Spis treści Opowiadania

 

Julian Warszawski

Ciężki żywot kata

Czasami nie pamiętał nawet, jak się nazywał. W pracy miał obowiązek posługiwania się pseudonimem "Sierp", który z resztą doskonale pasował do jego zawodu. W życiu prywatnym natomiast, którego i tak nie miał zbyt dużo, ciągle zmieniał nazwiska i miał zakaz używania swych prawdziwych danych, których oryginały i wszelkie kopie już dawno spłonęły w piecu w centrum kontroli. Od pięciu lat nikt nie zwrócił się do niego jego prawdziwym imieniem. Nic więc dziwnego, że czasem zapominał, że nazywa się Seweryn Wolski, były oficer pościgowy, który oficjalnie zginął pięć lat temu podczas akcji trafiony kulą jakiegoś terrorysty. Powoli tracił własną osobowość. Nie miał charakteru, nie mógł odnaleźć się w życiu. Jedyną przyjemnością była dla niego praca. Praca, w której osiągnął niemalże perfekcję. Był "katem" w Koronnej Agencji Wywiadowczej i właśnie ruszał w akcję.

Zachowywał się dokładnie tak, jak go nauczono. Poruszał się jak maszyna, wchodził, jak rozgrzany nóż w masło, jak czołg w kolumnę wrogiej piechoty, jak syn w zemście za ojca. Potrafił wywołać w sobie gniew na osobę, której nawet nie znał. Potrafił na życzenie pragnąć czyjejś śmierci. Nauczył się tego dopiero po wielu egzekucjach. Nie czuł współczucia nawet do kobiet i dzieci, jeśli tylko były jego celem. Nigdy. Także tym razem nie robił wyjątków.

Zza szyby samochodu widział niewielką, trzypiętrową kamienicę. Noc, nikłe światło latarni, zabytkowa architektura budynku. Ocenił sytuację. Jedno wyjście główne plus okna. Bramą nie ucieknie. To zbyt oczywista droga ucieczki dla szpiega. Pomyśli, że jest obstawiona. Z parteru wyskoczyć może każdy, z pierwszego piętra niewielu, z drugiego tylko szaleniec. Lub kat. Musiał się przygotować na tą ewentualność. Ofiara mieszka na drugim piętrze. Światła zgaszone. Śpi? Być może, ale nie można polegać na przypuszczeniach. Ofiara jest szpiegiem, a szpiedzy w założeniu nigdy nie śpią. Trzeba wejść i wykorzystać zaskoczenie. Nic więcej nie da się wymyślić. Do dzieła. Wiedział, że w sytuacji twarzą w twarz ofiara nie ma żadnych szans. Nigdy nie chybiał i nigdy się nie spóźnił. Gdyby tak się stało już by go tu nie było. Nie mógł sobie tylko pozwolić na zajście od tył.

Jeszcze raz sprawdził wyposażenie. Dwa nieodłączne "kruki" kaliber 55 z tłumikiem. Dwa nieco mniejsze "baty" ukryte w rękawach marynarki. Wszystkie cztery odbezpieczone. Przydzielone okulary noktowizyjne zostawia w samochodzie, wzrok ma przyzwyczajony do ciemności. Gdy się upewnił, wyjął ze schowka nabitą strzykawkę. "Psycho", niezbędnik w wyposażeniu każdego kata. Specjalnie opracowana mieszanka-cudo. Ogranicza ból, tłumi wszelkie emocje, w tym strach, stymuluje organizm, nie uzależnia. Czyżby? Pomyślał, że z wielką przyjemnością bierze kolejną dawkę. Być może dlatego tak uwielbiał często chodzić na akcje? Kilkusekundowe ukłucie i "psycho" już płynie w jego żyłach. Powoli zaczyna czuć w sobie tę nadludzką moc. Osiąga swoją specyficzną ekstazę. Teraz już nic się nie liczy, tylko praca.

