Spis treści Zew Cthulhu

Ars poetica


Wolvie, Ulmo

Początek końca

Kiedy wróciłem zmęczony do domu nie miałem zamiaru robić nic poza jak najszybszym położeniem się do łóżka. Tydzień kolokwiów na uczelni może wykończyć każdego kto próbuje się przygotować do chociaż jednego. Z olbrzymią ulgą powitałem ostatnią godzinę zajęć. Nikogo też nie powinno dziwić, że nie miałem czasu śledzić wieczornych wiadomości. Gdybym tak uczynił prawdopodobnie już wcześniej zrozumiałbym co się święci i nie byłbym niczym zaskoczony. Tuż przed snem, po zażyciu orzeźwiającej kąpieli, wyjrzałem przez okno na spowite mrokiem nocy miasto. Wydało mi się wtedy takie spokojne i ciche jak nigdy przedtem, jakby zamarło w oczekiwaniu na coś co miało nastąpić.

Postanowiłem jeszcze sprawdzić całodzienną pocztę i ewentualnie "pogawędzić" ze znajomymi na IRC. Kiedy włączyłem komputer i próbowałem się połączyć z serwerem IRC przekląłem w duchu moją głupotę, przez którą nie pozostawiłem otwartej sesji na moim ulubionym kanale. Na całe szczęście udało mi się wreszcie uzyskać dostęp do sieci. Zerknąłem na zegarek, dochodziła właśnie 22. O tej porze na kanale powinno być kilka osób. Pierwsze co mnie zaskoczyło po wejściu na kanał #cthulhu-pl to fakt, że byłem na nim sam i to w pełnym znaczeniu tego słowa. Nawet zawieszone zwyczajowo sesje gdzieś zniknęły. Spróbowałem moich sił na kilku innych kanałach z takim samym rezultatem. Kiedy wklepałem polecenie wyświetlenia listy kanałów okazało się, że w całej sieci jestem jedynym użytkownikiem. Wprawiło mnie to w osłupienie i przez chwilę zwątpiłem w swoje zmysły. Następnie podniosłem słuchawkę telefonu i wykręciłem numer do Piotra. Po kilku sygnałach telefon raczyła odebrać jego matka, choć sądząc po tonie jej głosu nie była tym zachwycona. Piotrek również nie był.
- Co jest ? - usłyszałem zniecierpliwiony głos po drugiej stronie.
- Ja jestem! - odparłem trochę zirytowany - Czego na mnie warczysz, co?
- Kurwa stary, sam chyba powinieneś wiedzieć najlepiej.
- Co powinienem wiedzieć, wyrażaj się jaśniej do kurwy nędzy bo mnie doprowadzisz do szału! - walnąłem zirytowany
- No co ty, telewizji nie oglądasz czy jak ? - zapytał półprzytomnie.
- Tak się jakość składa, że nie mam czasu, bo w przeciwieństwie do niektórych mam co robić.
- Wyluzuj. To i tak już nie ma znaczenia. - powiedział dziwnie zobojętniałym głosem
- Ty, co się kurde z tobą dzieje? Brzmisz jakbyś wpadł pod walec. - zapytałem zaskoczony
- Włącz sobie telewizor to zrozumiesz.
- No już włączam tylko znajdę tego pierdolonego pilota - zacząłem poszukiwania przeklętego urządzenia pod stertą brudnych skarpet, których jakoś nie miałem czasu wyprać. - No mam! Na którym kanale ?
- Wszystko jedno, to jest na wszystkich. - zdumiony nacisnąłem przycisk z numerem 1. Na ekranie ukazały się litery "Na żywo z południowego Pacyfiku". Na ekranie widoczne było jakieś zgrupowanie statków, wśród których udało mi się dostrzec nawet jeden superlotniskowiec.
- No i co to ma niby być, trzecia wojna światowa, czy co ? - zapytałem obserwując najazd kamery na dwa przelatujące nad statkami śmigłowce bojowe. Kamera podążyła za nimi ukazując mym oczom to czego wolałbym nigdy więcej nie oglądać. Zdołałem jedynie wyszeptać do słuchawki - zadzwonię później... - i rozłączyłem się.

Pierwsze co zdołałem z siebie wydusić brzmiało mniej więcej jak "o żesz kurwa jego najświętsza mać!". Moja reakcja była chyba podobna do reakcji większości ludzi na świecie, bowiem całe to zgrupowanie okrętów znajdowało się obok olbrzymiej wyspy, na której powierzchni majaczyły przeogromne monolity o nieziemskich wręcz kształtach. Wtedy też przypomniałem sobie, że telewizor oprócz wizji posiada jeszcze fonię.

"...badaczy właśnie opuściła łodzie i kieruje się w stronę centrum tych niewiarygodnych budowli. Naukowcy nie chcą jeszcze podać oficjalnych wniosków, ale już w tej chwili mówi się o odkryciu tysiąclecia, bowiem wydaje się, że mamy oto przed sobą pozostałości legendarnej Atlantydy."

