Fenomen Arnolda Schwarzeneggera uosabia
złożoność prób ustalenia, o co właściwie chodziło
Venus z Milo. Podczas gdy Sylvester Stallone,
czasami jego rywal filmowy, a także partner
w interesach, grywał chwiejnego Rocky'ego, prawdziwym Rocky'm był właśnie Arnold. Ów małomiasteczkowy
Austriak zdołał wdrapać się na sam szczyt kulturystycznego świata i - wbrew
wszystkim przeciwnościom (Te okropne mięśnie! Ten okropny akcent! To okropnie trudne nazwisko!) - podbił Hollywoodzką cytadelę, by stać się
najlepiej zarabiającą gwiazdą filmową.
W "przedterminatorowskim" okresie lat siedemdziesiątych jego przeciwnicy nie zdawali sobie
sprawy z tego, że ten olbrzym już miał w kieszeni
dyplom Wydzialu Ekonomicznego Uniwersytetu
w Wisconsin. Krytycy nie podejrzewali go o przedsiębiorczość w salonach Hollywoodu dorównującą
zapałowi, z jakim trenował swoje 56-centymetrowe bicepsy na siłowni Gold's Gym w Santa Monica. Nie wiedzieli też o tym, że zgromadził już wtedy pokaźny majątek w postaci nieruchomości w Los Angeles, San Francisco oraz Denver. Nawet nie śniło im się, że któregoś dnia będzie miał własną i bardzo modną restaurację Schatzi nad
Menem w Santa Monica, albo że stanie się "znaczącym akcjonariuszem" światowej sieci restauracji "Planet Hollywood".
Niedowiarki nie powinni jednak być zbyt surowo ukarani. Mieli bowiem rację: muskularny
bysior z ciężkim austriackim akcentem i nazwiskiem, od którego język może kołkiem stanąć, ma
równie duże szanse zostania gwiazdą filmową co, na przyklad, "wżenienia się" w "królewską" rodzinę Ameryki - Kennedych. Bądźmy szczerzy: ci ze świata kulturystyki, którzy pragnęli jego sukcesu w tym sporcie, gdyż jego postać przyniosłaby im chwałę, może i chcieli, żeby mu się udało w Hollywood, jednak żadnemu z nich się nie śniło, że stanie się jednym z najbardziej wpływowych członków rodziny Kennedych. Wielu będzie temu zaprzeczało, ale nie doceniono enigmy pt. Arnold Schwarzenegger. Napotykając na coś niezrozumiałego Brytyjczycy zwykle mówią: "Jak on to zrobił, Stanley?"
WCZESNY ARNOLD
Arnold Schwarzenegger przyszedł na świat w małym miasteczku Thal (ludność
1.200 mieszkańców) w austriackim kraju
związkowym Srytia 30 lipca 1947 roku. Był
synem Gustava Schwarzeneggera, szefa lokalnej policji, i Aurelii, i miał starszego brata
Meinharda, urodzonego 17 lipca 1946 roku,
który zginął w wypadku samochodowym
w maju 1971 roku.
Arnold opisuje lata dzieciństwa następująco: "Zawsze wykazywałem dużo energii
i ciągle miałem ochotę na zabawę". Owa
energia została później zainwestowana w różne gry zespołowe aż do momentu, gdy
w wieku piętnastu lat natknął się na kulturystykę, która miała być sposobem na ukształtowanie mięśni nóg do gry w piłkę nożną.
Na początku, zanim przeszedł do kulturystyki, trenował podnoszenie ciężarów. "Ciężko
trenowałem i twardo postanowiłem zwyciężyć w zawodach Junior Mr. Europa oraz Mr.
Universe. Miałem wielkie wizje i plany i rozpierała mnie radość."
Pierwszy konkurs, w którym uczestniczył
jako ciężarowiec, odbył się w sali piwiarni
w Graz (najważniejszym mieście kraju związkowego, 7 kilometrów od Thal) na początku
1963 roku. "To było niezapomniane doświadczenie" - wspomina Arnold. "W sali
przebywało 200 ludzi, siedzieli, pili, palili
i okrzykami dodawali uczestnikom konkursu
otuchy".
Przedtem Arnolda stać było na podniesienie 68 kilogramów. Jednak pod wpływem
dopingującego tłumu dźwignął aż 75 kilogramów i tym samym pobudzony został jego
apetyt na sukces.
