© 2000-2001 Tawerna RPG

 
 

Wchodząc do miasta po raz wtóry z ciągle istniejącą, choć nie tak dużą jak przed kilkunastoma dniami nadzieją, dzierżąc w dłoni zdobyty w Smoczym Oku, Klejnot Serca udaliśmy się do znanej już nam doskonale chatki druida z zamierzeniem pokazania mu tego, co znaleźliśmy.

Kuldahar wydawało się nienaruszone i takie jak przed podróżą. Jednak z pozoru identyczne jak przedtem już na samym początku rozmyło nasze wątpliwości. Może nie tyle one samo, co neo orogi, tudzież opryszkowie, którzy wyszli nam na spotkanie nieopodal chatki mieszkającego we wschodniej części miasta kolekcjonera kolorowego szkła. Owe potwory siały niesamowity popłoch wśród społeczności zatem musieliśmy dla jej dobra rozprawić się z nimi. Oczyszczenie miasta z dosyć dużej liczby uzbrojonych orogów zajęło nam trochę czasu, ale torując sobie drogę orężem, po rozmowach z przestraszonymi kuldaharczykami wreszcie zaszliśmy do Arundela.

Przywitał nas jak miał w zwyczaju bardzo serdecznie, ale nasz mag wyczuł w jego głosie dziwne zdenerwowanie. Dalsza rozmowa przebiegła w miarę dobrym tonie ze strony arcydruida, ale po opowiedzeniu mu o zabitej przez nas Yxunomei, trollach i yuan-ti zaśmiał się hardym głosem po czym podziękował nam za zniszczenie jego odwiecznej przeciwniczki. Doprawdy zachowanie kapłana natury dziwiło bo zazwyczaj stosował wywarzone, nie budzące negatywnych odczuć, wypowiedzi. Dalsza konwersacja potwierdziła nasze przypuszczenia. Postać groziła, przepowiadała, że Kuldahar zostanie zamrożone, a w końcu poinformowała o wykrwawiającym się piętro wyżej "prawdziwym" Arundelu po czym znikła w zielonej poświacie. Zaniepokojeni natychmiast szybkim krokiem wbiegliśmy na górę. Faktycznie, leżał tam Arundel, nasz mag próbował go uzdrowić, ale wszelkie czary nie odnosiły skutku. Arcydruid przekazał, iż musimy udać się do Odciętej Dłoni wraz z Klejnotem Serca, w której więziony jest Larrel - ostatni żyjący elfi arcymag posiadający moc, przy której pomocy może wykryć źródło zła - to były ostatnie słowa jakie usłyszeliśmy z ust druida. Chwyciwszy magiczny kij i spojrzawszy na mapę ruszyliśmy na południe - w kierunku elfiej twierdzy.

Towarzyszące nam nieustannie podczas wędrówki: wiatr oraz mróz utrudniały poruszanie się przez zaspy śniegu, ale w końcu po pięciu dniach podróży dotarliśmy do stromo wznoszącej się wieży, która sprawiała wrażenie jakby miała się za moment zawalić.

Przed nami wisiał most zwodzony, za którym widać było [ nieco od zachodniej strony duży otwór] wejście do wieży. Jednak nie to przykuło naszą uwagę najbardziej. Zza kolumny wyłoniło się Przesłanie [jak wynikało z opisów druida był to duch Larrela] obok, którego biegała wiewiórka. Zbliżył się wraz ze zwierzakiem i nagle począł krzyczeć o swoim niezadowoleniu z wizyty krasnoludów. Nie zgadzała się z nim wiewiórka, którą chwilę później spalił i zniknął.

Lekko zdziwieni weszliśmy do wieży.

Tuż po pojawieniu się w środku unieszkodliwiliśmy kilkunastu cienistych orków i goblinów, nieco silniejszych od swych zwykłych pobratymców i posiadających dobrze rozwiniętą umiejętność mowy co nader rzadko się zdarza. Zniszczone podłogi, niemal na każdym kroku zawalone ściany, kości, ogólny smród i wszędzie panoszące się maszkary, to wszystko co do tej pory ujrzeliśmy. Niezbyt to ciekawe spostrzeżenia, ale cóż. Gdy wydawało się, że nic ciekawego prócz ciągłej bitwy z w/w wrogami nie zobaczymy, zauważyliśmy schody prowadzące na górę. Nie namyślając się długo udaliśmy się na wyższą kondygnację.

Ale i po spenetrowaniu owej części wieży nic znaczącego nie znaleźliśmy, aczkolwiek kilkadziesiąt złotych monet, w skrzyniach miecze [nie najlepszej jakości] podreperowało nasz "budżet". Jedyne co można stwierdzić to to, że podczas całego naszego rekonesansu trwała walka, walka i jeszcze raz walka. Dosyć spore straty sił uzupełniały zaklęcia uzdrawiające, mikstury jak i odpoczynek wśród zgliszcz.

