszystkich wychowawców, których litość czyniła bezsilnymi wobec jego postępków. Percival nie chciał litości. Pragnął zrozumienia, podczas, gdy dookoła byli sami kretyni. Wszyscy mieszkańcy domu dziecka odetchnęli z ulgą, kiedy w podwoje tej szlachetnej instytucji zawitało bogate małżeństwo z zamiarem zaadoptowania chłopca.

Kryjący się pod woalem jednej ze swoich licznych alternatywnych tożsamości John Rainmaker oraz jego towarzyszka Rosamund Narayan byli przekonani, że oto znaleźli doskonały nabytek dla Technokracji. Po kilku tygodniach okazało się, że nie wiedzą, co z tym fantem zrobić. Chłopak wykazywał całkowity brak zainteresowania którąkolwiek z obecnych w Farewell Konwencji, a zmuszanie go do czegokolwiek nieodmiennie owocowało wybuchami histerii.

Pan Rainmaker, który nade wszystko nie chciał, żeby taki talent został zmarnowany (konwencjonalne pranie mózgu mogło naruszyć delikatny system nerwowy małego dziecka), zwrócił się za pośrednictwem Vigo o pomoc do znajomej Inżynierki Próżni (fuj!) o wdzięcznej ksywie Tetris. Sieć oraz alternatywne wymiary wciągnęły Percivala bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, nawet zważywszy wcześniejsze zainteresowania chłopca techniką. I tak młody Inżynier Próżni pozostał w Farewell, zdalnie nauczany przez Tetris.

Percival Niven ma obecnie czternaście lat. Jest dogłębnie cynicznym, egoistycznym i złośliwym bachorem o nadmiernie wybujałej inteligencji. Ludzie zazwyczaj za nim nie przepadają i nawzajem. Percy lubi udowadniać im, jakimi są kretynami.

Chłopak ma dokładnie gdzieś całą tę idiotyczną Wojnę Wstąpienia. Bezgranicznie uwielbia natomiast Bestię, główny komputer Technokratów z Farewell. Obecnie praktycznie go zawłaszczył, co jest raczej logiczne, zważywszy, że tylko on potrafi w pełni wykorzystywać możliwości urządzenia (Vigo nie może zbyt długo podróżować po Sieci ze względu na swój wszczep, a Rosamund nie zna się na niej tak dobrze). Kiedy opuszcza Konstrukt, zabiera ze sobą zwykle mały palmtop, mający bezpośrednie połączenie z Bestią.

Do jego ulubionych rozrywek w Sieci (poza graniem w Quake’a) należy utrudnianie życia Nieprzystosowanym, czyli Magom oraz - w przypływach szczególnie złego humoru - wszystkim pozostałym użytkownikom, włącznie z innymi Technokratami. Często rywalizuje ze Sliderem, co najczęściej kończy się całkowitą porażką mniej doświadczonego chłopca. Tym niemniej, Tim jest zaniepokojony i zarazem zachwycony nowo odkrytym i wielce utalentowanym przeciwnikiem (jeszcze nie wie, kto mu bruździ, ale wkrótce się dowie...).

Avatar Percivala jest pozornie całkowicie stłumiony, ale chłopak podejrzanie często rozmawia z Bestią. Możliwe, że duchowy przewodnik zaadoptował się po prostu do nowych warunków...

Iteracja X - Vigo Stein

Vigo Stein pochodzi z Niemiec. Od dzieciństwa był "złotą rączką" i bardzo inteligentnym chłopcem, miał jednak pewien problem - cierpiał na ciężki przypadek syndromu Tourette’a. Schorzenie to objawia się tikami, nadpobudliwością, nadmierną nerwowością, oraz - w niektórych przypadkach - agresywnym zachowaniem (przypomnijcie sobie Zeda z Akademii Policyjnej).

Sytuację pogarszał fakt, że Vigo był silny i dosyć wysoki, przez co zyskał w oczach dorosłych dosyć niepochlebną opinię "chuligana". Kiedyś złamał nos chłopakowi, który się z niego naśmiewał. Po tym wydarzeniu niemal wszystkie matki z okolicy kazały swoim dzieciom trzymać się z dala od tego "wielkiego brutala". Rodzice Vigo odsuwali od siebie myśl, jakoby z ich synem było coś nie tak - nie znając zjawiska, panicznie bali się zdiagnozowania u chłopca choroby psychicznej. W końcu wybrali się jednak do lekarza.

Vigo zaczął przyjmować leki i niemal zupełnie się zmienił. Stał się spokojny, uważny i cierpliwy. Niekiedy jednak bywał ospały; poza tym nie czuł się w pełni sobą, brakowało mu dawnej emocjonalności i wigoru turetyka. Odstawiał więc lekarstwa na weekend i dla odprężenia trenował taekwondo. Jego naturalny refleks i nadpobudliwość sprawiały, że był wręcz stworzony do tej sztuki walki.

