© 2000-2001 Tawerna RPG

 
 

 

Pół roku później, podczas szóstych urodzin Daerogha, Flaer obwieścił mu, że wybierają się do jego przyjaciela - Ksyvna. mieli wyruszyć w podróż za około tydzień. Ten minął Daeroghowi na przygotowaniach. Sześcioletni gnom biegał po domu podniecony, strugał z drewna broń - tak na wszelki wypadek, chociaż Flaer zapewniał go o całkowitym bezpieczeństwie i braku jakiegokolwiek ryzyka. 

Chłopak dużo nauczył się w ostatnim czasie. Albo raczej dużo przeczytał. Chwalił się Laith, że zna już wszystkie książki z parteru wieży. W istocie teraz zapuszczał się na pierwsze piętro. Prawdę mówiąc, odkąd Flaer nauczył go czytać, Daerogh spędzał nad tym całe dnie. Czasami tylko strugał sobie z drewna jakieś bronie i chodził z nimi do sali treningowej, gdzie walczył z iluzjami, które tworzył mu Flaer, lub po prostu sam ze sobą. Jego ulubionym orężem stały się młoty bojowe - a raczej ich drewniane odpowiedniki. Flaer wyjaśniał to sobie tym, że oprócz może zwykłego kija, są najłatwiejsze do zrobienia. 

Nadszedł w końcu dzień wyprawy. Flaer powiedział chłopcowi jedynie tyle, że muszą udać się kilkadziesiąt kilometrów na północ, w granice królestwa Duergarów. Daerogh nie potrzebował więcej wyjaśnień. Za dużo przeczytał, i za wiele map obejrzał. Doskonale zdawał sobie sprawę, gdzie się znajdą.

Musieli iść na północ i lekko na wschód, zagłębiając się w królestwo drowów, a oddalając się od granic krainy svirnefebli. W ten sposób dotrą do miejsca zamieszkania Duergarów - szarych krasnoludów. Ksyvn mieszkał gdzieś, tuż za granicą państwa krasnali. 

- Kim jest ten Ksyn ? - zapytał drugiego dnia wyprawy Daerogh. 

- Nie Ksyn, a Ksyvn to po pierwsze - odparł Flaer - Pozostawię cię na razie w słodkiej niewiedzy. Tym większe będzie twoje zdziwienie, gdy go zobaczysz.

Podróż szła im dobrze. Flaer planował, że zajmie im ona około sześciu dni. Do domu Ksyvna było około osiemdziesięciu kilometrów krokiem wilka, co w Mroku równało się około stu lotem sokoła, gdyż korytarze nie były zbytnio powykręcane. 
Piątego dnia, około południa - jeśli można o takim mówić w Mroku - napotkali trójkę goblinów. Głupie stworzenia zaatakowały z pozoru bezbronnych svirnefebli. Gobliny zaś miały włócznie, przewaga była oczywista - ale po stronie gnomów.

- A teraz patrz synu - rzucił szybko Flaer, a oczy Daerogha zmieniły się w przysłowiowe "znaki zapytania".

- KURU HYALMA - zakrzyknął mag w języku, którego chłopiec nie rozumiał. Za to efekt pojął doskonale. Z palców maga zaczęły wyskakiwać czerwono różowe pociski, śmiertelnie raniąc gobliny, nim te zdążyły się zbliżyć. Sześć pocisków, po dwa na każdego goblina sprawiły ogromne wrażenie wobec Daerogha. 

- Magia jest potężną bronią... - powiedział dumny z siebie Flaer, a chłopiec jedynie mu przytaknął.

Dzień później, kiedy na powierzchni zapadałby wieczór nasi przyjaciele dotarli do Królestwa Duergarów, a następnie do samego Ksyvna.

Ten wyszedł im na spotkanie. To, co najpierw spostrzegł Daerogh, to fakt, że Ksyvn nie był gnomem. Był wysoki, nie tak jednak, jak elfy. Kiedy podeszli bliżej chłopiec mało się nie przewrócił z wrażenia. Skóra Ksyvna była jasnego koloru, może nie białego, ale z pewnością jasnego.

- Cłowek ? - wyjąkał z niedowierzaniem Daerogh.

- Tak Ksyvn jest człowiekiem, który niegdyś mieszkał na powierzchni - poprawił go Flaer - jest pewnego rodzaju kapłanem. Czci bodajże Tyona, nie Tyoona - podkreślił Flaer, wyraźnie zaznaczając różnicę między dobrym bóstwem - Tyonem, a jego złym odbiciem, wymawianym znacznie dłużej - Tyoonem.

- Nie inaczej niż powiedziałeś - rzekł ponuro Ksyvn.