"Niewiarygodne, jak wspaniałym uczuciem było bycie w centrum uwagi takiego
tłumu" - przeżywa na nowo Arnold. "Jednocześnie przyjąłem to jako przeznaczenie.
Pomyślałem sobie: Tak, jestem na dobrej
drodze do tytułu Mr. Universe! Tak właśnie
miało być."
Wspominając ten wczesny entuzjazm
twierdzi: "Będąc w tak młodym wieku zazwyczaj się nie myśli. Nie analizuje się siebie
samego. Dopiero gdzieś około trzydziestki
człowiek zaczyna się oglądać do tyłu i dociera do niego: "To zadziwiające, jak mi się
udało wydostać z Austrii, kraju bez tradycji
kulturystycznej, i stać się najlepszym na
świecie. To wprost niedorzeczne. Rozumiem
- jakiś mistrz narciarstwa czy też gwiazda
piłki nożnej z Austrii, ale mistrz kulturystyki? To się po prostu nie zdarza."
AMERYKAŃSKI MARZYCIEL
W wieku 16 lat Arnold czynił starania
w celu uzyskania wizy wyjazdowej. "Nawet
zanim zacząłem uprawiać kulturystykę,
oglądałem wyświetlane w szkole filmy dokumentalne o Ameryce i nie mogłem się
doczekać, żeby tam pojechać. Już wtedy odnosiłem wrażenie, że urodziłem się w złym
miejscu i że powinienem dorastać właśnie
w Ameryce. Mój przyjazd do tego kraju był
moim marzeniem."
"I wówczas to odkryłem kulturystykę, tak
amerykański przecież sport, i pomyślałem sobie, że gdybym był w nim dobry, to mógłby się
stać moim paszportem do Ameryki. Oglądałem czasopisma Joe Weidera zawierające fantastyczne wręcz artykuły. Czytałem, jak Joe trenował tego czy tamtego mistrza, jak brali suplementy i jak ich wysyłano do Kliniki
Badawczej Weidera." śmieje się: „Myślałem, że ta klinika to jakieś olbrzymie centrum badawcze
gdzieś w Ameryce, związane z przemysłem filmowym, w którym pełno jest facetów pragnątych zostać Herkulesami. Nastolatkowie zazwyczaj mają takie dziwne wizje i wyobrażenia.
Nieważne, że były błędne, skoro motywowały
mnie do wyjazdu do Ameryki."
"Gdy po raz pierwszy tam dotarłem
w 1968 roku, od razu poczułem się jak
u siebie - i czułem, że tak właśnie miało być
od samego początku. Kulturystyka była
moim biletem do Ameryki i miała być biletem do następnego etapu, którym był film."
W 1983 roku Arnold Schwarzenegger
otrzymał amerykańskie obywatelstwo.
LONDYN WZYWA
Jednak zanim wylądował w Ameryce,
musiał najpierw podbić Europę. W 1965
roku zaanektował tytuł Junior Mr. Europa,
a w 1966 wtargnął do swojego pierwszego
konkursu Mr. Universe w Londynie. Biorąc
pod uwagę plon w postaci siedmiu tytułów
Mr. Olympia, jednego Mr. World oraz sześć
tytułów Mr. Universe, trudno zrozumieć,
dlaczego tak wryły się Arnoldowi w pamięć
owe zawody z 1966 roku, których zresztą
nie wygrał. Wytłumaczył dlaczego, ale -
będąc wprawionym gawędziarzem - najpierw sięgnął pamięcią wstecz, by zrobić
małe wprowadzenie.
"Od samego już początku przeglądałem czasopisma z fotografiami Steve'a Reevesa, Rega Parka i Jacka Dellingera z zawodów Mr. Universe. Wyobrażałem sobie
swoją twarz przyklejoną do ich ciał i że to
ja pozuję na scenie na tradycyjnie czarnym
tle z napisem NABBA. Wokół mnie byłoby ze stu innych kulturystów, ale to moje
nazwisko wykrzykiwałby tłum widzów.
Stałbym w świetle reflektorów w pełnej
okazałości i chwale. W tych wizjach upatruję źródło radości, jaką czerpię z kulturystyki. Z każdym powtórzeniem zbliżałem
się bowiem do zrealizowania tych marzeń
bycia w samym centrum uwagi na zawodach Mr. Universe."
