|
s k u t e c z n a r e k l a m a
Magazyn Reporter nr 09/2002
Data wydania: 2002.09.01

Grzegorz i kobiety odc.23
K.D.Fido
"Droga Pani Melanio!
Zdecydowałam się napisać do Pani o moim problemie, bo ma pani takie życiowe podejście i nie pisze pani jak te stare baby w rórznych poradnikach, że kobieta jak wyjdzie za mąż, to już nic nie może tylko być kuhtą i nawet rzadnych przyjemności jej nie wolno. Widać że jest pani młoda i pewnie jeszcze nikogo pani nie ma a jerzeli tak to ja pani życzę szczęścia.
Mój problem jest taki że chciałabym być modelką i nawet myślę że się do tego nadaję bo jestem szczupła i niebżydka ale moja rodzina a zwłaszcza mój mąż nie chcą o tym słyszeć. Mówią, że mi odbiło i że jak wyszłam za mąż to powinnam mieć dziecko i się nim zajmować a ja nie chcę mieć teraz rzadnych dzieci, bo się roztyje.
Nie wiem, co robić, bo pżecież się nie rozwiodę bo jestem wieżąca a mój mąż myśli że może mi nie pozwolić wziąść udziału w konkursie na modelkę. Poza tym ciągle się kłucę z rodziną bo oni już całkiem powariowali.
Niech Pani napisze w "Luizie" że człowiek morze robić to co chce a nie ulegać wpływowi innych albo co i niech Pani opisze moją historię tylko niech pani zmieni mi imie i jakieś szczeguły, ale nie za dużo, żeby nie było że to ja coś napisałam, ale żebym ja się domyśliła. Jeśli pani to zrobi to bardzo pani mi pomorze.
I proszę nie pisać listu do mnie do domu bo ktoś może mi go otwożyć.
Bardzo pozdrawiam Panią i całą Redakcję Luizy, która jest moją ulubioną gazetą i kupuję każdy numer.
Ewelina (23 lata) z Bujawy k. Koprzyna
Grzegorz odwrócił kopertę:
"Ciekawe, jak ona sobie wyobraża, że ktoś jej odpisze do domu, jeśli nie podała adresu?" - Pomyślał.
* * *
Temperatura spadała. Grzegorz zakładał pod kurtkę dwa swetry i gruby, nieco już sfilcowany i wypłowiały szalik. Przypuszczał, że wygląda w tym jak ostatni patafian, ale nie mógł tego sprawdzić, ponieważ w "garsonierze na niskim parterze" nie było lustra, a w małym lusterku, którego używał przy goleniu się, guzik było widać.
Najgorsze jednak było to, że w mieszkaniu było prawie tak zimno, jak na zewnątrz, co najbardziej dawało mu się we znaki w nocy. Sypiał w skarpetkach i starej bluzie dresowej, zakładanej na piżamę, a mimo to budziły go sny o topieniu się w zamarzającej rzece, przewróconym psim zaprzęgu w okolicach bieguna albo o rozbitej kibitce, którą wywożono go na Sybir. Nie potrzebował studiów psychologicznych, żeby wyjaśnić sobie genezę tych snów - było mu zimno.
* * *
Kobiety pracujące, ambitne i na stanowisku, takie, jak Małgorzata, muszą dbać o swój wizerunek w środowisku, w którym się obracają. Muszą też dbać o to, aby obracać się w odpowiednim dla siebie środowisku. A przede wszystkim o to, aby z tego środowiska nie wypaść.
W związku z tym koniecznością jest dla nich uczestnictwo w niektórych wydarzeniach towarzyskich, takich, jak na przykład inauguracje nowych pism kobiecych, produktów firm kosmetycznych i odzieżowych; przyznawanie prestiżowych tytułów dla artystów, polityków i działaczy społecznych, a także bardziej prywatne imprezy u znajomych ze środowiska. Takie, jak na przykład imieniny Eli Bisztalskiej.
Ela była (prawdopodobnie) rówieśniczką Małgorzaty. Obecnie była żoną przewodniczącego jednej z najpopularniejszych partii, a zarazem właściciela odnoszących sukcesy firm, w związku z czym jej corocznie świętowane imieniny zyskały na atrakcyjności, gdyż można było spotkać na nich jeszcze więcej wpływowych osób, niż kiedyś.
