Magazyn.Reporter.pl   Reporter.pl   ustaw jako stronę startową   dodaj do ulubionych   nasz e-mail
Magazyn Reporter nr 07-08  Historia Reportera  Współpraca  e-ankiety
 Archiwalne artykuły  Reportaże  Nauka  Kultura  Twórczość  Wywiady  Opinie
 
ARCHIWUM
Tematyczne
Od redakcji
Reportaże
Podróże
Wydarzenia
Nauka
Człowiek
Świat
Kosmos
Enigma
Technologie
Kultura
Muzyka
Literatura
Film
Fotografia
Sztuka
Twórczość
Opowiadania
Powieści
Poezja
Wywiady
Gość specjalny
Ludzie sieci
Opinie
Felietony
Listy
Forum
Inne
WWWybór

Wejdz i sprawdz!

s k u t e c z n a   r e k l a m a
Wejdz i sprawdz!

Magazyn Reporter nr 09/2002
Data wydania: 2002.09.01
<<< poprzedni artykułspis treści następny artykuł >>>

Reportaże
Zrobiłem Dziką Dolinę (1/2)
Adam Śmiałkowski

okladka
Słynny Jaszcz - Jan Alfred Szczepański, taternik, publicysta, napisał kiedyś opowiadanie pt. "Zrobiliśmy północną Małego Kieżmarskiego"; pięknie Jaszcz pisał o górach, z miłością i znawstwem, i z wdzięcznością dla nich że są, co dziś już jest anachronizmem wśród pokolenia "łojących VII+ albo VIII b" (no bo właściwie dla nich nie istnieją ściany nie do przejścia, a góry w wymiarze estetycznym są czczym sentymentalizmem).

Stałem tydzień temu na szczycie Małego Kieżmarskiego patrząc na Zielony Staw, poprzez otchłań północnej ściany (bez mała 900 m pionu, co jest ogromem nie tylko w skali Tatr). Przypominałem sobie i Jaszcza i Stanisławskiego i historię tej ściany. Nosiłem w sobie to pragnienie spoglądania z tego wierzchołka w dół, jak tylko Jaszcz dotknął mych górskich zmysłów swym piórem. Tak oto, ziściło się jedno z moich marzeń. Teraz zapragnąłem oglądać słynną ścianę, z dołu. Jeśli nawet wydaje się to dziwne, sprawia mi wielką przyjemność oglądanie ścian i dotykanie ich dłońmi. Dla Jaszcza, dla ludzi których góry urzekły, jest to tak całkowicie oczywiste, że nie warte nadmieniania. Na szczycie Kieżmarskiego przykuł mój wzrok jeszcze inny urokliwy zakątek Tatr, Dolina Dzika. Pełna śniegu, olbrzymia, trudno dostępna, u stóp kolosów Wysokich Tatr, do tego nie tknięta moją stopą. Oto stały moje marzenia tuż przede mną, na wyciągnięcie dłoni, a ja musiałem tego dnia odwrócić się do nich plecami. Ale że pozostawały tak bliskie, tym szybciej sposobiłem się do ich spełnienia.

Plecak całkiem spory nie jest ciężarem, gdy idzie się na spotkanie ukochanych dolin i szczytów; dopiero w drodze powrotnej, choć już mniej wypełniony, będzie ciążył niczym kajdany katorżnika, ale gdzież mi teraz o tym myśleć i po co. Jest siódma rano, pora jak na górskie podboje dość późna, ale dzisiaj nie muszę się tym martwić, idę w Tatry na dwa dni, nie trzeba mi wracać przed zmrokiem. Depczę asfalt drogi z Łysej Polany do Jaworzyny, urozmaicam sobie ten odcinek obserwacją zachowań moich nowych butów. Całkiem nieźle amortyzują twardą nawierzchnię, pięty mięciutko otulone bez cienia ocierania, kostki ściśle objęte, w takich butach żadna grań mi się nie oprze.

Po pół godzinie wchodzę w Dolinę Jaworową. Leśnicy z TNP-u szykują się do pracy, po chwili mija mnie ich samochód. Idę żwawo, lubię mieć szybko las za sobą, by tylko szczyty pozostawały w zasięgu wzroku. Wiele razy przeszedłem tą dolinę, wielu ludzi szło tędy w góry. W mojej pamięci droga ta najmocniej się wiąże z wyprawą po Szulakiewicza, z jego partnerem Jarzyną. Jarzyna szedł w dół doliny po pomoc, by po kilku godzinach ponownie podchodzić nią do góry z ekipą ratowników. Cała akcja trwała dziesięć dni w padającym deszczu i śniegu, w tym czasie dolina była niemym świadkiem smutku i tragedi...

