|
W tym miesiącu
nieco skromniej ilościowo, ale na pewno wzorowo, jeżeli mamy na myśli
zawartość merytoryczną. A do Waszej dyspozycji:
Battle
Realms - recenzja
Kilka słów o RTS... - przemyślenia
Sacrifice - recenzja
W morzu ognia - opowiadanie (* - warto przeczytać)
Wiggles - recenzja
Battle Realms - recenzja
Battle
Realms to kolejny tytuł, który miał wnieść coś nowego w ten wspaniały
gatunek gier, jakim jest rts. Już na samym początku można stwierdzić, że
ta gra posiada wszystkie potrzebne cechy, by stać się wielkim przebojem,
ale lepiej zacznę od początku. Fabuła, kręci się wokół głównej
postaci, którą jest dzielny wojownik imieniem Kenji. Pewnego pięknego
dnia spotyka on na swej drodze palącą się wioskę, w której ostatni żywi
mieszkańcy dokonują żywota pod niesprawiedliwym (i dosyć dużym) ostrzem
barbarzyńców złego Shinja. Rzuceni porywem dobrego serca, swym jeszcze większym
mieczem siekamy tych złych, po czym … no wiecie, sława, panienki,
pieniądze, itd. No i oczywiście początek wielkiej przygody zgrabnie ujętej
w dużej kampanii pt. „Kenji’s Journey”. Oprócz tego dostępny
jest także tryb skirmish i trening, gdzie poznamy wszystkie potrzebne
rzeczy do tego, aby sprawnie poruszać się w świecie gry. Wracając do
kampanii to należy wspomnieć o jeszcze jednej ważnej rzeczy, tzn., iż
nie jest ona liniowa. Nie raz i nie dwa będziemy mogli zdecydować, czy np.
chcemy ruszyć w bój, czy też spokojnie rozbudowywać naszą mała wioskę.
A jak wszystko prezentuje się na naszym ekranie? Nie pomylę się za wiele
kiedy stwierdzę, że jest to jeden z najpiękniejszych rts-ów,
z jakimi miałem styczność do tej pory. Grafika jest naprawdę
przepiękna i bogata w szczególiki, które często zaskakują gracza.
Wszystko możemy podziwiać z rzutu izometrycznego kamery. Kiedy poruszamy
się w lesie to, co jakiś czas podrywa się do lotu spłoszone stado
ptactwa, które niekiedy może również ostrzec nas przed groźną zasadzką
ze strony wroga. Gdy poruszamy się po piachu wzbijają się tumany kurzu,
gdy przemierzamy rzekę woda chlapie na różne strony, itd. Całe otoczenie
tętni życiem, możemy dostrzec stada dzikich koni, które niestety trzeba
najpierw pochwycić, aby później nasi podopieczni nie musieli wszędzie
podążać pieszo. Kiedy zaznaczamy naszą jednostkę (np. wojownika), to
staje na baczność wyciąga swoją broń i rozgląda się podejrzliwie.
Natomiast, gdy zostawimy ją w spokoju to usiądzie sobie na trawce,
pomedytuje, itd. Takich smaczków jest tu całe mnóstwo. Kontynuując temat
jednostek, należy wspomnieć o największej innowacji w tej grze, która
odróżnia ją od innych tytułów. Chodzi tu o sposób produkcji, a raczej
kształcenia naszych wojowników. Na początku mamy prostego chłopa, którego
jedynym atakiem jest prawy prosty, jednak możemy go posłać do którejś
ze szkół np. łucznictwa. Mamy łucznika, i co dalej? Skoro potrafi już
posługiwać się łukiem, to możemy go teraz nauczyć władania mieczem.
Co by tu jeszcze? Możemy go zacząć uczyć magii, albo rozpocząć żmudny
trening na samuraja. Taki sposób daje nam olbrzymie możliwości
konstruowania i specjalizacji własnej armii, która najlepiej będzie
pasować do naszej taktyki. Oczywiście możliwości kombinacji są
ograniczone, jednak i tak różnorodność jednostek jest wystarczająca.
Oprócz wojowników możemy szkolić także min. Gejsze ( tylko dlaczego
znowu z chłopa?), które uleczą naszych rannych. Nowością jest także
ograniczenie ilości naszych postaci do ok. 30. Nie uświadczymy, więc
tutaj walki pomiędzy wielkimi armiami, a jedynie grupami doświadczonych
wojowników. Mimo to widowiskowość takich potyczek jest niejednokrotnie większa
niż w przypadku innych gier. Każda z postaci ma kilka ataków, które
sprawiają, że często jesteśmy świadkami pięknych serii, a gdy do tego
dojdzie jeszcze magia, no to po prostu palce lizać. Jeżeli chodzi o muzykę
to pasuje do orientalnych klimatów gry, także dźwięki mają swój
pozytywny wkład w atmosferę. Jednak rzecz najważniejsza to miodność całej
produkcji, której próżno szukać w większości tytułach. Gra się
naprawdę sympatycznie, a radość jaką możemy czerpać z gry jest naprawdę
duża i żaden fan rts nie powinien przegapić tego tytułu.
[ crocherman
]
Kilka słów o rts...