Sprawy miały się więc niemal dobrze przez całą szkołę podstawową i średnią, aż w okolicach matury leki stopniowo zaczęły tracić swoją skuteczność. Objawy w zastraszającym tempie przybierały na sile. Vigo pracował wtedy bardzo wiele, poza nauką w szkole uczestniczył też w różnych konkursach dla "młodych zdolnych". Nasilająca się choroba zaczęła uniemożliwiać mu koncentrację, a w związku z tym regularną pracę i wyniki w nauce zaczęły drastycznie spadać. Zdesperowany chłopak w tajemnicy przed rodzicami brał środki uspokajające. Jeden z takich eksperymentów z lekami skończył się utratą przytomności. Kiedy Vigo się obudził, świat wyglądał zupełnie inaczej...

To nie było przyjemne, ekstatyczne Przebudzenie. W takich przypadkach zazwyczaj człowiek zaczyna poważnie się obawiać o swoje zdrowie psychiczne, a życie zamienia się w koszmar. Tożsamość rozpada się na kawałki - instynkt podpowiada ci, że odkrycia, jakich dokonałeś są prawdziwe, a rozsądek stawia przerażającą diagnozę - obłęd. Idealny moment do wkroczenia dla Technokracji. Przywrócić równowagę znękanemu umysłowi, zapewnić jakiś stały punkt, obiecać pomoc. Iteratorzy szybko zauważyli Vigo, olśnili go swoimi możliwościami i nie mniej szybko zaoferowali mu wyzwolenie od dotychczasowych problemów. Drobny implant w okolicy rdzenia przedłużonego pozwoliłby Vigo raz na zawsze pozbyć się syndromu Tourette’a i towarzyszących dolegliwości. Poza tym Iteracja oferowała zagraniczne stypendium oraz inne korzyści. Vigo Stein zgodził się.

Oczywiście, Iteratorzy nie wspominali o takich niegodnych uwagi szczegółach, że ta zgoda była właściwie cyrografem, a implant oprócz objawów choroby tłumił również ludzkie uczucia. Pan Stein tylko raz spróbował obejść tą niedogodność. Zaowocowało to osobliwym, ale możliwym do zniesienia stanem, który trwa do dziś. Vigo Stein - Technokrata ma drugie wcielenie - Victora "Kamienną Pięść" Stone’a.

Wyłączenie implantu powoduje pojawienie się osobowości Stone’a - inteligentnego i bezpośredniego, chociaż bardzo porywczego turetyka, zarabiającego jako zawodowy kick - boxer. Stone rozumuje w sposób zbliżony do dawnego Steina. Uważa się za inteligenta, któremu nie powiodło się w życiu, potomka niemieckich emigrantów (jego wspomnienia są analogiczne do prawdziwych, jedynie kilka "białych plam" zostało nieświadomie wypełnionych logicznym rozumowaniem). Nie pamięta o Vigo Steinie, chociaż instynktownie wie, których ludzi powinien unikać (nie zaprzyjaźni się więc z Magami z Farewell).

Vigo Stein po włączeniu implantu doskonale pamięta natomiast o Victorze. Barwne życie własnego alter-ego stanowi dla niego osłodę długich, szarych godzin spędzonych w laboratorium. Często zostawia Stone’owi niezbędne informacje na karteczkach w mieszkaniu. Victor sądzi, że ma zaniki pamięci krótkotrwałej i myśli, że to kłopoty spowodowane nadużywaniem leków w przeszłości.

Tylko jedna osoba w Konstrukcie zna tajemnicę podwójnego życia Vigo Steina, a jest nią profesor Akito Yanagimachi. Nawet Rainmaker nie wie o wszystkim. Vigo jak kot chadza własnymi drogami i jeśli chcesz, aby twoje zamówienie było wykonane jak należy, lepiej mu w tym nie przeszkadzaj.

Obecnie pan Stein ma około czterdziestki i świetnie się trzyma. W Konstrukcie pracuje jako technik, elektronik i złota rączka do wszystkiego; do Farewell przeniósł się z Chicago w połowie lat osiemdziesiątych, zaraz po ukończeniu studiów elektronicznych. Jego Avatar nie odzywa się w ogóle, po takim prasowaniu psychiki, jakie przeszedł jego posiadacz można powiedzieć, że jest trzymany pod butem.

NŚP - Rosamund Narayan

Przodkowie Rosamund pochodzą z Południa; jej babka była owocem nieślubnego związku syna plantatora bawełny i służącej - Hinduski. Być może z tego powodu pani Narayan ma osobowość pełnej wdzięku i godności, aczkolwiek odrobinę rozkapryszonej damy. Przypomina pod tym względem starszą i dużo bardziej doświadczoną Scarlett O’Hara.

