Spis treści Wytchnienie

 

Tomasz Węcki

Droga

Ciemnowłosy mężczyzna szedł wąską ścieżką ciągnącą się wewnątrz długiego, skalistego wąwozu. Maszerował powoli, nie spiesząc się zbytnio, choć kroki stawiał pewne. Przez ramię przewieszoną miał torbę, a opierał się na długiej, dębowej lasce. Czasami przystawał, aby nacieszyć oczy widokiem nieba, lub też by przyjrzeć się akurat mijanej rzadkiej roślinie. Jego jedynym towarzyszem podróży był czarny kocur o dziwnie świadomym, wręcz mądrym, spojrzeniu. Kot zwykle truptał w pobliżu wędrowca, lecz nierzadko również znikał gdzieś pośród skał.

W pewnym momencie człowiek zauważył w oddali, gdzieś w głębi kanionu, inną postać. Bardzo się tym zdziwił. W tych odludnych okolicach niemal niemożliwym było spotkać coś większego od jaszczurki. Ciekaw owego zjawiska począł się zbliżać, a po kilkunastu metrach nabrał wręcz pewności, że idący ku niemu stwór naprawdę jest człowiekiem. Przybysz zmierzał ścieżką krokiem równie wprawnym i nieśpiesznym, jak krok mężczyzny. Był także jego wzrostu, miał podobne ubranie, na ramieniu niósł torbę, a w ręku trzymał długą, mocną laskę. Jego twarz skrywał mrok kaptura. Obaj podróżnicy zatrzymali się w odległości dziesięciu kroków i poczęli uważnie się sobie przyglądać.

- Witaj wędrowcze! - Przemówił mężczyzna uśmiechając się nieco ostrożnie, lecz przyjaźnie. Przybysz pozostał milczący i niemal nieruchomy. - Widzę, że podróżujemy tą samą drogą, choć w przeciwnym kierunku. Wiesz może, co znajduje się za zakrętem? Albo tam, za tą skałą, która zasłania teraz widok? - I tym razem przybysz nie odpowiedział ani słowem; nie zrażony mężczyzna kontynuował: - Niedawno mijałem jeziorko z krystalicznie czystą wodą. Jeśliś spragniony, dojdziesz do niego niebawem... Po drodze znalazłem również sporo ziół i jagód. Z głodu nie idzie tu umrzeć. Ta droga - wskazał za siebie - jest dość bezpieczna, należy strzec się tylko ostrych kamieni i czasem stąpać ostrożnie. - Zamilkł oczekując na reakcję przybysza, lecz ten uporczywie nie odzywał się, ani nie poruszał. W końcu, mężczyzna wzruszył ramionami i powiedział: - Trudno. Jak wolisz, wędrowcze... Życzę szczęścia w dalszej podróży. A teraz odsuń się, proszę, abym mógł kontynuować swoją. - Przybysz jednak nie zszedł z drogi. Ściągnął jedną ręką kaptur i spojrzał na podróżnika. Ten, zobaczywszy jego twarz, zamarł ze zdziwienia i strachu. Nieznajomy był jego dokładną kopią. Miał krótkie, ciemne włosy, wystające kości policzkowe, pełne usta, oraz małą, ciemną bliznę na lewym policzku. Jedynie ich niebieskie oczy, a raczej ich wyraz, różniły obu mężczyzn - przybysz miał szkliste, martwe spojrzenie, zaś w głębi jego oczu tliło się coś mrocznego i nieprzeniknionego.