"Osiągnąłem ten cel podczas zawodów
Mr. Universe w 1966 roku, kiedy to zająłem drugie miejsce [w klasie amatorskiej
wysokich mężczyzn] za Chetem Yortonem,
który bez cienia wątpliwości był wówczas
lepszy ode mnie. Jednak to ja skupiałem
uwagę wszystkich, bo on miał 28 lat i był
już znany, a ja miałem zaledwie 19 lat i 50
centymetrów w obwodzie ramienia i silną
budowę ciała - sensacja, o której nikt jesz-
cze nie słyszał. Trzykrotnie mnie wywoływano, bym pozował (dwa razy bisowałem),
co nigdy wcześniej się nie zdarzało."
Zaczyna coraz żywiej i szybciej opowiadać, cofając się w czasie o ponad trzy dekady i smakując na nowo owe najsłodsze momenty. "To wszystko wydarzyło się
w ogromnym teatrze (prestiżowym Teatrze Pałacu Wiktorii i londyńskim West
Endzie) wypełnionym trzema tysiącami
rozwrzeszczanych fanów. Gdy tak stałem
przed widownią, moje wizje z młodości
stawały się rzeczywistością. Czułem się jak
King Kong. Jak tylko wyszedłem zza kulis, czekały na mnie setki wielbicieli proszących o autograf - po raz pierwszy zresztą w moim życiu. Wracałem do hotelu razem z innymi kulturystami, którzy gratulowali mi i pytali, jak udało mi się zbudować takie ramiona i mięśnie piersiowe." Nieomalie wzdycha. "To były naprawdę wspaniałe chwile - najbardziej niewiarygodne doświadczenie."
Usłyszawszy o szczytowym momencie
w jego karierze trudno było się oprzeć pokusie
spytania o najgorszy. I znowu było to zajęcie
drugiego miejsca po Franku Zane na zawodach
IFBB Mr. Universe w Miami w 1968 roku.
Arnold przedstawia ową porażkę spokojniejszym już tonem: "Jestem pewien, że jeśli
przegrywałem, to przegrywałem sprawiedliwie, nigdy mnie nie oszukano. Nie załamałem się po zajęciu drugiego miejsca po Checie Yortonie, gdyż szczytem moich marzeń
było uplasowanie się w pierwszej szóstce,
a Yorton był zdecydowanie lepszy ode
mnie. Gdy przegrałem z Sergio Olivą (Mr. Olympia w 1969 roku), był to sprawiedliwy
wynik. Był wówczas wyraźnie lepszy niż ja.
Jednak gdy przegrałem z Frankiem Zane,
nie mogłem wprost pojąć, jak ten kurdupel
mógł mnie pobić. (Z wagą 90 kilogramów
był lżejszy od Arnolda o około 22 kilogramy.) Dopiero później, gdy poznałem znaczenie jakości, gdy doceniłem wagę proporcji, posiadania wspaniałych mięśni brzucha
czy łydek, zrozumiałem, dlaczego doświadczeni sędziowie wybrali wtedy właśnie Franka. Wygrał sprawiedliwie lecz w dniu zawodów nie dostrzegłem tego i będąc w obcym kraju tysiące kilometrów z dala od domu czułem się zdruzgotany."
Jakkolwiek załamany by nie
był, zdobył już wtedy poparcie
Joe Weidera, który mimo porażki z Zane'm uważał, że Arnold
obdarzony jest "umysłem i sercem mistrza". I tak dwudziestojednolatek przeniósł się z pomocą
Joe Weidera do Santa Monica.
Uczenie się na własnych błędach to cecha charakterystyczna Schwarzeneggera, co zresztą potwierdza fakt, iż nigdy nie przegrał dwukrotnie z tym samym
zawodnikiem. W ciągu dwóch lat zdołał wypracować mięśnie brzucha, łydek i w ogóle proporcje ciała jakości wystarczającej, by wydrzeć Olivie tytuł Mr. Olympia. Żądny sukcesu Austriak miał już nigdy
więcej nie przegrać.
