Reporter

Cofnij
Strona główna
Poprzedni artykułNastępny artykuł
 


-= REPORTAŻE =-
Reporter nr 7 - 1999.07.25 Przemysław Osuch, www

Wyprawa dookoła Ziemi Kłodzkiej

Jak dotychczas jeździłem wyłącznie na trasach powyżej 60 km. Postanowiłem zwiększyć swoją średnią do 100 km.

Ok, wieczorem pewnego sierpniowego dnia zdecydowałem się na objazd całej Ziemi Kłodzkiej. Trasa miała ok. 200 km, właściwie wszystko z tych 200 km prowadziło przez tereny górzyste, zero równiny. Z tego względu wyjazd został rozbity na dwa dni. Ciekawostką było to, że niektóre trasy, którymi miałem przejeżdżać były pozamykane przez niedawną powódź. Zakładałem, że jeśli trasa będzie zamknięta, to przecież nie dla roweru. Rower górski przejdzie wszystko, a jak nie będzie mostu, to zwyczajnie sforsuję rzekę po kamieniach. Jechałem niemieckim rowerem górsko/trekkingowym na... osprzęcie SIS. Najważniejszy jest zapał, a dopiero potem klasa osprzętu. Do roweru doczepiłem malutką czeską torebkę, o dziwo udało mi się upchać do niej kurtkę, mapę, dokumenty, narzędzia. Choć przez ten ścisk mapa się podarła, ale co tam i tak była stara. Miałem przy sobie 50 zł, te pieniądze musiały mi wystarczyć na hotel, jedzenie, picie. Bidonu nie brałem, za to w jego miejsce wsadziłem litrową niegazowaną wodę Bonaqua.

Wystartowałem o godzinie 10 rano z Nowej Rudy - Słupca. Pogoda była znakomita, ani upału, ani deszczu. Jechałem ile się dało w kierunku Kłodzka. Przed Kłodzkiem skręciłem na Polanicę Zdrój, a później na Szalejów Dolny. Przed Szalejowem mapa podarła się na dwie części. Toteż zapytałem przechodzącą kobietę o drogę, ta wyraźnie wystraszona udzieliła mi odpowiedzi. Dlaczego wystraszona? Odpowiedź miałem już za 5 minut. Wjechałem do Szalejowa, wsi położonej nad rzeką. Jak się okazało ta rzeka była przyczyną załamania się wielu ludzkich losów. Po prostu ludzie potracili w jedną noc cały dobytek życia, łącznie z dachem nad głową. Powybijane okna, puste ściany, wiele różnych przedmiotów leżących po okolicznych łąkach to obraz tragedii. Smutno mi się zrobiło w tej miejscowości. No ale cóż, patrzeniem im nie pomogę, a nawet przeszkodzę. Toteż całą prędkością ruszyłem w kierunku kolejnych wsi. Mijany krajobraz był już spokojny, tylko dlatego, że nie leżał nad żadną rzeką. Prawda, że smutny to fakt?

Podczas jazdy cały czas kierowałem się na południe, aby przez góry dojechać do Bystrzycy Kłodzkiej. Niestety moja niby dokładna mapa okazała się do niczego... W pewnym momencie przez pomyłkę zboczyłem kilka kilometrów z trasy i zobaczyłem ogromne bloki Kłodzka. Jakież było moje zdziwienie, gdyż się zorientowałem, że dziś już tu przejeżdżałem. Tak więc po prostu objechałem go w około. No trudno, najwyżej dojdzie mi 15 km jazdy - pomyślałem. Dojechałem do tego miasta i ruszyłem z niego jak sądziłem główną drogą do Bystrzcy. Po kilku kilometrach jazdy jednak okazało się, że znowu pomyliłem drogę, gdyż nie jadę wcale główną drogą tylko drugorzędną.

A co tam, przecież są wakacje, więc już mi właściwie obojętne gdzie jadę. Jechałem przez, wsie, lasy, pagórki, aż właściwie już nie wiedziałem, w którą stronę dalej jechać. Kurcze, pomyślałem sobie - trzeba się kogoś zapytać. Mój wybór padł na staruszków pracujących w polu. Niestety nie mieli oni zębów, toteż ciężko mi było usłyszeć i zrozumieć co mówią. W końcu jednak zrozumiałem, że jadę w dobrym kierunku. Ok, więc kontynuowałem trasę. Nagle pojawił się znak "Powódź - trasa zamknięta - zalecany objazd przez Kłodzko (50 km)". O nie ma głupich, nie dołożę następnych kilometrów na kolejny powrót do Kłodzka. Jak stanie mi na trasie jakiś zerwany most, to albo go przeskoczę, albo z rozpędu sforsuję rzekę. 