Od dłuższego czasu dość
często spotykam się z opiniami, które raz po raz krytykują ten gatunek
gier. Najczęściej przewijają się pretensje dotyczące nieustannego
powielania tych samych pomysłów, bądź zarzuty że rts-y to tak naprawdę
tylko ambitniejsze zręcznościówki. Zazwyczaj olewam takie komentarze,
jednak z drugiej strony należałoby się zastanowić, dlaczego tak się
dzieje i dlaczego nieraz bardzo dobre gry skazuje się z góry na porażkę.
Większość z was doskonale pamięta czasy, gdy Warcraft, Starcraft, czy
Age of Empires rządziły niepodzielnie i nikt nawet nie śmiał wytykać im
jakiekolwiek błędy. Nikt nie miał wątpliwości, do jakiego gatunku należą
wymienione tytułu, jednak równocześnie ograniczyły one sposób
postrzegania real time strategy. Od tej pory słysząc skrót rts, większość
graczy kojarzy sobie jeden schemat: wydobądź, wybuduj, wyprodukuj, znajdź
i zniszcz (zero finezji, zero myślenia). Niestety cały czas część tytułów
trzyma się tego schematu, nie próbując wprowadzać jakichkolwiek
innowacji, jednocześnie obawiając się, że zatwardziałym fanom tego typu
gier nie spodobają się nowe pomysły. Na szczęście coraz mniej takich
gier trafia na półki sklepowe, a jeżeli już się pojawią to są naprawdę
dobrej jakości (nie to, co parę lat temu). Istotny jest także problem
obecnej klasyfikacji tego gatunku, no bo czy takie gry jak Commandos, czy różnorakie
simy, także można klasyfikować jako rts-y? Niby wymagają strategicznego
działania i dzieją się w czasie rzeczywistym, ale czy to wystarczające
powody? Moim zdaniem tak, ale ocenę tego i tak pozostawiam każdemu z was.
Jeżeli idzie o powielanie tych samych pomysłów to takie przekonanie
powoli zaczyna zanikać. Po prostu takie tytuły, jak Sacrifice, Wiggles, Shogun, Homeworld,
Dungeon Keeper, czy Black and White, bronią się same. Z drugiej
strony są gry, które zmieniają bardzo niewiele np. Empire Earth, wtórny
do bólu, zasłaniający się przykrywką możliwości grania na przestrzeni
kilkuset tysięcy lat. Natomiast trochę gorzej wygląda sprawa tycząca się
sztucznej inteligencji komputerowego przeciwnika, bezpośrednio powiązania
z przymuszaniem naszych szarych komórek do myślenia strategicznego. Tu
rozbieżność jest naprawdę duża. Nie ma co kryć, że większość z
obecnych tytułów nie zmusza do cięższego wysiłku. Zazwyczaj jest tak,
że gdy trochę pokombinujemy to osiągniemy sukces w krótszym czasie i
mniejszym nakładem kosztów, lecz istnieje także furtka dla mniej
ambitnych. Lubują się oni w gromadzeniu jak największej ilości
jednostek, aby później z radosnym okrzykiem „Na Nich!” zetrzeć
wszystko na swej drodze jedną wielką kupą wojska wszelkiej maści (ale
gdzie tu zabawa?). Jednak i tu, jest coraz lepiej. Zapewne pamiętacie takie
ambitniejsze rts-y (nie przepadam za tym określeniem) jak Sudden Strike,
czy Kozacy. Nowości, wprowadzone w tych tytułach, sprawiły, iż mimo
podobieństwa do starych schematów, były one znacznie trudniejsze i wymagały
nie lada wysiłku. Przełomem był już wspomniany Shogun, który nie dość,
że pogodził rts z turówką, to poziomem trudności zaskakiwał nawet doświadczonych
strategów (szczególnie podczas bitew). Wszystkie te tytuły (pewnie trochę
ich by się jeszcze znalazło ;), są dobrym dowodem na to, że rts-y to
jeden z najlepiej rozwijających się gatunków. Wystarczy spojrzeć na
FPS-y (których ostatnio wyszło
kilka i większość zdobyła miano wyśmienitych gier), aby dostrzec, że
nie wszystkie gatunki mają takie pole do popisu w robieniu zmian jak rts-y.
Obecne zapowiedzi (Warrior Kings, czy Battle Realms), tylko zaostrzają
apetyt i jednocześnie zapowiadają kolejne zmiany w tym skostniałym ;)
gatunku.
[ crocherman
]
Sacrifice - Recenzja
Sacrifice to chyba jedna z
najbardziej niedocenionych gier ostatnich lat. Przepiękna grafika,
niesamowita grywalność, krocie jednostek, dopracowana kampania, a przede
wszystkim muzyka i klimat tej gry, powinny przekonać miliony graczy. Jednak
tak się nie stało. Wszystko za sprawą kosmicznych wymagań sprzętowych.
