|
Eksperyment
Nie potrafię myśleć o tym bez żenady i wzburzenia; mówiąc oglądam się,
jakby chcąc sprawdzić, czy ktoś nie podsłuchuje. A jednak mówię, i to nie
tylko do siebie, a przy tym traktuję to jako spowiedź, oczekując, że ktoś w
końcu zajrzy mi głęboko w oczy i porozumiewawczym błyskiem odetnie ciężki
welon tego wspomnienia. Nerwowo splatając palce i zerkając dookoła łaknę
takiego spojrzenia. Tymczasem zaś otrzymuję pełen konsternacji, zawstydzony
moim zawstydzeniem słup wzroku, krążący wokół własnych butów. Ukradkowe
spojrzenia na zegarek, nieporozumienie twarzy - wszystko to mówi mi, że
należy poniechać kolejnej próby i wypuścić słuchacza z konfesjonału moich
żalów.
Zresztą, osądź sam: co byś zrobił usłyszawszy od kogoś podobne wyzwanie -
oto jestem mordercą. Jestem wielokrotnym mordercą; nawet jeśli nie liczyć
zabijania swoich pragnień, morderstwa wobec nudy, skracania o głowę
zbędnego czasu, nawet jeśli nie brać pod uwagę zbijania cudzych poglądów w
celu zabicia czyjegoś zdania i zawieszenia jego dobrego humoru, to i tak
jestem przynajmniej okrutnym mordercą. Dopuściłem się zabójstwa, choć żadne
prawo nie może mnie skazać, a żaden palec nie może wytknąć. Moja zbrodnia
nie ociekała krwią, odbyła się w myśli i jednocześnie poza nią, a mimo to
dała mi upojenie siłą, która jest władcza i bezkarna. Było to stopniowe
naciąganie struny, mały masochizm, ubezpieczony przekonaniem o kontroli nad
sytuacją, a który wciągnął mnie i porwał bez pamięci, wywołując opłakane
skutki. Nie potrafię tego uczucia wyjaśnić inaczej, jak tylko opisując
dzieje mojej pierwszej zbrodni.
Była to raczej zabawa, a właściwie przebłysk żyłki badacza, który
dziesięciolatkowi kazał złożyć złotą rybkę akwariową na ołtarzu nauki.
Pocieszam się tym, że cel był naukowy, że nie był to ołtarz sztuki, na
którym zniszczyłbym jakże cenne, jednorazowe i nie mające źródła we mnie
życie, poświęcając je zaspokojeniu swoich próżnych doznań estetycznych.
Łatwiej mi dźwigać brzemię zabójcy (nie mam prawa się wybielać), brzemię
mordercy, wiedząc, że eksperyment posłużyć miał edukacji mojej osoby,
takiemu uformowaniu psychiki, by wszelkie zadawanie cierpień stało mi się z
gruntu obce. I cała noc przepłakana w poduszkę, gorzkie wyrzuty, jakie mną
targały, ciężkie przygnębienie na myśl o rybce akwariowej zdawały się
potwierdzać, że cel został osiągnięty. Możesz się dziwić, że takie żale
wylewałem nad małą rybką, ale Twoje zdumienie zmniejszy się, gdy pojmiesz,
że ofiarą stała się rybka - faworyt, upatrzony przeze mnie przewodnik
stada, gupik ciągnący barwny warkocz swego ogona jak fantastyczny płomień
za kometą.
Moja miłość do tego właśnie żyjątka wykluczała niejako odgórnie wszystkie
inne okazy - było to uczucie łaknące całej istoty, pragnące dotknąć i
poczuć kolory mojego bolida, prawdziwie żarliwe i spokojne do cna. Nie
wydało mi stosownym nazwać jej żadnym imieniem - w moich wielogodzinnych
obserwacjach podwodnych wędrówek jakiekolwiek imię byłoby zgrzytliwe,
wprowadzałoby dysonans zniewieścienia w nasz stosunek. Nie chcę byś
pomyślał, że była to zabawa znudzonego dziecka, że działało tu zwykłe
zaciekawienie. Nie!
Pobudki były głębsze, dopiero z czasem eksperyment wymknął się spod
kontroli, odsłonił ciemne strony mojej jaźni i przyczynił się do miana,
które niełatwo mi nosić. Wszak zaczęło się niewinnie: od zaaplikowania
mojemu komecie piętnastu sekund wytchnienia nad wodą.
Kiedy pozytywnie przeszedł próbę, siateczka zawisła w ożywczym powietrzu na
trzydzieści sekund, ale i tak morderczy akt nie wpływał ujemnie na rybkę.