Małgorzata wiedziała, że u Eli spotka wszystkie swoje przyjaciółki i że każde z nich zrobi wszystko, aby wyglądać jeszcze młodziej i jeszcze bardziej oszałamiająco niż na poprzedniej imprezie, w związku z czym, nie chcąc wyglądać przy nich jak ostatnie pomietło, już cztery dni wcześniej zafundowała sobie dodatkowe zabiegi w gabinecie kosmetycznym, kupiła nową kreację w ekskluzywnym butiku i umówiła się ze swoją fryzjerką - panią Jolą, tuż przed wyjściem.
Efekt był więcej niż zadowalający. Małgorzata przeglądała się w dużym lustrze w swojej sypialni przez dobre piętnaście minut, a potem zawołała Emilkę.
- Jak wyglądam? - Spytała.
- Cool. - Odpowiedziała jej córka.
- To znaczy, że dobrze? - Upewniła się Małgorzata.
- Tak. I bardzo młodo. Tylko musisz być bardziej na czasie. No wiesz, mówi się "cool", jak coś jest super. - Wyjaśniła.
- Postaram się zapamiętać. - Obiecała Małgorzata, myśląc, jak to dobrze mieć taką córkę, jak Emilka. Taką prawdziwą, nie sprawiającą problemów, dorastającą nastolatkę.
Jedynym problemem Małgorzaty było w tej chwili to, że udawała się na tę imprezę sama. To znaczy bez faceta. Takie coś nie zdarzyło się jej przez całe lata. Zawsze kogoś miała. Choćby przelotnie, ale zawsze miała z kim pójść na imieniny do Eli, do Elwirki, do Marysi i innych koleżanek. Ale teraz Zygmunt odszedł, a Grześ był przecież za młody, żeby go oficjalnie przedstawiać. Choć, to na pewno wywołałoby żywe zainteresowanie w całym towarzystwie: ona, Małgorzata, ciągle jeszcze jest atrakcyjna dla takich młodych chłopców... tyle, że ten dzieciak kompletnie nie umiał się ubrać ani zadbać o siebie. Gdyby był jakimś artystą - malarzem, aktorem, czy choćby muzykiem rockowym, jeszcze by to jakoś uszło, ale on był psychologiem. Wypadałoby, żeby wyglądał jakoś bardziej... poważnie.
Przez chwilę Małgorzata miała nawet pomysł, żeby zaproponować mu towarzyszenie jej na imieninach Eli, ale kiedy zobaczyła te jego dwa swetry robione chyba przez babcię na szydełku, te powycierane sztruksy, te skopane martensy, prawdopodobnie nie oryginalne i kupione na bazarze... I jeszcze ten zaczerwieniony nos. Ktoś taki absolutnie nie nadawał się do pójścia na imprezę, znajomi gotowi pomyśleć, że z braku innych spodni w jej zasięgu, zaczęła wyciągać kloszardów z rynsztoka, a to byłoby strasznie upokarzające.
Dlatego właśnie brała ze sobą Emilkę. Oficjalnym pretekstem było "wprowadzenie córki do towarzystwa" - tak to nazwała w rozmowie z Elą, gdy ta zadzwoniła z zaproszeniem.
- Widziałam zdjęcia Emilki w którejś gazecie. Jest taka śliczna. - Zachwycała się Ela. - musisz być z niej bardzo dumna. Przyprowadź ją, oczywiście.
* * *
- Jesteś gotowa? - Zapytała Małgorzata, opuszczając wreszcie swoją sypialnię.
- Jasne. - Odparła Emilia, wychodząc ze swojej w obcisłej "małej czarnej". Wyglądała olśniewająco - skromny strój podkreślał jej młodość, urodę i zgrabną sylwetkę.
- Magda, zamkniesz za nami? - Zawołała Małgorzata w stronę pokoju drugiej córki.
* * *
Podczas gdy Małgorzata i jej córka udawały się na imieniny do Eli, Grzegorz znajdował się w pociągu ekspresowym relacji Warszawa-Kraków, jadąc w odwiedziny do rodziny, której nie widział już od ponad pięciu miesięcy. I jakoś mu jej nie brakowało, w związku z czym miał poczucie winy, które oczywiście sobie uświadamiał. Bardziej brakowało mu Roksany i Klary, które, jak właśnie się okazywało, były chyba najbliższymi mu osobami.
Dominującym uczuciem było jednak ciepło zapchanego ludźmi przedziału oraz obawa, że nie zdąży skorzystać z chusteczki do nosa w obliczu wyjątkowo upierdliwych roztopów, które podwyższona temperatura otoczenia wywołała w jego nosie. Poza katarem dokuczał mu kaszel, ból gardła i ogólne łupanie w kościach, czyli prawdopodobnie grypa, jednak nie mógł udać się do lekarza, aby stwierdzić to z całą pewnością i uzyskać pomoc w tym zakresie, ponieważ małopolska i mazowiecka kasa chorych nie podpisały ze sobą jakiejś umowy.