Przestałem słuchać tego co dalej bredził spiker i czym prędzej wykręciłem numer Piotra. Tym razem nie musiałem długo czekać, gdyż odebrał osobiście.
- Czy ty wiesz co to jest? - wykrzyczałem prawie do słuchawki
- Wiem. A raczej się domyślam i tak właśnie się zastanawiam czy już się wieszać czy trochę później. - powiedział zdesperowany
- Nie przesadzaj. Czemu oni to pokazują w telewizji i po jaką cholerę lezą tam naukowcy, czy oni są pojebani, czy nie wiedzą naprawdę co to jest, czy tylko ja czytałem w życiu Lovecrafta, co to kurwa ma być? - słowotok jaki mnie opanował był najwidoczniej jedyną reakcją na taki stres.
- Wolvie, nie wiem jak ty, ale ja mam to głęboko w dupie. Skoro gwiazdy są w porządku to i tak nic nie możemy zrobić, a te barany jak chcą to niech idą na rzeź.
- I chcesz skończyć tak jak oni, co? Niedoczekanie, ja tam montuję ekipę i wynoszę się w jakiś spokojny rejon, bo co do tego, że miasta zamienią się w śmiercionośne pułapki to nie mam wątpliwości.
- Mam to w nosie! Co my możemy zrobić?! No co? - desperacja w jego głosie zaczynała mnie przerażać.
- Ty, stary, za wcześnie by umierać, jesteś za młody, wszyscy jesteśmy za młodzi. Weź się w garść do jasnej cholery! Zbieraj wszystkie podręczniki i materiały, będę u Ciebie za najdalej półtorej godziny. Pakuj walizkę, plecak czy co tam masz, jedziemy do mojego domku w górach.
- Eeeee, nie wiem.... - zaczął nieśmiało
- Ale ja wiem sieroto niemrawa! - krzyknąłem do słuchawki i przerwałem połączenie.

Kątem oka rzuciłem na telewizor gdzie grupa naukowców właśnie szykowała się do otwarcia olbrzymich, jakby zawieszonych poziomo wrót. Nie mogłem na to patrzeć. Wyłączyłem telewizor i rzuciłem się do półek. Do opróżnionego pośpiesznie plecaka wrzucałem wszystkie podręczniki i książki do Cthulhu, jakie udało mi się zgromadzić przez te wszystkie lata. Wykręciłem też numer do Jerzego, a po krótkiej z nim rozmowie do Yubiego i Orka. Wspólny plan zakładał, że Jerzy z Warszawy dotrze jakoś do mojej chatki w okolicach Chochołowa ja natomiast zgarnę niejako po drodze Piotrka, Yubiego i Orka, który to dojedzie w tym czasie z Bielska do Krakowa. Godzinę później zapakowałem mój samochód ciuchami, książkami i komputerem, bez którego nie mógłbym się obejść. Zadzwoniłem jeszcze do rodziny, żeby jeśli mogą zaszyli się gdzieś na odludziu i wyjechałem do Piotra. Wiedziałem, że to wszystko to tylko preludium do większego koszmaru, powrotu Wielkich Przedwiecznych na Ziemię...

* * *

- ... i tak jest w istocie. Predykaty opisują związki pomiędzy poszczególnymi obiektami. Ich stosowanie... - tępo wsłuchiwałem się w dochodzący jakby z oddali głos wykładowcy. Kolejna zarwana nocka... Zmęczenie dawało się we znaki. Beznamiętnie spojrzałem na monitor. Kilka otwartych okien netszkapy i sesja telneta - standardowe "wyposażenie" mojego paska zadań. Głosy powoli stawały się coraz mniej wyraźne. Nawet nie pamiętam, kiedy straciłem świadomość.
- Pańskie nazwisko... - przenikliwy sopran wyrwał mnie z odurzenia. Zdziwiony spojrzałem w stronę źródła dźwięku. Nade mną stała dr Sękula i stanowczo oczekiwała odpowiedzi.
- I co TO ma znaczyć? - swym pulchnym palcem wskazała monitor. Ekran wręcz promieniował ostrymi, stroboskopowymi błyskami. Nie to jednak było najdziwniejsze. Pośród tych świetlnych wariacji dostrzegalny był... napis. Zadrżałem odczytawszy pierwsze litery.

La mayyitan ma qadirun yatabaga sarmadi...

"nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami" - dokończyłem cicho.
- Proszę to w tej chwili wyłączyć. Nazwisko! - prawie krzyczała. Co ją tak rozeźliło?
- Pani doktor, to nie ja... A te przyśnięcie mogę wyjaśnić...
- Dosyć! To nic Panu nie pomoże. Nazwisko.
- Wszeborowski... - wystękałem niewyraźnie i wcisnąłem <Esc>. Na ekranie mignął napis "There is no escape..." i z monitora posypały się iskry. Tępo wpatrując się w wydobywający się z obudowy dymek nie słuchałem już jej słów. Gdy to zdarzenie odtwarzałem sobie później z pamięci, kojarzyłem pojedyncze wyrazy, "dziekan", "sprzęt", "pieniądze", "zawieszenie"... Chwyciłem plecak i w milczeniu opuściłem ćwiczenia.
Świeże powietrze przywróciło mi trzeźwość umysłu.
- Co ja robię? - wydobyłem z siebie. Przechodząca obok dziewczyna z lekkim uśmiechem na twarzy obejrzała się, spoglądając w moją stronę. Mięśnie policzków delikatnie poruszyły się, niedbale imitując pogodność. Szybkim krokiem ruszyłem w kierunku przystanku.

