Parę numerów temu (gwoli ścisłości- w Tawernie Rpg marcowej) GhanD, a podówczas jeszcze Gandalf, rozwodził się nad uczuciami bohaterów Trylogii. Nie ukrywam, że jego wnioski bardzo mi się podobały i po niedługim czasie natchnęły mnie do przelania moich rozmyślań dotyczących postaci we "Władcy..." na... papier? Nieważne.
O ile dobrze pamiętam GhanD analizował osobowości i , niekiedy, zachodzące na tym polu zmiany. Ja zamierzam iść o krok dalej. Otóż wiele osób przeczytało Władcę Pierścieni i wyraziło się o nim pochlebnie (co musiało iść w parze, bo jak można "przerobić" tak ogromne dzieło, gdy już od początku się nie podoba), jednak mam wrażenie, że nie odkryły (a przynajmniej nie ujawniły tego) jego głębszego wymiaru. O czym mówię? O dramatyzmie właśnie.
Zastanówmy się- książka dobrze się kończy, prawda? Sauron zostaje pokonany, Saruman ginie, dla Gondoru następne lata są mlekiem i miodem płynące... To na pierwszym planie. A co z jednostkami? Co z tym, co musiały one poświęcić, by cel został zrealizowany?
Zacznijmy od Gandalfa, bo to on był postacią wszystkim kierującą. Gandalf Szary, później Białym okrzyknięty, pełen pokory Istari pragnący zrozumieć istotę wszystkiego, co żyje; starzec, od którego biła nieprzemijająca potęga mądrości. Co się z nim działo? W czasie, który poprzedzał akcję "Władcy..." prowadził nierówną walkę o zachowanie ładu w Śródziemiu. Jaka musiał się czuć, gdy na posiedzeniach Białej Rady nie mógł nic zdziałać przez narzucającego zebranym swoją wolę Sarumana? Ograniczając się do obserwacji miał szansę zapobiec wielkiemu złu, ale nie dokonał tego. Jedynie Elrond i Galadriel mogli przypuszczać w swej mądrości, jaką misję ma do spełnienia Gandalf na świecie i tylko z ich strony mógł on oczekiwać pomocy. A cóż potem? Został uwięziony przez Sarumana w Ortanku, co mogło się dla niego skończyć tragicznie, gdyby nie Gwaihir, Pan Wiatrów. Ciągle w drodze, nie mógł pomóc miotającemu się na szlakach Eriadoru Frodowi. Myślał jednak o nim, starał się go wspomagać swoją nieugiętą wolą...
Gandalf dobrze wiedział, że w czasach tak trudnych nie obejdzie się bez poświęcenia wartości najwyższych. Pamiętał o tym, kiedy w Morii demon ruszył na Bractwo Pierścienia i nie zastanawiał się ani chwili, nie koncentrował się na sobie- misja jest najważniejsza! Z tą świadomością poświęcił się dla grupy i samotnie stając do walki z Balrogiem zginął umożliwiając towarzyszom ucieczkę. Nie dotarł jednak do celu, nie spełnił misji.
Galadriel wiedziała, że to już koniec. Strona światłości pozbawiona tak potężnego sprzymierzeńca musiała odnieść klęskę, niezależnie od starań innych. Dlatego jej potężna, starożytna magia wspomagana jednym z Trzech powołała do życia Gandalfa na nowo, w nowej postaci z jeszcze większą mocą, jednak nie na zawsze- gdy skończyła się zawierucha opuścił on Śródziemie i odpłynął na Zachód, jak elfowie. Nie tylko jednak w byłej stolicy krzatowego królestwa Gandalf udowodnił, że jest gotów się poświęcić. Również zebranie w obozie Aragorna przed murami Minas Tirit potwierdziło jego determinację- "szansę będzie miał Frodo tylko wtedy, jeśli odwrócimy uwagę Złego..."
Czarodziej był bez wątpienia postacią dumną, jednak w pozytywnym tego słowa znaczeniu (dumni byli przecież i Boromir czy Denetor, z czego jednak nic dobrego nie wynikło). Kiedy dał tego wyraz? Morannon, Czarna Brama. To tam, mimo przekonania o całkowitej klęsce Zachodu, nie ugiął się i nie zgodził się na warunki stawiane przez Mordor. Był wszak przekonany, że Ciemność zapanuje nad światem- Zły zdobywając Jedynego musiał zwyciężyć. Nie chciał jednak niewoli dla świata, musiał przyjąć wyzwanie, bo jak by się wtedy tych niespełna sześć tysięcy rycerzy z Gondoru pokazało w domu? Tutaj najbardziej by pasowały słowa Rudyarda Kiplinga, tyle że zgrane z treścią Trylogii- "Gandalf nie był stworzony do klęski. Gandalfa można było zniszczyć, ale nie pokonać".
Myślę, że wystarczająco dużo napisałem o dramatyzmie w postaci Gandalfa. W następnym miesiącu przemyślenia dotyczące innych bohaterów książki.