|
s k u t e c z n a r e k l a m a
Magazyn Reporter nr 09/2002
Data wydania: 2002.09.01

540 dni w armii odc.18
Wiesław Pasławski,
www
VIII
Przysięga
Dni leciały jeden za drugim. W zasadzie niczym się od siebie nie różniły, ale były dokładnie wypełnione od szóstej rano do dziesiątej wieczorem. Większość czasu spędzaliśmy na dworze ćwicząc musztrę albo przygotowując się do przysięgi. Dowództwo największy nacisk kładło na musztrę, ponieważ na przysięgę w Warszawie mieli się zjechać żołnierze z kilku jednostek i ważne było, aby na ich tle nie wypaść najgorzej.
Ponieważ na poprzedniej przysiędze żołnierze z Bojęcina "dali ciała" gubiąc krok tuż pod samą trybuną, teraz ćwiczenie musztry stało się oczkiem w głowie porucznika Bieleckiego. Aura jak na złość niezbyt sprzyjała ćwiczeniom na dworze, co chwilę padał deszcz i cały czas był ostry mróz. A w wojsku to nie ma tak, że jak pada deszcz, to rezygnuje się z zajęć, bo się żołnierze przeziębią. Zajęcia mają się odbyć i koniec.
Największy wkład w uczenie nas musztry włożył Pampers. Trzeba przyznać, że musztrę rzeczywiście znał i niejednego trepa potrafił zagiąć. Wadą było niestety to, że wiedzę na ten temat przekazywał według wcześniej już poznanej metody "przez nogi do głowy". Jeśli któryś z żołnierzy nie mógł dotrzymać kroku, spóźniał się na zwrotach, albo zamiast w prawo odwracał się w lewo to brał od Pampersa lekcje musztry indywidualnej.
O dziwo lekcje takie odznaczały się bardzo dużą skutecznością. Raz przećwiczony przez Pampersa żołnierz chodził na musztrze jak zegarek. Jeśli na przykład Pampers stwierdził, że dany żołnierz za nisko podnosi nogi to kazał mu zdjąć pas, trzymać go w wyciągniętych przed siebie rękach i maszerując machać nogami tak wysoko, aby dotykać nimi pasa.
Niektórzy żołnierze nabawiali się od tego ostrego tupania różnego rodzaju kontuzji. Najczęściej były to otarcia stóp. Dostawali wtedy na receptę taki lek jak trampki (kto by pomyślał, że takie głupie trampki mają właściwości lecznicze. Może powinno się sprzedawać je także w aptekach?). Żołnierze z tego typu dolegliwościami siedzieli na unitarce i pocierali rejony. W sumie to dobrze, ponieważ nie musieli wychodzić na musztrę ale z drugiej strony mieli obawy co do tego jak wypadną na przysiędze.
Z każdym dniem atmosfera panująca wśród żołnierzy nowego rocznika poprawiała się. Wszyscy żyliśmy coraz bardziej zbliżającą się perspektywą przysięgi i wyjazdu na przepustki. W ostatnim tygodniu przed przysięgą w zasadzie o niczym innym się nie mówiło jak tylko o tym ilu do kogo przyjedzie znajomych oraz o tym co będzie się robiło na przepustce. Spore emocje wzbudzał fakt, że w kantynie zabrakło już zaproszeń i trzeba było jechać po nie aż do Warszawy. Na szczęście zostały dowiezione na pięć dni przed przysięgą i istniała duża szansa na to, że dotrą na czas. Osobiście wysłałem zaproszenia tylko do rodziny oraz swojego ojca, który samotnie mieszka w Bieszczadach. Byli jednak i tacy żołnierze, którzy wysyłali po dwadzieścia i po trzydzieści zaproszeń. Wydali na to prawie cały żołd.