Chwytliwym powiedzeniem Arnolda Schwarzeneggera jest "Jeszcze powrócę", choć dewizą życiową jest raczej stwierdzenie "Nigdy nie oglądaj się do tyłu". W ten sposób określił swoją strategię
zawodów kulturystycznych: "Działalem głównie w oparciu o instynkt. A moim podstawowym
wówczas instynktem bylo wygrywanie; wyeliminowanie jakiejkolwiek konkurencji; zniszczenie
wroga i parcie do przodu bez żadnej oznaki zawahania."
Najbardziej pokazowymi mięśniami w kulturystyce są bicepsy i mięśnie klatki piersiowej.
Arnold mial bez wątpienia najlepsze mięśnie
piersiowe i bicepsy, jakże fani tego sportu kiedykolwiek ujrzeli. Zbieg okoliczności? Nie sądzę!
Arnold umiał wykorzystać mgądrość ulicy i siłowni. Jego mistrzowski program kulturystyczny nie
był skomplikowany. Wykorzystać najlepsze pokazowe mięfnie, maksymalnie eksploatować mocne
strony, zignorować słabostki, pozwolić działać
swojej charyzmie. Nigdy nie należy zmieniać sposobu, który przynosi efekty; dopracowywać, udoskonalać - tak, ale nigdy porzucić. Nigdy, przenigdy nie sprawiać innego wrażenia jak to, że
pozostali faceci są tam wyłącznie po to, by zająć drugie miejsce, i w ten sposób zsubiektywizować
z założenia obiektywne sędziowanie zawodów kulturystycznych. Jak inaczej bowiem można by
wytłumaczyć jedno z najbardziej kontrowersyjnych zwycięstw w historii, gdy Arnold powrócił
w 1980 roku do zawodów Mr. Olympia? Konkurs nie byt ustawiony. Jedyne, co krytycy mieli
mu do zarzucenia, to ta postawa - "Jestem pierwszy, co mnie pozostali obchodzą?"
PIERWSZA LIGA
Uzbierawszy sześć tytułów Mr. Olympia pod rząd Arnold stawał się obiektem zainteresowania ważniejszych przedstawicieli świata sportu. W 1974 roku George Butler i Charles Gaines wydali "Wyciskanie żelaza: Sztuka i Sport Kulturystyki", w której Arnold wystąpił u boku innych ówczesnych czołowych kulturystów. Książka stała się bestsellerem. Nagle Arnold
wszystkich olśniewał i przebywał wśród takich osobistości jak Jack Nicholson, Jeff
Brigdes, Sally Field, Candice Bergen czy Andy Warhol. Udzielił telewizyjnego wywiadu Barbarze Walters w programie NBC "Today" ("Dziś") i był bohaterem artykułu w "Sports Illustarted". Apogeum gwiazdorstwa Arnolda jako kulturysty nastąpiło w momencie ukazania się "Wyci skania żelaza" w 1977 roku, wyreżyserowanej przez Butlera kroniki filmowej z zawodów Mr. Olympia w 1975 roku. Stała się wręcz kultowym przebojem. Następnego roku jego autobiografia pt. "Arnold: Edukacja Kulturysty" wspięła się na szczyt list bestsellerów.
Przy okazji 20-lecia filmu "Wyciskanie żelaza" spytano Arnolda o jego znaczenie. Czy publiczność z późnych lat
siedemdziesiątych była już gotowa na tak bliskie spotkanie z kulturystyką, gdy rewolucja fitnessowa była jeszcze w powijakach? Czy ktoś inny mógłby wystąpić w tym filmie?. Bez udawanej skromności Arnold udzielił na to pytanie odpowiedzi, której wszyscy mogli się spodziewać.
"Nie przechwalając się... to chodziło o mnie. George (Butler) zrobił "Wyciskanie żelaza II: Kobiety" (w 1985 roku), jednak film ten odniósł porażkę. Nikogo nie zdołał zainteresować zainteresować. Film "Wyciskanie żelaza zawdzięcza swój sukces mojej osobowości
oraz radości i miłości do tego, co robiłem. Byłem po prostu facetem,
który był tak szczęśliwy, że nie mógł
się doczekać, by opowiedzieć innym
o tym wspaniałym sporcie. Na ekranie ze wszystkimi igrałem - to
wszystko było wyreżyserowane; to
nie byłem ja. Dlatego też nazwaliśmy to "dokudramatem'. Wiele scen
w „Wyciskaniu żelaza" było odgrywanych. Była to jednak dla mnie
szansa pokazania, czy w ogóle mogę
grać i czy mogę skłonić wszystkich,
by uwierzyli w to, co opowiadam."