Powoli zbliżała się 22. Odruchowo spojrzałem w stronę monitora i z niesmakiem odwróciłem wzrok. W pokoju, na ziemi leżały porozrzucane notatki, wydruki z netu, podręczniki, książki i wszystko inne, co udało mi się znaleźć. Dzisiejsze zdarzenie zaniepokoiło mnie. Bardzo prawdopodobne, że ktoś po prostu zrobił mi głupi dowcip, a ja niepotrzebnie się tym wszystkim przejmuję. A jeśli nie? Usiadłem na łóżku, głęboko się zamyślając. Fragmenty z podstawki dotyczące bluźnierczego dwuwiersza przeczytałem chyba z 20 razy. Niczego konkretnego jednak się nie dowiedziałem. Były jeszcze materiały z netu, ale te w większości podawały jeszcze mniej szczegółowe, a co najważniejsze sprzeczne, informacje.

Pozostało mi więc skorzystać z pomocy chłopaków. Ekipa z Polconu '99... Na nich mogłem liczyć. Tym bardziej, że problem dotyczył Mitologii.
- Ściszcie ten telewizor. Czy on musi tak ryczeć? - odpowiedziała cisza, a natężenie dźwięku wciąż pozostało bez zmian. Zirytowany wstałem i szybkim krokiem ruszyłem do dużego pokoju.
- "...bowiem wydaje się, że mamy oto przed sobą pozostałości legendarnej Atlantydy." - moim oczom ukazały się megalityczne budowle z czarnego jak sadza bazaltu, unoszące się ponad powierzchnią oceanu. Zbladłem. Zbliżenia kamer pozwoliły dostrzec dziwne pismo umieszczone nad wielkimi wrotami. Jakby automatycznie umysł przywołał wyobrażenia zatopionego R'lyeh, które powstały po przeczytaniu opowiadań Lovecrafta. W niczym nie mogły równać się z tym, co miałem przed oczami. Spiker gorączkowo przypominał szczegóły związane z odkryciem. Materiały na żywo z miejsca wydarzeń raz po raz przerywane były wypowiedziami "znawców" i "badaczy".

Bez słowa wróciłem do siebie, zamykając drzwi. Siadłem na środku pokoju, otoczony stertą papierzysk i książek.
- To już koniec... - poczucie bezsilności zawładnęło mną zupełnie - Atlantyda... - parsknąłem sardonicznie. Zerknąłem na kserokopię Necronomiconu. Odnalezienie symboli identycznych z tymi wyrytymi na ogromnych wrotach potwierdziło tylko moje największe obawy. I jeszcze to dzisiejsze zdarzenie na uczelni. Parsknąłem śmiechem, rozkładając się na wszystkich zgromadzonych na podłodze materiałach.
- Nic, tylko czekać na ten koniec... - dźwięk telefonu wyrwał mnie z dziwnego stanu upojenia.
- Słucham...
- Heja, to ja... - głos należał do Małego, jednego z moich graczy - Oglądałeś? No, to teraz Ktul nam się do dupy dobierze - krótki śmiech, urywany odgłosami libacji alkoholowej - Eee, ja to tam pierdolę... Najwyżej Ktul mnie zeżre... Wylosuję sobie nową postać... Klik - słuchawka została odłożona. Diody w obudowie mojego P166 MMX zajarzyły się. Monitor zamanifestował swoją gotowość i po półtorej minucie komputer był gotowy do pracy. Odruchowo odpaliłem mailera. "Ale się na liście teraz zacznie..." - uśmiechnąłem się w duchu.
Nawet zwyczajowe użeranie z "darmowym" numerem dostępowym nie było w stanie wyprowadzić mnie z tego dziwnego stanu, któremu uległem pod wpływem dzisiejszych zdarzeń.
- Pocieszające jest to, że na nic im się teraz moja kasa na rachunki nie przyda... No, w końcu. "Sending login information..." Ku mojemu zdziwieniu w skrzynce znajdował się tylko jeden list, od Jerzego. Ręka zastygła mi nad lewym klawiszem myszy. Powoli przesunąłem myszkę w kierunku pogrubionej wiadomości z tematem "Ewakuacja".

"Ulmo, sytuacja jest ciężka. Jeśli oglądałeś już telewizję, to wiesz co mam na myśli. Dosłownie przed chwilą dzwonił do mnie Wolvie. Zbieramy ekipę w jego domku w górach. Nie pytam czy jesteś zainteresowany, bo to wydaje mi się oczywiste. Musimy się jakoś tak umówić, żeby razem tam dojechać.
Daj znać jak najszybciej. Czasu jest coraz mniej, więc trzeba się streszczać. Szukaj pociągów jeszcze dzisiaj wieczorem (pamiętaj, że docelowo jedziemy do Zakopca).

Jerzy."

Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać. Kilka kliknięć i już znałem rozkład pociągów do Wawy i później do Zakopca. Jeszcze tylko szybki druk i trzeba zacząć się pakować. Wysłałem maila do Jerzego z wiadomością, o której będę w Wawie, po czym chwyciłem szybko klucze do piwnicy. Po minucie taszczyłem już na górę plecak ze stelażem. Krótkie zastanowienie i miałem gotowy plan przygotowań. Przede wszystkim notatki, ksera, książki, podręczniki i wszystko inne, co mogło się przydać. Pieniądze (było tego jakieś 500-600 zł - musiało wystarczyć), jedzenie będzie trzeba kupić na miejscu, a to na podróż wziąć z lodówki.

- Gdzieś się wybierasz? - nieco zdezorientowana mama rzuciła w moją stronę, gdy kończyłem pakować konserwy.
- Tak, do Zakopanego... - ta dyskusja nie była mi teraz potrzebna. Nie miałem na nią ani siły, ani czasu - Mamo, proszę zrozum, muszę jechać... - popatrzyła na mnie tym swoim przenikliwym spojrzeniem, po czym bez słowa wróciła do pokoju. Poczułem się niepewnie. Nie lubiłem, gdy właśnie w ten sposób reagowała. Jej obojętność była dla mnie gorsza od sprzeciwu.