To był durzy błąd panów z Shiny, którzy wydali swój produkt w najmniej
odpowiednim czasie. Na zabawę z tą grą zaraz po premierze mogło sobie
pozwolić niewielu graczy. Zapowiedzi, że potrafi sama dostosować się do
naszego sprzętu tak, aby wszystko działało szybko, sprawnie i w dodatku
wyglądało jako tako, można było znowu włożyć między bajki. Prawda była
brutalna, nawet konfiguracja, która pozwalała się cieszyć wszystkimi
innymi tytułami z tamtego okresu (wiosna 2000), tu pozwalała na bardzo
niewiele. Z 500 MHz i 16 Mb kartą grafiki (o minimum 128 Mb ram nie
wspominając) mogliśmy wyczarować, co najwyżej kilka stworków, spotkać
się z podobną armią i podziwiać, krzaczek za krzaczkiem, to niesamowite
starcie. Nawet teraz, gdy widziałem tą grę na 900-tce z Forsiakiem 2,
podczas większych bitew kilku armii (na średnich detalach), komp nie dawał
sobie rady. Śmiało można stwierdzić, że wymagania dopiero teraz
dorastają do tej gry. Oczywiście mowa tu tylko o singlu, bo na multiplaya
prawie wszystko wydaje się za słabe. Wielka szkoda, że tak się właśnie
stało, ale to dobry przykład zepsucia niezłych pomysłów i w
konsekwencji całej gry, zbyt wygórowanymi wymaganiami sprzętowymi. A jest
czego żałować, gdyż gra bije na głowę większość innych rts-ów, a
większość zmian pozytywnie wpłynęła na rozwój tego gatunku. Ciekawie
skonstruowana fabuła (na zasadzie retrospekcji przygód głównego
bohatera), potrafi wciągnąć na długie godziny, grafika zadowoli nawet
największych malkontentów, a rzeźnie do których dochodzi podczas bitew,
zostawiają w oddali nawet najbardziej brutalne fpp. Z drugiej strony
zachwyca prawie całkowity brak jakichkolwiek budynków (potrzebny jest
tylko ołtarz i źródła many), oraz pomysł z jedną ograniczoną ilością
dusz na planszy, która powoduje konieczność stosowania coraz to nowych
taktyk w zależności od danej sytuacji, która cały czas się zmienia. Także
ekipa twórców gry, którzy wcześniej wsławili się jakże znaczącym
Starcraftem, miała zapewnić powodzenie. Niestety stało się inaczej. Jeżeli
tylko uda ci się za jakiś czas powiększyć możliwości swojego komputera
to nie zapominaj o tym tytule. Bez dwóch zdań jest to pozycja obowiązkowa
dla każdego fana rts. Mam tylko nadzieję, że takie przypadki nie powtórzą
się w przyszłości.
[ crocherman
]
W morzu ognia
Jest 11 września 2006 roku,
Trzeci rok wojny...
Trzy lata bezsensownej, wyniszczającej wojny...
Trzy lata ciągłych bitew...
Trzy lata nałogu.
Nałogu, którego końca nie widać,
Trzeci rok wojny...
Teraz już na wszystko za późno.
Pokój,
Słowo jakże cenne,
Jakże dalekie od rzeczywistości,
Jakże zapomniane.
Wojna, nienawiść,
Skąd to się bierze ?
Czy od nas ? Czy tacy jesteśmy ?
Czym się różnimy od innych istot ?
Tyle pytań...
Na wszystko za późno,
Tylko wojna...
-1-
- Porażki -
Front południowy, poniedziałek 942
- Podciągnijcie tu chociaż jakieś cięższe karabiny ! - wrzasnął do
mikrofonu Alexander Gray, dowódca RTF 11.
- Wszystkie zajęte ! - odpowiedział równie głośno ktoś z innego oddziału.
- Jak tak dalej pójdzie, znowu będziemy musieli się wycofać! - krzyczał
w myślach Alex.
- Już trzeci raz ! - powiedział David Lomai, zastępca i przyjaciel do nie
wiedzącego , że powiedział to na głos Alexa
- Co ?...Aa...no. David, weź piątkę naszych i przejdź na lewą flankę !
- Dobra !
- Baza, gdzie te kanonierki ?!
- Są w drodze RTF 11.
- Niech się trochę pośpieszą, niedługo przełamią naszą linię !
- Zrozumiałem. - odpowiedział oficer operacyjny Jefferson Moore.
Wojsko Global Defense Iniciative, bądź w skrócie GDI podzielone jest na
24-osobowe oddziały zwanymi Task Force. Na tym froncie operowało takich
oddziałów prawie 1,5 tysiąca, stosunkowo niewiele w porównaniu do frontu
europejskiego, gdzie operowało ponad 12 tysięcy TF. Trudno się tu dziwić.
Wszelkie dane wywiadowcze mówiły, iż Świątynia NOD znajduje się na
terenie Europy, stąd taki nakład sił .W Afryce to tylko walka o tiberium
i co ważniejsze - teren. Afryka ma najdogodniejszy klimat do rozrostu tego
surowca. A Bractwu na tym zależało, czego nie doceniło dowództwo GDI.
Teraz przez ten błąd ponosi ciężkie klęski...
- Po co my tu właściwie jesteśmy , i tak było wiadomo, że przegramy...-
większy wybuch przerwał rozmyślania.
- Carter co to było ?!?
- Nie wiemy !
- Jak to nie wiecie ?!?
- Chyba mają tutaj tego niewidzialnego !
- ...Do wszystkich oddziałów. Tu Winters. Zarządzam natychmiastową
ewakuację...- w tym momencie drugi pocisk rozerwał dwóch kolejnych żołnierzy.-...śmigłowce
są już w drodze.
- Zauważyli, że za dużo trupów to spadamy, jutro też tak będzie. -
wybełkotał jeden z żołnierzy...