Kaprale świadomi tego, że to jest już koniec ich władzy nad nami nie ścigali nas tak, jak na początku unitarki. Z drugiej strony może spowodowane to było także i tym, że swoje stresy już odreagowali. Tak czy inaczej wieczorami nie sprzątaliśmy po raz któryś z rzędu tych samych rejonów i mieliśmy więcej wolnego czasu. Piliśmy więc herbatę, kawę, graliśmy w karty, rozmawialiśmy na różne tematy. Czasami ktoś pisał list do rodziny albo wypełniał blankiet przysięgi. Wody na kawę czy herbatę nie gotowaliśmy za pomocą grzałki, lecz czajnika bezprzewodowego przywiezionego przez rodzinę jednego z żołnierzy.
W dalszym ciągu nie można było nam się położyć na łóżku przed dwudziestą drugą. Jeśli chciałeś się położyć i odpocząć, to rzucałeś na podłogę panterkę i kładłeś się na niej. Czasami do sali wchodził jakiś trep, ale wcale się nie dziwił widząc leżących na podłodze żołnierzy (pewnie on też swego czasu odpoczywał oglądając sprężyny w łóżku).
Nawet Kapsel, najbardziej zakręcony żołnierz w historii jednostki, przestał chodzić ze spuszczoną głową i odzyskał dobry humor. Żył bliską perspektywą spotkania się ze swoją rodziną oraz trzema dniami wolności, której miał uświadczyć po sześciu tygodniach "niewoli".
W takiej oto atmosferze oczekiwania nadszedł dzień, w którym mieliśmy złożyć przysięgę wojskową. Była to sobota czwartego grudnia 1995 roku. Ponieważ przysięga miała się odbyć o godzinie 10:30 przygotowania do niej rozpoczęły się bardzo wcześnie rano.
Wbrew moim oczekiwaniom, że przygotowania będą przebiegały w radosnej atmosferze okazało się, że na unitarce zapanowała nerwowa i stresująca bieganina. Kaprale przyczepiali się o każdy szczegół a to że łóżko źle pościelone, że buty nie są dobrze wypastowane, że kible nie posprzątane i tak dalej. Tak naprawdę to wszystko można było zrobić na spokojnie w dwa razy krótszym czasie i wiele lepiej, ale cóż z tego skoro w wojsku wszystko robi się biegiem.
Czynnością którą naprawdę wykonywaliśmy bez żadnego przymusu było czyszczenie butów. Najpierw nacierało się je grubą warstwą pasty, odstawiało na chwilę na bok, a później pucowało do tego stopnia, że w czubkach butów można się było przejrzeć niczym w lusterku. Tak dokładne czyszczenie butów było całkowicie zrozumiałe, ponieważ każdy chciał wyglądać na przysiędze najlepiej jak tylko mógł.
O dziewiątej rano wydano nam broń. Korytarz zapełnił się żołnierzami którzy rozłożyli swe karabiny na części i czyścili je za pomocą szmat i oleju. Najistotniejsze było to aby karabin taki dobrze wyglądał z zewnątrz, dlatego też po kilkanaście razy czyściło się lufę i osłonę komory nabojowej. Po półgodzinie czyszczenia i nacierania broni olejem wyglądała ona jak nowa i rzeczywiście bez cienia wątpliwości można było paradować z nią na przysiędze.
Tego dnia czułem się jakoś szczególnie. Mimo całej nerwowej bieganiny, zamieszania oraz krzyku poganiających nas kaprali byłem w dobrym, powiedziałbym uroczystym nastroju. Właśnie dzisiaj już za kilka godzin, po sześciu tygodniach oglądania brudnych pomieszczeń unitarki, ustawiania się na zbiórkach kilka razy na godzinę i oglądania świata przez szyby jadącego do Wieliszewa autobusu, miałem znowu na kilka dni odzyskać wolność. Zdjąć z siebie wojskowy mundur i być sobą, a nie kanonierem Pasławskim, którego prawa i zakres zachowań wyznaczał regulamin Wojska Polskiego.