Pospiesznie powrzucałem ubrania do plecaka, upychając go do granic wytrzymałości. Do oddzielnej torby wpakowałem wszystkie materiały, które wcześniej leżały na ziemi. Z pawlacza wydobyłem jeszcze śpiwór i byłem gotowy do wyjścia.

Raz jeszcze sprawdziłem pocztę i okazało się, że słusznie. W skrzynce już czekała na mnie wiadomość od Jerzego. Potwierdził swoją gotowość, przypominając mi jeszcze o zabraniu najważniejszych rzeczy. Bez opóźnień mieliśmy się spotkać na centralnym około godziny 4.10.
Pożegnawszy się z rodzinką (tego wzroku matki nie zapomnę do końca życia), wyruszyłem na dworzec.

- ... tyle z tego wszystkiego pamiętam - to dziwne, że dopiero po 3 godzinach jazdy byliśmy w stanie odezwać się do siebie. Każdy pogrążony we własnych rozmyślaniach bał się poruszyć drażliwy temat. W końcu jednak musiało to nastąpić. I to ja nie wytrzymałem. Opowiedziałem Jerzemu zdarzenia wczorajszego dnia i ich następstwo, jak mi się zdawało, wczorajszego wieczora. Całe szczęście, że byliśmy sami w przedziale. Osoby postronne mogłyby bowiem uznać nas (słusznie zresztą) za pomyleńców. Jerzy cierpliwie wysłuchał mojej opowieści, zachowując kompletne milczenie. Widać, że i na nim przedstawione przeze mnie fakty wywarły nie lada zdziwienie.

Dalszą część drogi jednak pokonaliśmy pogrążeni w ciszy. Żaden z nas nie miał ochoty i siły na dyskusje. Zmową milczenia daliśmy sobie jasno do zrozumienia, że rozmowę trzeba odłożyć na później. Najlepiej w większym gronie.
Zmęczenie coraz bardziej dawało mi się we znaki. Nie pamiętam już kiedy zasnąłem...
- Ulmo, wstawaj, jesteśmy na miejscu... - głos Jerzego i lekkie szturchnięcie w ramię wyrwało mnie z objęć Hypnosa.
- Już..? - dla mnie była to chwila, a okazało się, że spałem ładne 3 godzinki. Wbrew pozorom nie czułem się wypoczęty. Wręcz przeciwnie. Czułem się fatalnie. Rozejrzałem się po dworcu w poszukiwaniu znajomych twarzy.
- Czy ktoś miał po nas wyjść? - zapytałem nieśmiało.
- Nie wiem, nie umawiałem się z chłopakami... W razie czego weźmiemy taksę - Jerzy wyglądał jak śmierć.
- Ty coś w ogóle spałeś? - zagadnąłem go.
- Nie... Ale nie czułem takiej potrzeby - patrząc na niego nie trudno było odkryć, że kłamie.
- Dzięki, stary... - odparłem, po czym szybko dodałem, aby nie dać mu czasu na reakcję - Słuchaj, to idź się rozejrzeć za tą taksówką, a ja jeszcze skoczę kupić coś do picia.
Jerzy chciał jeszcze coś dodać, ale uśmiechnął się tylko, odchodząc w stronę postoju. Chwilę jeszcze odprowadzałem go wzrokiem, po czym sam skierowałem się w kierunku poczekalni.

* * *

Jadąc przez miasto zastanawiałem się, co będzie dalej. Kiedy podjeżdżałem pod wieżowiec, w którym mieszkał Piotr pełen byłem najczarniejszych myśli. Ku mojemu zdziwieniu czekał już na mnie przed klatką ściskając duży plecak na stelażu, będący chyba jego wysokości. Zatrzymałem się i otworzyłem bagażnik. Piotr upchnął plecak obok mojej torby po czym zamknął bagażnik i wsiadł do samochodu.
- Cześć! - powiedział nawet dość entuzjastycznie
- Co już ci przeszły doły? - zapytałem podbudowany jego lekkim tonem.
- Tak. Stwierdziłem, że jak ma być koniec świata to niech go spędzę w ciekawym towarzystwie. - zaśmiał się ponuro
- Hmmm - wystarczyło za całą moją odpowiedź.

Odjechaliśmy sprzed bloku dokładnie w chwili kiedy zegar w samochodzie pokazywał 0:23. Zaczynał się kolejny dzień. Pomknąłem pustymi o tej porze ulicami obok linii tramwajowej, pod prowadzącą do lasu promenadą i następnie wzdłuż torów kolejowych dostałem się na szosę Warszawa - Katowice. Kiedy mijałem tablicę ze skreślonym napisem "Częstochowa" odniosłem dziwne wrażenie, że już nigdy tu nie wrócę. Ignorując ograniczenie każące mi jechać w tym miejscu 70 km/h wrzuciłem piąty bieg zostawiając za sobą uśpione miasto. Kiedy mijałem kościół w Poczesnej licznik wskazywał 120.
W ciągu niespełna godziny byłem już przy wjeździe na autostradę Katowice - Kraków. Po opłaceniu zwyczajowego myta postanowiłem sprawdzić co może moja maszyna. Do milczącego dotąd magnetofonu wrzuciłem muzykę z filmu "The Rock" i dodałem gazu. Dość powiedzieć, że średnia prędkość przelotowa na tej trasie wyniosła 175, wliczając w to krótką przerwę na dolanie benzyny. Podczas tego postoju przez przypadek zerknąłem na włączony na stacji telewizor. Pokazywano właśnie kolejne, jeszcze nieudane, próby otwarcia wrót prowadzących do legowiska Wielkiego Przedwiecznego. Pracownik stacji był całą sprawą tak zafascynowany, że pomylił się na mój koszt. Kiedy odchodziłem od okienka kasowego, zapytał
- Niesamowite, co nie?
- Owszem. - odparłem nie podzielając jednak jego entuzjazmu.