Wzbudzam w sobie podziw dla tych ludzi, taki prywatny kult herosów; myślę że trzeba pamiętać o nich. Czy góry byłyby żywe bez ludzi? Staję przy małym wodospadziku by ugasić pragnienie. Strumień będzie mi towarzyszył niemal przez całą dolinę; raz cichnie, raz jego szum staje się głośniejszy. Słońce nie skąpi swojego ciepła, szum wody miesza się z porywami wiatru. Wznoszę się systematycznie, aż las staje się rzadszy i łamie się z kosówką. Przekraczam strumień, ścieżka skręca teraz w lewo w głąb Doliny Jaworowej, wiedzie jej dnem tuż pod ścianami Jaworowych Turni. Wzmógł się wiatr, który co rusz wzbija ciemne tumany nad wierzchołkami okolicznych szczytów. Rozgrzany marszem z przyjemnością przyjmuję te podmuchy, choć momentami są tak mroźne że stają się nieprzyjemne. Pokonuję jeden z progów doliny, za którym odgałęzia się Dolina Zadnia Jaworowa.

Tu postanawiam coś zjeść. Siadam na wprost Rozdziela, wąskiej przełęczy pomiędzy Małym Jaworowym a Jaworowym Szczytem. Kilkanaście metrów niżej zieleni się Żabi Staw Jaworowy. Pogoda się rozszalała, wiatr jest tak silny że muszę się na nim kłaść, żeby nie upaść, chmury przewalają się z Doliny Białej Wody do Jaworowej i dalej, jakby gdzieś pędziły na spotkanie czarta, słońce spoza nich mruga, jak żarówka przy słabnącym napięciu. Ubieram polar i zajmuję się tym co jest najwłaściwsze w tych okolicznościach. Najpierw kilka zdjęć, a potem gotowanie. Ludzie to przemyślne stworzenia, patrząc na huczący palnik mojej maszynki, którego nic nie jest w stanie ugasić, jestem dumny z gatunku ludzkiego, a jeszcze bardziej ze swojego zakupu. To dodaje mi otuchy, co przy tej pogodzie jest ważnym czynnikiem podbudowującym psyche. Jem kanapki patrząc na ścianę Małego Jaworowego w której zginął Klimek Bachleda. Słońce i chmury rysują na niej cienie, podkreślając majestat i grozę granitowego krajobrazu. Moje płuca pełne są wysokogórskiego powietrza, a nozdrza aż po głębokie zakamarki umysłu wypełnia zapach gór (wody zmieszanej ze skałą, lichych trawek, kwiatów, przestrzeni nieskrępowanej); tych kilka zaledwie kolorów roślin żywo kontrastuje ze stalową barwą ścian, tajemniczość i majestat otacza moją drobną sylwetkę, na tle tego ogromu nieskończonych możliwości natury. Te same zakątki, nawet o tej samej porze roku nie są jednakowe, pogoda i życie (także właściwe sobie tylko, życie kamieni) czynią cuda, kreślą czas i charakter każdego zakamarka tatrzańskiej świątyni, każdego dnia.

Pnąc się ku Lodowej Przełęczy, czuję nie tylko wzrastającą siłę wiatru, mroźność jego porywów, czuję jak przenika mnie ten świat, jak bez mojego udziału, bez świadomych operacji umysłem, scalam się z naturą, staję się w momencie tej górskiej wędrówki jej elementem; czuję jak w odgłosie usuwających się spod stóp piargów, kruszeje moja "cywilizacyjność", jak bez znaczenia stają się: zawód, stan posiadania, umiejętności, rozumienie, jak pierwotnym stworzeniem jestem w prawdziwie naturalnym środowisku, jak moje siły i uwrażliwienie na głosy przyrody decydujące są dla mojego trwania w tym "półświatku" Wysokich Tatr. Ja jako czciciel piękna Tatr, (nie jako odwiedzający je, bo jako taki byłbym patrzył na Mnicha przez szyby w cieple schroniska), pragnący je rozumieć i odbierać, wtapiam się w nie z szacunkiem i respektem, nie jako ciekawski intruz a jako ich endemit który bardziej może liczyć na ich łaskawość, któremu droższy jest ich każdy dar. Takim odczuciom sprzyja nie tylko pogoda, ale też bezludność szlaków. Nie zatrzymuję się na przełęczy, ruszam od razu na Kopę Lodową. Jest zbyt mroźnie by stać, a ja nie chcę stygnąć, żeby uniknąć manipulacji z odzieniem. W żlebie ciągnącym się na szczyt nie wieje już tak bardzo, osłonięty skałami coraz częściej używam dłoni by dosięgnąć celu swojej wędrówki. Co pewien czas podchodzę do krawędzi grani i spoglądałem na Lodowy Staw z zakrywającymi go wciąż jeszcze krami nie stopniałego lodu. Wreszcie pierwszy wierzchołek osiągnięty!