Juba, poniedziałek 1626, sala odpraw
Juba - najbardziej wysunięta na południe baza GDI, leżała zaledwie niecałe
200 km Od frontu. Teraz, jedyne schronienie zmęczonych i okaleczonych sił
GDI.
Do sali wszedł płk Winters:
- Siadajcie...wszyscy wiecie jaka jest sytuacja, nie możemy się dalej
wycofywać, kolejna nasza baza jest na to zbyt daleko, i nie moglibyśmy
oddać tyle terenu Kane'owi. Londyn też o tym wie. Zwiększają kontyngent
afrykański. Powinien być tu za około cztery godziny. To wsparcie będzie
się składać głównie z jednostek powietrznych i pancernych. Będziecie
pomagać przy rozładunku. Kolejne spotkanie, za jakieś trzynaście godzin,
po rozładunku, powiedzmy o piątej rano, wtedy zapoznacie się ze szczegółami.
Są pytania ?
- A...jeśli znowu przegramy ? - zapytał jeden z dowódców po czym zapadła
martwa cisza.
- ...Są jeszcze jakieś pytania ?
- Zatem o piątej, rozejść się - powtórzył Winters. Gdy wszyscy zaczęli
kolejno wychodzić pułkownik dodał:
- Zostań Alex. - Gdy wszyscy wyszli Alex zapytał:
- O co chodzi pułkowniku ?
- Jak byś odpowiedział na tamto pytanie ?
- Nie wiem pułkowniku.
- ...to dobrze...
- nie rozumiem...
- Jeśli przegramy wchodzi oddział specjalny...
- JEDEN oddział ? - zapytał zdziwiony Alex.
- ...klasyfikują kolejne cele...potem...- zawahał się - ...potem wchodzi
broń masowego rażenia: działo jonowe, kanonierki, tego typu
rzeczy...zginie wielu ludzi...a to nie jest GDI jakie znam...
- Wygramy to pułkowniku, w końcu nie marnowaliby cennego sprzętu na
przegraną sprawę.
- Dobrze to ująłeś - sprzętu, szkoda , że ludzie się to tego sprzętu
nie zaliczają...postaraj się tam Alex... wiesz jakie konsekwencje przyniosłyby
te naloty...
- ...tak...wiem...
- ...Dobra, dość tego ględzenia, idź odpocząć.
- Panu także by się to przydało...
- A...tak...
- To wszystko pułkowniku ?
- Jasne... - odpowiedział Winters, po czym Alex wyszedł, nie zapominając
o salucie.
-2-
- Nadzieja -
Juba - plac manewrowy, wtorek 117
- Ustawcie te trzy po lewej stronie w sektorze B !
- Przecież tam nie ma miejsca !
- Cholera rzeczywiście ! Nie ma gdzie chować tych Abramsow !
- No ale to lepiej niż pustki nie ?
- No lepiej, lepiej !
- ...Dobra zajmijmy się Orcami bo do rana się nie wyrobimy !
- Jak myślisz co będzie teraz ?
- Nie wiem...ale że ci z góry coś szykują, są nieźle wkurzeni na
Kane'a.
- Widać, takiego wsparcia nie mieliśmy chyba z rok.
- No właśnie...
- Dobra, ile jest Orek ?
- Tu równo dziesięć, tam ze cztery...jeszcze z sześć dojdzie.
- A widziałeś jakieś poza tymi ?
- Nie.
- OK., to razem ze dwadzieścia, znajdzie się miejsce.
- Zajmę się tym.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy, idź się trochę przespać, wyglądasz jak wielka chodząca
sterta gówna.
- Dobra, zrobię co się da.
Na placu manewrowym panowało swoiste zamieszanie, które towarzyszyło rozładunkowi.
Baza położona była na pustyni więc pole było, albo jak by się mogło
wydawać, rozległe, jednak teraz brakowało miejsca. Baza została
zbudowana trochę ponad dwa lata temu, jednak wtedy front był dość odległy,
przez co baza była zaniedbywana. Teraz, w sytuacji kryzysowej okazała się
nie wystarczająca.
Pracujący personel przepełniał smutek oraz znużenie ostatnimi bitwami.
Mimo tego gdzieś tam, nie mówiona na głos, chowała się pewna nadzieja,
która skutecznie zachęcała do pracy. Dodatkowo podupadłe morale żołnierzy
niezwłocznie podnosiła myśl o dzisiejszej niezwykle oficjalnej odprawie,
która miała się odbyć za niecałe cztery godziny. Każdy zastanawiał się
nad treścią tego co powie im płk Winters. Ich ciekawość dodatkowo
wzmacniał on sam, kiedy krążył po placu.
Płk Winters był dla swoich żołnierzy kimś więcej niż przełożonym,
był człowiekiem, którego chcieli naśladować. W armii od dwudziestu ośmiu
lat, w GDI od pięciu, Winters posiadał duże doświadczenie, pewność
siebie. Był kimś idealnym, przynajmniej teraz i dla swoich ludzi. Nie mógł
ich zawieść.