W samochodzie Piotrek był właśnie w trakcie przestawiania monitora na tylnym siedzeniu, żeby ułożyć sobie miejsce do spania. Co zadziwiające przez całą drogę nie odezwał się ani słowem, aż do teraz.
- Wiesz co, nie mam już siły patrzeć jak tak zapierdalasz po tej drodze. Zwolnij trochę, chciałbym tam dojechać w jednym kawałku.
- Luz. Nie ma sprawy. 130 może być? - zapytałem
- To już lepiej. - po chwili milczenia kiedy mijaliśmy lotnisko w Balicach zapytał - jesteś pewien, że chłopaki będą na miejscu ?
- Mam taką nadzieję. W końcu wiedzą co się wyrabia. Moim zdaniem tylko jednocząc siły i uciekając od wielkich aglomeracji miejskich mamy szansę uniknąć tego co się będzie działo. Przynajmniej początkowej fazy. Kurwa mać!!!! - zakląłem uświadamiając sobie jedną rzecz.
- Co jest?! - Piotrek był wyraźnie przestraszony.
- Przecież my nie mamy żadnych zapasów jedzenia i bóg wie czego jeszcze...
- No to klops! Trzeba będzie zaczekać do rana.
- Nie ma mowy. Są przecież sklepy na stacjach i delikatesy całodobowe. Zaraz nakupimy żarcia.

W Krakowie odszukanie stacji paliw z czynnym sklepem nie było trudne i choć ceny były horrendalnie wysokie, poczyniliśmy tam spore zakupy. No przynajmniej powinny nam były wystarczyć na jakieś 2 tygodnie. Zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba jeszcze podjechać pod delikatesy. Na całe szczęście niedaleko mieszkania wynajmowanego przez Yubiego był sklep nocny. W środku mój wzrok padł na półkę z alkoholami.
- Wiesz co, ja tego na trzeźwo pewnie nie przeżyję. Jak dojadę to się będę musiał napić. - przywołałem sprzedawczynię do stoiska - 4 butelki Johny Walkera, 4 butelki ginu, tak może być ten najtańszy. Piotrek co dla Ciebie?
- Może być to co zwykle. - rzucił rozbawiony
- I jeszcze skrzynkę tego tam wina, jak to się zwie, tak, właśnie, "Pokusa", dobre, he,he - zaśmiałem się. - Ile płacę?
- 556 złote i 25 groszy. - powiedziała kasjerka. - doliczyć do całego rachunku?
- Tak, proszę. - spojrzałem na Piotra - i cała gotówka poszła w diabły. Jeżeli do jutra się nie zacznie to skoczymy do Zakopca i podejmę resztę z banku. Dobrze, że już po 10 maja to będzie ciut więcej o ratę z kredytu studenckiego.
- Trzeba będzie uwspólnić finanse. - zauważył Piotrek - Ty, a co z wodą?
- Obok chaty jest źródełko, mam też mały agregat i eksperymentalną elektrownię wodną. Na jakiś czas powinno wystarczyć.
- 823 złote i 13 groszy - usłyszałem od przemiłej ekspedientki.

Uśmiechnąłem się lekko i wydłubałem z ozdobionego hieroglifami portfela ostatnie 9 banknotów. Zainkasowałem resztę i obładowany niczym wielbłąd poczłapałem do samochodu. Tuż za mną, taszcząc skrzynkę jaboli, tłukł się Piotrek.
- Zrób coś żeby nie brzdękały w czasie jazdy, bo mnie to doprowadza do szału. - powiedziałem manewrując kluczykiem w okolicach zamka.
- A ty nie jesteś aby śpiący? Bo ja już zdycham. - wysapał wstawiając skrzynkę do bagażnika. - Jak tu upchniemy te zakupy to już nic nie wejdzie. Ja nie wiem jak się zapakujemy z chłopakami.
- Będziecie coś trzymać na kolanach. A co do mojego zmęczenia to się nie martw. Mam w sobie tyle adrenaliny, że wystarczy mi chyba na następny miesiąc. Zawsze też mogę dodać sobie skrzydeł, he, he.

