© 2000-2001 Tawerna RPG

  Therselion rozpoczął inkantację zaklęcia, które miało na celu zabicie ogromnej grupy Yeti, stojących w rozproszonych grupach tuż za dziwnym, garbatym mężczyzną dosiadającym jedną z włoczatych bestii. Bagbal powstrzymał wyrywającego się do walki Dreothima, i sam zwrócił się w stronę niespodziewanego przybysza: -Kimże jesteś szlachetny panie, że ośmielasz się przybywać tu, nad brzeg jeziora, w celu ukradnięcia łodzi tym biednym, pracowitym ludziom? -Odpowiedz!- ryknął potężny łowca. -Przecie już wam mówiłem, nazywajcie mnie królem tundrowych Yeti.- odrzekł piskliwym głosem dziwny przybysz. -Król szmul! Nie król, tylko wredny krętacz i szuja! Twoja matka lizała Orków, a twój ojciec był tak niezdarny, że obciął sobie głowę, kiedy rąbał drzewo siekierą! Słyszysz mnie zapchlony łachmaniarzu?! Wszyscy odwrócili się zaciekawieni w kierunku napływającego głosu. Ujrzeli małego niziołka wymachującego rękoma i wystawiającego swój pulchny jęzor na powierzchnię. Rozwścieczony mężczyzna uniósł ręce w górę i zaryczał coś, w dziwacznym, gardłowym języku. W tym momencie, Inwokacyjne zaklęcie Płonącej Kuli wyszło z dłoni Therseliona i przeleciawszy obok głowy rzekomego władcy śnieżnych małp, uderzyło w hordę Yeti stojących z tyłu. Przerażony okrutnym rykiem bólu, płonących i umierających Yeti, ich pan odwrócił głowę i nakazał swym podwładnym atak, wskazując na niebezpiecznego maga. Następnie, sprawił, że Yeti, na którym siedział, pochylił się, zaś sam zlazł zeń niezdarnie i zwrócił się, sycząc, do Bagbala. Za nim, stanęła rozwścieczona horda śnieżnych małp. -Jak śmieliście podnieść rękę na moje dzieci?! Zapłacicie za to! Wkrótce zaznacie prawdziwe...- I tu urwał, plując krwią, albowiem śmiertelna strzała z łuku Nerell, zagłębiła się w jego piersi. Rycząc ze wściekłości, szalone Yeti rzuciły się na łuczniczkę, jednak drogę zastąpiły im topór bojowy i młot Bagbala, oraz długi miecz Dreothima, zwany "Śnieżnym siepaczem". Lemeria, wykonawszy szereg modłów do swego boga, Lathandera, rzuciła na całą drużynę Psalm, Modlitwę, oraz Jedność obronną. Therselion, w szale zniszczenia, raz po raz raził ogromne bestie magicznym pociskiem, pociskiem mocy Mordankeinena, ognistą i kwasową strzałą, oraz wybuchającą czaszką. Nerell, wystrzeliwując zabójcze serie ze swego śmiercionośnego, długiego łuku, przerzedzała szeregi wrogów, wybierając najlepsze punkty witalne do ataku. W końcu mag postanowił uderzyć w przeciwników czarem "Zabójcza chmura". Wziąwszy pod uwagę to, że zaklęcie to rani tak wrogów jak i przyjaciół, wyinkantował czar na tyły oddziałów śnieżnych małp. Wkrótce, zbudzone rykami bestii miasteczko, zbiegło się nad brzeg Czerwonych Wód. Każdy był uzbrojony, w widły, lub kosę, sztylet, maczugę, procę, lub miecz. Na czele pochodu szedł burmistrz Dougans Hole, Jensin Brent. Opętani szałem bojowym mieszkańcy, widząc padające bestie, rażone jakimś zielonym, gęstym dymem, przyspieszyli kroku i wbiegli prosto w środek Zabójczej chmury. Therselion zareagował natychmiast. Wiedział, że odwrócenie czaru jest prawie niemożliwe. Uwierzywszy jednak w swe siły, wykrzyczał szereg niezrozumiałych dla niego słów, po czym zatoczył się z nagłego zmęczenia i upadł na śnieg, nieprzytomny. Lemeria, przyzwawszy kilka białych wilków, rzuciła się na pomoc obolałemu magowi i poczęła wypowiadać inkantację zaklęcia leczącego. Zabójcza chmura ustała. Therselion przerwał zaklęcie. Niestety, Elfia kapłanka nie zauważyła, iż tuż nad nią stoi rozsierdzona śnieżna małpa i zamachuje się na nią swymi ogromnymi łapskami. Z pomocą przybył jej nieoczekiwanie, tchórzliwy niziołek Tessil, stojący jak dotąd na uboczu. Zagłębiwszy pod kolanem potwora swój ostry jak brzytwa sztylet, odskoczył i wbił swoje ostrze, w drugą nogę potwora. Bestia, kierowana konwulsyjnym bólem, zakołysała się na ledwo stojących łapach i upadła prosto na kapłankę. Lemeria przerwała zaklęcie, zaś przygnieciona olbrzymim cielskiem potwora, oraz zaskoczona, z braku tchu, omdlała, leżąc na śniegu, ułożona obok ciała maga. Na białym