Wobec tego zdecydowałem się kontynuować badanie, wydłużając czas stopniowo
o dziesięć sekund, zapewniając jednak badanemu chwilę na powrót do
pierwotnej formy. Powoli nad zdrowym uczuciem naukowej ciekawości, nie
pozbawionym dozy litości i współczucia, zawisła groźba brudnej rozkoszy:
złość na stworzonko, które wciąż odżywało, znudzenie przedłużającą się
agonią (której przecież nie pragnąłem!) dopełniły miary.
Teraz wiem, że ta sadystyczna rozkosz spotęgowała się we mnie przez
najbanalniejsze w świecie znudzenie eksperymentem, który wymagał już dwóch
minut wpatrywania się w wyprężone ciałko. Zaczęła mnie boleć ręka, w której
trzymałem siatkę. Przestało mnie bawić balansowanie na granicy życia i
śmierci (tak to rozumiałem), przy pełnym poczuciu, że natychmiastowe
zanurzenie w wodzie stanie się skuteczną reanimacją. Dopiero gdy po
kolejnej próbie rybka upadła na dno, poczułem strach - oto zabiłem!
Ale nie, stworzonko znów odżyło - strach przeszedł we wściekłość! Zdałem
sobie sprawę, że już wcześniej miałem jej dosyć, że chcę ją uśmiercić, że
bolesne rozgoryczenie do czegoś, które towarzyszyłoby tej śmierci,
usprawiedliwiałoby chwilowy napad pasji i złości.
Prawie w furii wyłowiłem siatkę i położyłem na kaloryferze, po czym
wyszedłem z domu...
Sam widzisz, moja opowieść rozczarowuje. Nudzi tych, którzy złakomieni
słowem zabójca skłonni byliby poświęcić kolejnej zbrodni w ich życiu stałe
trzy minuty. Śmieszy tych, którzy w powolnym dramacie rybki (i małego
człowieka) widzą tyle tragizmu, co w zabiciu muchy na łysinie starszego
pana.
Drażni innych niesubtelnością i rozwlekłością doznań - ani nie
przystających dziecku, ani ich poczuciu tego, co męskie i zamknięte. Dzieje
mojej pierwszej zbrodni uznałem za zakończone. Uczucie litości, żalu,
przygnębienia, wyrzuty sumienia i nieznośna świadomość winy -wszystkie te
efekty eksperymentu pojawiły się we właściwej formie. Tym więcej płakałem,
im bardziej gnębiła mnie myśl, że od pewnego momentu świadomie chciałem tej
śmierci, rozzłoszczony siłą, z jaką iskierka życia trzymała się marnej
postaci - z jaką opierała się mojej przewadze dziecka trzymającego życie na
wyciągniętej dłoni. Myślę zresztą, że taką samą wściekłość mogłoby wywołać
każde inne stworzenie, kurczowo czepiające się uciekającego daru, że
charczący we krwi człowiek budziłby u mnie raczej wstręt i odrazę niż
litość - że jego nieestetyczna zachłanność przeżycia odebrałaby mu na nie
szansę.
Tym więcej zdziwiony byłem, kiedy odpoznałem te same pragnienia wiele lat
później, kiedy już nie tyle uczucia balansu woltyżera ile pusta zabawa
zaprowadziły mnie do kolejnego zabójstwa. Teraz jednak nie byłem dzieckiem,
a zabity został człowiek - tak, zabity przeze mnie mimo iż nie dotknąłem go
ręką czy słowem!
Zabiła go moja ciekawość, oczyma po wielekroć zrzuciłem go na bruk, by
wciąż inaczej wyobrażać sobie plamę krwi wokół głowy, by inaczej splatać
bezwładne ręce i nogi. Jedyne co teraz splatam, to moje trzęsące się ręce,
chyba równie bezwładne - choć drżące. Szukam nogami stałego gruntu i
krzyżuję je jakby dawno już umarły; malinowy sok zalewa moje oczy, więc
mogę się wpatrywać jedynie w myśli, a te - wiesz jakie są. Spowiedź nie
ożywia, ruch nie pobudza, głos nie dochodzi, resztka nadziei tkwi tylko w
upartym przebijaniu się przez zaspy, odwalaniu śniegu kolanami. To wędrówka
z niewzruszoną naiwnymi tęsknotami pewnością, że celu nie ma, bo został
chybiony gdzieś tam. Pcha się do przodu w obsesyjnym strachu przed
zobaczeniem własnej podobizny z tyłu. Nie tylko za plecami własnego cienia,
ale też za śladami innych, wypływających właśnie na wody nadziei i radości.
Czuję to rozbieganie myśli i kiepskie kuszenie banałami. Przyszedłeś tu nie
dla moich bzdurnych dzieci, mętnego pogłowia myśli - wystarczy Ci, że w
Twoim wydaniu brzmią równie nieciekawie. Rozczarowany spoglądasz na zegarek
i żałujesz zmarnowanych minut, czujesz się wpuszczony w kanał, przemalowany
na zielono. Gdzie ta mgiełka śmierci, gdzie okrzyk umierającego?