* * *
Ela i jej mąż - Janusz przywitali je bardzo ciepło:
- To ty masz już taką dużą córkę? - Udał zdziwienie Janusz.
- Jaka do ciebie podobna. - Dorzuciła Ela, choć obie dobrze wiedziały, że Emilia wcale nie jest do niej podobna.
Chwilę później Emilia wdała się w rozmowę z Matyldą Boraj i inną młodą dziewczyną, która, jak się okazało też była modelką i Emilia spotkała ją już kiedyś na jakimś castingu, Małgorzata tymczasem udała się do stolika, który okupowała reszta jej przyjaciółek: Marysia, Elwira, Basia i Karina. Ta ostatnia zauważyła ją pierwsza.
- O, Małgosia! - Zawołała. - Siadaj, kochanie, jak ładnie wyglądasz!
Małgorzata odwzajemniła komplement i przez chwilę wszystkie oddawały się wzajemnemu wychwalaniu swoich kreacji, dodatków, fryzur oraz młodego wyglądu. Wreszcie Basia zapytała.
- A gdzie... eee... przyszłaś z kimś?
- Z córką. - Odparła Małgorzata. - Wprowadzam ją w towarzystwo. - Wyjaśniła.
- Z którą córką? - Spytała z głupia farant Marysia, która nigdy nie grzeszyła zbytnią inteligencją.
Nikt nie odpowiedział jej na to idiotyczne pytanie, natomiast Karina zapytała, ile Emilia ma lat.
- W styczniu osiągnie pełnoletność. - Powiedziała z dumą Małgorzata.
- No, no... będziesz miała dorosłą córkę... Coś podobnego. - Uśmiechnęła się Basia. - Kiedy moja Łucja będzie taka... ja będę już starą babą...
Łucja - córka Basi miała trzy latka. Miała też, co prawda, dwie, od dawna pełnoletnie siostry, a nawet dwoje siostrzeńców, ale Basia lubiła myśleć o sobie przede wszystkim, jako o matce trzyletniego dziecka. To ją odmładzało.
- Nawet się nie obejrzymy, jak zostaniemy babciami. - Powiedziała Elwira, nie zważając na to, że dwie spośród nich już miały okazję babciami zostać, a ona sama nie mogła być pewna czy nie osiągnęła już tego statusu, jako że jej syn, Sebastian, od kilku lat nie utrzymywał z nią żadnych kontaktów.
Basia odwróciła się dyskretnie i zapytała Małgorzatę.
- A widziałaś, z kim przyszła Mielnicka?
Bożena Mielnicka kiedyś przyjaźniła się z nimi, ale potem zrobiła wielką karierę w filmie. Nawiązała romans z pewnym reżyserem, który robił jeden z pierwszych w Polsce seriali tasiemcowych, inspirowany prawdopodobnie "Dynastią", no i w ramach tej inspiracji znalazła się w nim rola dla nie najmłodszej już Mielnickiej, która zagrała wredną byłą żonę ojca rodziny, obnoszącą luksusowe kreacje. To przysporzyło jej wielkiej popularności, od której powywracało jej się we łbie i zaczęła zadzierać nosa. Jej byłe przyjaciółki skwitowały to stwierdzeniem, że Mielnicka całkowicie zidentyfikowała się ze swoją rolą. Potem wyszła za amerykańskiego multimilionera i wyjechała za ocean. Jakieś pół roku temu multimilioner wymienił ją na nowy model i wróciła, ale wcale nie spuściła z tonu, a wręcz przeciwnie. Nie dość, że zadzierała nosa jak nigdy dotąd, to jeszcze bezwstydnie przychodziła sama na wszystkie spotkania towarzyskie, demonstrując wysokość przyznanych jej alimentów wyzywającymi kreacjami i dostawiając się do cudzych mężów i narzeczonych. A ci kretyni od razu zaczynali jej nadskakiwać, śliniąc się jak niemowlaki. Jedyne, co one, kobiety, mogły z tym zrobić, to ignorować ją na tyle, na ile pozwalała im wysoka kultura osobista i zapomnieć, że kiedyś była ich przyjaciółką, do której mówiły po imieniu i nazywać ją po nazwisku. W dodatku, panieńskim, przy którym pozostała, jako, że jej jedyny, oprócz Amerykanina, małżonek, nazywał się Jelito.
- Z kim? - Zapytała konspiracyjnie Małgorzata.
- Z trzydziestolatkiem. - Powiedziała Marysia.