puchu, pośród zasp wrzała prawdziwa walka. Rozproszone w chaotycznej szarży Yeti wpadały prosto na ostre miecze odważnych i zdeterminowanych mieszkańców Dougans Hole, gotowych za wszelką ceną bronić swojego miasta. Śnieżne potwory uderzały o siebie i tłukły się nawzajem, lub potykały o liczne ciała swych braci, zalewające cały teren wokół. Po dosłownie kilku minutach, odgłosy walki umilkły. Uradowani wieśniacy, ochoczo rzucili się w stronę niedobitków i poczęli okrążać złapane w potrzask Yeti, kłując je na zmianę i broniąc się przed ich powolnymi i zmęczonymi ciosami. Szczęśliwy burmistrz podbiegł do rannego w nogę Bagbala i rzekł do niego: -Dziękuję, dziękuję. Dzięki wam, nasze miasto, nasze łodzie... my! jesteśmy bezpieczni. Bagbal pociągnął swym pulchnym, zaczerwienionym nosem, po czym rzekł: -No... przyznam, że to była dobra walka. Powiedz no mi jednak, czemu nie myślisz przyjacielu? -Co?!- zapytał zupełnie zbity z tropu Jensin. -Nie myślę? Dlaczego tak sądzisz? -Ano dlatego, że, jak byś nie wiedział, twoi ludzie i ty, wbieglibyście prosto w zabójczą chmurę, wywołaną przez naszego czarodzieja. Na szczęście udało mu się cudem odwołać czar, bo inaczej, padlibyście martwi na ziemię, podobnie jak te, leżące tu kudłacze- Po tych słowach wskazał niedbałym ruchem ręki, martwego Yeti z dziurą w brzuchu. -Jaka to była trudna sztuka, świadczy to, że teraz leży gdzieś omdlały, pośród tych śmierdzących trupów i śni o tym, że wszyscy umieracie przez niego. Burmistrz rozdziawił tylko usta, lecz zadumę przerwał mu jakiś mężczyzna, który podbiegł doń zdyszany i ochrypłym głosem zakomunikował: -Panie, mamy nieduże straty! -Kto zginął?- zapytał nerwowo Jensin. -Stary Erebdin spod pochodni, Nerbindan, Alef "brzęczygwóźdź", Seridiasz, Orufin, Kalius, Mathan i Jaluin zwany scyzorykiem. Razem daje to ośmiu zabitych i aż dwudziestu siedmiu rannych. -To spora liczba. Poproście kapłankę, aby zajęła się rannymi. Zresztą, pewnie już to uczyniła- rzekł Bagbal. -W istocie dobry panie- odparł mężczyzna zwany Dillem. -Muszę podziękować temu wspaniałemu czarodziejowi- powiedział Jensin. -Nie czyń tego. Myślę, iż nie będzie przyjmował bzdurnych przeprosin, albowiem w jego mniemaniu na nie nie zasłużył. To skromny staruszek. Znam go bardzo dobrze od wielu tygodni. Daruj sobie, burmistrzu, albowiem mamy ważniejszą sprawę na głowie. -Panie- przerwał nagle Dill. -Słucham cię przyjacielu- odparł Jensin Brent. -Otóż chciałem ci powiedzieć, iż posłałem po kapłana Ellidiana ze świątyni Thorma. Z pewnością zaraz tu będzie. -Doskonale mój drogi Dillu. Otrzymasz swą zapłatę. Uradowany wieśniak pokłonił się na te słowa i oddalił. -Musisz- skierował na siebie uwagę burmistrza, zziębnięty i umęczony, oraz zdenerwowany bezczynnością brodacz. -Cóż muszę?- zapytał Brent, kierując na Krasnoluda swój wzrok. -Bagbalu! Tessil znalazł to przy martwym złoczyńcy!- ozwał się nagle głos, gdzieś z lewej strony. Kiedy obaj spojrzeli w tamtym kierunku, ujrzeli przepychającego się między ludźmi, podnieconego Dreothima. Trzymał w dłoni jakiś poszarpany i zmizerowany zwój. Bagbal wyszarpnął mu papier z dłoni, po czym schwyciwszy go mocno, rozwarł i począł czytać powoli, na głos zdobne, zawijane litery: "Arenisie. Potrzebuję 15 łodzi. Dziś w nocy. Nie zawiedź mnie", a pod spodem: "jak zwykle czeka cię zapłata. Będę czekał w Good Mead, tam gdzie zwykle. Powodzenia". Podpisano tylko jedną literą. Była to litera "Y". - No to już znamy cel naszej dalszej podróży- orzekł Krasnolud, po czym nakazał Dreothimowi zebrać drużynę. Wkrótce ludzie pokładli się do snu, uprzednio uzbierawszy martwe ciała Yeti na jedną kupę. Kopiec z trupów widniał na tle ciemnego, rozgwieżdżonego nieba. Lekka bryza od jeziora Czerwone Wody zaniosła pod domostwa mieszkańców Dougans Hole zapach świeżej krwi. Grubo po północy, nad brzegiem jeziora pojawiła się samotna postać. Marketh stanął przy wielkiej górze ciał i pokręcił głową. Czuł, że jego przeciwnicy potrafią sobie nieżle radzić w trudnych sytuacjach. Miał jednak plan, który musiał okazać się skuteczny.