Rosamund jest prawdziwą sybarytką, kocha wygody, dobre wino, luksusowe samochody i kosztowną biżuterię. Urodziła się w Farewell i mieszka tu od początku wieku, kiedyś jednak rzadko bywała w mieście. Przed drugą wojną światową prowadziła rubrykę towarzyską w jednej z ważniejszych amerykańskich gazet. Bywała na salonach i w kawiarniach, śledząc życie wyższych sfer. Popularna, lubiana i poważana wśród najbogatszych osobistości zarówno Nowego, jak i Starego Świata, już wtedy potajemnie pracowała dla NŚP. Była szpiegiem doskonałym - któż by przypuszczał, że taka urocza, zabawna, dobrze wychowana młoda dama to tajna agentka Technokratów, czujna i gotowa na wszystko. To dzięki niej największe fortuny jej Konwencji przetrwały kryzys w latach ’30.

Wojna położyła kres wystawnym przyjęciom i zakończyła pracę Rosamund w rubryce towarzyskiej. Nikt już nie interesował się ślubami, rozwodami i skandalami w gronie krezusów tego świata - ludzie mieli ważniejsze problemy. Rosamund została więc oddelegowana do Europy, w samo serce wojny, aby zająć się szpiegostwem przemysłowym na rzecz NŚP - nadal pod pozorem pracy dziennikarskiej. Trzymała się raczej daleko od frontu, dość dużo czasu spędziła w okupowanym Paryżu. Była sprytnym i dobrze wykwalifikowanym szpiegiem, a ponadto miała w Europie liczne kontakty, toteż nigdy nie została zdemaskowana.

Wróciwszy po wojnie do kraju, na dobre zadomowiła się w Farewell. Tak, jak kiedyś była gościem na rozmaitych bankietach, dziś jest ich gospodarzem i królową, jako jedna z najbogatszych osób w mieście. Uchodzi za osobę z klasą; wygląda na zadbaną czterdziestolatkę i wciąż budzi zainteresowanie mężczyzn w różnym wieku.

Od lat pozostaje w nieformalnym związku z Johnem Rainmakerem, pełniącym niegdyś w Syndykacie podobną do jej rolę. Czarująca i uprzejma, w rzeczywistości jest bezwzględna i niezwykle sprytna. Lubi mieć wszystko pod kontrolą, cierpi też na chorobliwą manię sprzątania, a jej zamiłowanie do ładu przenosi się również na inne dziedziny życia. Dlatego też Rosamund nie przepada za Percivalem i ledwo toleruje Charlotte. Zupełnie pozbawiona skrupułów moralnych, przestrzega zasad wyłącznie na pokaz lub dla wygody. Jeśli ktoś stoi jej na drodze, nie zawaha się go zabić. Nie ucieka się co prawda do takich metod, dopóki nie uzna tego za konieczne, ale z dwójki osób dowodzących Technokratami w Farewell to Rainmaker jest łagodniejszy.

Mimo wszystko, pani Narayan ma swoje zalety. Cechuje się wielkim poczuciem odpowiedzialności i nieodmiennie logicznym tokiem myślenia, jest znawczynią sztuki i szpiegiem lepszym od Jamesa Bonda.

Podsumowując, lepiej mieć ją za sprzymierzeńca, niż za wroga, szczególnie zważywszy jej wpływy, które - zarówno oficjalnie, jak i nieoficjalnie - są olbrzymie.

Siostry Vincelli

Nic tak nie denerwuje sióstr Vincelli, jak złośliwe uwagi na temat klonowania. Elena, Serena, Isabella, Stella i Irena Vincelli urodziły się jako naturalne identyczne pięcioraczki, w sposób zupełnie nie wspomagany biotechnologią, chociaż ich matka - Camilla Vincelli - również należała do NŚP, a ojciec - Luigi - do Syndykatu. Do tej pory żyją trzy siostry - Elena, Serena oraz Isabella. Reszta rodziny zginęła podczas Mrocznej Wojny.

Z Technokracją od zawsze łączyła panny Vincelli rodzinna tradycja. Do tej pory mają licznych, rozsianych po całym kraju dalszych krewnych o pięknych, włoskich nazwiskach. Mimo to nie ośmielają się przeciwstawiać pani Rosamund Narayan, która od trzydziestu lat pozostaje ich oficjalną przełożoną. Co nie znaczy, że zawsze wykonują jej polecenia natychmiast i bez szemrania. W relacjach sióstr i ich pracodawczyni dosyć często dochodzi do różnicy zdań, rzadko jednak do otwartych sprzeczek - Rosamund nie lekceważy sobie opinii panien Vincelli i woli omawiać z nimi ważniejsze decyzje. Może i sprawiają wrażenie dwudziestokilkuletnich, nadpobudliwych trzpiotek, nie należy jednak zapominać, że w rzeczywistości są dobrze wyszkolonymi agentkami o ponad trzydziestoletnim stażu.