Podjechaliśmy pozostałe 300 metrów do bloku gdzie mieszkał Yubi. Wypełzłem z samochodu. Zastanawiałem się, czy nie lepiej przespać następnych kilku godzin. Szybko jednak odegnałem od siebie te myśli. Rozejrzałem się po spokojnej okolicy i zerknąłem na zegarek. Nic dziwnego, że spokojna. O tej porze to już nawet menele idą spać. Była 3:15, kiedy z oparów porannej mgły wyłoniła się jakaś postać, niosąca pod pachami olbrzymich rozmiarów książki telefoniczne.
- Orku i jego Delta Green - ryknąłem śmiechem. Zacząłem się zastanawiać jakim cudem zdołał upchnąć do plecaka wszystkie swoje "branżowe" książki. Jeszcze bardziej ciekawił mnie fakt jak on to uniósł. Piotrek patrzył zafascynowany na obładowanego niczym juczny osioł Orka.
- Ty! Gdzie on ma to zamiar upchnąć?
- Cześć, uff, uff - wysapał Orku przystając przy samochodzie. - Mogę to wrzucić do bagażnika?
- Cześć stary byku! - ryknąłem ignorując późno/wczesną porę - Nie. To idzie do środka, tam gdzie ty i Yubi. O wilku zresztą mowa. - powiedziałem patrząc na wynoszącego komputer Yubiego.
- Cześć chłopaki. Jak mamy się zamiar zabrać? Ja mam jeszcze monitor i dużą torbę. - ostrzegł.
- Jak się pralka zmieściła w maluchu to myślisz, że do tej kolubryny nie wejdzie nas czterech i trochę bagażu?! - bardziej stwierdziłem niż zapytałem. - Wrzuć komputer pod nogi, Piotrek usiądzie z przodu i weźmie mój monitor na podłogę. Orku wrzuć ten plecak na środek jako dodatkowego pasażera. Yubi, wrzucisz sobie torbę na kolana, monitor dasz Orkowi i wszystko gra.
- OK. Jakoś się upakujemy.
- Masz w tym domku Video? - zapytał Orku szamocząc się z plecakiem
- Mam, a co? - byłem lekko zdezorientowany
- Wziąłem kilka filmów instruktażowych. - uśmiechnął się tajemniczo
- Jakich?
- W paszczy szaleństwa, Re-Animator, Re-Animator 2, Necronomicon, Teksańska masakra piłą tarczową... - zaczął wyliczać.
- Trochę chyba przegiąłeś. Nic to, do wozu. Jedziemy, komu w drogę temu włócznia w nogę, jak zwykłem byłem mawiać.

Tak też obładowani ruszyliśmy poprzez budzący się powoli Kraków w stronę słynnej Zakopianki. Przejechaliśmy przez centrum mijając po lewej stronie przepięknie oświetlony Wawel. I ponownie dopadło mnie wrażenie, że nie zobaczę tych miejsc ponownie. Chłopaki ułożyli się, w miarę skromnych możliwości, próbując zasnąć. Już po chwili rozległo się miarowe chrapanie. Zastanawiałem się, czy dane nam będzie przespać jeszcze jedną noc w spokoju. Tymczasem minąłem zjazd z obwodnicy i wjechałem na drogę do Zakopanego...

Jakąś godzinę później jechałem już trasą z Rabki do Chochołowa. Za oknami powoli wstawało słońce pokrywając cały teren migotliwym blaskiem. Tuż za samym Chochołowem skręciłem w prawie niewidoczną boczną drogę prowadzącą w stronę lasu. Po przejechaniu przez mały drewniany mostek zatrzymałem się przy zamkniętej na masywne kłódki bramie. Zgasiłem silnik i wysiadłem z samochodu. Chłodne, wilgotne od opadającej mgły powietrze otrzeźwiło mnie trochę. Zrobiłem dwa szybkie przysiady, żeby rozruszać zastałe mięśnie i zacząłem otwierać bramę. Wjechałem na ogrodzony zalesiony teren i pomiędzy drzewami dotarłem do ukrytego w gęstwinie piętrowego, drewnianego domku. Obudziłem chłopaków i dałem im klucze od drzwi wejściowych każąc na razie zrzucić wszystkie rzeczy w przedsionku lub dużym pokoju koło kominka. Sam wróciłem się do bramy i zamknąłem ją od wewnątrz. Spojrzałem czy widać stąd samochód, ale na szczęście gęstwina krzewów była zbyt duża by można go było dostrzec.

Kiedy przestąpiłem próg domu powitał mnie zapach świeżo parzonej kawy. Co prawda nigdy nie lubiłem tego napoju jednak teraz był dla mnie czymś wspaniałym. Chłopaki zaczęli już rozparcelowywać rzeczy. Jedzenie upychali w umieszczonej w maleńkiej piwnicy spiżarni i po obu lodówkach. Wykręcali przepalone żarówki zastępując je nowymi, zdejmowali pokrowce z łóżek a Piotrek siedział w łazience i odkręcał wodę.
- Orku mógłbyś otworzyć mój plecak? - zapytałem padając na odkrytą właśnie kanapę. - Mam tam gdzieś papucie. Nie będę latał po domu w buciorach.
- Zaraz, tylko wyjmę moje filmy. - wymamrotał szarpiąc się z wiązaniem plecaka. - O wiedzę, że masz też niezłą kolekcję. Twierdza, Blade Runner, Gorączka, Figlarne Włoszki, o tego nie znam, o kurde, ale bufory...
- Zostaw tego pornola, jeszcze się go naoglądasz, daj mi te chapcie. - wymamrotałem na wpół usypiając.
- No nie stary! To już jest przesada! - zaczął się złościć Orku - To ja muszę trzymać monitor na kolanach, a ty do bagażu wstawiasz TO ! - to mówiąc wyciągnął olbrzymiego pluszowego smoka, który kiedyś był reklamą środka na zgagę.
- Odwal się od mojego smoka! - krzyknąłem - Dostałem go od rodziców i nie zostawiłbym go za nic w domu na pastwę tych potworów. - W tym samym momencie smok wykonał lot po trasie odwróconej paraboli i pacnął mnie w głowę.
- Masz tego swojego stwora! - zaśmiał się Orku i rzucił w moją stronę moje stare góralskie kapcie.

