Spis treści Świat Mroku

Odcienie ciemności


Morgana

Kołysanka

In loving memory of B.K.

My Black Angel-
our time will come...

Wycieraczki srebrnego mercedesa, mknącego podmiejską trasą, nieprzerwanie przechylały się w lewo i prawo. Ledwo nadążały z odgarnianiem kolejnych porcji białego puchu. Ich monotonny szmer mieszał się z przytłumionym warkotem silnika. Dłoń kierowcy mimowolnie sięgnęła do pokrętła klimatyzacji. Napotkała spodziewany opór; wskaźnik wyświetlał już maksymalną wartość. Za szybą coraz gęściej sypały się mokre płatki.

- Cholerny mróz- warknął przez zaciśnięte zęby mężczyzna.

Nerwowo docisnął pedał gazu. Biała droga, wyłaniająca się w jaskrawym halogenowym świetle, skrzyła się szkliście. Niemal gładka tafla. Nie powinien przyśpieszać, ale wokół było tak pusto... Odkąd udało mu się wyjechać poza granice miasta, z rzadka mijał jakiś samotny samochód. Przyjemna odmiana po dwuipółgodzinnym komunikacyjnym zatorze w jednej wielkiej cholernej zaspie, w jaką zmieniło się Centrum. Do tej pory od wycia klaksonów pękała mu głowa. Zawsze bolała go głowa. Wciąż powtarzał, że jeśli wziąć pod uwagę wszystkie jego problemy, to powracająca migrena jest tylko błahostką. Nieznaczącą, choć dokuczliwą błahostką. Przecież groził mu zawał. Dziwne, że przy tej ilości stresów, jakie niósł każdy dzień jego życia, jeszcze nie wylądował na stole operacyjnym.

Może nie powinien jechać tak szybko, ale ten samochód był niezawodny. Każdy element mechanizmu funkcjonował bez zarzutu. Lekkość, z jaką wchodziły kolejne biegi, melodia silnika... Pogładził pieszczotliwie kierownicę. Prowadzić ten samochód, to było jak, jak...nie, nie potrafił z niczym porównać tej satysfakcji.

Firanka wznosiła się i opadała. Bawił się nią wiatr, który przeciskał się pod kiepsko uszczelnioną framugą. Zimno. Musiało być zimno. Chłodne powietrze wypełniało pokój. Okienną szybę powlekła lodowa pajęczyna. Poprzez pajęczynę sennie przelewało się księżycowe światło, którego blade smugi odwijały się z pełnej i jakże dużej na tle nocnego nieba, tarczy jak z kłębka. Jedna za drugą. Powoli, jakby od niechcenia. Może ukradkiem... Któraś z cienkich księżycowych nitek, przecisnąwszy się przez oczko mroźnej pajęczyny, spłynęła na parapet. Chwilę później tańczyła na unoszonej miarowym oddechem kołdrze i wężowym ruchem sunęła ku poduszce. Wpełzła na dziecięcy policzek. Zajrzała w oczy...

Dziewczynka nie spała. Od pewnego czasu z uwagą przemierzała wzrokiem drogę księżycowego światła. Przeciągnęła się, dość już miała leżenia. Nocne bajki nie przychodziły, przepędzane przez powykrzywiane obrazy rzeczywistego świata. Wygramoliła się z fałd kołdry, ziewnęła, raczej znudzona niż senna i ruszyła śladem kreślonym przez blade smugi.

Droga wciąż była pusta. Zbyt pusta. Nerwowo zastukał palcami w kierownicę. Nie czuł się bezpieczny. Nikogo wokół... Gdyby jakiś sukinsyn pojawił się nagle i stanął swoim samochodem w poprzek drogi, tym samym zmuszając go do zatrzymania, a później rozwalił mu głowę jednym krótkim strzałem, nikt by tego nie zauważył. Walizka z właśnie odebranymi pieniędzmi, bezpiecznie leżała w bagażniku, ale ktoś mógł go śledzić, widzieć jak wychodzi z banku, chowa aktówkę. Wszędzie przecież czaili się jego zazdrośni wrogowie.

Przekrzywiła główkę i z ciekawością przyglądała się leżącej w łóżku kobiecie. Promień księżycowego światła usiłował wniknąć pod zamknięte powieki śpiącej, jakby drażniąc się z nią i drocząc . Kobieta westchnęła i przewróciła się na drugi bok. Nadal pogrążona była w głębokim śnie.