Siostry Vincelli nierzadko wykorzystują swoje podobieństwo w celach praktycznych, dlatego wszystkie trzy czeszą się jednakowo (proste włosy do ramion, asymetrycznie opadające na lewe oko). Na co dzień noszą ubrania w różniących się od siebie kolorach; czasem jednak ubierają się w identyczne czarne uniformy, zakładają okulary przeciwsłoneczne i udają Women in Black. Co nie znaczy, że są sobowtórami - każdy, kto zna je trochę dłużej zaczyna bez problemu je rozróżniać.

Isabella i Serena są leworęczne, Elena zaś praworęczna. Isabella lubi snobistyczną i elegancką odzież; nie znosi za to piwa. Potrafi grać na skrzypcach i układać ikebanę. Poza tym łatwo się irytuje, a w chwilach zdenerwowania nuci "Most na rzece Kwai". Chętnie kupuje "antyczne" (czyt. rozpadające się) meble i własnoręcznie je odnawia. Preferuje kolor czerwony.

Elena woli zieleń; ma lekkiego zeza, rybkę wytatuowaną na lewej kostce i chrapie w nocy. Uwielbia piwo w dużych ilościach i jest o dwa kilo cięższa od pozostałych sióstr. Rano uprawia jogging, a w nocy wychodzi do kuchni po mleko z lodówki. Kiedyś śmiertelnie pokłóciła się ze Scarlet Prism i nadal jest na nią obrażona.

Serena, która wybrała kolor niebieski, potajemnie wzdycha do (sic!) Gabriela, wokalisty zespołu Neverland, chociaż wie, jak bardzo jest to nierozsądne. Stara się nauczyć grać na gitarze. Dobrze gra w ping-ponga, przepada za pomarańczami i piecze świetne ciasta. Niestety, od czasu do czasu lunatykuje, recytując Edgara Allana Poe. Kolekcjonuje puszki po piwie (korzystając z zamiłowania siostry do tego trunku - sama pije niewiele). Uśmiecha się nie pokazując zębów.

Wszystkie panny Vincelli uwielbiają natomiast broń. Białą, palną, jakąkolwiek - wiedzą o niej wszystko i tylko czekają na okazję, aby jej użyć. Ostatecznie mogą być materiały wybuchowe, nikt tu nie jest znowu taki wybredny. Nie mają natomiast smykałki do elektroniki - są w stanie wyuczyć się obsługi niezbędnych urządzeń i programów i na tym kończy się ich talent w tej dziedzinie. Chyba, że chodzi o elektronicznie wspomaganą broń...

Oficjalnie siostry są zatrudnione jako ochrona pani Narayan, co jest również najczęściej stanem faktycznym.

Progenitorzy - Akito Yanagimachi

Ten drobny, uprzejmy i opanowany Japończyk przybył do Farewell pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy miejscowe społeczności Magów oraz Technokratów próbowały podźwignąć się po spustoszeniach Mrocznej Wojny. Ujął wszystkich bywalców tajnych komnat Bastylii swoim sposobem bycia oraz niewątpliwym kunsztem w dziedzinie ulepszania ludzkiego ciała.

Profesor Akito Yanagimachi z wykształcenia jest embriologiem, jego rzeczywista wiedza wykracza jednak dalece poza jego specjalizację. "Biologiczny skaner", za pomocą którego można w całości odnawiać ludzką powłokę cielesną, to właśnie jego wynalazek. Użyteczność urządzenia jest niezaprzeczalna, chociaż pochłania ono olbrzymie ilości Energii. Oprócz licznych nowoczesnych metod leczenia rozmaitych schorzeń, profesor opracował jednak również rozmaite techniki stosowane na przykład w śledztwie... Właściwie nie uchyla się od żadnych badań, jakie zleci mu John Rainmaker.

Nie należy jednak uważać go za oprawcę - metody, jakie stosuje są zawsze subtelne i humanitarne, z całą pewnością sprzeciwiłby się zastosowaniu prawdziwych tortur, nie stworzyłby też nigdy broni biologicznej. Akito Yanagimachi to Technokrata - idealista, naprawdę przekonany o tym, że pracuje dla dobra ludzkości, zawsze uczciwy, szlachetny, spieszący z pomocą innym. Trochę zbyt wiele wymaga od siebie i od reszty świata, co znajduje odbicie w poziomie układanych przez niego egzaminów na uczelni. Profesor kocha uniwersytet, dlatego też bardzo martwi go obecność na uczelni Lucy Preis, którą posądza o zły wpływ na studentów.