Kolejne wejście, na następny poziom było umiejscowione tym razem w centrum. Ruszyliśmy dalej z nadzieją na odszukanie Larrela i przy okazji paru dziesiątek monet. Nie obfitował on już w aż tak dużą liczbę wrogich istot, ale znalazło się kilku szkieletów [w tym bardzo mocni: miecznicy], którzy trywialnie rzecz ujmując umilali nam drogę.

Dalszy rekonesans przebiegał w podobny sposób. Gdy dotarliśmy na następne piętro Odciętej Dłoni zauważyliśmy lekką zmianę otoczenia. Te same: architektura, ale już nieco odmienne wnętrza. Ciemność rozświetlały pięknie żarzące się płomienie co dawało ciekawy efekt. Jednak to nie koniec niespodzianek. Nieopodal wejścia spotkaliśmy Lethiasa, który z początku nieufny, po wyjaśnieniu celu naszego przybycia stał się otwarty i skory do rozmowy. Zapytawszy o Larrela uzyskaliśmy informację o jego rzekomym miejscu pobytu czyli Wieży Labelasa. Poszliśmy dalej by odnaleźć wejście do wspomnianej wieży.

Natrafiliśmy na dużą komnatę z porozstawianymi stołami, a w nich siedziały cieniste elfy niechętne do konwersacji. Jeden z nich, Lehland "odważył" się porozmawiać i sprezentował nam swoje produkty. Solidnie się zaopatrzyliśmy. Wśród zniszczonych izb natrafiliśmy na drogę, która prowadziła na do jakiejś wieży. Gdy weszliśmy na górę jakiś elf krzyczał o wielkim wybuchu, który spowodował on sam. Licznie porozrzucane głazy utwierdziły nas przekonaniu, że to właśnie jego sprawka. Na widok naszych toporów rozpłynął się w powietrzu. Same dziwne rzeczy jak na razie nas w owej twierdzy spotykały. Wróciliśmy na szlak.

Po kilkudziesięciu metrach natknęliśmy się na kolejne schody. Nie mając innej koncepcji na odnalezienie Larrela niezwłocznie pobiegliśmy w tamtym kierunku. Na górze po stoczeniu walki z cienistymi elfami, zebraniu kilku przedmiotów, butelczek rozmawialiśmy z Valestis, która próbowała sprawić, aby rośliny w Wieży na nowo zakwitły. Obiecaliśmy jej przynieść nasiona jeśli takowe znajdziemy. Zeszliśmy na dół po czym znów weszliśmy po następnych schodach.

Tam zaś spotkaliśmy Kaylessę i skierowaliśmy do niej to samo pytanie, mianowicie: Gdzie jest Larrel? Powiedziała tyle ile sami wiedzieliśmy, ale  opowiedziała nam również o astrolabium Larrela - urządzeniu dzięki, któremu on i jego czarodzieje prowadzili badania nad czasem i przestrzenią oraz o tym, że przestało działać. Posiadała również jedną z części maszyny. Mogła się ona nam przydać przy ew. spotkaniu z magiem. Wojowniczka postawiła warunek: "Najpierw załatwicie elfy okupujące wieżę, potem dostaniecie część". Tak też uczyniliśmy. Po niezwykle krwawej potyczce zniszczyliśmy elfy, a także czarodziejów kroczących w ich oddziałach. W międzyczasie zebraliśmy kilka cennych zwojów i spotkalismy bibliotekarza lekko niezorientowanego co się wokół niego dzieje. Wróciliśmy do Kaylessy i odebraliśmy przedmiot po czym weszliśmy na szczyt Tor Labelas.

W Astrolabium czekał Larrel. Próba rozmowy z nim zakończyła się fiaskiem, ponieważ jak opętany powtarzał w kółko to samo jakby zaplątał się i nie mógł wyjść z wątku. Obok stał Gareth, który naprawiał astrolabium. Daliśmy mu uzyskany od wojowniczki brakujący element. Okazało się, że to nie wystarczy do reaktywacji wynalazku. W moim, a także w złodziejskim plecaku, wśród wielu sprzętów, łuków i proc znaleźliśmy pozostałe trzy części, które uzyskaliśmy podczas przeszukiwania skrzyń oraz pojemników podczas penetracji wszystkich wież.

Mechanik uruchomił astrolabium, a Larrel, już odmieniony, przy pomocy Klejnotu Serca, nieustannie leżącego w mym ekwipunku odnalazł zło, którego szukamy. Nakazał nam ruszać do krasnoludzkiej twierdzy - Głębi Dorna. 

Czy jest to kres naszej podróży? Nie znaliśmy odpowiedzi na to pytanie. W celu zniszczenia niebezpieczeństwa opuściliśmy Odciętą Dłoń i podążyliśmy ku Głębi Dorna.