Otóż nie, morderstwo było (po wielokroć i nieodwołalnie), stało się,
zaistniało - choć doprawdy, nie wiem jak! Pewnego popołudnia w mieście X
wydłużył mi się krok i pochyliły plecy pod niespodziewanym bagażem nowej
wiedzy: oto wskazówki mojego zegara przesunęły się o całe dziesięć lat. Jak
to? - dorosłość przemknęła niczym pan w płaszczu wieczorem, a dziecięcość
pozostała z przyklejoną buzią do jakiejś tam szyby? Ale ja nie czułem się
dorosły! I nie czułem się też niedorosły! Zatrzymałem się przed kamienicą,
bo w otwartym oknie na drugim piętrze ujrzałem barwę, przeobrażającą się w
poczwarę, która wiła się, wymachując wokół mackami. W swoim niezdecydowaniu
na jakiś kształt połykała przestrzeń, rosnąc i malejąc na przemian.
Odskoczyłem w bok jak od ukłucia szpilką, ale zaraz spostrzegłem, że to był
sweter, a w nim był człowiek. Nie mogę powiedzieć: pan (lub pani) w
swetrze, bo, pamiętam dokładnie, pomyślałem: sweter, a w nim człowiek.
Jakież to żenujące i zawstydzające doprawdy! Ja, który względnie często
chodzę do kina i czytam gazety, jak, któremu nieobce są wzniosłe dzieła
ludzkiego ducha - otóż ja zająłem się tanim zakładem: wypadnie czy nie? Na
kogo wypadnie, na tego bęc! Najlepiej głowa w dół. Ach jakże mi wstyd!
Człowiek we wnętrzu swetra najwyraźniej już od dłuższej chwili walczył o
wydostanie się na zewnątrz, gdyż zapomniał o niebezpiecznej bliskości
otwartego okna. Co chwila zawisał niemal do połowy z drugiej strony i zaraz
wracał - nie mógł, nie potrafił, nie chciał wydostać się zarówno ze swetra,
jak i z pokoju. Zakończenie ubrania, dobrze mi znany golf, nie chciał
znaleźć się ponad głową, która mogłaby wychylić się zeń i zaczerpnąć
powietrza - było jasne, że tego potrzebowała. O ironio losu! Jak płasko
umiera się dzisiaj - we wnętrznościach niepokornego swetra! Chociaż
zanosiło się na bardziej efektowny styl, na lot nieprzepoczwarzonego owada
w dół. Jeszcze dziś widzę jeden, szczególnie dramatyczny moment: oto
bezkształtna bryła, zaciekle wierzgająca łokciami, traci równowagę i upada
na parapet, później wraca do pokoju i walczy dalej.
Ale wówczas moja wyobraźnia widziała znacznie więcej. Widziała ciało
rozkrzyżowane na bruku, właściwie był to sweter, z którego wycieka sok w
kolorze malinowym. Albo spadające nogi, rozpaczliwie wymachujące, z
przyczepioną doń masą poplątanych rękawów, które były odpowiedzialne za
upadek. Albo obsuwającą się na parapet bryłę, która przestaje się szamotać,
nie szuka wiewu upalnego popołudnia i kończy bój zwyciężona przez zwały
wełny. Nie byłem żądnym krwi gapiem, tylko gapiem, któremu się znudziło to
wychylanie i powracanie, który zrozumiał, że ten, co walczy na górze, ma
się na baczności, że nie chce zginąć zarówno od swetra, jak i od różnicy
wysokości, że wreszcie ja stałem tam na darmo: postarzały, ogłupiały i
zniecierpliwiony. Zacząłem mocą własnych pragnień, niczym magnesem, ciągnąć
biedaka na ulicę, roztaczałem przed nim wizje innego świata i ostatecznego
uspokojenia wobec kłopotliwości rzeczy tak marnych, jak sweter. Kiedy
wijący się kłąb ponownie przekroczył ramy swego świata, wzywałem go do
siebie żarliwie niczym kochanek wołający na swą wybrankę, w myślach
obsypywałem go kwiatami. Ale wszystko na nic.
Znudzony i zły minąłem kulisy owego teatru śmierci i wtedy usłyszałem krzyk
i pacnięcie czegoś o bruk. Nie odwróciłem się nawet, bo wiedziałem, że to
ja zabiłem - trzeba było uciekać, biec, oddalać się.
To już koniec.
Nie będzie puenty stosownej do zdarzenia, ani podsumowania żadnego.
Ja chybiłem - Ty masz dość.
No to się zbierz i idź.
|