- Kim jesteś? - Zdławionym głosem spytał mężczyzna.
- Jestem Tym, Który Stoi Naprzeciw - Głos nieznajomego był głęboki i dudniący. Podróżnik postąpił krok do tyłu.
- Co mam zrobić, abyś mnie przepuścił? - Spytał po chwili.
- Jestem murem, jestem skałą. Nie przejdziesz. - Stwór mówiąc zdawał się niemal nie poruszać wargami.
- Przebyłem już długą drogę i nie zrobiłem tego po to, aby teraz zawracać - odparł twardym głosem wędrowiec. - Odsuń się, albo cała ta zabawa źle się skończy.
Przybysz pozostał jednak nieruchomy spoglądając bezbarwnie przed siebie. Mężczyzna zmarszczył brwi, uniósł w górę prawą rękę i pchnął w kierunku stwora niewielką porcję Mocy. Magiczna siła jednak w tajemniczy sposób rozpłynęła się tuż przed ofiarą. Ułamek sekundy później zaskoczony mag poczuł silne uderzenie w tors i upadł na wznak.
- Co u licha... - jęknął z trudem łapiąc oddech. Oparł się na łokciu i spojrzał w kierunku nieruchomego przeciwnika. Wyraz twarzy przybysza był całkowicie martwy i nie można było dostrzec tam choćby cienia satysfakcji. Podróżnik wstał na równe nogi, otrzepał się z pyłu i wściekły spojrzał prosto w oczy stwora.
- Posłuchaj mnie uważnie - powiedział spokojnym tonem, jakim wypowiada się najstraszliwsze groźby. - Nie wiem jak długo przyjdzie mi iść, ani nawet czy ta droga gdziekolwiek się kończy, lecz jeśli tak, mam zamiar dojść do tego miejsca i sprawdzić co tam jest. Nic mnie nie powstrzyma, nieważne czym by było.
- Jestem murem, jestem skałą. Nie przejdziesz. - Powtórzył stwór. Mag zawrócił, przeszedł kilka kroków, po czym zatrzymał się i wyrysował laską na ziemi wokół siebie okrąg mrucząc przy tym coś niezrozumiale. Następnie wbił laskę w grunt przed sobą i rozpoczął inkantację. Gdy mówił, ziemia u jego stóp zaczęła drżeć, a powietrze wokół gęstnieć. Na zewnątrz kręgu pojawiły się drobne płomyki, zaś wewnątrz, na kamieniach i rzadkiej trawie, poczęła skraplać się woda. Podróżnik wprawnym ruchem wyrwał laskę ku górze i wycelował w przeciwnika. Z końca różdżki buchnął snop czerwonego ognia osmalając pobliskie skały, oraz szczelnie otulając Tego, Który Stoi Naprzeciw. Mag z determinacją utrzymywał zaklęcie przed dobre kilka sekund, co wystarczyło do przemienienia piasku na ścieżce w płynne szkliwo. Gdy opuścił laskę i spojrzał poprzez dym, nie mógł uwierzyć własnym oczom - przeciwnik stał w poprzednim miejscu i w poprzedniej pozycji zupełnie nienaruszony. Stwór podniósł powoli rękę, a z jego otwartej dłoni wypłynęła fala gorąca. Czarodziej błyskawicznie, niemal odruchowo, stworzył tarczę Mocy próbując odeprzeć atak. Rozgrzane do granic możliwości powietrze omiotło go, dotkliwie parząc. Wiele z pobliskich skał zdążyło już do tej pory wyparować.
- Jestem murem, jestem skałą. Nie przejdziesz.