Pan Yanagimachi i pani Preis rywalizują między sobą o granty, laboratoria i popularność wśród studentów. Nie ma w tej grze zwycięzców - jedni wolą roztargnioną profesor Preis, która udowadnia im, że nauka może być równie zawiła, chaotyczna i fascynująca jak odkrywanie nowych lądów, inni zaś preferują zasadniczego i systematycznego profesora Yanagimachi, który twierdzi, że wszystko na świecie można rozwiązać z pomocą żelaznej logiki, ciężkiej pracy i rzetelnego prowadzenia dokumentacji eksperymentów. Zapewne każde z nich ma trochę racji.

Nikt, kto nie zna kulis całej sytuacji nie domyśliłby się istnienia jakiegokolwiek sporu. Akito i Lucy witają się uprzejmie na korytarzach, pożyczają sobie nowe numery Nature i Science, czasem nawet wdają się w długie, burzliwe dyskusje na tematy naukowe. Właściwie nie ma między nimi żadnej wrogości. Jest tylko czyste, naukowe współzawodnictwo, bez sabotażu, szpiegostwa i podkładania sobie świń.

W tym punkcie oczywiście niektórym Technokratom opadają ręce, zwłaszcza panu Rainmakerowi, który z chęcią zobaczyłby wszystkich Nieprzystosowanych zamkniętych w wariatkowie albo innym, równie przyjemnym miejscu i jakoś nie rozumie skrupułów czołowego Progenitora Farewell.

Nikomu jednak jeszcze nie przyszło do głowy zmuszenie profesora do jakichś nie odpowiadających mu działań. Po pierwsze, nikt nie ma ochoty pozbawiać się oferowanych przez niego dobrodziejstw. Po drugie, szefowie jego Konwencji czuwają - żaden z nich nie chciałby stracić takiego specjalisty tylko dlatego, że przypadkiem ma dobry charakter. Zresztą idealiści wszędzie są potrzebni. Bez nich Technokracja stałaby się nieatrakcyjnym, totalitarnym tworem, pozbawionym miejsca dla marzycieli, którzy bardzo szybko odnaleźliby je w jakiejś Tradycji.

Takie osoby, jak Rosamund czy też Alec wiele przed profesorem ukrywają. Akito nie jest głupi i niejednego się domyśla, nie przepada więc za mniej uczciwymi ze swoich kolegów - Technokratów. Żywi natomiast szczerą, nie podbarwioną litością sympatię dla "zdolnego młodzieńca" Percivala (prawdopodobnie dlatego jest jedyną osobą, której chłopak nie stara się regularnie doprowadzać do szału) oraz dla Vigo, z którym znajduje wspólny język (poznaje się na resztkach jego emocji, co jest swoistą sztuką!).

Jego relacje z własną uczennicą, Scarlet Prism, można określić jako chłodne. Progenitorka zdążyła już przysporzyć mistrzowi wielu trosk i raczej nie zamierza zmieniać swojego postępowania.

Akito Yanagimachi wygląda na jakieś sześćdziesiąt lat i zapewne ma niewiele więcej. Zadziwiające, ale nie przepada za używaniem własnych odmładzających specyfików. Ubiera się w nienagannie wyprasowane garnitury średniej klasy, ale ponieważ przeważnie w pracy zdejmuje górę marynarki i zakłada na koszulę fartuch laboratoryjny, nie ma to szczególnego znaczenia. Zakłada do czytania okulary w rogowej oprawie. Czasami, w środku nocy można usłyszeć, jak rozmawia przez sen po japońsku z jakimś niezidentyfikowanym Oni (japońskim demonem). Może jest to pozostałość po jego Avatarze, a może tylko kolejne z jego dziwactw.

Scarlet Prism

Scarlet nie jest, oględnie mówiąc, najprzyjemniejszą osóbką pod słońcem. Z wykształcenia doktor chemii, była "cudownym dzieckiem", dosyć wcześnie wychwyconym przez łowców głów Technokracji. Pierwsze sześć lat życia Scarlet spowija mgła. Progenitorka nie pamięta swoich rodziców, a oni (jeśli jeszcze żyją) najpewniej także jej nie pamiętają. Była częścią tajnego projektu, w związku z którym odbierano uzdolnione dzieci ich rodzinom i - po krótkiej korekcie pamięci - poddawano odpowiedniemu programowi wychowawczemu.

W związku z tym Scarlet ma zupełnie przewrócone w głowie. Jako dziecko, a potem jako nastolatka nie kontaktowała się zbyt często ze światem Śpiących. Indywidualny tok nauczania oraz bardzo niewielka liczba (podobnych do niej) rówieśników, z którymi zawarła znajomość wyrobiły w niej przekonanie, że jest kimś wyjątkowym i może żądać od świata wszystkiego, czego sobie zażyczy. Kiedy jej opiekunowie zorientowali się, że całkowity brak zdolności społecznych wychowanicy może być uciążliwy, było już za późno.