Wychodzi z samochodu. Nie zamyka nawet drzwi. Czerwone pasy wśród przeważającej czerni garnituru złowrogo tną ciemność nocy. Zbliża się do bramy. Ruch klucza. Brama otwarta. Nie zamyka jej za sobą. Schody pokonuje bezszelestnie. Pierwsze piętro i drugie. Oto drzwi. Tu nie potrzebuje klucza ani wytrychów. Nie jest złodziejem. Jest listonoszem, który przynosi śmierć. Drzwi z trzaskiem padają na ziemię. Przedpokój, wieszak, szafka. Kuchnia, ciemno, piecyk. Sypialnia, coś ciężkiego ląduje mu na głowie. Trzask szkła. Przewraca się. Nie traci świadomości. Jest katem i zażył psycho. Kroki w przedpokoju, w korytarzu, na schodach, w górę. Zrywa się. Przedpokój, korytarz śmigają przed oczami. Schody. Ktoś oddaje strzał, niecelny. Nie ma czasu na ostrzał. Ktoś wie z kim ma do czynienia. Chwilę się waha. Kat to wykorzystuje. Sekunda i jest na półpiętrze. Nie zdążył. Ciszę rozrywa potężny trzask tłuczonego szkła. Kat widzi znikający za oknem tył głowy. Ułamek sekundy na krótką myśl. Trzecie piętro. Nie mogę schrzanić. Skok w ciemność. Każdy kat wie, jak upadać z wysoka, by nie połamać nóg. Każdy kat wie, że to może ocalić mu życie. Żaden kat nie skacze z trzeciego piętra. Upadek. Ciężka ziemia, nogi uginane zgodnie z zasadami, elastycznie, jak sprężyna. Do tego ręce. Chrzęst w kolanach. Żadnego bólu. Cień uciekający przez podwórze. Prosty cel. Strzał. Drugi, trzeci, czwarty. Mimo, że klęczał wsparty jedną ręką o ziemię, nie spudłował ani razu. Odgłos upadku gdzieś w ciemności przed nim odbija się echem po podwórzu między blokami. Wstaje, by się upewnić, czy ofiara nie żyje. Wstaje i nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Pada, czuje na twarzy zimno i wilgoć chodnikowej płyty. Krew odpływa z mózgu. Robi się jeszcze ciemniej. Ostatkiem sił uruchamia sygnalizator. Szum nocy cichnie.

Czysty, biały pokój szpitalny. Zapach leków i wypranej pościeli. Tak powoli rzeczywistość docierała do kolejnych zmysłów pacjenta. Najpóźniej odzyskał słuch.
- To nasz najlepszy człowiek.
- Rozumiem pana. Robimy wszystko, co w naszej mocy.
- To zróbcie więcej. Jak wyjdzie z tego szpitala, ma skakać, jak kangur.
- Oczywiście, postaramy...
- O nic nie musicie się starać, macie to zrobić i już.

Zdał sobie sprawę z tego, że on sam jest obiektem tych burzliwych rozmów. Zaraz też zaczął wszystko sobie przypominać. Nocna egzekucja, pościg, upadek. Nogi. Spróbował poruszyć nogą. Coś skrzypnęło. Gips na wyciągu ledwo się zakołysał. Ból. Charakterystyczny ból, gdy zaczyna przechodzić odrętwiające znieczulenie a zmysł czucia powraca w najgorszej swej formie przeszywającej aż do samego mózgu. Ból przez chwilę był tak nieznośny, że pacjent syknął miażdżąc swój język zębami.Tym samym zwrócił na siebie uwagę obecnych w sali.

- Odzyskał przytomność! - stary doktor zbliżył się na tyle, że czuć było jego przesycony kawą i wszystkimi składnikami śniadania oddech. - Pacjencie, Władysławie Wróblewski, słyszy mnie pan?
- Przestań pieprzyć! - przerwał staremu doktorowi drugi z obecnych - Ja z nim porozmawiam. Przyjdź za dziesięć minut.

Lekarz zrezygnowany opuścił salę. Wiedział, że takim ludziom, jak Komendant nie wolno się sprzeciwiać. Tymczasem wielki człowiek w czarnym garniturze przysunął sobie krzesło blisko łóżka, a raczej "stanowiska" poszkodowanego, gdyż nic nie wiedzący obserwator mógłby stwierdzić, że pacjent znajduje się raczej w jakimś pojeździe, a nie w "zwykłym" łóżku szpitalnym. Komendant już nie wyglądał na twardziela.

