Adam Moralski
"Jednego punktu mi brakło, jednego punktu... rozumiesz(!?), tylko jednego punktu i byłbym przyjęty!". Tak pewien mój znajomy opowiadał o swoim egzaminie na studia. Współczując mu bardzo i nie wątpiąc w wystąpienie (pozwolę sobie w tym miejscu na wprowadzenie nowego terminu w symbolice cyfr) tzw. pechowej jedynki, przypomniałem sobie, różne z życia wzięte wypadki mojego kolegi. Odkryłem, że słowo pech jest najczęściej przez niego używanym słowem. Każdy z nas to wie, ma tego świadomość, że u pewnych osób najczęściej używanym słowem bywa: ku... albo przekręt, u innych jest to kasa, a u jeszcze innych słowem tym będzie praca. Mógłbym się w tym miejscu pokusić o solidną dygresję na temat: "Typologia człowieka w zakresie języka jakim włada", lecz odbiegłbym znacznie od jedynkowej narracji.
W związku z moim kolegą, którego ustawicznie prześladuje pech, przypomniałem sobie kilka innych postaci, w życiu których, niejakie fatum gra niepoślednią rolę. I tak ktoś powie: "Musiał mnie akurat zobaczyć!. Zauważmy, mnie jako jednego np. z trzydziesto ośmio milionowej populacji Polaków (występuje magiczne jeden), i nie jest w tym miejscu aż tak ważne, czy powie to uczeń przyłapany na ściąganiu, czy "uczciwy" mąż całujący się w samochodzie z przyjaciółką żony. Kluczowym elementem tego typu historyjek, jest to Bogu ducha winne "fatum" , jakiś podły zbieg okoliczności, a być może i spisek - demonów czy też sił natury. Ten anonimowy winowajca pozostaje niezidentyfikowany często i do końca życia, mimo że to sprawca największych porażek, największego zła, w życiu osób wśród których grasuje. Bywa że ludzie dotknięci nim do żywego, krzykną niekiedy: "co za podły pech!", lecz nikt przecież nie powie tak o sobie samym, nikt nie domyśla się Konia Trojańskiego zrobionego przez siebie i wpuszczonego przez siebie do swoich osobistych komnat.
Mąż powie: "Ja się z nią spotkałem tylko jeden raz!", uczeń: "Pierwszy raz mi się to zdarzyło!" [pominę tu celowo, tak szczególną u nas w Polsce - "gloryfikację udanego ściągania"; taki choćby ewenement na skalę światową, jak "pomoc" rodziców, nierzadko samych nauczycieli, w czasie pisania matur]. Takie próby usprawiedliwienia, czy też wytłumaczenia siebie, są tak samo absurdalne i niepoważne, jak argumenty typu: "Tylko minutę (jedną) się spóźniłam"[ciekawostką i iście Einsteinowską zgadką, jest czas trwania "zaraz wracam"], powie kasjerka do swojego przełożonego, to nieważne że przez tą minutę ktoś nie zdążył na pociąg, a przez to z kolei spóźnienie (które już nie jest jednominutowe)... mógłbym w tym miejscu przytoczyć historie w których owo jeden, w dalszej konsekwencji nie jest już takie małe jak się wydaje u zarania, ale z pewnością wszyscy je sobie umiemy wyobrazić.
"-Tylko o jeden grosz się pomyliłam w wydaniu reszty", powie ta sama kasjerka, "-Ja wziąłem tylko jeden złoty z kasy", powie złodziej (bo akurat tylko tyle tam było), choć w świetle prawa (o ironio "sprawiedliwości"!) tacy złodzieje nie istnieją, bo takowym można się stać dopiero od pewnej wysokości kwoty. Tak też nie istnieją złodziej duzi i mali; czy jeśli Tobie, mój drogi czytelniku, ktoś włoży rękę do kieszeni i wyciągnie z niej, obojętne - brudną chustkę do nosa, albo pełny portfel, to jakimże on to będzie złodziejem w Twoim mniemaniu? No bezczelnym, to na pewno, podłym - jak najbardziej, pewnie Ci nie przyjdzie nawet do głowy, kwalifikować jego czynu w jakichkolwiek innych kategoriach, i nie zawahasz się krzyknąć w tym momencie: "-ZŁODZIEJ!". Ale kradnący Tobie tą chustkę, da się poćwiartować by przekonać innych o swojej niewinności; kasjerka będzie oburzona, a nawet poczuje się lżona, jeśli by kto próbował ją nazwać spóźnialską i oszustką.
Czy wystarczy streścić powyższe sytuacje, klasycznym: "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia"? Czy można w ogóle uprawiać relatywizowanie moralności? Kto jest szczególny w każdej z tych sytuacji i jakie szczególne kryteria są konieczne do rozpatrzenia tychże? A może należałoby poddać wnikliwym badaniom, owego pecha - fatum, tego wyjątkowego sprawcę czynów złych i raz na zawsze ukarać, tak by był spokój z dylematami moralno - etycznymi, i z tą kolorystyką - "życie nie jest czarno - białe, ale ma odcienie". Ależ tak - ma, lecz nie jeśli idzie o dobro i zło, i nie wtedy gdy chcemy poznać prawdę. Nie ukrywam poirytowania, gdy właśnie wówczas słyszę: "To nie takie proste,...".
Martwi mnie to czynienie uników (ta unikalność, zarówno patrzących z boku, jak i samych tych pojedynczych unikatów); martwi mnie ten komplikacyjny charakter nie oceniania ludzi i zdarzeń, to nie opowiadanie się po stronie dobra i zła (w czym niektórzy przypominają polityków, gotowych zawsze przeskoczyć w stronę z której mniej niebezpieczeństw dochodzi); martwi mnie unikanie prawdy, choćby i smutnej, o sobie i innych.
Czyż nie wydaje się Wam, że to prowadzi (że stąd tylko jeden krok) do konkluzji u schyłku życia: "Brakło mi jednego roku, by ziścić swoje marzenia", "Brakło mi jednej myśli by uczynić swe życie szczęśliwym", "Brakło mi jednego człowieka by uwierzyć w ludzkość". Czasem brakuje mi jednego słowa, by oddać naturę rzeczy, (jednej powieści, by stać się tak wielkim pisarzem jak Marcel Proust).
Myślę jakby się do tego wszystkiego miała piosenka - "Do zakochania jeden krok", i nie znajdując żadnej łączności (poza słowotwórczą) z wątkiem głównym, trzeba mi kończyć jak najprędzej.
Skomentuj tekst na Forum:
http://forum.reporter.pl/watki.php?f=027