Dziewczynka zmarszczyła brwi. Przez chwilę stała jeszcze w miejscu, z niezdecydowaniem przestępując z nóżki na nóżkę, po czym ponownie ruszyła śladem światła. Tak było jasno... Zupełnie jak nie w noc. Poza tym One się go bały, tego światła. Potwory- Z- Cienia. Czmychały, nim zdążyła ukąsić je srebrzysta smuga. Wciąż były w pobliżu, czaiły się tuż za granicą pola widzenia, gotowe wysunąć swoje lepkie macki. Słyszała ich dziwaczną mowę, ciche rzężenie i wściekłe szemranie . Były zaniepokojone i złe. Nie lubiły, gdy odbierano im władzę nad Bezsennym Królestwem. Odgrażały się i złorzeczyły, ale dziewczynka wiedziała, że póki ciągnie się srebrna nitka, nie odważa się podejść i kąsać. Nie dziś...

Świdrujący dzwonek telefonu wytrącił go z rozmyślań. Odruchowo spojrzał na wyświetlacz. To ta dziwka, z którą mieszkał. Nie odebrał. Nie chciał z nią rozmawiać. Niech czeka, głupie próchno. W końcu to jej wina. Niemal zmusiła go, aby pojechał.. Dzwonek umilkł, by po chwili znów się odezwać. Jeszcze raz, i jeszcze... Ciągle ona. Zaklął i wyłączył telefon, choć miał ochotę odebrać połączenie i wykrzyczeć, co o niej myśli. Dziwka... Nierozładowane napięcie pulsowało mu pod skroniami. Rzucił telefon gdzieś na tylne siedzenie. Głuchy odgłos upadającego przedmiotu. Denerwujący dzwonek nie miał prawa ponownie się odezwać...

Dziewczynka z wysiłkiem otworzyła szufladę. Nie musiała długo szukać. Była tam, gdzie zawsze, głęboko na dnie. Książeczka z obrazkami. Samymi obrazkami. Gruba i ciężka. Trochę nieporęczna. Taka, którą trudno utrzymać...

Gęsty, wełniany dywan stłumił trzask, jaki wydałby upadający album. Tak tylko głuchy pogłos wtopił się w ciszę, prawie niezauważalny, senny. Zdjęcia wysypały się ze szmerem, rozkładając się w nieregularny, dziwaczny wachlarz. Księżycowe światło prześlizgnęło się po jego gładkiej powierzchni. Powykrzywiane uśmiechy zapaliły się i zgasły; papierowe oczy otwarły się, by za chwilę na powrót zatonąć w mroku. Potwory- Z- Cienia zachichotały gdzieś na krańcach świadomości. Ukradkiem zawtórowała im dziewczynka, teraz nie mogły jej zagrozić. Przymrużyła oczy, przyglądając się w skupieniu rozsypanym fotografiom. Jeszcze raz roześmiała się cicho, połaskotana przez srebrny promyk. Odgoniła go niecierpliwym ruchem dłoni, tak jak przegania się natrętnego owada. Sięgnęła po pierwsze zdjęcie.

Z fotografii uśmiechał się Pan. Nie odwzajemniła uśmiechu. Zagryzła wargi, mocno, zbyt mocno. Ukłucie bólu...Słona kropla opadła na nieskazitelnie białą, papierową koszulę uśmiechniętego pana. Koszula utraciła swoją śnieżną barwę.

Radio niemiłosiernie trzeszczało. Nie sposób było wyłowić jakiś sensowny dźwięk z kakofonii zgrzytów i szumów. Wszystko przez ten cholerny mróz, skrzywił się niechętnie. Ta pusta droga... Tylko on, jak skończony idiota, jechał o tej porze. Idiota... Znów musiał wszystko sam załatwić. Jak zwykle dał się wykorzystać. Przez całe życie wszyscy go wykorzystywali. Rodzina, dziwka, z którą mieszkał, ta suka, która była jego żoną, wszyscy znajomi. Tylko ten samochód... Niby głupia maszyna, ale nigdy go nie zawiódł. Tak, tylko na niego mógł liczyć. Przymknął na ułamek sekundy oczy, aby przywołać obraz maski: żadnych mankamentów, zarysowań na lakierze, świeżo nałożony wosk... Nawet niedawno wybudowany dom, nie był dla niego takim powodem do dumy. Właściwie niby dlaczego miałby być... Mały, zaledwie dwukondygnacyjny, w zabitej dechami, brudnej dziurze. Na inna działkę nie było go stać. Tak samo na inny projekt, cholerni architekci. Choć to i tak cud, że mógł sobie pozwolić na budowę, ledwo wyszedł z długów po spłaceniu sumy, jaką sąd orzekł na korzyść jego ex- żony i tego pokracznego bękarta, jej nieodrodnej córeczki.