- Sierp, dlaczego, do cholery?
- To mogło być moje pierwsze spalone zadanie.
- To mogło być twoje ostatnie zadanie. Nie pomyślałeś o tym?
- Pamiętasz, czego nas uczyłeś? Kat który zawali nie jest już katem. Tak mówiłeś wtedy na wykładach. Tak mówili wszyscy.
- Sierp, czy ty nic nie rozumiesz? Jesteś naszym najlepszym człowiekiem, nie jakimś tam zwykłym chłopcem z pistoletem. Mówią, że jesteś maszyną, królem zabójców, człowiekiem legendą. Jesteś nam potrzebny - to ostatnie słowo wymówił powoli i wyraźnie, niemal literując je - Będziesz katem nieważne, co by się stało. Będziesz katem, dopóki istnieje nasza komórka, nasz oddział.
- Albo dopóki mnie nie stukną.
- Stukną? Kto miałby cię stuknąć. Każdy żywy człowiek na widok twojego garniaka sra w gacie! Sierp, największym zagrożeniem dla ciebie jesteś ty sam. I ta twoja nadgorliwość.
- Taki przecież ma być kat. Dlatego jestem najlepszy. Leję na zagrożenia. Najważniejsze zawsze jest zadanie.
- Zastanawiam się, czy z czwartego piętra też byś skoczył.
- Nie. Nie mógłbym już wtedy strzelać po upadku. - uśmiechnął się szyderczo.
- Wiesz, co ci powiem? Jesteś wariat. Jesteś wariat, ale tak trzymaj. Póki żyjesz żaden szpieg nie będzie bezpieczny.
- Żaden człowiek, Komendancie. Żaden człowiek.
Komendant westchnął ciężko, pokręcił głową i roześmiał się. Potem wstał.
- Trzymaj się, Sierp. Wpadnę jutro - wyszedł.

Komendant miał w swym oddziale całkowite poważanie. Zasłużył na nie ciężką pracą przez lata budując swój autorytet, sposób, w który wzbudzał wzbudzał respekt, a niekiedy strach. Tą drugą zdolność używał, gdy chciał przyspieszyć czyjąś pracę i dać komuś silną motywację. Wszyscy wiedzieli, że gdy Komendant się gniewa, sypią się głowy. Natomiast, gdy jest zadowolony, nic się nie dzieje i to jest najlepszym, co może spotkać pracownika Komendanta. Niestety, dziś Komendant się gniewał.

- Gdzie są ci naukowcy za dwa grosze? Witek, powiedz im, że jak dzisiaj nie dostanę wyników badań tego szpiega, to mogą zacząć ubiegać się o rentę inwalidzką!
- Tak jest, Komendancie!
- Ale pospiesz się, bo ciebie też przerobię na mydło.
Chwila na wykonanie telefonu.
- Mówią, że właśnie przesyłają wyniki do serwera i do pana, panie Komendancie.
- Przestań z tym panem i módl się, żebym te wyniki znalazł.
Gdyby asystent Witold był wierzący, na pewno by się pomodlił.

- Bat!
- Jest!
- Kosa!
- Jest!
Nareszcie kolejne zadanie - pomyślał Sierp. Miesiąc temu wyszedł ze szpitala. Zmiażdzone stawy i kości zastąpiono implantami. Miał teraz sztuczne kości wypełnione sztucznym szpikiem, ale wszystko naturalnie unerwione. Błogosławił technikę. W sytuacji, gdy każdy inny człowiek zostałby inwalidą na całe życie, on dalej bez przeszkód może wykonywać swój zawód. Teraz odpłaci się tym, którzy doprowadzili do jego wypadku.

- Kieł!
- Jest!
- Beton!
- Jest!