Scarlet, doskonały fachowiec, osoba, która wspólnie z profesorem Yanagimachi opracowała nowy, bioorganiczny interface Bestii to jednocześnie rozkapryszona, kierująca się wyłącznie własnymi zachciankami kobieta z potężnym kompleksem Narcyza. Często czuje się samotna; wie, że czegoś brakuje w jej życiu, ale nie jest w stanie zmienić swojego zachowania, aby móc zapełnić tę pustkę. Zamiast tego obmyśla kolejne szalone plany; dla chwili dobrej zabawy mogłaby zniszczyć świat.

Dlatego właśnie osiemnastoletnią Scarlet przydzielono profesorowi - decydenci Progenitorów doszli do wniosku, że tylko ten spokojny, wyrozumiały, dobry człowiek będzie umiał znieść jej kaprysy i dojść z nią jakoś do ładu. Męczą się już tak razem ponad siedem lat; profesor w miarę skutecznie odwodzi uczennicę od sporej części destruktywnych pomysłów, za co Scarlet darzy swego mistrza głęboką nienawiścią...połączoną jednak z pewnego rodzaju przywiązaniem. Którego, rzecz jasna nawet sobie nie uświadamia.

Progenitorka nieszczególnie zna się na uczuciach. Gdyby kiedyś się zakochała (co w związku z jej nadmiernie rozwiniętą miłością własną może być trudne), prawdopodobnie nie zrozumiałaby, co właściwie czuje. Doskonale natomiast rozumie przyjemności zmysłowe, w tym seks bez zobowiązań. Uwielbia drażnić i prowokować mężczyzn. W chwili obecnej postanowiła zdeprawować Percivala. Chłopak na razie jej się opiera, ale Scarlet będzie cierpliwa. Ma czas.

Syndykat - Charlotte Descartes

Lepiej nie pytać o przeszłość Charlotte. Jedno jest pewne - już jako młoda dziewczyna doszła do wniosku, że najlepiej zarabiać wykorzystując odwieczne pragnienia i instynkty ludzi. W międzywojennym Paryżu panna Descartes prowadziła pewien lokal o nazwie "Les Fleurs Jolies". I nie była to kwiaciarnia...

Syndykat szybko dostrzegł pewien potencjał w trzydziestoletniej wówczas Charlotte. Porządnie napracowano się nad jej Przebudzeniem, a następnie przeszkolono w kwestii finansów. Tego było właśnie trzeba przedsiębiorczej Francuzce, aby podbić świat występnych rozrywek. W Paryżu miałaby zbyt dużą konkurencję, aby szybko dojść do własnego imperium, ale Ameryka dawała pewne szanse...a szczególnie pewne miasto o nazwie Farewell, które nie było jeszcze wtedy szczególnie światowym miejscem.

Obecnie Charlotte Descartes jest dumną właścicielką sieci kasyn i domów publicznych, przy czym nad pierwszymi dwoma lokalami - "Pink Honey" i "Grand Gold" sprawuje osobisty nadzór. Ma także udziały w kilku znanych "świerszczykach". To daje jej praktyczną kontrolę nad portfelami wielu wpływowych ludzi. Poza tym - o bywalcach takich miejsc można się dowiedzieć tylu ciekawych rzeczy... Ostatnio Charlotte zaczęła inwestować w Internet, co otwiera przed jej firmą nowe, nieznane do tej pory możliwości. Tak, najłatwiej kontrolować ludzi - oraz ich pieniądze - poprzez ich najintymniejsze, najskrzętniej skrywane pragnienia. Pilnować ich właśnie wtedy, gdy tracą panowanie nad sobą i swoimi wydatkami.

Łatwo nie docenić Charlotte na pierwszy rzut oka. Francuzka wygląda na około pięćdziesiąt lat, jest dosyć otyła, maluje się jaskrawo, ubiera zbyt kolorowo i raczej bez gustu. Włosy farbuje na kolor mahoniowy, a poza tym pali długie, mentolowe papierosy. Mówi z silnym francuskim akcentem, mrużąc oczy. Lepiej jednak pamiętać o tym, że pod tą toną kiepskiego makijażu i dobrze odegraną rozlazłoścą kryje się wyjątkowo bystry umysł.

Alec Brunner

Każdemu może się znudzić dawna kariera, każdy może stwierdzić, że to, co robił dotychczas było wielkim błędem. Ale żeby Syndykalista porzucił doskonale prosperujący interes i został policjantem?! Niemożliwe...chociaż....