Podróżnik otworzył oczy i spojrzał przed siebie. Stwór o jego wyglądzie ciągle stał na środku tego, co kiedyś było ścieżką. Niewzruszony, nieczuły i obojętny. Mag wyprostował się, machając gwałtownie laską. Coś wyskoczyło spod jego stóp i ryjąc w ziemi niczym wielki kret podążyło ku celowi. W połowie drogi zawróciło i z oszałamiającą prędkością pomknęło z powrotem. Czarodziej wpierw przyglądał się zjawisku z niedowierzaniem, lecz odzyskał jasność myśli w porę, aby wyskoczyć z kręgu. Potężny wybuch rozsadził ziemię w miejscu, gdzie przed chwilą stał, zasypując go gruzem i pozostawiając po sobie pokaźnych rozmiarów krater.

- Jestem murem, jestem skałą. Nie przejdziesz.
- Jesteś nudny - mruknął mężczyzna i po raz kolejny machnął laską. Tym razem z gruntu wokół stwora zaczęły powoli podnosić się jasnobrązowe opary, z czasem całkowicie przesłaniając jego sylwetkę. Zadowolony z siebie mag odstąpił o parę kroków, aby znaleźć się dalej od trującego gazu, oraz aby lepiej dojrzeć agonię przeciwnika. Ze zgrozą jednak dostrzegł, że chmura oparów powoli, lecz nieubłaganie zmierza w jego kierunku. Odbiegł jeszcze kilkanaście metrów i zauważył, że brązowy obłok również przyspieszył. Czarodziej stanął w miejscu, nakreślił w powietrzu kilka znaków i odczekał, aż przywołany wiatr rozwieje trujące chmury. W pewnej odległości, na istnym pobojowisku rozrytej ziemi, zeszklonych skał i spopielonych roślin, ciągle znajdował się Ten, Który Stoi Naprzeciw.
- Jestem murem, jestem skałą. Nie przejdziesz - dobiegło uszu maga.
- Pieprz się, durniu - warknął czarodziej i sięgnął umysłem w głąb wąwozu. Z łatwością dotarł do umysłu przeciwnika i bez problemu spenetrował jego tarczę mentalną.
- Jestem murem, jestem skałą - zadudniła bezbarwna myśl wewnątrz głowy podróżnika. W szarawych głębinach umysłu stwora, pośród mgieł niepamięci, coś bulgotało, szamotało się, piszczało i wyło. Im głębiej zanurzał się wędrowiec, tym wyraźniej czuł słabe przebłyski emocji, zatarte wspomnienia, resztki utraconego życia. Nagle, znalazł się na ścieżce, którą szedł przed chwilą. Był sam i nieśpiesznie podążał przed siebie. Spojrzał w niebo, na wschodzące słońce i niemal nieruchome białe obłoki. Gdy opuścił wzrok, zauważył przed sobą, w oddali, stojącego pośrodku drogi człowieka z twarzą skrytą w głębokim kapturze. Pchany ciekawością ruszył ku niemu.
- Witaj, wędrowcze! Tak dawno nie widziałem już nikogo na tej ścieżce! - Podszedł z wyciągniętą dłonią. Nieznajomy nie odezwał się, lecz mechanicznym ruchem podniósł powoli rękę i ściągnął kaptur...

Szara mgła ponownie ogarnęła wszystko. Mag zaczął biec przed siebie, na oślep. Wkrótce, sam nie wiedząc jak, znalazł się w pobliżu znajomej kamienistej ścieżki. Szedł przed siebie powoli, równie niespiesznie, jak zazwyczaj. Droga, którą kroczył, była drogą powrotną. Przed nim znajdowało się to, co przeżył, za nim jego cel, oraz to, czego nie mógł pokonać. Idąc, czuł jak ogarnia go coraz mroczniejsza tępota i nieświadomość.
Świat wokół pociemniał i stracił kolory, a maga nagle ogarnął strach. Pierwotny, zwierzęcy strach o samego siebie. Krzyknął, lecz szara mgła stłumiła wszelkie dźwięki.
Podróżnik z trudem zamknął swój umysł, otworzył załzawione oczy i spostrzegł przed sobą nieruchomego przybysza. Jego wzrok ciągle był beznamiętny, lecz tym razem czarownik dostrzegł tam niewysłowiony wręcz ból.
- Jestem murem, jestem skałą. Nie przejdziesz. - Monotonna mantra dudniła w myślach maga, gdy rzucał się do ucieczki.

* * *

Podróżnik siedział pod skałą, poraniony i zrezygnowany. W trawie nieopodal coś zaszeleściło cicho, po czym na ścieżkę wyszedł czarny kot. Usiadł naprzeciw maga i zmierzył go uważnie swoim mądrym wzrokiem.
- Widziałeś wszystko, prawda? - Człowiek mruknął wpatrzony w ziemię. - Nie pokonam go. Za każdym razem, kiedy używam przeciw niemu Mocy, odwraca ją i kieruje we mnie. Nie wiem, jak to robi, ale jednak to robi... Z drugiej strony, nie mogę zawrócić. Stałbym się wtedy taki jak on. - Czarodziej podniósł wzrok. Kot podszedł bliżej, otarł się o jego nogę i, mrucząc cicho, wskoczył mu na kolana. Mężczyzna niemal odruchowo zaczął głaskać stworzenie, a na jego twarzy z wolna pojawiał się wyraz spokoju i rozluźnienia.
- Masz rację - powiedział po chwili, ciągle pieszcząc rozmruczane zwierzątko. - Jutro rano wszystko będzie wyglądać inaczej... A proste rozwiązania są zawsze najlepsze...

* * *

Następnego ranka mag podążał znaną sobie ścieżką na wschód, w stronę Tego, Który Stoi Naprzeciw. Kocur szedł tuż za nim, skryty w cieniu człowieka.
- Jestem murem, jestem skałą. Nie przejdziesz - odezwał się przybysz, gdy podeszli bliżej. Wyglądało na to, że całą noc spędził na stojąco, przez cały czas nie zmieniając nawet pozycji. Czarodziej jeszcze raz spojrzał w jego puste oczy, zacisnął usta i zszedł ze ścieżki. Po czym, najzwyczajniej w świecie, przeszedł obok.

Na górę strony