Daeroghowi coś się nie podobało, w tym człowieku. Czytał wiele o ludziach i wiedział, że nie są oni, ani dobrą rasą, ani złą, jednakże, jak w każdej rasie niektóre osobniki wyrywają się spod tego zaszufladkowania. Daerogh uznał kapłana za zdecydowanie złą istotę i zastanawiał się, jak Tyon może dawać mu siłę.

Flaer zapowiedział, że będą tu nie dłużej niż trzy dni. Tak też się stało. Podczas pobytu u Ksyvna nic ciekawego się nie wydarzyło. Flaer całe dnie rozmawiał z kapłanem, zaś Daerogh zwiedzał okolicę, myszkował w domu Ksyvna. Lepszym określeniem dla miejsca pobytu kapłana byłaby jaskinia. W jej środku mieściły się skromne meble i najpotrzebniejsze rzeczy. Daerogh nigdzie nie widział żadnych oznak tego, że Ksyvn jest przedstawicielem kultu Tyona. Nie było żadnej, choćby najmniejszej kapliczki i dlatego też mały chłopak nie ufał zbytnio kapłanowi.

Po wspomnianych trzech dniach Flaer zabrał Daerogha i bez jakiś specjalnych pożegnań odeszli w stronę domu. Po drodze sześciolatek próbował się czegoś dowiedzieć o celu wcześniejszej wizyty, jednakże mag zbywał go jak mógł, zmieniła temat, udawał, że coś może być za zakrętem... w końcu Daeroghowi znudziło się pytanie.

Podróż przebiegała spokojnie, gnomy przebywały dziennie większe odległości niż planowały wcześniej, chcąc jak najszybciej zjeść ciepły posiłek w Wieży Flaera, przygotowany z pewnością przez Laith. Dawno już przekroczyli połowę drogi, dzielącą ich od domu. Trzeciego dnia w porze obiadu odpoczywali - jak zwykle - w korytarzach Mroku. Flaer właśnie zarządził wymarsz, wstał, kiedy spadło na niego z góry jakieś stworzenie. But humanoida zgniótł Flaerowi twarz i powalił go nim ten zdążył wypowiedzieć chociaż jedną sylabę jakiegokolwiek czaru. Stwór najwidoczniej nie zauważył małego Daerogha i zajmował się tylko magiem, już miał wbić jeden ze swych długich, jak dla gnomów oburęcznych, mieczy w gardło Flaera.

- Stój - wrzasnął w języku Svirnefebli Daerogh, po czym cisnął w stworzenie, które najprawdopodobniej było drowem, swój drewniany młot. Drow zaśmiał się i jeszcze w powietrzu przeciął młot mieczem na pół, zmieniając tor jego lotu.

Mroczny elf z prędkością światła, jak się wydawało Daeroghowi, znalazł się przy nim, po drodze sprzedając jeszcze Flaerowi solidnego kopniaka, tak, że tyn wydawał się nie do końca żywy. Pierwsze uderzenie mieczy drowa Daerogh odbił swą drewnianą tarczą, która rozpadła się na trzy części. Teraz chłopak nie miał dla siebie już ratunku, spojrzał przelotnie na Flaera, a ten zaczynał już dochodzić do siebie, jednak nie na tyle, aby był w stanie rzucić jakiś czar, czy choćby zorientować się w tym, co się stało.

Daerogh spojrzał w mrocznemu w oczy. Były błękitne, takie same mieli mordercy jego rodziców, oni też byli drowami. Przez mózg chłopca przebiegło w przeciągu tysiącznej części sekundy tak wiele obrazów pokazujących nikczemność elfów mroku. Następnie przypomniały mu się lekcje Flaera, mówiące o tym, że nie należy się mścić na drowach. Wszystko to odpowiadało temu, co wyobrażały sobie Svirnefebli tuż przed swoją, nieuniknioną śmiercią, z której udało im się jakimś cudem wyrwać. Na tym etapie swoich przedśmiertnych przemyśleń Daerogha, drow, realne niebezpieczeństwo, ustawił swoje miecze u dołu, tak, aby dwoma trafieniami rozciąć płuca i okolice żołądka małego gnoma. Drow pochylił lekko głowę, szykując się do szarży. Zaczął swoje natarcie.