Sala odpraw, wtorek 507
Na sali odpraw wszyscy już czekali na Wintersa. Panował klimat skupienia,
większość zgromadzonych rozmawiała. Rozmawiano o wielu sprawach, jednak
głównym tematem była oczywiście ich dzisiejsza ofensywa. Pierwsza od
dawna, z którą wiązały się jakiekolwiek nadzieje. Inni woleli przespać
każdą wolą chwilę. Wiedzieli, że nie zależnie od wyniku dzisiejszych
starć, czeka ich mnóstwo roboty. Możliwe, że nie będą spać przez następne
czterdzieści osiem godzin. A prawdopodobnie i dłużej. I chodź jest to na
wojnie normalne, jeśli tak można to nazwać, to nikt nie mógł się
przyzwyczaić do obecnej doby.
Do sali wszedł pułkownik Winters. Potężnie zbudowany, wyglądał na żołnierza
sił specjalnych. Nic dziwnego, odsłużył osiem lat w Seal, przedtem w
Rangersach. Widać było po nim, iż niechętnie zasiadł za biurkiem. Wolał
być na akcji niż dowodzić. Bardzo szybko wspinał się po szczeblach
kariery w armii USA, odegrał ważną rolę w niejednej operacji. Szybko
awansował na coraz kolejne stanowiska. Teraz tego żałował..
- Przepraszam za spóźnienie. Mam nadzieję że odpoczęliście, bo to będzie
skomplikowane. Jak widzieliście z rozładunku, wsparcie mamy niezłe, teraz
trzeba je tylko dobrze wykorzystać. Uderzymy dokładnie tam gdzie wczoraj,
ale inaczej niż się tego będzie spodziewać NOD. Oni wciąż myślą, że
stawiamy na atak frontalny. Dlatego od frontu wyślemy dokładnie to czego
się spodziewają - wczorajsze resztki plus małe wsparcie. Pozostałe
oddziały uderzą z obu flanek. Spróbujemy ich oskrzydlić. Dobra, więc
tak: Oddziały od 1 do 120 idą frontalnie. Alex - dowodzisz. Wasza rola będzie
kluczowa, zwrócicie na siebie uwagę, podczas gdy jednostki pancerne będą
się przygotowywać do ataku. Trzeba to zrobić jednym silnym uderzeniem. Główny
atak zaczną czołgi. Jak wiecie NOD atakuje dwu-liniowo. Grupa frontowa
ostrzela ich pierwszą linię tak by tamci mieli co robić. Grupy boczne
zajmą się drugą linią. I tu jest punkt zwrotny w bitwie. Jeśli uda się
nam przełamać ich linie, rozproszymy całą armię przez co zyskamy co
najmniej tydzień na dokładniejszą formację wojsk. W przeciwnym wypadku,
zacznie się znana wszystkim walka pozycyjna, czego nie chcemy. To by było
na tyle jeśli chodzi o podstawy. Są pytania ?
- Sir, zakładając, że wygramy, co dalej ? Idziemy w głąb kontynentu,
czy bronimy się ?
- To zależy jak wygramy. Ale jeśli będziemy mieli środki na kolejne
ofensywy, myślę, że je wykonamy. Jeszcze coś ?
- ...zatem wyruszamy o dziesiątej trzydzieści, o dziewiątej wszyscy macie
być gotowi na placu. To wszystko, powodzenia. - powiedział Winters kończąc
odprawę przed jedną z najtrudniejszych misji w jego historii.
Dowódcy oddziałów zaczęli kolejno wychodzić. Wychodzili wciąż myśląc
o tym co przed chwilą usłyszeli. Większość z nich była zmęczona co
jednak wbrew wszelkim prawom, nie zmniejszało ich zdolności tak umysłowych
jak bitewnych. Na tym po części polegał wieloletni trening. Na zdolności
sprostaniu takim właśnie sytuacjom. Trening czyni mistrza. W ich przypadku
było to na pewno mistrzostwo skupienia i wytrzymałości moralnej. Żadna
armia nie wytrzymuje zazwyczaj tylu porażek z rzędu. Żołnierze GDI
pokazali kim są. A są z pewnością kimś więcej niż zwykłymi żołnierzami.
Fakt, iż duża liczba żołnierzy GDI pochodzi z elitarnych bądź nawet
specjalnych jednostek, świadczy o ich umiejętnościach. Nie tylko są to
umiejętności wojenne, ale są to również zdolności umysłowe. Dlatego
armia GDI jest taka wyjątkowa.
Front południowy, wtorek 1148
- Coś długo ich nie ma. - powiedział Carter.
- Zauważyłem Cliff. Gray do dwójki, odbiór.
- Tu dwójka, słucham.
- Zróbcie rozpoznanie najbliższych trzech kilometrów, weźcie okulary
cieplne.
- Zrozumiałem, wyruszam. Chłopaki bierzcie cieplne i idziemy !
- Dobra Cliff, jedno mamy z głowy.
- Coś mi tu nie gra Alex.
- Na razie czekamy Cliff, czekamy...
Na froncie czekało już około pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy
alianckich. Czekali na tą bitwę już dwadzieścia godzin. W szeregach
wojsk panowało skupienie jednak każdy obecny żołnierz chciał dokonać
zemsty. Tak bardzo upragnionej zemsty. Za ostatnie bitwy...za upokorzenie.
To uczucie dodawało woli walki, i tak już ogromnej. Wiedzieli, że mają
szansę to wygrać, przerzucić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Opanowanie kontynentu afrykańskiego znacznie skomplikowałoby sytuację NOD
w tej wojnie. To by skrępowało możliwości militarne ich armii. Pozwoliłoby
wzmocnić kontyngent europejski. Kto wie czy nie pozwoliłoby wygrać wojny?
