© 2000-2001 Tawerna RPG

 
 

    Mimo całego zamieszania w obozie, nikt z nas przez godzinę nie wychylił nosa na zewnątrz, mając wciąż w pamięci ostrzeżenie Berniego. Z czasem jednak doszliśmy do wniosku, że nie skorzystanie z obecnej sytuacji byłoby największym błędem jaki można by zrobić...

    - Kurde nie można tak siedzieć i nic nie robić - powiedział Ealier, a cała jedenastka jego towarzyszy pokiwała głowami, jednak żaden z nich się nie odezwał.
    - Pomyślcie, że taka sytuacja nie zdarzy się już więcej. Wszędzie jest taki chaos, że może uda nam się uciec. Musimy przynajmniej spróbować., bo potem będziemy sobie pluli do naszych zakurzonych bród, do końca naszego krótkiego życia, że nie zaryzykowaliśmy. I tak przecież nie pożyjemy tu długo, a tak przynajmniej może nam się udać.
    W ciszy jaka zapadła, odezwał się ten, po którym najmniej się tego wszyscy spodziewali, a i on sam wyglądał na nieco zdziwionego swoimi słowami.
    - Jestem za - powiedział Araan z trudem, a wszyscy spojrzeli na niego jakby czekając na to co powie dalej.
    - Jestem za - powtórzył tym razem pewniej. - Ealier ma rację. Nie możemy zmarnować takiej szansy, która się nadarza. Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że nasze życie tu się zakończy, jeżeli nie zdarzy się cud. Ja sam, choć jestem tu najkrócej z was, wiele razy modliłem się o niego. I oto nadszedł. Wszyscy tutaj jak stoimy mamy to czego chcieliśmy. Okazję... okazję do wyrwania się stąd. Do powrotu do naszych rodzin, bliskich, przyjaciół. Powrotu do normalnego życia. Do tego, co do tej pory uważaliśmy za stracone na zawsze. Do tego, o czym każdy z nas śni po nocach, za czym każdy z nas tęskni. Nie zmarnujmy tego. Ucieknijmy stąd. Opuśćmy to miejsce na zawsze.
    W głosie Araana było coś tak urzekającego i przekonującego, że nagle wszyscy jak jeden mąż poderwali się z łóżek z widocznym zapałem w oczach. Ealier uśmiechnął się tylko i zniżając głos wprowadził wszystkich w swój plan.
*
    Uciekali na oślep. Nie oglądali się za siebie, nie patrzyli gdzie biegną. Gnali naprzód niczym stado spłoszonej zwierzyny, uciekającej przed drapieżnikiem. Pędzli bez wytchnienia, a wraz z kolejnymi krokami nadzieja dodawała im sił. Przedzierali się teraz przez zarośla, a gałęzie i kolce znaczyły ich całe ciało pręgami i ranami. Nie było łatwo. Zdradzieckie korzenie często kończyły szybki bieg dość bolesnym upadkiem. Nie było łatwo. Ich ciała pełne były sińców i ran. Coraz trudniej było im złapać oddech i utrzymać tempo biegu, ale starali się. Starali się i chcieli, bo wiedzieli, że tam czeka na nich wolność.
*
    Najtrudniej było na początku.
    Gdy wydostali się za ogrodzenie przed nimi rozciągały się bagna i rozlewiska. Nie były one wprawdzie duże, ale widzieli, że nierozważne kroki mogą zakończyć ich żywot w ciągu kilku chwil. Starali się sprawdzać droge po której szli, jednak robili to dość niedbale wiedząc, że w każdej chwili mogą być ścigani. Szli kolumną w dwuszeregu. Prowadziły elfy, gdyż noc nie przeszkadzała im tak jak innym. To one wypatrywały najbezpieczniejszych scieżek dla całej grupy, one sprawnie i bezpiecznie poprowadziły wszystkich przez rozlewiska.
    Ten krótki kilometr wydawał się dla nich drogą bez końca. Szli skuleni, oczekując na złowrogi świst lub śmiercionośne uderzenie strzały. Nie wiedzieli, czy pościg za nimi ruszył. Nie wiedzieli, czy są bezpieczni i czy w ogóle kiedykolwiek będą.
    Rozlewiska przeszli wyczerpani niemal zupełnie. Gdy tylko dotknęli stopami twardego i suchego gruntu, padli na ziemię, jak gdyby zapominając o wciąż grożącym im przecież niebezpieczeństwie. Ale nikt nie protestował. Wszyscy starali się nabrać jak najszybciej możliwie najwięcej sił, wiedząc, że prawdziwy wysiłek dopiero przed nimi.
