Spis treści Świat Mroku

Zdążyć przed świtem


Sor'ce

Maskarada

Uciekam od banalności... Wtapiam się w magiczny świat, o którego istnieniu nie jestem i nie mogę być przekonana. Opadam cicho, bezwładnie poddając się słowom i gestom obecnych. Otaczający mnie ludzie, zafascynowani nowymi perspektywami, czekają jedynie na kolejny ruch. Każdy płynie przepełniony chęcią ucieczki od przygnębiającej - najczęściej - rzeczywistości. Wszyscy pozwalamy się nieść wartkiej fabule opowieści, sączonej - jak dobre wino - przez miękki, zmysłowy głos mężczyzny skrytego w cieniu.

Wkraczamy w iluzoryczny świat końca wieku XIX. Cień zalega leniwie na ulicach, a my - widzowie i aktorzy zarazem - przypatrujemy się całemu widowisku. Ulice pogrążają się w przyjemnym półmroku staroświeckich lamp, a my kroczymy pewnie w kierunku znanej nam kawiarenki. Bywaliśmy tu nie raz i nie raz mijaliśmy stare kamienice krakowskie, wyłącznie po to, by akt naszej ucieczki stał się jak najrealniejszy dla nas samych. Drogę tę powtarzamy w dzień i w nocy, czasami śniąc jedynie o odrobinie odpoczynku.

Kiedy otwieram ciężkie, dębowe drzwi z dawno zatartym napisem, po którym zostały jedynie niewyraźne gotyckie kształty, moim oczom ukazuje się wnętrze pełne ludzi, świeczek, zapachu opium i papierosów. Znajome twarze giną za smugami dymu, choć kącikiem oka zauważam delikatne, zapraszające mnie uśmiechy ludzi, którym moje towarzystwo dzisiejszego wieczoru zdaje się być pożądanym.

Pewnym krokiem stałego bywalca, podchodzę do baru i zamawiam to co zwykle. Po chwili pojawia się przede mną kryształowa szklanka wypełniona po brzegi podwójną whisky, a obok, na hebanowym blacie leży paczka długich cygaretek, koloru gorzkiej czekolady. Alkohol będzie tak stał cały wieczór, będę się delektować jego zapachem, a po moim wyjściu barman wyleje napój do zlewu. Drobnymi dłońmi, bez ozdób biżuteryjnych, z długimi, ostrozakończonymi, pomalowanymi na czarno paznokciami, wyjmuję spokojnie papierosa i wkładam go sobie do ust. Od razu znajduje się męska, pomocna dłoń, trzymająca palącą się, srebrną, masywną zapalniczkę. Uśmiecham się delikatnie, dziękując za ową niezbędną pomoc. Wydmuchując dym, przyglądam się uważnie mojemu wybawcy i już wiem, że to jego dzisiejszej nocy wybiorę na mojego kompana.

* * *

Chłodne wieczorne powietrze oplata ramiona biegnącej kobiety. Twarz skryta w cieniu kaptura zdaje się unikać wzroku mijanych ludzi. Czarna peleryna furkocze na wietrze. Kiedy drobna sylwetka znika w kolejnej zatęchłej uliczce średniowiecznego Paryża, usłyszeć można ciężkie kroki gwardzistów króla. Rozdzielają się - najprawdopodobniej - w poszukiwaniu owej niewiasty. Zaczyna padać deszcz. Kształty ulegają powolnym, leniwym transformacjom. Żołnierze zatrzymują się na środku placu i rozglądają uważnie, nasłuchując. Z ukrycia wychodzi zakapturzona, wątła z pozoru istota. Miękki materiał peleryny opada na bruk. Widać ją teraz dokładnie. Gorset w kolorze zgniłej zieleni z tysiącem wplecionych srebrnych nitek, tworzących niepokojące wzory run, opina ściśle śnieżnobiały, smukły korpus. Spódnica - niezgodnie z panującą modą - nie jest oparta na skomplikowanej konstrukcji klosza, lecz opiera się na biodrach i spływa kaskadą mieniących się szarości ku ziemi, zakrywając drobne zapewne stopy, obute w stukające w podłoże trzewiczki. Wielkie, czarne oczy przyglądają się uważnie swoim przyszłym ofiarom. Cień zasnuwa wszystko. Kontury kobiecego ciała zamazują się coraz bardziej, aż wreszcie stają się niewidoczne. Po chwili słychać głuche osunięcie się na bruk czyjegoś ciała, potem - kilka następnych. Echo kobiecych kroków zanika w plątaninie paryskich ulic.

Pukam do drzwi - trzy krótkie przerwy, jedna dłuższa. Na schodach wewnątrz domu słyszę znajome kroki. Wchodzę po chwili w przyjazny półmrok długiego, wąskiego przedpokoju. Cała mokra wtulam się w znane mi męskie ramiona. Następuje długi, namiętny pocałunek, w którym przekazuję moje emocje, strach, pragnienie...
- Komu dzisiaj odebrałaś życie? - szept wyrywa mnie ze słodkiej zadumy nad kolorem jego oczu.
Wybucham śmiechem, oblizuję lubieżnie dolna wargę i opowiadam mu o całym zajściu.
- Niepotrzebnie go sprowokowałaś - pretensje kryją się głęboko w opanowanym tonie głosu. - On wie już kim jesteś, i teraz chce Cię mieć na własność - jako kochankę i podwładną. Pragnie nie tylko twojej krwi, ale i ciebie...