Z pewnością ,ułatwiłoby jej wygranie...
- Dwójka i jak tam? - spytał opiekuńczym głosem Gray.
- Jak na razie nic...chwila, cos jest... Jest, widzę ich wojsko.
- Możesz je opisać?
- Jasne. W sumie to co ostatnio, ale coś jakby mieli inną pozycję...zgadza
się pozycja dwuliniowa rozłożona. I nie wiem jak to opisać ale chyba się
inaczej zachowują...
- Może trochę jaśniej?
- Nie wiem poruczniku, są inni niż wtedy, ta sama armia ale inaczej wyglądająca.
- Rozumiem, jest jeszcze cos istotnego?
- Zasadniczo nic poza tym.
- Dobra wracajcie. Jeśli możecie, zróbcie kilka fotek, przydadzą się.
- Zrobimy co się da. Bez odbioru.
- No, zanosi się na miłą bitewkę.
- Nie interesuje cię ta dziwność, którą podał zwiad? - zapytał jakby
zaniepokojony Carter.
- Interesuje, ale chcąc nie chcąc musimy rozpocząć natarcie. -
odpowiedział spokojnie Alex. - Połączę się z Wintersem. Baza tu grupa
frontowa odbiór, baza zgłoś się...
- ...
- Cholera cisza, chyba straciliśmy łączność. Dobra rozpoczynamy bez
tego. Carter przygotuj swoich.
- Daj nam dziesięć minut. - odpowiedział zamyślony Carter.
- Macie dwadzieścia. Grupa tu Gray przygotować się, powtarzam, przygotować
się! - rozkazał Alexander Gray, po czym usłyszał serię potwierdzeń
rozkazu.
- Mam nadzieje, że nie będę tego żałował. - powiedział cicho Alex.
W ciągu piętnastu minut, cały oddział frontowy ruszył do czegoś co miało
przesądzić o losach wojny, świata. Przynajmniej tego się spodziewano. Idąc
na tę wojnę większość myśli o przyszłości. O tym co się stanie z
nimi, o potomkach. Czy to nie dla nich walczą ? Bo dla czego innego można
by w tej wojnie walczyć? Dla ideologii, dla dobra? Lecz czym jest to dobro
? Walka dla ideologii nazywana jest terroryzmem, a i obie strony myślały,
że jakąś mają. Czym się zatem od siebie różniły? Odpowiedzi można
by szukać w celach jakie chcą osiągnąć? Jednak czy te cele mają służyć
im - żołnierzom obu walczących stron? Ich odwaga, umiejętności, ich poświęcenie.
Wobec jakiego celu te cechy gasną? Właśnie teraz gasły, a ich właściciele,
ginęli.
- Dobra mam ich na okularach! Jakieś półtora kilometra...Alex przekaż
grupom flankowym by zaczynały. - Cliff Carter nie chciał tej wojny. Każdy
oczywiście w jakimś stopniu nie chciał, jednak Carter wykazywał to w
nadmiarze. Mimo to wykonywał swoje rozkazy z największą kompetencją.
- Przekazałem, chyba czas na nas Cliff...ulokujcie się jak najdalej tego
od piekła, ja spróbuje ich jakoś przygnieść, po prostu osłaniaj jak się
da.
- Powodzenia Alex, trzymaj się tam.
- Pewnie, ty też na siebie uważaj...Dobra chłopaki, ruszamy! David
poprowadzisz oddziały od pierwszego do jedenastego, ja resztę.
- To co zawsze ?
- Ale tym razem idziemy trochę dalej od siebie. Zrobimy coś w stylu luki.
Będzie ona dokładnie w centrum naszej pozycji. Przyda się grupie Cliffa,
będą mogli prowadzić skuteczniejszy ogień. Poza tym... - ciągnął Alex.
- Poza tym mam się postarać nie wpaść w walkę pozycyjną. - przerwał
mu David.
- Dokładnie. Do zobaczenia po bitwie.
- Możesz być tego pewien.
David Lomai aż tryskał optymizmem, był doświadczonym żołnierzem. Jego
ojciec wysłużył się w wojnach w Zatoce Perskiej oraz w Kosowie. Zginął
w wypadku samochodowym, prawdopodobnie zaplanowanym. Długo nie mógł się
otrząsnąć po tym wydarzeniu. Kochał swego ojca, był dla niego kimś więcej
niż opiekunem. Dawał mu przykład, pokazał ścieżkę życia. Strata
przewodnika życiowego jest jak strata sensu życia. A jednak nigdy nie było
po nim widać ani kropli smutku czy wyczerpania moralnego. Teraz czuł, iż
musi stać się kimś ważnym. Kimś, z kogo będzie dumny jego ojciec.
Teraz, gdy jest na to okazja, David chciał pokazać na co go stać. Zawsze
tego pragnął, teraz to uczucie sięgało zenitu. Przecież nie na marne
oddał dziewięć lal swego życia ! Te dziewięć lat to całe jego dorosłe
życie. W armii od dwudziestego roku życia, przeszedł szkolenie w dwóch
jednostkach specjalnych. Miał stałe kontakty z komandosami dawnego SAS.