No cóż, Alec naprawdę miał dosyć biznesu naftowego. Miał go po dziurki w nosie, sprzykrzył mu się totalnie, a jeszcze bardziej sprzykrzyła mu się ta hetera - jego żona, która do każdej kolacji "musiała" pić najdroższego szampana, co miesiąc "koniecznie" była jej potrzebna nowa kiecka od Diora i oczywiście "umarłaby", gdyby nie kupiła sobie najnowszego modelu luksusowej limuzyny. Ze słodkiego, aczkolwiek nieco afektowanego dziewczęcia w obliczu bogactwa stała się pozbawioną wszelkich manier, rozkapryszoną, nowobogacką babą. Jak zresztą większość kobiet w tym środowisku.

Natomiast Alec Brunner cenił sobie prostotę i nie tak wyobrażał sobie życie po zdobyciu wielkiej fortuny. Pragnął na przykład zdobyć najwyższe szczyty świata, wybrać się w długą podróż balonem lub objechać świat dookoła. Chciał mieć pieniądze, aby móc sobie na to pozwolić. W końcu dotarło do niego, że tym, do czego zawsze w życiu tęsknił, nie były pieniądze, ale przygoda.

Całymi latami Alec próbował namówić szefów Konwencji, aby pozwolili mu zmienić zawód i tożsamość. Udało mu się tylko dzięki wpływowym znajomościom w kręgu najważniejszych osobistości (oraz sporym łapówkom). Naftowy krezus umarł. Osoby, które znają dawną tożsamość Aleca i jego prawdziwe nazwisko można policzyć na palcach jednej ręki. Brunner podjął pożyteczną pracę jako wtyczka w policji Farewell, na stanowisku detektywa, co daje mu pewną swobodę działania...

Alec ubiera się najczęściej w pogniecione garnitury niskiej klasy - odczuwa pewną awersję do ubrań wysokiej jakości. Ma bezpośredni sposób bycia, bywa ironiczny i cyniczny, często się śmieje. Z wyglądu niezbyt imponujący - niski i krępy i łysawy, można go ocenić na trzydzieści kilka lat. W rzeczywistości dobiega osiemdziesiątki. Zasady moralne Aleca Brunnera ograniczają się do "nie zabijaj, chyba, że to konieczne". Nie jest on jednak zimną rybą, wręcz przeciwnie, należy do osób bardzo przyjacielskich. A przyjaciół nie skrzywdzi nigdy - chociaż może ich okłamać. Krótko mówiąc, sympatyczny drań.

Alec ma układy z handlarzami narkotyków z Rynsztoka, pod dowództwem dwóch wampirów - Juliusa i Dereka. Można uważać ich za sprzymierzeńców, rzadko się jednak kontaktują.

John Rainmaker
Przywódca miejscowych Technokratów. Władca giełdy. Nieprzystępny finansista, bezwzględny przełożony, stary dziwak...Wiele da się powiedzieć o Johnie Rainmakerze. Znacie już go dobrze z poprzednich akapitów niniejszego tekstu, postaram się więc zbytnio nie rozpisywać.

John Rainmaker to naturalny "następca tronu" swego ojca, Trevora Rainmakera. Aby jednak ugruntować swoją pozycję, musiał się sporo napracować. Kiedy Trevor zginął, John nie był już młodzieniaszkiem. Miał za sobą spore doświadczenie; latami pracował dla Syndykatu jako szpieg przemysłowy i wiele wiedział o biznesie. Nie był ponadto taki skłonny do pogrążania się w niemożliwych do spełnienia mrzonkach, jak jego ojciec. John od samego początku był realistą, Przebudzenie zaś niewiarygodnie wyostrzyło jego intuicję.

John miał słabe kontakty ze swoim despotycznym i nieco oderwanym od rzeczywistości ojcem, a jego nagła śmierć bardziej go oburzyła niż dotknęła. Tym niemniej, zemsta była przecież obowiązkiem syna, a ponieważ nie została dokonana, stanowi uszczerbek na jego honorze. Niemożność odnalezienia mordercy frustruje pana Raimakera od dziesięcioleci.

Szef Technokratów jest pewien, że winowajcą był jeden z Nieprzystosowanych, nie może jednak znaleźć na to dowodu. Żywi więc zapiekłą, pielęgnowaną od lat nienawiść do wszystkich Magów. Ponieważ otwarta Wojna Wstąpienia nie wchodzi obecnie w grę, Rainmaker wykorzystuje wszelkie środki, aby zaszkodzić Nieprzystosowanym lub ich upokorzyć. Na szczęście ma wystarczająco wiele innych zajęć, aby nie zajmować się tym przez cały czas.