Z takim postanowieniem ruszyłem do Bystrzycy. W nagrodę za odwagę pojawił się kolejny znak, tym razem już z informacją "Bystrzyca Kłodzka 6 km". Droga była pół podjazdem, pół zjazdem. Toteż zajęła mi trochę czasu. O godzinie drugiej byłem w tym mieście. Jak zauważyłem, choć na mapach figuruje jako malutka miejscowość, w rzeczywistości jest spora i pełna zabytków.

W miejscowości tej uzupełniłem zapasy wody. Spędziłem także kilka chwil w miejscowym parku. Pogoda już super nie była, z nieba lał się żar. Zastanawiałem się, którą trasę wybrać, tak aby najszybciej dojechać do Stronia Śląskiego. Na liczniku miałem 56 km, tymczasem najbliższy wariant dojazdu do tej miejscowości to 30 km ostrego podjazdu pod wielką górę. Koło ławki na której siedziałem, przechodził jakiś facet, postanowiłem zapytać go drogę. "Którędy wyjechać na Stronie" zapytałem, gość podszedł i rozpoczęła się rozmowa. Nawet bardzo miły był, po kilkunastu minutach miałem na mapie zaznaczoną trasę jaka mnie interesowała. Dowiedziałem się także, że dwie drogi jakimi będę przejeżdżać mają pozrywane mosty, ale powinno mi się udać przejechać.

Ok. Jadę dalej.  Już po pierwszych dwóch kilometrach widzę zerwany most i przepaść. Będą problemy myślę sobie... nie da się przeskoczyć... na szczęście tuż obok była drewniana kładka. Taka sama jak ta w scenach filmowych z Indii. Ostrożnie przeprowadziłem przez nią kilkanaście metrów rower i siebie oczywiście. Jadę dalej. Niestety wcześniejsza rozmowa potwierdziła moje obawy, nie ma sensu jechać w linii prostej do Stronia Śl. bo bym zwyczajnie jechał tam do wieczora. Ok, będę musiał nadłożyć 10 km drogi, ale przynajmniej jazda będzie przyjemna. Jadę kilka kilometrów i jak pamiętam mam skręcić w lewo, na szczęście droga jest oznakowana, kilkanaście metrów dalej pojawia się drugi zerwany most, tym razem mam do wyboru przejazd przez drewnianą kładkę lub forsowanie rzeki po płytach, jakie położono w miejsce zerwanego mostu. Wybieram przejazd kładką. Jadę kilka kilometrów pod górę. Nagle łańcuch spada i blokuje się. Naprawa zajmuje mi 10 minut. Wjeżdżam w las, fajnie tu, można pooddychać świeżym górskim powietrzem, wreszcie nie ma warczących samochodów. Z przeciwnej strony mija mnie rozpędzony kolarz, robi mi się miło, to jest to, gdyby tak zakazać samochodom wjazdu na niektóre trasy, byłoby super.

W takich warunkach przejechałem kilkanaście kilometrów, na nowo odkryłem Ziemię Kłodzką. W jednej wsi miałem wrażenie, jakby czas się zatrzymał na latach 40-tych, po prostu było tam kilka poniemieckich domów z niemieckimi napisami, a nawet herbami. Po wrażeniu, jakie wywarła na mnie ta wieś, rozpocząłem zjazd z dość sporej góry. Na liczniku miałem 50 km, gdy nagle wszystko wokół mnie stało się białe, prawie nic nie widziałem, odruchowo wcisnąłem hamulce. Powoli wyjechałem z tej białej atmosfery. Jak się za chwilę okazało znalazłem się w czasie strzału w jakichś kamieniołomach i stąd to "zaćmienie słońca". Po chwili, a właściwie kilku podjazdach, dojechałem do Lądka Zdroju. Stamtąd było już blisko do mojego celu, bo tylko 8 km.

Mając na liczniku 86 km wjechałem do Stronia Śląskiego. Tam miałem jeszcze pojeździć po okolicach i przespać się w hotelu. Ale zrezygnowałem (i dobrze, na następny dzień były deszcze). Zapakowałem rower do autobusu i wróciłem do Kłodzka. Ponieważ miałem za cel zrobić ponad 100 km, z Kłodzka wróciłem okrężnymi trasami do domu. 10 km od rodzinnego miasta dopadła mnie ulewa. Ten dzień zakończył się przejechanymi 106 km, co uważam za dobry, jak na góry, wynik. Szczerze polecam wszystkim turystykę rowerową, to naprawdę fajna rzecz. A może chciał(a)byś w wakacje '99 pojeździć po Ziemi Kłodzkiej? Masz problemy z organizacją, napisz do mnie!

[spis treści][do góry]