Miał nawet wstąpić do tego oddziału ale rozwiązano go na rzecz GDI,
nowej formacji, która miała uchronić przed monopolizacją nowego surowca
- tiberium. Więc sądząc, iż GDI będzie jedynie kolejną jednostką
specjalną lecz pod inną nazwą wstąpił w jej szeregi. W praktyce nigdy
tego nie żałował. Było mu to na rękę, mógł nareszcie pokazać się w
walce. Jednak nigdy nie przewidywał wojny, która opętała większość świata.
- David jak ci idzie ?! - wykrzyknął do mikrofonu Alex.
- Całkiem nieźle, kiedy uderzą flanki ?!
- Za siedem minut !
- Co tak późno ?!
- Nie wiem, poczekaj chwile...Skrzydła tu Gray, długo jeszcze ?!
- No jak chcecie to możemy być za dwie minuty.
- Dobrze by było !
- W porządku, za minutę zacznijcie wycofywać się z okrążenia, za dwie
ustalcie walkę pozycyjną i wejdziemy.
- Zrozumiałem, bez odbioru...Cliff za minutę zmniejszysz ogień, wycofamy
się do pozycji obronnych !
- Jasne, za minutę.
- David jeszcze dwie minuty, słyszałeś ?
- ...
- David słyszałeś ?
- ...
- Oddział, co się dzieje z Davidem ?!
- Nie...jesz...moc... - w tym momencie kontakt ucichł.
Alex zaczął się nerwowo rozglądać za grupą Davida, ale nigdzie nie mógł
ich dojrzeć. W końcu zobaczył dziesiątki zmasakrowanych ciał, należących
do prawdopodobnie nie istniejących już oddziałów. Zaczęło go skręcać
w żołądku, przypomniał sobie ich rozmowę przed bitwą.
- Cliff możesz wysłać zwiad w okolice oddziału Davida ?
- Pewnie, a o co chodzi ?
- Niech szukają jego ciała...
- Co ?!
- Potem pogadamy...
Gdy walka rozgorzała na nowo Alex zapomniał o całej bitwie, myślami był
zupełnie gdzie indziej. Przed mniej więcej minutą, jego najlepszy
przyjaciel, którego traktował jak brata, zginął. Tak po prostu. Koniec
wspólnych rozmów, koniec wszystkiego. Czuł jakby ziemia osuwała mu się
pod nogami. Teraz wiem jak się czułeś przy stracie ojca - pomyślał.
Poczuł się słabo. Czuł, że mu niedobrze, że chce jak najprędzej stąd
wyjść ! - Twój tata jest z ciebie dumny, teraz moja kolej ! - krzyczał w
myślach Alex.
- Alex, obudź się do cholery ! - powiedział ktoś z zespołu Alexa
- Przepraszam zamyśliłem się.
- Wszystko w porządku ?
- Tak, trochę za dużo emocji...
- Musisz być silny ! To ty nami dowodzisz !
- No jasne, przepraszam. Cliff ?
- Znaleźli...
- W porządku...niech wracają. Nasza kolej w tej bitwie już się skończyła...
Wojska GDI zaczęły stopniowo wygrywać , w końcu siły NOD całkowicie
ustąpiły z pozycji. Armia aliancka wygrała starcie, pierwsze od trzech
miesięcy, nie licząc drobnych potyczek, które zdarzały się czasem z częstotliwością
pięć dziennie. Jednak co ta wygrana dała? Co wniosła do tej wojny ?
Wniosła naturalnie kolejną zmianę granicy frontu, lecz czy po to jest to
wszystko ?
- To on... - Cliff wskazał ciało Davida leżące nieruchomo na
ziemi.
Alex milczał, jedyne co mógł w tej chwili zrobić to mieć nadzieję, iż
spotkał w niebie swego ojca, na co tak przecież czekał. - Masz prawo do
szczęścia, ciesz się nim. - mówił do martwego już Davida.
- Alex trzeba się połączyć z bazą. - przypomniał Carter.
- Wiem, jeszcze chwilkę. - Alex przez kilka kolejnych chwil ze skupieniem
wpatrywał się w ciało jego niegdyś najlepszego przyjaciela. Wiedział,
że już go nie odzyska. To go najbardziej niepokoiło. - Co ja bez ciebie
zrobię ? - mówił dalej Alex.
- Musisz się z tym pogodzić Alex. Lubiłem go, nawet bardzo, ale nie można
się nam teraz załamać.
Gray milczał jeszcze przez chwilę, po czym odszedł od martwego
przyjaciela...
- Baza tu Gray, odbiór. - powiedział do mikrofonu beznamiętnym głosem
Alexander, ale jedyne co usłyszał to znany mu szum, który oznaczał jedno
- kompletny brak kontaktu. - baza, zgłoś się. - próbował Gray.
Nagle zauważył, podobnie jak większość żołnierzy, nadlatujący śmigłowiec.
Śmigłowiec leciał dość chaotycznie, ale widać było na nim znak sił
GDI, co znaczyło, iż leci on z Juby.
- Pewnie przyleciał, wiedząc o zerwanym kontakcie - pomyślał Alex.
Gdy śmigłowiec wylądował, wyszedł z niego...ranny żołnierz niosący
innego, już nieprzytomnego.
- Pomocy, weźcie go ! - krzyknął przerażonym głosem żołnierz.