Jego serce biło żywiej. Kilka minut temu przedstawiono szczegóły akcji. Poważna sprawa. Szpieg, którego zabił tej pamiętnej nocy był klonem i śledztwo wykazało, że nie jedynym. To była robota Japończyków. Klonują jeńców, a urodzonych w ten sposób szkolą na szpiegów. Nie da się ich odróżnić od zwykłych mieszkańców po wyglądzie. Nie muszą dzięki temu się maskować. Skończył się problem skośnych oczu. A to dranie. A teraz podobno połowę jednego z hotelów obsadzili swymi ludźmi. Jak ich odróżnić od zwykłych mieszkańców hotelu? Odpowiedź prosta. Nie można. Rozkaz był wyraźny. Zabić wszystkich stawiających opór. Resztę aresztować. Kat jednak ma pełne prawo do błędu w rozpoznaniu. Szykuje się jatka, jakiej jeszcze nie było.

- Byku!
- Jest!
- Sierp!
- Jest!
- Jedziemy! Sprawdzić ekwipunek!

A więc zaczęło się. Akcja wieloosobowa. Czterech snajperów. Każdy ma oko na każde wyjście. Nikt z uciekających nie przeżyje. Do tego technicy, kamery, pomoc medyczna i oczywiście grupa szturmowa. Sześciu najlepszych katów i Komendant. Oddział, marzenie. Każdy szybko, lecz dokładnie ogląda wszystkie swoje sprzęty. Każdy nosi swą ulubioną broń. Regulamin tego zabrania, ale oni są najlepsi. Są ponad regulaminem. Są ponad prawem. Wszyscy jednak mają ten sam strój. Czarny garnitur w czerwone, pionowe pasy. Wygląda elegancko, lecz nie krępuje ruchów. Pod spodem oczywiście kamizelki i wszelkiego rodzaju ochraniacze. W rękawach "Kruki", za pasem "Baty" w ręku najlepszy przyjaciel. Okulary, zaraz przed akcją odetną prąd i nie będzie światła w całym budynku. Sierp także zakłada okulary. Psycho leży w czarnej tubce przy każdym siedzeniu. Czeka na ostatnią chwilę. Chwila ta właśnie nadchodzi.

Furgon zatrzymuje się. Nie będzie już żadnych odpraw. Komendant czyni prawie niewidoczny gest, który każdy z katów doskonale rozumie. Wszyscy po kolei otwierają czarne tubki. Każdy wykonuje krótki zastrzyk. Także komendant. Powoli wychodzą z pojazdu. Czują siłę. Sierp siedzi jeszcze chwilę, gdy wszyscy wstają i w samochodzie robi się tłoczno. Spod siedzenia wyjmuje kolejną identyczną strzykawkę. Drugi zastrzyk, którego nikt nawet nie zauważył.
Wszystkie oddziały posiłkowe zameldowały Komendantowi gotowość. Czas nadszedł.

- Ruszamy. Każdy według własnego planu. Osłaniamy się nawzajem. - Słowa te były całkowicie zbędne, z resztą żaden z podopiecznych Komendanta nie słuchał ich. Każdy czekał na magiczne słowo.
- Wchodzimy! - zabrzmiało w prawym uchu każdego z sześciu katów.

Za nimi ruszył oddział mający pilnować tych, którzy przeżyją. Oddział ten nie był liczny.
Światła gasną. Gaśnie neon przedstawiający nazwę przybytku. Czarna bryła hotelu majaczy na tle trochę tylko jaśniejszego nieba. Siedmiu egzekutorów wkracza do budynku. Przez chwilę utrzymuje się niewyobrażalna cisza. Jakby to miejsce, te kilka ulic wokół ciemnego budynku na moment zatrzymały się w czasie, aby podkreślić okrutność mającego nadejść zdarzenia.
Ciszę przerywa pierwszy strzał. Za nim burzą padają następne.