Chmury się kłębią, ale wiatr jakby osłabł. Ukazuje mi się masyw Lodowego i grań którą mam przejść; dalej Baranie Rogi, Durny, otoczenie Doliny Pięciu Stawów Spiskich i sama dolina. Spoglądam za siebie, Jaworowe w słonecznej poświacie, za nimi Staroleśna w bielmie chmur. Za chwilę wszystko się zmieni, szybko wyciągam aparat by uwieńczyć balet chmur nad Spiskimi Stawami, a na Lodowy już podchodzi popielaty całun; przedstawienie trwa, co kilka sekund nowa odsłona. Zjadam batonik i z zapamiętanym obrazem grani w głowie (bo ta już niewidoczna), ruszam na Lodowy Szczyt. Są kopczyki i wątły ślad ścieżki (to nie częsta trasa, nawet dla taterników, prościej jest schodzić bezpośrednio do Przełęczy Lodowej, albo do Zadniej Jaworowej).

Szedłem już tędy, ale nie byłem sam i trudności grani wydały mi się wówczas zbyt ryzykowne by je pokonywać bez znajomości terenu, obchodziliśmy grań, trawersując po stronie Jaworowej Doliny. Dzisiaj przeszkadza mi wiatr, muszę się podpierać rękoma, żeby nie zostać zdmuchniętym. Koncentruję się na swoich ruchach i nasłuchiwaniu nadchodzących podmuchów, udaje mi się zsynchronizować podparcia z tym co odbiera mój słuch, kucam i podnoszę się w rytmie wietrznych fal. Od strony Pięciu Stawów Spiskich grań jest przepaścista i to uczucie nieosłoniętej niczym przestrzeni z mojej prawej strony podnosi temperaturę mojego ciała. Mimochodem przypomina mi się zdanie z książki: -"Leporowski słynął z zupełnej niewrażliwości na ekspozycję", niestety nie mogę tego powiedzieć o sobie, jakkolwiek lubię to uczucie, to jego przeżywanie sprawia mi większą przyjemność gdy słucham wiatru z dna doliny będąc związanym liną.

Przed Wyżnią Lodową Szczerbiną, mała ścianka, nie trudna do wspięcia się nią, ale mogąca odciąć mi odwrót, zmusza mnie do szukania obejścia grani. Staram się pamiętać, żeby pokonywać tylko takie trudności w górę, które zdołam pokonać także w dół. I tym razem nie przeszedłem całego ostrza grani, uskok przy Szczerbinie wydaje mi się zbyt stromy do pokonania bez asekuracji. Trawersuję od strony Jaworowej, by osiągnąć wierzchołek grzbietem dzielącym doliny: Suchą i Jaworową. Spowija mnie szarość dymiącego nieba; w pojemniku z notesem na wpisy znajduję wizytówkę przewodnika tatrzańskiego Jana Gąsienicy Roja, był tu dwa dni temu z klientem z Katowic, wpisuję ołówkiem swoje wejście, sprawdzam godzinę - piętnasta. Jest we mnie ta szczególna radość wejścia na szczyt, mam przyjemność bycia sam na sam z górą i miło mi że tu jestem. Zostawiam plecak i przechodzę kawałek grani od wierzchołka w stronę Lodowej Kopy. Do szczerbiny jest łatwo, ale dalej nie mogę wypatrzyć ani kopczyków, ani śladów ścieżki; nic to, może innym razem.

Jeszcze chwilę pozostaję na szczycie i przyglądam się "dymieniu" wokoło. Z dna dolin: Suchej i Stawów Spiskich, jak z kotłów z warzącą się strawą, podnoszą się pionowo w górę kłębiaste opary szarości spopielałego powietrza, po czym niemal nad moją głową zderzają się gwałtownie by z tą samą szybkością z jaką się tu stawiły rozpierzchnąć się po okolicznych szczytach i rozpłynąć się w niebie; kolejne opary powtarzają spektakl. W przerwach między dymieniem ukazują się: Śnieżny Szczyt, Baranie Rogi, Durny, gdzieś u wylotu Doliny Zimnej Wody widać jasny błękit nieba, oblaną słońcem słowacką krainę.