Nie mogłem się doczekać momentu kiedy przyjadę do domu i wybiorę się na spacer po pobliskich pagórkach. Pobędę chwile w samotności, której mi w wojsku brakowało i przemyślę wszystko to co do tej pory przeżyłem. Ta w pewnym sensie niewola, spora dawka chamstwa z którą zetknąłem się w wojsku, ćwiczenia, poranna zaprawa, musztra, owo "powstań, wstają i wychodzą" sprzątanie rejonów i dżamping było czymś zupełnie różnym od spokojnego życia które wiodłem w Białce. Ale na razie nie narzekałem. Przynajmniej coś się działo a w Białce była nuda i brak perspektyw na lepszą przyszłość.
Wojskowy autobus czekał tuż przed samym barakiem. Weseli i roześmiani zajęliśmy w nim miejsca i położywszy kałasznikowy na kolanach czekaliśmy na odjazd. Na dworze panował lekki mróz a na bezchmurnym niebie mocno świeciło poranne słońce. Pogoda się udała.
Porucznik Bielecki wsiadł do autobusu i po sprawdzeniu stanu osobowego dał sygnał do odjazdu. Kierowca wrzucił bieg i autobus wolno tocząc się wąskimi alejkami wyjechał poza bramę jednostki. Przez chwilę jechał zbudowaną z betonowych płyt drogą a później wyjechawszy na szosę popędził do Warszawy. Musieliśmy się śpieszyć. Do przysięgi pozostała zaledwie jedna godzina.
Kiedy przejeżdżaliśmy przez Warszawę z dużym zainteresowaniem przyglądałem się temu, jak wygląda życie na ulicach. Cała masa kolorowych reklam, ludzie ubrani według własnego gustu, mnóstwo zagranicznych samochodów. Miasto po prostu tętniło życiem. Zupełnie inny świat.
Najbardziej moją uwagę przyciągały dziewczyny. Po sześciu tygodniach oglądania męskich gąb, dziewczyny wydawały się szczególnie piękne. Chyba nigdy dotąd nie podobały mi się aż tak bardzo. Szkoda tylko, że trzeba było siedzieć jeszcze półtora roku w jednostce...
Po trwającym półgodziny przejeździe przez Warszawę, autobus wtoczył się na teren jednostki. Tuż za samą bramą wjazdową znajdowała się rakieta "Wołchow". Udający się w kierunku placu na którym miała się odbyć przysięga cywile przez chwile przystawali przed rakietą, obserwowali ją z podziwem i później szli dalej.
Cywile z uwagą przyglądali się mijanym żołnierzom. Również i żołnierze rozglądali się bacznie dookoła mając nadzieję na to, że gdzieś w tym różnobarwnym tłumie wypatrzą swoich, zaproszonych na przysięgę gości.
Ogólnie rzecz biorąc zebrało się tam około dwóch tysięcy osób. Cywile śpiewali, wymachiwali flaszkami z wódką, krzyczeli do zauważonych znajomych żołnierzy.
Od czasu do czasu dało się słyszeć wołanie:
- Heniek! Heniek! Tu jesteśmy! Mama też przyjechała.
Albo:
- Jędruś to ty?! Co oni ci zrobili?! Jak ty wyglądasz!
Autobus zatrzymał się na dużym betonowym placu przed garażami. Stało tam mnóstwo młodego wojska. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć zielone mundury. Od strony trybuny na której zainstalowano głośniki dochodziły dźwięki wojskowych marszy. Słychać było też Rezerwę śpiewaną przez stojących za ogrodzeniem cywili. Ogólnie rzecz biorąc było bardzo wesoło. Nikt nie miał wątpliwości, że to nasze święto. Święto każdego z nas.