Ciągle przypatrując się zdjęciu, obtarła usta rękawem nocnej koszuli. Na powrót pochyliła się nad wachlarzem rozsypanych fotografii i aby nie stracić równowagi podparła się jedną ręką. Przeciągnęła nią po miękkim dywanie, zatoczyła półokrąg. Wełna była miła w dotyku... Miękka i miła... gdyby nie nagłe ukłucie, odczuwalne jak ugryzienie któregoś z czających się cieniowych stworów. Księżycowe światło przemknęło po główce zagubionej szpilki.
Na dziecięcą twarz wrócił uśmiech. Chichotały przyczajone w zacienionych kątach istoty...

Gwałtownie wciągnął powietrze. Przeszywający ból w mostku pojawił się znienacka, by równie szybko zniknąć. To tylko skurcz, tym razem to tylko skurcz... Starał się wyrównać oddech. Chciał sięgnąć po telefon, ale nie pamiętał, gdzie go rzucił. Nie było sensu go szukać, zatrzymywać się. Skurcz minął...

Wyciągnęła szpilkę z czerwonej koszuli uśmiechniętego pana. Usiadła po turecku, zaczynały boleć ją kolanka. Przedarła zabrudzoną fotografię i cisnęła na żer cieniom. Rzuciły się chciwie na rozsypane kawałki papieru.
Wybrała następny z kupki obrazków, na tym pan uśmiechał się nawet szerzej. Teraz kąciki i jej ust uniosły się ku górze. Trzeba przecież uśmiechać się do ludzi.
Szpilka tak łatwo zanurzała się w grubym papierze...

W ekranie przedniej szyby miarowo przesuwała się lśniąca szkliście droga. Błysk za błyskiem, niekończąca się biel. Śnieg nie przestał sypać, a wycieraczki odgarniać kolejnych jego porcji. W świetle reflektorów skrzył śnieg, skrzyła mknąca szosa... Poza warkotem silnika cisza. Cisza. Pustka. Bezkres. Biel. BÓL! Szarpnięcie, szaleńcze szamotanie, drganie tysięcy sznureczków, ciągniętych nieubłaganie z niewyobrażalną gwałtownością. Parkosyzm, uderzający pięścią w gardło, odcinający drogę powietrzu...Powietrza!!!, krzyczą płuca. Chwila rozciągająca się w wieczność. Żałosna walka bez szans. Walka o kolejna chwilę. Na pozór wieczność, lecz tak naprawdę moment, ułamek czasu. Tylko przez ułamek czasu odczuć można taki ból. Później rozsadza zmysły. Bez czucia. Bezczuciem.

Srebrny mercedes wykręcił w poprzek szosy pełen gracji piruet. Wirował, wirował, wirował, wirował, wirował...

Obudziła się z uczuciem nieokreślonego niepokoju. Podniosła się z łóżka, wyszła z sypialni. Przeczucie skierowało ją do gabinetu... Oświetlał go księżyc, oświetlał małą, skuloną postać, leżącą na dywanie. Podbiegła do córeczki. Dziecko spało zwinięte w kłębek, ssąc kciuk. Kobieta uśmiechnęła się i pochyliła nad dziewczynką. Pogładziła z troską jej rozsypane w nieładzie włosy. Kątem oka zauważyła otwartą szufladę, rozłożony na podłodze album. Mała najwyraźniej znowu wyjęła zdjęcia. Kobieta westchnęła. Chciała unieść dziecko, ale nagle jej twarz stężała a ona sama zastygła w bezruchu. Nie dostrzegła wcześniej rozsypanych wokół zdjęć. Błyszczały w księżycowym świetle. Uśmiechał się do niej z wszystkich fotografii. Uśmiechał i patrzył, takim pustym spojrzeniem. Wszystkie jego twarze w miejsce oczu miały tylko poszarpane otwory.

Jakie szczęście, że jechał tak wolno, zdążył wyhamować, kiedy zobaczył wirującego w poślizgu mercedesa. Widział, jak lakier połyskuje srebrzyście niczym śnieg wokół. Widział, jak opętańczy piruet kończy się uderzeniem w pień drzewa. Wyskoczył ze swojego wozu i podbiegł do miejsca kolizji. Kierowca na pewno potrzebował pomocy, miał szczęście, na pierwszy rzut oka maska była tylko nieznacznie wgnieciona... Wycieraczki mercedesa jeszcze przez chwilę odgarniały śnieg.
Szarpnął za klamkę, drzwi ustąpiły. Chwilę później upadł na kolana, nawet nie starając się powstrzymać torsji. Twarz mężczyzny za kierownicą była maską, groteskowo wykrzywioną bólem i strachem, na której zastygł wyraz niewyobrażalnego cierpienia. Strużki niezakrzepłej jeszcze krwi zdobiły ją jak do pierwotnego plemiennego rytuału. Lecz najgorsze było spojrzenie, czarne spojrzenie ziejących pustką oczodołów.

Dziewczynka uśmiechnęła się przez sen...

Na górę strony