- Co się stało ? - spytał się Alex podbiegając do niego.
- Juba...zaatakowana. Tylko my przeżyliśmy - ja i pilot. Przywieźliśmy
pułkownika. Nie wiemy czy przeżyje... - wysapał z trudem żołnierz po
czym padł.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
[ Alien
]
Wiggles
O tej grze było głośno
już na długo przed jej premierą. W prasie i w necie pojawiło się wiele
zapowiedzi, z których przede wszystkim wynikały dwie rzeczy: iż będzie
to RTS, oraz że humor w nim zawarty zetnie nas z nóg. Dodatkowe emocje
wzbudzały zamieszczane screeny, które prezentowały naprawdę ładną
grafikę. Wszystko to było wystarczającym powodem, aby oczekiwać Wiggles
z wypiekami na twarzy. W końcu gra trafiła na sklepowe półki, oraz do
wszystkich zainteresowanych i … no właśnie, hhmmm. Czyżby jakiś
zawód ? Spodziewaliście się czegoś innego ? Zaraz, zaraz, lepiej zacznę
od początku. Intro wprowadzające do rozgrywki jest i to w zasadzie
wszystko, co da się o nim powiedzieć. Poznajemy w nim krótką historię o
tym jak powstały tytułowe karły/skrzaty/wiggle i nic poza tym. Ani to nie
porywa, ani nie zachęca do dalszej rozgrywki, po prostu jest nijakie.
Dalej, gdy zaczynamy kampanię, wprowadza nas nowa animacja, w której
poznajemy nasze główne zadanie. Oprócz kampanii, mamy jeszcze możliwość
włączenia tutoriala i deathmath-a. Powróćmy jednak do kampanii. W skrócie
chodzi o to by zebrać sześć pierścieni i złapać psa Odyna (pudel to,
to nie jest). Fabuła może i lepsza niż w większości gier (dobrze, że w
ogóle jest), no ale szału to tu nie ma. Więc bierzemy grupkę skrzatów i
zaczynamy budować wioskę, kopać tunele i oczywiście szukać tych przeklętych
pierścieni (ostatnio są chyba w modzie :), oraz kopać, kopać i jeszcze
raz kopać. Powtarzam się ? Bardzo mi przykro, ale tego jest właśnie
tutaj najwięcej (przynajmniej w początkowej fazie gry). Dynamizm rozgrywki
jest prawie zerowy (zaczynam rozumieć sens intra). Od razu należy zaznaczyć,
iż ludzie, którzy mają niewiele czasu, powinni sobie odpuścić ten tytuł.
Wszystko dzieje się tu bardzo powoli (podobnie jak w „Black and White”).
Nasi podopieczni zbytnio się nie spieszą, a poszczególne przerywniki
filmowe są równie ślamazarne. Na szczęście grafika jest na tyle piękna,
że podziwianie wszystkich szczególików zajmie nam wiele czasu. Naprawdę
wspaniale prezentują się wszystkie pomieszczenia, skrzaty i potwory. Radość
z wrażeń estetycznych dopełnia ładna muzyka, która tworzy odpowiedni
klimat i przyspiesza w czasie walki. Jednak nie wygląd jest najważniejszy
w grze, a jej grywalność. Tu nie jest z nią najgorzej: obsługa gry jest
łatwa; intuicyjny interfejs - ograniczony do minimum, żadnych problemów z
obsługą. Gra się naprawdę dobrze jednak zajmuje to dużo czasu. Co z tym
humorem ? Nie ma go tu za dużo, a może to ja za dużo oczekiwałem ?
Ukazuje się głównie w naszych podopiecznych. Małe, śmieszne skrzaty, których
sensem życia jest browar, kobiety i obijanie się (niekoniecznie w tej
kolejności, ale są to bliskie memu sercu wartości;), w przypadku płci pięknej
może to być zmywanie, sprzątanie i inne robótki ręczne ;). Ciekawy jest
sposób, w jaki przedstawiona jest gra wstępna pomiędzy parą skatów, a właściwie
to jej brak, który zastępują dwa słowa: Do roboty! (takich smaczków w
grze jest więcej np. skręcik z chomika ;)
O skrzatach trzeba powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz, a
mianowicie posiadają oni wiele cech składających się na ich osobowość
i określających ich umiejętności. Możemy je dowolnie rozwijać, narzucać
skrzatom określoną specjalizację (np. drwala, kucharza, wojownika, itd.).
Wszystko, czego się nauczą przechodzi na kolejne pokolenia. Jednak radziłbym
się do nich zbytnio nie przywiązywać, prędzej czy później zakończą
swój żywot w honorowym pojedynku (rzadko z gołymi rękoma) z trzy razy większym
trollem. Na tych z większym szczęściem czeka smok ;)
Podsumowując, Wiggles to
dobry produkt, dopracowany w wielu szczegółach, z mnóstwem budynków,
postaci i ziemi do przekopania. Lokalizacja niezbyt udana, ale krytyka jest
raczej nie na miejscu (ci, którzy mają problemy z angielskim niech się
cieszą, że w ogóle jest). Wszystko jednak dla ludzi z dużą ilością
wolnego czasu, sporym samozaparciem i odpowiednio mocnym sprzętem, który
poradzi sobie, z dużą ilością skrzatów.
[ crocherman
]
|