***

Wspominam te wydarzenia z lekkim, niedbałym uśmiechem, pod którym przykrywam smutek i rozczarowanie. Życie zdawało się być niekończącą zabawą, igraszką niewinną zaledwie. Nigdy bym nie podejrzewała czemu przyjdzie mi sprostać i jak wiele zapłacić za moją niefrasobliwość.

- Przyjechałam do Krakowa niedawno, do znajomych. W ogóle dość słabo znam to miasto - mężczyzna mi towarzyszący okazał się być przemiłym rozmówcą.
Po tymże wyznaniu Tadeusz, bo tak miał na imię, zaproponował mi spacer dnia następnego, albo w jakimkolwiek innym odpowiadającym mi terminie.
- Jutro po zachodzie słońca, może być? - wypowiadając te słowa uważnie patrzyłam na jego reakcję.
Moja propozycja jednak absolutnie nie wydała mu się dziwna - przynajmniej nie sprawia takiego wrażenia.
- Ależ oczywiście... - w tym momencie głos mu przez chwilę zadrżał, szeptem mówił dalej - czy pozwoli mi pani po siebie przyjść? Czy nie jestem zbyt natarczywy?

Wybucham jedynie dźwięcznym śmiechem, wstaję potrząsając lekko z niedowierzaniem głową i wsuwam mu do kieszeni świetnie skrojonej marynarki karteczkę z moim imieniem oraz adresem, pod którym można mnie znaleźć. Na do widzenia rzucam ostatnie zalotne spojrzenie w jego kierunku, wychodzę lekkim krokiem, kołysząc biodrami. Wzrokiem zegnam się z kilkoma znanymi mi osobami, które również zdają się być zatopione w rozmowach, jednak kiedy przechodzę spoglądają na mnie i widzę nieznaczne, porozumiewawcze uśmiechy. Wiem, że są skierowane do mnie, gdyż oni, oni wszyscy są tacy jak ja...

* * *

Urywki wspomnień są naszymi drogowskazami. Jednak w efekcie końcowym prawie zawsze okazuje się, że nasze przypuszczenia są błędne.

Drobne dłonie trzymające list trzęsą się, a oczy zakrywają mgiełką łez. To nie tak... To nie tak miało być... Nie chcę go opuszczać. On nie może przecież pojechać za mną, nie pozwolą mu... Czemu mam wyjeżdżać do Krakowa? Po co? Czy prawdą jest powód podany mi przez nią? Czy naprawdę jestem aż tak uzdolniona i czy naprawdę jest to dla niej aż tak istotne? Nie rozumiem... Nie wiem nawet czy chce rozumieć... Wiem jedynie, że nie ma odwołania od jej wyborów. Muszę go opuścić... Tylko dlaczego ja? A może ona chce mnie uwolnić, odbierając mnie jego mocy? Czy on zemści się na mnie? Za dużo pytań na raz... Powinnam się uspokoić i zobaczyć co przyniesie los...

* * *

Nocne, letnie miasto wita mnie przyjemnym wiatrem, który owiewa moje odkryte ramiona. Spacerowym krokiem podążam opustoszałymi o tej porze uliczkami, rozmyślając nad wydarzeniami ostatnich dni. Tutejsi mieszkańcy przyjęli mnie zgodnie z zasadą gościnności obowiązującą w naszej małej społeczności.

Tadeusz zaś okazał się być miłym rozmówcą i przewodnikiem. Jeszcze trochę się nim pobawię - ma taki słodki uśmiech.

* * *

Ciemność wypełza ze wszystkich kątów, a oni stoją nieruchomo, mierząc się spojrzeniami. Drobna, czarnowłosa kobieta odrzuciła płaszcz, by stanąć przed swoim przeciwnikiem w kunsztownym, męskim stroju z drobnym mieczem w ręce. Wysokie buty opinają ściśle łydki, przechodząc w czarne rozszerzające się spodnie. Dopasowany kubraczek z wystającą spod niego koszulą dodaje uroku jej jasnej, poważnej twarzy.
- Panie... walcz! - rozkazujący szept wywołuje nieznaczny uśmiech na twarzy mężczyzny.
Wysoka i szczupła postać odziana w skomplikowanie haftowany strój pochodzenia najprawdopodobniej angielskiego sięga po swoją broń - zgrabną szablę.
Cichą paryską noc zakłócają jedynie odgłosy walki. Nagłe zderzenie żelaza z brukiem zakłóca harmonijne ruchy walczących. Kobieta stoi oparta o ścianę z ostrzem przystawionym do gardła. Mężczyzna rozrywa zębami swój nadgarstek i podsuwa pod jej usta, patrząc uważnie w jej oczy.
- Gardzisz, pani?
- Przecież wiesz, że to nie tak... Przecież... - głos jej się łamie, im bardziej metal zanurza się w jej skórze i ocieka krwią.
Kiedy wbija się w jego rękę zębami, on wyjmuje miecz z jej - przeciętego do połowy - gardła. Rana zaczyna się zasklepiać. Po chwili, on chwyta pukle jej włosów, odrywając ją od siebie.
- Dość... Do następnego razu...

* * *

Kraków pachnie cynamonem, wanilią i dobrą kawą. Może zostanę tu na dłużej?