- Sierp?
- Jestem tu!
- Nie wyglądają na zaskoczonych.
- Też to widzę. Skądś wiedzieli o nas.
- Myślisz, że mamy przeciek?
- Myślę, że ktoś tutaj położy głowę. Idziemy. To piętro...
Kilka strzałów, jeden trafił Bata w plecy. Kamizelka nic ne pomogła.
- Bat! - krzyknął Sierp umieszczając trzy kule dokładnie między oczami wroga.
- Idiota - chrząknął Bat plując krwią - Idioci z nas. Daliśmy się zajść od tyłu.
Od tyłu. Ta myśl ukuła umysł Sierpa, jak szpilka. Tył miał być zabezpieczony. Nikt nie miał prawa zajść ich od tyłu. Coś było nie w porządku.
- Trzymaj się, Bat. Wrócę po ciebie. - Sierp wręczył kompanowi Strzykawkę. Zdziwił się z jaką łatwością zostawił tego młodego jeszcze kata. Śmiesznie mało obchodził go jego los. Bawił go tak obojętny stan własnego umysłu. Pocieszał się, że być może to wina narkotyku. To, co teraz zamierzał zrobić nie było spowodowane chęcią zemsty, lecz czystym gniewem. Gniewem, który towarzyszył mu podczas każdej egzekucji. Inni się nie liczyli, nawet najbliźsi towarzysze, nawet Komendant. Liczyła się tylko ofiara. Osoba, którą spotkał była także katem.
- Byku! Co robisz?
- Badam następne piętro! - odpowiedział powoli wspinając się po schodach.
- Wpuściłeś jednego na nasze tyły.
- Ja? - zdziwił się ciągle patrząc ostrożnie w górę - Niemożliwe.
Sierp zdjął noktowizor. Przyjrzał się uważnie swojemu kompanowi. Spojrzał w jego ciemne okulary. W mgnieniu oka wyjął oba pistolety i dokładnie ostrzelał sufit nad sobą i nad schodami. Zaraz przed Bykiem wypadł przez barierkę na schody mężczyzna z pistoletem kurczowo ściśnitym w dłoni. Nie żył. Strzały były nadzwyczaj celne.
- Dlaczego go nie zabiłeś? - krzyknął Sierp bezlitośnie.
- Nie widziałem go - próbował opanować swój głos Byku.
- Tak? - Sierp z przyjemnością obserwował zmieniający się wyraz twarzy rozmówcy i małą kroplę potu spływającą po jego czole. Był pewien, że kłamie. Zbyt wyraźnie widział nagły odblask metalu odbity, jak w lustrze przez okulary Byka chwilę wcześniej - Czemu tylko ty założyłeś kask? Chciałeś, żeby wiedzieli, kim jesteś? Tak się z nimi umówiłeś?
Sierp bawił się strachem Byka podczas, gdy w nim samym dojrzewała prawdziwa furia. Strzelił nagle i tylko raz. Pozwolił, by ofiara przez krótką chwilę pomęczyła się z przestrzelonym sercem. Trwało to kilka sekund.

- Zdrajca - uwaga cyniczna, wypowiedziana bez niezbędnej odrobiny uczucia. Już nie czuł gniewu. Mógł iść dalej.

A dalej było schematycznie. Każdego kto pojawił się w polu widzenia Sierpa spotykała szybka śmierć. Tak szybka, że ofiary nie miały czasu pomyśleć w tym, jakże istotnym momencie ich życia, o czymkolwiek. Umerali niemal bezboleśnie. Sierp, co prawda dostał kilka razy, ale śmiesznie mało się tym przejmował. Czasami tylko meldował Komendantowi o swoim położeniu, aby nie spotkać się przez przypadek z innym katem. Mogliby wtedy się nie rozpoznać. Wiedział jednak, że innym nie szło tak dobrze, jak jemu.

Sierp pomyślał, że egzekucje są mało ciekawe. Nie czuł ryzyka, zaczęło go opuszczać pierwotne podniecenie. Zadanie stało się dla niego zabawą w rodzaju gry w kręgle. Zastanawiał się, czy napiszą o tym japońskie gazety. W gazetach krajowych nie będzie o akcji ani słowa. Są rzeczy, o których lepiej nie mówić i nie pisać, jeśli chce się spać spokojnie. Najbardziej dumny był ze swego spotkania z Bykiem. Nie wspomniał jednak o tym ani słowa Komendantowi. Uważał to za zbędne zawracanie głowy. "Chyba za dużo myślę" - pomyślał.