  Lemeria znalazła na swym łóżku wiadomość od Aariana. Zanim drużyna położyła się spać, Therselion odczytał ze zwoju polecenie dziwnego podróżnika: "Udajcie się do Good Mead. Tam spotkacie Starego Topielca. Żyje on na północ od miasta, w małym domku nad ogromną taflą lodu. On powie wam co dalej macie czynić." -Po odczytaniu zwoju Dreothim, ozwał się w te słowy: -Good Mead leży o dzień drogi stąd- jego seplęniący głos, którego sprawcą były połamane zęby, pamiątka z potyczki z Markethem, bardzo rozbawił Tessila. Bagbal wymierzył niziołkowi solidnego kopniaka w tył, po czym rzekł: -Jutro z rana wyruszymy do tej osady. Zresztą, im dalej na północ tym lepiej, albowiem zbliżamy się do Kopca Kelvina. Musimy odkryć kim był ten dziwaczny król Yeti i dla kogo kradł łodzie mieszkańcom Dougans Hole. Może dzięki temu zdobędziemy informacje o amulecie od tego całego Aariana i zakończymy sprawę z naszym panem złodziejaszkiem i jego starymi kolesiami.- Po tych słowach Krasnolud pogardliwym skinieniem głowy wskazał na Tessila. Niziołek, obolały od solidnego kopnięcia barczystego brodacza tylko nieprzyjemnie się uśmiechnął, bardziej z bólu niż ze szczęścia. Cała drużyna jednym głosem przyznała rację Krasnoludowi. Zresztą, cóż mieli innego czynić?

  Kierując się wskazówkami Jensina Brenta, sześcioro przyjaciół dotarło po całodziennej podróży do Good Mead. Małe, drewniane domki, z których okienek buchało przyjemne światło, zaś z kominków płynął gęsty dym, były pocieszeniem dla oczu strudzonych wędrowców. Ku wielkiemu niezadowoleniu niziołka, Bagbal postanowił jednak, że jeszcze tego wieczora pójdą zobaczyć się ze Starym Topielcem. Zaciekawieni tym, kto tak naprawdę kryje się pod tak niezwykłym imieniem, ominęli miasto od zachodu i po kilkunastu minutach dotarli nad ogromną, lodową taflę, pokrywjącą tę część jeziora Czerwone Wody. Na śniegu, tuż nad brzegiem, stała mała, przysypana białym puchem chatka. Dreothim mocno zapukał do drzwi, po czym dmuchnął w dłonie i potarł je, aby ogrzać zmarznięte palce. Po kilkunastu sekundach, nieustanny świst wiatru przerwało skrzypienie zmurszałych odrzwi. W progu stał zgarbiony starzec, podpierający się laską. Na jego nagą, zapadniętą klatkę piersiową, spływała długa, siwa broda. Jego oczy, szare niczym kamienie świdrowały przybyszów i spoglądały kolejno na wszystkich członków drużyny. -Bagbal, syn Breinga z klanu Lodowego Kolca. Przybywam, aby zobaczyć się ze Starym Topielcem. Czy to ty starcze?- zapytał Krasnolud. Odpowiedział mu zmęczony, cichy i świszczący głos: -Znacie Aariana? Bagbal pokiwał głową. -W takim razie... wejdźcie- rzekł starzec i wskazał wnętrze małej chatki. -Skąd wiesz, że nie kłamiemy- zapytała zdziwiona Nerell. -Czuję to- odparł Topielec i zamknął za przyjaciółmi drzwi. Na zewnątrz hulał lodowaty wicher, niosący ze sobą kolejną śnieżną zawieję. Pośród smóg niesionego z wiatrem śniegu można było dostrzec oddaloną, okrytą płaszczem sylwetkę. Poruszała się ona za śmiałkami aż z Luskanu, jakoby cień...

  ciąg dalszy nastąpi...

Jarlaxle, podróżnik północy.