- Albo nawet dwudziestopięcio... - Zachichotała Elwira. - A jak się ubiera...
- Moim zdaniem to gej. - Oznajmiła stanowczo Karina, która prowadziła program poświęcony modzie i dużo wiedziała na ten temat.
Miała także wiele teorii na temat tego, jakich informacji dostarczają ludzie otoczeniu poprzez swój strój. Od kilku lat pisała nawet książkę na ten temat, ale ciągle jakoś brakowało jej dyscypliny, żeby tę książkę skończyć.
- Coś, ty? Gej? - Powtórzyła przyciszonym głosem Marysia.
- Jest ubrany awangardowo, ale ze smakiem, coś pomiędzy Jean-Paul Gauthierem, a Dolce i Gabbaną. - Oceniła Karina, zaciągając się cygaretką. - To typowe dla gejów. Nie wiem tylko, czy to dlatego, że ci projektanci ich inspirują, bo też są gejami i inni geje się z nimi identyfikują, czy może wszyscy geje ubierają się tak z natury, a ci projektanci akurat odnieśli sukces i wprowadzili tę niszową modę na salony.
- No ale po co Mielnicka miałaby chodzić z gejem? - Nie mogła zrozumieć Marysia.
Pozostałe dziewczyny też to zastanawiało, ale żadna nie przyznałaby się do tego tak rozbrajająco otwarcie jak ta idiotka.
- Marysia, czy ja ci to muszę tłumaczyć? - Spytała zniecierpliwiona Karina.
Marysia zrozumiała, że znowu wypuściła się ze swoją niewiedzą i postanowiła udać, że się domyśla.
- Aha... - Powiedziała konspiracyjnym głosem i wszystkie zachichotały, tak, na wszelki wypadek.
* * *
Nie więcej niż pół godziny później, nakładając sobie niskokaloryczną sałatkę przy bufecie, Małgorzata miała okazję zobaczyć na własne oczy Mielnicką i jej "geja". Zrobiło to na niej bardzo silne wrażenie: nie dość, że ten nieboraczek wyglądał tak nędznie, że Grześ, w porównaniu z nim był niezwykle wytwornym mężczyzną, to jeszcze (Małgorzata była gotowa powiedzieć to w pysk tej Mielnickiej, gdyby ta usiłowała wejść jej w drogę): tak szpetnego ryła jeszcze u żadnego chłopa nie widziała!
Chłopiec - to określenie najbardziej Małgorzacie pasowało do tego biedaczka, ważył chyba mniej niż Mielnicka, która ciągle się odchudzała i podobno cierpiała na bulimię. Miał bure włosy, które wyglądały jak tłuste, kostropate czoło, zapadłe policzki i wystający podbródek, a także nos wygięty w bok pod kątem około 30 stopni. Kiedy się do kogoś uśmiechnął, Małgorzata ujrzała dwa rzędy zębów, które, gdyby zobaczyła je wyjęte z kontekstu, bez wątpienia wzięłaby za zęby nutrii. Całości dopełniał strój, wygrzebany prawdopodobnie na śmietniku, na który wyrzucono to, co nie nadawało się na towar do najgorszego ciucholandu w Polsce.
Zauważyła także, że ta pokraka niesamowicie przyciąga uwagę wszystkich, co w sumie nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że wszyscy, a szczególnie kobiety, zachowują się tak, jakby osobiste spotkanie z dziwolągiem, a zwłaszcza rozmowa z nim, były jakimś wielkim zaszczytem. Krótko mówiąc: Mielnicka i jej partner, czy kim tam on dla niej był, stanowili główną atrakcję najważniejszych imienin na jesieni.
Teraz Małgorzata chrupała swoją sałatkę i nie zważając na ożywioną rozmowę jej przyjaciółek, całkowicie oddawała się rozmyślaniom na dwa, nurtujące ją tematy: po pierwsze - dlaczego kobieta, która budzi takie zainteresowanie, jak Mielnicka, prowadza się z taką poczwarą i jeszcze do tego wzbudza sensację, jakby przygadanie sobie szpetnego lumpa było szczytem osiągnięć światowej kobiety; po drugie: co by to było, gdyby ona przyszła z Grzesiem, który nie dość, że jest co najwyżej w wieku tego pokracznego nieboraczka, to jeszcze jest przystojny, elokwentny i błyskotliwy. Że też była taką idiotką i obawiała się ośmieszenia! Chyba jednak ciągle ma mentalność głupiej gęsi z Bobiny Górnej. Musi coś z tym zrobić - iść z duchem czasu, walczyć o swoje, nie wchodzić w stereotypy i przełamywać schematy. W dzisiejszych czasach to jest ważne.