Yubi właśnie zszedł z pierwszego piętra gdzie przed chwilą ustawiał komputery. Na rozpakowywaniu, przestawianiu, gotowaniu i tym podobnych czynnościach zeszła nam godzina. Stwierdziłem, że ja mam chwilowo dość i idę spać do mojego pokoju na górę. Reszta ekipy stwierdziła, że w sumie to nie ma nic innego do roboty i dość szybko poszli w moje ślady. Piotrek i Orku rozwalili się w salonie, a Yubi okupował kanapę na pierwszym piętrze tuż obok komputerów. W ostatnim przebłysku świadomości zastanowiłem się czy ktoś zamknął drzwi. Nie miałem już jednak siły, aby pójść to sprawdzić. Zapadłem w głęboki spokojny sen...

- wolvie, wolvie, wolvie, wolvie, WOLVIE! - okropny wrzask zerwał mnie na nogi. Otworzyłem zaspane oczy i zobaczyłem pochylonego nad sobą Yubiego. - Wstajemy, już jedenasta.
- Dobra, dobra - przetarłem oczy i przeciągnąłem się.

W nozdrza uderzył mnie zapach smażonej jajecznicy. Sądząc po głosach byłem prawdopodobnie ostatnią wstającą osobą w całej chacie. Wyjrzałem za okno gdzie poprzez korony drzew prześwitywały promienie majowego słońca. Przez moment odniosłem wrażenie, że trwają wakacje, a ja nie mam na głowie żadnych problemów. Niestety złudzenie to szybko prysło kiedy do głosu przyszła pamięć. Powłócząc nogami dotarłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. Schodząc na dół słyszałem już wszechobecne odgłosy pochłaniania posiłku przez grupę szalonych ludzi. Nie pomyliłem się. Chłopaki byli właśnie w trakcie jedzenia jajecznicy i pajd chleba z twarożkiem. Ku memu zdziwieniu zauważyłem, że zostawili nawet porcję dla mnie.
- Jestem wzruszony chłopaki, że przygotowaliście śniadanko. - powiedziałem siadając przy kuchennym stole.
- Nie ma sprawy. W końcu myśmy smacznie spali podczas gdy ty prowadziłeś samochód. - odezwał się Piotrek. - Słuchaj, jak tu jest z prądem.
- Normalnie. Dochodzi tutaj linia energetyczna, a na wszelki wypadek mam generator i elektrownię wodną. Przecież Ci wczoraj mówiłem . - uniosłem brwi zdziwiony tym pytaniem.
- No tak, zapomniało mi się.
- A gdzie jest ten strumień, o którym wspominałeś? - zapytał Orku
- Zaraz za domem. Jak wyjdziesz przez taras to prosto i w lewo. Ale myślę, że nie tym musimy się przejmować. Dzisiaj powinien do nas dotrzeć Jerzy. Pytanie brzmi czy ktoś jeszcze. Ściągamy tutaj jeszcze kogoś? - zapytałem kończąc posiłek
- Ulmo to pewne... - powiedział Yubi
- Miłosz, może Cubuz, sam nie wiem - dodał Piotrek
- I co, Cubuz nas złoży w ofierze, - zaśmiałem się - tak jak tę lalkę na Krakonie.
- Do niego wszystko jest podobne. - zarechotał Orku.
- Mogą być, tylko pytanie gdzie będą spali. Mamy jeszcze jedną wolną kanapę. - zauważył Yubi
- Spoko, nam nie może się nie udać. Mam jeszcze dwa grube materace. Powinny wystarczyć. Pod warunkiem, że chłopaki wezmą śpiwory, bo ja nie mam już wolnych kompletów pościeli.
- Ja tam śpię w śpiworze, więc jeden komplet już masz.
- Oki. Czy ktoś włączał już dzisiaj telewizor? - zapytałem. Zapadła krępująca cisza. - Rozumiem. Chodźcie, zobaczymy co się dzieje.

Podszedłem do stolika, na którym leżał pilot od TV i szybkim ruchem wdusiłem 1. Na ekranie zobaczyłem przegląd gospodarczy. Włączyłem na dwójkę, gdzie dla odmiany zobaczyłem moją znienawidzoną spikerkę wdzięczącą się do kamery. Polszmat miał akurat w programie badziewny serial. Na TVN też leciało coś co kojarzyło mi się z Esmeraldą. Postanowiłem zobaczyć co jest na SKY News. Tutaj się nie zawiodłem. Z tego co udało mi się zrozumieć na Pacyfiku ciągle nie udało się otworzyć tajemniczych wrót. Tymczasem na wyspie zginęło już dwoje ludzi. Nie do końca wiadomo jak to się stało, wiadomo jedynie, że odłączyli się od głównej grupy poszukiwawczej. Resztę informacji utajniono. Następne wiadomości z tajemniczej wyspy miały być podane za pół godziny. Miałem już wyłączać telewizor kiedy mój wzrok przykuły zdjęcia z bagien Florydy gdzie policja rozbiła olbrzymią grupę, jak to określono "tajemniczych kultystów". W migawkach, ze zdjęć operacyjnych udało mi się zobaczyć przez moment malutką figurkę przypominającą ośmiornicę ze skrzydłami. Wyłączyłem telewizor. Popatrzyliśmy po sobie.
- Jeszcze się na dobre nie zaczęło. - mruknął Piotrek
- Tak. Ale już manifestują się tajemnicze kulty. Mam wrażenie, że w nadchodzących dniach będzie tego jeszcze więcej. - zauważył Yubi.
- Kurde, załama. Dobra, myślę, że mamy jeszcze trochę czasu. Dzisiaj jest sobota, dochodzi dwunasta, więc banki powinny być jeszcze otwarte. Jadę do miasta po pieniądze i zakupy. Ktoś jedzie ze mną? - zapytałem
- Ja tam mam całą kasę ze sobą. - powiedział Orku -Niewiele tego. Jakieś 1000 zł. Trzymaj, to do wspólnego.
- Ja pojadę bo muszę coś niecoś wypłacić. - powiedział Yubi.
- Ja już dorzuciłem swoje. - powiedział Piotrek - Nie mam więc po co jechać. Ogarniemy tu z Orkiem i poczekamy, może się pojawi Jerzy.
- Dobra. Możecie też włączyć komputery i wysłać maile do Ulmo, Miłosza i Cubuza. Powiedzcie im jak dojechać. Najlepiej umówimy się z nimi na dworcu. - "Pod warunkiem, że zdążą przed całym tym burdelem", pomyślałem.
- Dobra. Zrobi się. - jedźcie i zróbcie jakieś zakupy.