    A przed nimi były wzgórza.
*
    Ze szczytów nie widzieli nic.
    Zostawili za sobą ból i cierpienie. Zostawili koszmary, które teraz wydawały się tylko złym snem.
    Przed nimi była wolność.
    Nie widzieli nic.
    Była noc.
*
    Wraz z nadejściem nocy, przez dziurę w podłodze zaczęli wymykać się pierwsi uciekinierzy. Jeszcze strachliwie, ale z iskrą nadziei w sercu, ostrożnie pełzali po pozbawionym oświetlenia terenie. Jeden za drugim zmierzali w stronę obozu, gdzie pozostało niewielu strażników, gdyż większość z nich była teraz przy bramie.
    Siedzieli tam dufni w swoje siły, gotowi walczyć o te wszystkie bogactwa, do których rościli sobie wszystkie prawa. Bojący się, że mogą ich już nigdy nie zobaczyć.
    Tymczasem ci, którzy spędzali czas na wydobywaniu tych skarbów spod ziemi, starali się opuścić złe dla nich miejsce. Nie wiedzieli tylko, że ich plan ucieczki napotka poważne trudności.
*
    - Cholera nie damy rady tędy przejść - zaklął Imeor wskazując na strażników.
    Cała grupa uciekinierów koczowała za ostatnim domkiem przed ogrodzeniem przy którym stali dwaj strażnicy, w skupieniu obserwujący teren. Broń trzymali w pogotowiu, więc nie było mowy o otwartej walce, a właściwie nie było innej drogi przejścia.
    - Tak się nie może skończyć - pokręcił głową Ealier. - Musi być jakiś sposób.
    - Może jednak zaskoczymy ich w biegu? Powinno się udać - powiedział Araan.
    - Wątpię - odparł Ealier - żeby oni dali się zaskoczyć. Ale napewno nie wrócimy teraz, kiedy uczyniliśmy już pierwszy krok.
    - Chyba potrzebny nam kolejny cud - westchnął Araan i zamilkł przerażony.
    Tuż za nimi stał Berni. Jego oczy były spokojne, a twarz zastygła. Popatrzył jeszcze chwilę na oniemiałych z przerażenia swych byłych podopiecznych, po czym skierował swe kroki w stronę strażników.
    - To koniec - jęknął któryś z ludzi - Dziś kończy się nasze życie.
    - Poczekaj - Araan uciszył go gestem. - Zobacz.
    Wszyscy podążyli wzrokiem za Bernim, który wdał się w rozmowę ze strażnikami. Nikt z nich nie słyszał o czym rozmawiali, ale wiedzieli, że te kilkanaście sekund stanie się przełomowym momentem w ich ucieczce. Nie mylili się. Po chwili wszyscy trzej odeszli gdzieś w przeciwnym kierunku, aż w końcu zupełnie zniknęli z oczu.
    Cała grupa odetchnęła.
*
    Pierwszy zginął mężczyzna, którego Araan nie poznał jeszcze dobrze. Nie pamiętał nawet jego imienia.
    Pościg okazał się znacznie skuteczniejszy niż to sobie wszyscy wyobrażali. Nie wiadomo kiedy dostrzegli, że cała grupa uciekła, jednak znając teren szybko wpadli na jej trop. Nie było ich wielu. Mieli jednak przewagę i w rozpoznaniu otoczenia i w siłac witalnych.
    Siły duchowe jednak czasem biorą górę.
*
    Araan biegł na oślep. Obok niego również szybko pędził Ealier. Reszta była gdzieś koło nich. Czuli ich, lecz nie mogli ich zobaczyć. Łzy ciskały im się do oczu, gdy kolejnych z ich towarzyszy krzyknął rozdzierająco. Raz, cicho. Lecz oni się nie zatrzymywali. Wiedzieli, że jeśli to uczynią nie będą w stanie zrobić niczego więcej. Wiedzieli, że zginą niechybnie.
    Araan biegł. Odtrącał gałęzie pokaleczonymi rękami, modląc się w duchu, by udało mu sie uciec z tego piekła. Chciał tam więcej nie wracać, ale wiedział, że jest to niemożliwe. Wiedział, że będzie musiał pokazać innym te wszystkie okrucieństwa, które tam wyprawiano. Wiedział, że będzie musiał wrócić tam, by wyzwolić innych, by dać im wolność.
    Zostawił za sobą piekło.
    Przed nim ukazała się kamienna droga.