John Rainmaker ma autorytarną osobowość i dosyć niemiły zwyczaj wydawania rozkazów wszystkim ludziom, którzy stoją niżej w hierarchii od niego. Jest rekinem giełdowym i prawdziwym postrachem współpracowników. Jedyna osoba, przy której mięknie to Rosamund Narayan, jego wieloletnia kochanka i partnerka w interesach. Traktuje ją jak pełnoprawnego człowieka, co rzadko mu się zdarza w stosunku do innych. Nie zna jednak takiego pojęcia jak "życie rodzinne" (tak samo zresztą, jak Rosamund), dlatego też adoptowanego przez nich Percivala wychowują (a raczej pilnują) głównie guwernantki, zmieniające się z zastraszającą regularnością.

Dla równorzędnych partnerów w biznesie John Rainmaker jest uprzejmym, zasadniczym i dobrze wychowanym człowiekiem interesu. Posiada znakomity zmysł organizacyjny; w kwestii dowodzenia Technokracją Farewell nie można mu niczego zarzucić. Jego intuicja graniczy z prekognicją, chociaż John twierdzi, że to tylko czysta logika. Miewa swoje dziwactwa, są one jednak raczej nieszkodliwe.

Sprawiedliwość pana Rainmakera jest równie przysłowiowa jak jego surowość - każdy otrzyma od niego dokładnie to, na co zasłużył. To człowiek starej daty - dba o swój honor. Poza tym jest bardzo pamiętliwy - biada temu, kto w jakiś sposób go uraził. Mistrz Gry powinien uważać - wprowadzenie Johna Rainmakera jako głównego przeciwnika w kampanii to bardzo, bardzo ryzykowna decyzja. Ma on przecież na usługach całą resztę Technokratów i z całą pewnością można go uznać za sprytniejszego od graczy.

To już wszyscy miejscy Technokraci. Na tym kończę drugą część "Z akt miasta Farewell". Wasze listy i uwagi okazały się bardzo przydatne, dziękuję za wszystkie. Piszcie, komentujcie, podrzucajcie pomysły, może coś się jeszcze z tego wykluje. Od razu zastrzegam, że nie podejmuję pracy w innych magazynach internetowych - w tym roku będę robić licencjat i raczej nie mam złudzeń co do ilości czasu pozostającego do mojej dyspozycji. Być może zostanie go jednak wystarczająco wiele dla "Farewell"...

Dla tych, którzy nie czytali części pierwszej - (tu proszę o linka do poprzedniej części "Z akt miasta Farewell")

Miłego Magowania życzy

Alexandra "Ina, Błękitna Czarodziejka" Janusz

PS. Postanowiłam zacząć polecać wam lektury obowiązkowe :-). Podane poniżej pozycje przydadzą się zarówno graczom, jak i MG.

1) Michael Ende "Niekończąca się opowieść" - nawet w porównaniu z filmem ta książka to jeden wielki schiz...aż trudno uwierzyć, że jest przeznaczona dla dzieci. Zresztą to samo można powiedzieć o Alicji w Krainie Czarów, ale tę pozycję już chyba wszyscy czytali.

2) Jak już mówimy o Carollach: Jonathan Carrol "Kraina Chichów". Obowiązkowo!!!

3) Baśnie, baśnie, baśnie... na początek sięgnijcie po "Bajarka opowiada" - zbiór baśni z różnych krajów, "Baśnie z dalekich wysp i lądów" - nieco bardziej egzotyczne, "Trzej bracia i złota jabłoń" - baśnie bułgarskie, "Kiermasz bajek" - podania mazurskie, "Woda żywa" - baśnie polskie. Jak to nie są materiały na sesję do Maga, to sama nie wiem, co nimi jest. Uwaga - wszystkie te pozycje mają swoje lata i ze względu na obecną dominację Disneya w księgarniach (Technokracja!!!) nie były wznawiane. Mogą jeszcze być dostępne w bibliotekach osiedlowych.

4) Ivan Illich "Społeczeństwo bez szkoły" - Między innymi dla zaangażowanych społecznie Mówców Marzeń. Czytać z przymrużeniem oka, pan jest komunistą - idealistą. Dostępne w czytelniach wydziałów psychologii i pedagogiki.

5) Władysław Kunicki - Goldfinger "Życie bakterii" - podstawy mikrobiologii, książka nie dość że fachowa, to jeszcze ciekawa. Rzadka kombinacja w dzisiejszych czasach. Dzięki temu twoi Progenitorzy nie będą wymyślać rewelacji rodem z X-men. Jeśli biologia nie jest twoją pasją, omiń bardziej skomplikowane rozdziały. Dostępna w czytelniach wydziałów przyrodniczych. Polecam inne książki tego autora.

* Niektórzy twierdzą, że są to wpływy Syndykatu, któremu wszystko jedno, na czym zarabia. Ja tam uważam, ze skoro komunistyczna cenzura nie była w stanie kontrolować przepływu informacji, tym bardziej nie uda się to skłóconej Technokracji. Zresztą Syndykat nie może przecież podcinać gałęzi, na której siedzi...

Do przeczytania!

Na górę strony