Wyszedłem razem z Yubim z domku i pomaszerowałem w stronę samochodu. Chwilę później po ponownych przepychankach z bramą wydostałem się na drogę do Zakopanego. Dwadzieścia minut później zaparkowałem niedaleko Krupówek i skierowałem swe kroki do najbliższego banku. Podjęliśmy wszystkie możliwe do podjęcia pieniądze wywołując niemałe zaskoczenie na twarzy kasjerki. Stamtąd udałem się do spożywczego, potem do warzywniaka, żeby zakupić sporą ilość zielska, a na sam koniec zostawiłem sobie monopolowy skąd razem z Yubim wytargaliśmy na raty dwadzieścia zgrzewek pełnych puszek z wszelakim piwem. Zatargaliśmy to wszystko do samochodu i postanowiliśmy jeszcze wpaść na dworzec, żeby zobaczyć rozkład przyjazdów pociągów. Było bardzo ciepło, na niebie ani jednej chmury, a widok na Tatry z Równi Krupowej zapierający dech w piersiach. Nic nie zapowiadało tego co według naszych przypuszczeń miało wkrótce nastąpić.
- Zastanawiałeś się kiedyś czy w Tatrach urzędują Mi-Gosie? - zapytałem Yubiego wymijając wlokącą się dorożkę.
- Przecież Jerzy o tym pisał w Portalu, pamiętasz?
- No tak, ale tak na poważnie i w świetle ostatnich wydarzeń...
- Raczej nie. Cały czas łudzę się, że to naprawdę Atlantyda czy coś podobnego.
- Wiem, robię to samo. Hej czy to, aby nie Jerzy? - wskazałem palcem stojącego przy postoju taksówek blondyna z wypchanym plecakiem.
- Tak. To on. JERZY!!!!! - wydarł się Yubi, a ja zawróciłem łamiąc po drodze ze dwa przepisy drogowe i strasząc jakąś starszą panią.

Jerzy spojrzał w naszą stronę. Wyglądał jakby nie spał co najmniej trzy doby. W rękach trzymał mniejszy plecak, wypełniony, sądząc po kształcie, książkami. Zatrzymałem Nubirę i wyskoczyłem na ulicę. Ponieważ bagażnik był już wypełniony naszymi zakupami, wrzuciłem plecaki do środka.
- Cześć panowie! - tradycyjny niedźwiedzi uścisk. - Dobrze, że przyjechaliście. Gdyby nie wy to pewnie byśmy musieli wziąć taryfę.
- My? - zdziwiłem się
- Jest jeszcze Ulmo, poszedł kupić sobie coś do picia, o już idzie. - rzeczywiście od strony dworca PKS szedł kolejny członek naszej kompanii z Polconu.

Ja tymczasem zacząłem się już pocić w moim swetrze i stwierdziłem, że pewnie byłoby lepiej dla wszystkich żebym go zdjął. Spod swetra ukazała się zrobiona przez Jerzego koszulka z Mi-Gosiem bawiącym się Yo-Yo i napisem MiGo - Fago. Na ten widok chłopaki roześmieli się serdecznie. Myślę, że wtedy wszyscy potrzebowaliśmy odrobiny odprężenia. Ulmo wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego niż Jerzy.
- Jak to się stało, że dotarliście razem? - zapytałem
- Po twoim telefonie wysłałem mu maila. Nawet szybko dostałem odpowiedź i tak się umówiliśmy, że udało nam się spotkać na "centralnym".
- Super. Ale się reszta ekipy zdziwi... - dodał Yubi upychając jakimś cudem rzeczy Ulmo w bagażniku.
- A właśnie, kto jeszcze jest? - Ulmo był wyraźnie zaciekawiony
- Piotrek i Orku, możliwe, że dojedzie jeszcze Cubuz i Miłosz. Co mi tylko przypomina, macie śpiwory?
- Owszem, mamy, a co mamy miejsca w łazience? - zaśmiał się Ulmo
- Nie, macie materac i kanapę do podziału. To już zależy od was. Dobra jedziemy bo nam zaraz wlepią mandat za nieprawidłowe parkowanie. - rzuciłem wsiadając za kierownicę.

Na górę strony