W tym momencie Daeroghowi przypominały się ostatni etapy, jego życia, głównie podróż do Ksyvna. W pewnym momencie gnom szyderczo się uśmiechnął, wystawił swe ręce do przodu i cichym, pełnym strachu głosikiem, w którym jednakże "czuć" było nutkę nadziei wypowiedział słowa:
 
                        KURU HYALMA
 

Po czym wypowiedział formułę zaklęcia jeszcze raz, tym razem głośniej i równie melodyjnie, co podczas drogi do Ksyvna Flaer. W rękach chłopca pojawił się czerwonawy pocisk. Energia sama znalazła swój cel. Trafiła oszołomionego już samym odkryciem, że taki mały chłopiec umie używać magii, drowa w twarz, powalając go przy tym na ziemię. Zza pleców upadającego drowa dobiegł równie melodyjny głos. Jednak słowa wypowiadane prze Flaera nie były formułą czaru magicznego pocisku. To było coś, czego Daerogh jeszcze nie słyszał, a brzmiało to tak: "WAITA SALQUE", po czym z ziemi w okolicach drowa, zaczęły wyrastać zielone pnącza, które na powierzchni zwane były trawami - te, które zastosował Flaer były jednak jaśniejszego koloru i zdecydowanie dłuższe od swoich powierzchniowych odpowiedników. Związały one ściśle drowa, zostawiając mu tylko twarz odkrytą. 

Daerogh podniósł jeden z mieczy drowa i szykował się do dopełnienia słusznego czynu pozbawienia życia napastnika. Przerwał mu jednak Flaer.

- To renegat najprawdopodobniej, naruszyliśmy pewnie jego ziemię, albo coś w tym stylu - uspokajał chłopca stary mag - twoja zemsta nie jest skierowana przeciwko niemu. 

Po tych słowach u chłopca w oczach pojawiły się łzy. Upuścił miecz i padł, płacząc na ziemię. Przypomniały mu się znowu straszne sceny sprzed niespełna trzech lat. Po paru minutach Daerogh przestał, wstał i patrzył się na Flaera, próbując domyślić się, co ów chce zrobić "ze zdobyczą". 

- Chodź odejdziemy - mruknął Flaer.

- A..., a co z nim - dopytywał się z niedowierzaniem Daerogh, myśląc, że mag zamierza zostawić drowa żywego.

- Jest wolny - poczym skierował słowo "wolny" do elfa w jego języku i jeszcze paru innych, których Daerogh nie rozumiał, po czym przemówił znów w Svirnefebli - skoro jest renegatem, musiał zrobić coś złego w społeczeństwie drowów, co dla nas z pewnością było dobre - po tym stwierdzeniu Flaer szczerze się uśmiechnął. - Mój czar będzie działał jeszcze jakąś godzinę, po czym pryśnie. W tym czasie drow powinien dojść do siebie, a uczucie zemsty na nas powinno się zmienić w podziękowanie, że go nie zabiliśmy. Nie będzie nas ścigał. - Flaer przerwał na chwilę. - No chodź, czas się zbierać... nie ma po co zabijać, rób to tylko, gdy jest to konieczne.

Daerogh dobrze zapamiętał sobie te słowa. Po jakiejś godzinie drogi, od spotkania z "nieszczęsnym renegatem", Flaer rzekł:

- Mniej więcej teraz moje zaklęcie się skończyło. Jeśli drow nie przybędzie w przeciągu pół godziny, znaczy, że moje przypuszczenia są prawdziwe.

- Co to była za magia, której użyłeś ? - spytał, trochę zmieniając temat Daerogh.

- Magia Roślin, trochę ryzykowałem ją stosując, gdyż powinna działać dobrze tylko na powierzchni. Swoja drogą dziękuję, za uratowanie mi życia.

- Ty kiedyś zrobiłeś wobec mnie to samo... - mruknął, trochę zawstydzony faktem, że ocalił maga chłopiec. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że użył magii prostej do pokonania drowa. Wcześniej z magią taką nie miał praktycznie kontaktu bezpośredniego. Nie czytał nic o niej, nie uczył się jej, jedynie słyszał formułę z ust Flaera. Był teraz dumny z siebie, gdyż przyswojenie tej najprostszej magicznej sztuki zajmowało adeptom około pięciu lat. On tego dokonał w osiem dni, licząc od pory, kiedy Flaer walczył z goblinami, a przecież Daerogh wcale nie chciał się jej uczyć.

- Masz talent chłopcze - FLaer wydawał się czytać w myślach chłopca - Jak wrócimy rozpoczniemy naukę.

Na twarzy Darogha pojawił się uśmiech. Po pierwszym użyciu magii, trudno jest zdusić w sobie chęć jej głębszego poznania. Te pragnienie wiedzy przepełniało teraz młodego Svirnefebli.

Reszta podróży minęła przy przyjemnej rozmowie, której jednakże nie ma potrzeby tutaj przytaczać. Svirnefebli doszły w końcu do domu, po drodze nie napotkali drowa, więc Flaer był już w stu procentach pewien, że jego wcześniejsze hipotezy się sprawdziły.