"Chciałem sprawdzić, czy uwierzą
w to, co mówiłem o śmierci ojca
(w filmie Arnold opowiedział, że nie był na pogrzebie ojca w 1972 roku z powodu zbliżającego się konkursu; później zaś wytłumaczył, że to było jedynie dla efektu, dla podkreślenia potęgi koncentracji wymaganej u mistrza), czy uwierzą w to, że jestem silniejszy psychicznie od Lou Ferrigno,
że chcę być, tak jak Jezus czy Kennedy, nieśmiertelny - być może jednak mam jakieś
zadatki na aktora?"
To, czy miał do zaoferowania zdolności
aktorskie, zostało potwierdzone zdobyciem
nagrody Golden Globe w 1977 roku za najlepszy debiut w filmie "Stay Hungry".
Wspinaczka Arnolda na szczyt była spektakularna, jednak pomimo nagrody Golden
Globe nie stał się sensacją w świecie filmu.
Przynajmniej nie przed 1984 rokiem, kiedy
pojawił się na ekranach film pt. "Terminator" i zaczął odnosić sukces finansowy.
W latach osiemdziesiątych rewolucyjna wręcz
technologia trylogii "Gwiezdnych Wojen" zachę-
cala Hollywood do poszukiwań jeszcze bardziej
spektakularnych efektów specjalnych. Gdyby nie
było Arnolda Schwarzeneggera, z tym wyglądem
futurystycznym jakby z innego świata, z ciałem
wprost z ery kosmicznej, z tym akcentem, ze stanowiącym fonetyczne wyzwanie nazwiskiem - a
więc elementami stanowiącymi niegdyś barierę
dla jego kariery w filmie - ekipa od efektów specjalnych wymyśliłaby taką samą postać. Jak to
ujął Steven de Souza, autor "Commando" i "Running Man", "Arnold był najlepszym z efektów specjalnych".
Arnold schwytał otwierające się możliwości
w obie dlonie. Postępując tak, jak w kulturystyce,
grał wyłącznie na swoich mocnych stronach. Nie
próbowal nawet konkurować z Robertem de Niro, Alem Pacino i innymi; wykreował swoją własną niszę i postać, w przypadku których nikt inny nie mógł z nim konkurować. Nie byliśmy świadkami tego, jak Arnold starał się o Oskara, czy też ubiegał się o rolę Makbeta. Tak jak w swojej karierze kulturystycznej, wydzielił własne terytorium i zdystanrowal ewentualnych konkurentów. Za-
równo w kulturystyce, jak i w filmie akcji, był sobie Arnold i byli sobie jacyś inni faceci.
ŻYCIE ZACZYNA SIĘ PO PIĘĆDZIESIˇTCE
Dziś Arnold jest uosobieniem zadowolonego rodzinnego faceta. Ożenił się z dziennikarką NBC-TV Marią Shriver,
z którą żyje w przestrzennej posiadłości w Pacific Palisades w Kalifornii
wraz z trójką dzieci:
siedmioletnią Katherine, pięcioletnią Christine i trzyletnim
Patrickiem. W przeciwieństwie, a przynajmniej
odmiennie do opinii o nim jako strategu-planiście twierdzi:
"Jestem zdecydowanie osobą, która nie lubi wiedzieć, co się
ma zaraz wydarzyć. Improwizuję, co utrudnia życie otaczającym mnie osobom.
Lubię mieć ogólne pojęcie na jakiś temat, lecz nie muszę
znać szczegółów, ani tego, jak krok po kroku do czegoś dojść.
Uwielbiam niespodzianki, niepewność następnej chwili. Dlatego też nigdy nie
podpisuję kontraktów na pięć filmów pod rząd albo nie występuję w serialu telewizyjnym, podejmując zobowiązania w ten sposób na dłuższy czas - nie chcę wiedzieć, jakie
będzie jutro. Uwielbiam zagadkę, niespodzianki. Uwielbiam swój sport, uwielbiam
swoją pracę, uwielbiam swoją rodzinę. Od
pierwszego dnia życie było fascynujące
i wciąż będę odnajdywał radość we wszystkim, co robię."