Wyobraziła sobie, że przyszła tu z Grzegorzem. Zaraz przy powitaniu Ela i Janusz byliby w szoku. Biedactwa, tak się martwią, że ona jeszcze ciągle przeżywa to rozstanie z Zygmuntem, nie wiedzą, że już od paru miesięcy miała tego gada serdecznie dość i ulżyło jej, jak się w końcu wyprowadził. Zwłaszcza, że w ramach "odczepnego" dostała "Aurorę"...
A gdyby tak podeszła do stolika przyjaciółek i ta wrednota, Baśka spytała ją: "Przyszłaś z kimś?", odpowiedziałaby - "Tak, to jest mój przyjaciel, Grzegorz". Wyobraziła sobie, jakie miny porobiłyby na jego widok. Maryśka chyba by się udławiła, a Karina...
Karina właśnie coś do niej mówiła:
- Proszę?
- Mówię, że Zygmunt tu jest. - Powtórzyła konspiracyjnie Karina.
Marysia też to usłyszała i zaczęła się niekulturalnie rozglądać.
- Sam? - Spytała dyskretnie Małgorzata.
- Nie. - Odpowiedziała Karina, tonem, który sugerował, że połowa zgromadzonych, do końca imprezy będzie przyglądać się Małgorzacie ze współczuciem.
Dyskretnie spojrzała więc w kierunku, w który Maryśka wlepiała się z rozdziawioną gębą i zobaczyła Zygmunta w objęciach złotowłosej rusałki, w wieku co najwyżej dwudziestu lat.
"Aha, więc panienka z działu urody poszła w odstawkę" - zakonotowała. Po czym po raz kolejny pożałowała, że nie wzięła ze sobą Grzegorza. Ten dupek, Zygmunt zaraz tu przylezie, przedstawić jej tę smarkulę, w obecności wszystkich koleżanek, bo przecież "nadal są przyjaciółmi", gdyby tak ona mogła mu w tym momencie przedstawić Grzegorza, chyba dostałby apopleksji. Aby oszczędzić sobie upokorzenia przed dziewczynami wstała i poszła do bufetu. Jeśli ma rozmawiać z Zygmuntem i tą jego młodocianą lafiryndą, to lepiej, żeby odbyło się to bez świadków.
- Gosia... - usłyszała za sobą głos Emilii.
- Dobrze się bawisz? - Spytała.
- Tak, a ty?
- Świetnie.
- Gosia, tu jest Zygmunt.
- Wiem.
- Jak mam się wobec niego zachowywać?
- Jak to jak? Jak dama! Jak zawsze!
- Ale... on jest... z Lilianą...
- Z jaką Lilianą?
- Z mojej klasy. - Emilia wbiła wzrok w podłogę.
- Z twojej... klasy? - Powtórzyła Małgorzata z niedowierzaniem. - Z trzeciej klasy liceum?!
Emilia skinęła głową.
- Ona jest niepełnoletnia? - Upewniła się Małgorzata.
- Nie, jest pełnoletnia, bo powtarza klasę, ale... chodzi ze mną do szkoły... co ja mam robić? No bo poza tym, to... ja jestem tu bez faceta. Jak ja wyglądam?
- To znajdź sobie jakiegoś faceta. - Powiedziała Małgorzata.
Trochę ją zezłościło, że na jej własnej córce mniejsze wrażenie robi to, że były partner jej matki prowadza się z jej koleżanką z klasy niż to, że ona przyszła tu bez faceta i teraz wstydzi się przed tamtą.
- Jak to? Tutaj? - Zdziwiła się Emilia. - Przecież tu są same stare dziad... eee... no... oni są dla mnie za starzy... W większości...
- A dla niej nie? - Małgorzacie przemknęło przez myśl, że biednej Emilce brakuje przebiegłości. - Przecież nie musisz brać z nimi ślubu - pogadaj z którymś przez chwilę i przedstaw go Lilianie, tylko wybierz takiego, który nie przyszedł z żoną, no i dobrze, żeby był "kimś" albo przynajmniej niech będzie przystojny.
- Dobrze. - Powiedziała uśmiechnięta Emilia. Po czym coś sobie przypomniała. - A tobie nie jest przykro, że Zygmunt przyszedł z Lilianą?
- Nie, coś ty. - Małgorzata spojrzała przez ramię córki i dostrzegła uśmiechniętego Zygmunta, zmierzającego w ich stronę. - Idzie tu. Zmykaj! - Zwróciła się do córki.
|