Sprawnie dowodzeni przez porucznika Bieleckiego utworzyliśmy kolumnę i maszerując w rytm uderzeń bębna, ruszyliśmy w stronę placu na którym miała się odbyć przysięga (Kapsel kiedy przechodziliśmy przez bramę wdepnął w jakąś cholernie głęboką kałuże. Zamoczył sobie buta i niesamowicie człapał kiedy stawiał krok lewą nogą).
Na placu wielkości boiska sportowego stało już kilka kolumn żołnierzy. Przemaszerowaliśmy przez podmokły plac i zajęliśmy miejsce kilkanaście metrów na lewo od trybuny. Z biegiem czasu dochodziły, co raz to nowe kolumny żołnierzy z różnych dywizjonów rakietowych. Wokół rozlegały się krzyki i śpiewy stojących za niewielkim płotem cywili oraz komendy wydawane zdecydowanym głosem przez oficerów, którzy ustawiali swych żołnierzy do przysięgi.
Nawoływania cywilów stały się teraz co raz bardziej intensywne ponieważ mogli oni lepiej wiedzieć zgromadzone na płacy młode wojsko. Niektórzy cywile krzyczeli tak głośno, że musiał ich uciszać jakiś pułkownik zwracając się do nich za pomocą megafonu. Ogólnie rzecz biorąc z minuty na minutę robiło się co raz bardziej uroczyście i świątecznie.
W końcu wybiła godzina 10:30 i przysięga rozpoczęła się. Nie potrafię dokładnie przypomnieć sobie jak przebiegała cała uroczystość. Wiem, że przemawiał sam dowódca brygady wojskowej, kapelan, oraz jakiś żołnierz służby zasadniczej. Nigdy natomiast nie zapomnę momentu kiedy padła komenda "do przysięgi". Wówczas z ust zgromadzonych na placu kilkuset żołnierzy dobyły się słowa:
JA ŻOŁNIERZ WOJSKA POLSKIEGO PRZYSIĘGAM...
Słowa te leciały w dal. Była w nich moc i siła. Jednocześnie szła za nimi odpowiedzialność, wynikało z nich bowiem, że jak zajdzie taka potrzeba to trzeba będzie oddać życie w obronie granic Polski.
Kiedy tak się stało ubrany w wojskowy mundur i trzymało w ręku karabin , kiedy w tle leciał Mazurek Dąbrowskiego a na maszt wciągano biało-czerwona flagę, to wypowiadając słowa przysięgi czuło się, że jest się Polakiem, żołnierzem i prawdziwym mężczyzną. Był to rzeczywiście moment niezwykły, jeden z piękniejszych jakie w życiu przeżyłem.
Pod koniec przysięgi przemawiał kapelan wojskowy. Na szczęście niezbyt długo. Widać był bardzo wyrozumiały wiedząc o tym, że zarówno żołnierze jak i zaproszeni na przysięgę goście nie mogą się doczekać, aż wreszcie ta uroczystość się skończy i będą mogli się spotkać.
Przysięga zakończyła się defiladą na drodze wzdłuż której ustawieni byli cywile. Mimo tego, że wcale nie maszerowało się łatwo w rytm bębna przeszliśmy przed trybuną czysto i elegancko ani razu nie gubiąc kroku. Dopiero po zejściu z tej drogi idący na czele porucznik Bielecki wydał komendę " Spocznij! " i od tamtego momentu, na spokojnie pomaszerowaliśmy równym krokiem do autobusu.
Najbardziej radosnym momentem było rozdanie przepustek. Bielecki rozdawał je wywołując żołnierzy po nazwisku. Wszyscy cieszyliśmy się, że od tego momentu otrzymaliśmy w prezencie od Wojska Polskiego siedemdziesiąt dwie godziny wolności. Każdy łapał przepustkę, żegnał się z kolegami i wychodził na plac aby poszukać tam swojej rodziny i znajomych. Było naprawdę wesoło, oj wesoło. To był na pewno jeden z piękniejszych dni w armii.
|