Z zewnątrz akcja wyglądała dosyć dziwnie. Okna co chwilę rozbłyskiwały, zdarzało się, że ktoś przez nie wypadł. Nieraz jakiś człowiek wymknął się tylnymi drzwiami, a gdy oddychał z ulgą schowany w ciemności, pozornie niezauważalny, dosięgała go kula snajpera.

Mieszkańcy sąsiednich bloków i domów doskonale wiedzieli, jakie zdarzenie ma miejsce zaraz obok nich. Nikt jednak nie odważył się wystawić głowy przed okno. O nie! Wszystkim życie było jeszcze miłe i każdy w miarę możliwości zasłaniając uszy poduszkami próbował zasnąć.

- Mamo, a co się tam dzieje? - zapytało dziecko niewinnym i nieświadomym głosem.
- Nic, dziecko, śpij już. Śpij. - powiedziała kojąco troskliwa matka modląc się, aby horror w sąsiednim budynku jak najszybciej dobiegł końca.

Jej modlitwy ktoś najwyraźniej wysłuchał. Akcja skończyła się przed świtem. Oddział zwinął się jeszcze szybciej, niż przyjechał na miejsce, a tajemnicza grupa zwana "Bezszelestnymi" wyczyściła wszelkie oznaki walki w budynku i na okalających go ulicach, zanim pierwsi ludzie wybrali się do pracy. Nie pozostała jedna kropla krwi i ani jedna kula. Jedyną pamiątką z niedawnego piekła był opustoszały hotel, który prawdopodobnie już nigdy nie przyjmie ani jednego gościa. Będzie on jeszcze przez wiele lat pomnikiem skropionym krwią tak wielu istnień.

Gdzieś na szczycie ogromnego biurowca Koronnej Agencji Wywiadowczej Komendant w swym biurze samotnie obserwował miasto. Zastanawiał się. Spojrzał powtórnie na trzy teczki osobiste leżące na jego biurku. Miał je ostęplować i zapieczętować.

Dariusz Modrzewski, pseudonim "Byku", mistrz w strzelaniu do celu. Wygrywał każde zawody strzeleckie. To była jego dwudziesta akcja. Piękna, okrągła liczba. Pieczęć, stempel. "Zginął za króla i ojczyznę".

Michał Tymiński, "Bat". Najmłodszy z najlepszych. Dwadzieścia sześć lat. Nigdy nie myślał o nim w ten sposób. Bat nigdy nie był za młody. Dlatego został katem. Byłby nim jeszcze przez długi czas. Uwielbiał kobiety. Oprócz pracy była to jego największa fascynacja. Niepoprawny podrywacz. "Zginął za króla i ojczyznę".

Ostatnia teczka. Seweryn Wolski, dla wtajemniczonych "Sierp". Komendant westchnął. Doigrałeś się - powiedział bezgłośnie do zamieszczonego zdjęcia. Najlepszy z najlepszych. Dostanie pośmiertne odznaczenie, chociaż na pewno nie życzyłby sobie tego. Sierp, ty pracocholiku - pomyślał Komendant przypominając sobie, o co dawno temu poprosił go jego ulubiony żołnierz. Wziął całą teczkę i otworzył okno.

- Już nigdy nikt cię nie zapieczętuje ani nie odznaczy. Nikt też nigdy nie nazwie cię zabójcą.
Wyjął zapalniczkę i nie spiesząc się ostrożnie i dokładnie podpalił papier od dołu. Trzymał płonący dokument, dopóki płomienie nie oparzyły go w palce. Puścił wtedy pozostały skrawek pozwalając mu spłonąć na szerokim parapecie. Zaraz wiatr rozwieje popiół i nie pozostanie nic po tym wspaniałym człowieku. Nic, oprócz wspomnienia przechowanego w umysłach zaledwie kilku osób, dla których zmarły nie był tylko dokumentem. Oni zawsze będą pamiętać jego prawdziwe imię, "Sierp". "Zginął za króla i ojczyznę". I za swą dumę. Głupią, szlachecką dumę.

...

Opowiadanie to napisałem jako wprowadzenie do systemu autorskiego "Nowe Przymierze RPG". Jeśli to kogoś zainteresuje, czekam na kontakt.

Na górę strony