Bez pośpiechu schodzę przez skalnego konia, nieco dalej korzystam z chwilowego przejaśnienia, przysiadam na granitowej płycie i oglądam Śnieżną Dolinę; więcej śniegu zalega w kotle między Chatą Terego a podnóżem grani na której jestem. Obniżam się ku tym białym łachom, które stają się coraz obszerniejsze, przy Lodowym Zworniku skręcam w prawo, tu idąc po piargu następuję na kamień który ujeżdża z moją nogą ściągając mnie ku ziemi, przyklepuję boleśnie pośladkiem, (potem przy kąpieli, małe zadrapanie będzie miłym przypomnieniem potyczek z górą i okolicy gdzie to się stało). Powoli osiągam dno doliny krocząc moim ulubionym duktem jakim są wielkie wanty przyprószone zielonawym mchem; bywa że jakiś głaz zatańczy ze mną przy szybszym przeskoku (a i upadki zdarzały się w następstwie tego), lecz to niewielkie ryzyko w tej przyjemności muskania granitowych brył, w miejscach gdzie być może nikt ich nigdy nie dotknął. Jeszcze mały ślizg po śniegu, płyta nad Pośrednim Stawem i staję przy schronisku.

Mimo że jest koło osiemnastej okolica pociemniała jak w zmroku uchodzącego dnia; w Chacie Terego półmrok pogłębiają niewielkie otwory okienne. Kupuję piwo i z lubością gaszę nim pragnienie. Jakże inaczej smakuje ten nektar po dniu górskiej roboty, a przy tym pod Żółtą Ścianą, od tego samego napoju, gdzieś na nizinach Podhala. Pytam o nocleg na podłodze, właścicielka tłumaczy mi, ze starannością spolszczając niektóre wyrazy, że do kompletu na łóżkach brakuje jej sześciu osób, że podłoga nie jest wiele tańsza i żebym nie próbował nocować w okolicy chaty, bo zapłacę wielką "pokutę", a chodzi tu taki wyłapujący naruszających przepisy, jeszcze dodaje bez nadziei spoglądając na zegarek, bym za jakiś czas spróbował pytać jeszcze raz.

Rozkładam sobie od strony Lodowego mały piknik, osłaniając plecy i palnik przed wiatrem boczną ścianą schroniska. Gotuję zupki i kawę, ubrany w kurtkę nie czuję zimna podmuchów, tylko zimno metalu pojemnika z gazem mówi mi o temperaturze w około, i jeszcze szybkość stygnięcia potraw. Czas między wrzeniami wody umilam sobie leniwym wpatrywaniem się w ściany i szczyty, kreślę w pamięci drogi na nich i nazywam wierzchołki.

Facet z przewieszonym przez ramię, czymś co wygląda na "aktówkę kreślarską", staje w odległości pięciu metrów ode mnie i mówi coś w moją stronę, robi to tak od niechcenia, że muszę podejść, by go usłyszeć. Mimo to dalej nic nie rozumiem, bo ten się nawet nie stara układać prostych zdań, choć go proszę o to; na czole ma napisane że jest łapiduchem, jego znudzony wyraz twarzy zdaje się to potwierdzać, przy tym sprawia wrażenie że nie zna tu ani jednej koleby, do tego z tym cudem u boku nie byłby w stanie schylić się, nie tylko złapać kogokolwiek; niegrzecznie mówię że mi tu dobrze i że będę spał gdzie Bóg da, po czym siadam przy swoim garnuszku; facet oddala się w stronę Smokowca, przez chwile myślę że może źle go oceniłem, może to tylko spokojny homoseksualista (w tych spodniach w kantkę i gajerku mógł by uchodzić za takowego na tej wysokości), kończy pracę w porze największej frekwencji klientów (kimkolwiek by nie był z tych dwóch).

Wracam do schroniska, chatarka mówi z łagodną zachętą w głosie: "-Wyśpisz się wygodni, odpoczniesz, tam zimno, wieje; 280 koron ze śniadaniem, u was w Polsce drożej." Już przed chatą zdecydowałem, że zostanę w schronisku, w końcu nigdy nie spałem u Terego; idę za właścicielką do małej sali w dolnej części budynku, ta pokazuje mi moje łóżko - to dwupiętrowa prycza pod samym sufitem, okno w pokoju wychodzi na Żółtą Ścianę; jest tu ze mną jeszcze pięciu Słowaków - młodych chłopaków, turystów jak wnoszę z ich rozmów. Długo się śmieją przed zaśnięciem; nie wyciągam śpiwora, przykrywam się dwoma kocami i zatapiam się w myślach o Ludziach Gór.
 

[spis treści][do góry]
Zamów bezpłatną
PRENUMERATĘ!
(więcej informacji)
WebReporter
BizReporter
Reporter
Junior
dodajusuń


Archiwum
Chronologiczne
2002
2001
2000
1999
1998
1997
1996

s k u t e c z n a   r e k l a m a
Szukaj w Internecie
Loga i dzwonki
Kliknij!

REPORTER.PL FOTOREPORTER WEBREPORTER MAGAZYN BIZREPORTER JUNIOR FORUM SZUKAJ OGŁOSZENIA SMS
- Magazyn Reporter istnieje od 1996 r. i jest najstarszym polskim miesięcznikiem elektronicznym -