Arnold Schwarzenegger dość ironicznie skomentował "Dziennikarze - znam ich na wylot,
zresztą sypiam z jedną z nich" i trzeba przyznać,
że umie manipulować prasą tak dobrze, jak obraca w palcach kubańskie cygaro Romeo y Julieta.
Od zarania kariery kulturysty wykazywał zdolność sprawiania, by media przedstawiały taki
obraz jego osoby, jaki chciał. Weźmy na przykład
wspomniane wyżej zawody Mr. Olympia z 1980
roku. Początkowo sprawozdania z tego wydarzenia opisywały je jako czarny dzień dla kulturystyki jednak po uplywie zaledwie roku media pod
dyrekcją Schwarzeneggera praktycznie od nowa
przepisaly historię zawodów zastępując obraz
szczęściarza w image supermana. Dziś Arnold
swobodnie nawiązuje do swojej kariery jako Mr.
Olympia, ale raczej koncentruje się na okresie
1970-75 unikając 1980 roku.
Nigdy nie zmieniaj programu, który przynosi
sukces! Mając kontrolę nad tym, jak przedstawiają go media świata kulturystyki, czy to dziwne, że Arnold kontynuował swoją politykę w rozgrywkach ze światową prasą? Nie ulega wąptpliwości fakt, iż Arnold świetnie zbudował swoje ciało i tak samo wspaniale buduje swój image. Skoro praca światowa to kupuje i tańczy tak, jak
jej zagra Arnold, ta niby dlaczego by miał zmieniać swoją strategię?
Z BÓLU W RADO¦Ć
Radość? Albert Busek, wydawca niemieckiego "Sport Revue", który zna Arnolda odkąd jeszcze jako młodzieniec przeprowadził się do Monachium w 1966 roku,
twierdzi, że jeśli miałby określić Arnolda
jednym słowem, użyłby na pewno słowa "radość".
Z kolei Jim Lorimer współpromotor Arnold Fitness Weekendu i bliski przyjaciel
Arnolda od 1970 roku uważa, że odróżnia
go od innych ludzi zdolność bycia szczęśliwym. Odnajduje on bowiem radość we
wszystkim, co robi.
Na początku lat siedemdziesiątych Arnold miał powiedzieć Joe Weiderowi: "Nie zazdroszczę ci tej presji życia businessmena.
Dla mnie wszystko, co robię, musi przynosić mi radość."
Skąd ta żądza radości i zdolność jej osiągania? Być może Karlowi Gerstlowi udało
się rozwikłać tę zagadkę. Gerstl miał 28 lat
i był pełaym entuzjazmu członkiem klubu
Athletic Union Gym w Graz, gdy po raz
pierwszy pojawił się na siłowni piętnastoletni Schwarzenegger latem 1962 roku. Gerstl
został partnerem treningowym Arnolda
i tłumaczył mu z angielskiego artykuły
z "Musde Builder/Power" (prekursora "Musde & Fitness").
Według wspomnień Gerstla 68-kilogramowy młodzieniec o wzroście 180 centymetrów wykazywał niską odporność na ból.
Młodzieniec się jednak nie poddał i budowa
jego ciała ulegała poprawie, co - jak wspomina Gerstl - stanowiło dla niego poważny
bodziec do cięższej pracy. Uczucie bólu zastąpił sobie uczuciem radości."
Arnold dodaje: "Zanim jeszcze zacząłem
uczestniczyć w zawodach, myślałem sobie, że
każde powtórzenie jest krokiem w kierunku
osiągnięcia postawionego sobie celu w postaci tytułu najlepszego kulturysty na świecie.
To właśnie źródło radości z trenowania."
To zabrzmi niewiarygodnie, ale trzy zasady,
których stosowanie prowadzi według Arnolda do
życiowego sukcesu (ciężka praca, wiara w siebie
i pozytywne myślenie) zrodziły się w prymitywnych
warunkach siłowni w Graz, gdzie niczym alchemik przeistaczał ból w radość. Podobnie jak ma masochista, który preferuje zimny prysznic, Arnold wypracowal robie dość dwuznaczny sposób pojmowania bólu i zaakceptowal go jako dowód na czynienie radosnych postępów. Zwolennicy Freuda być
może będą uważali, że skoro wychowywał się
w katolickiej rodzinie, posiada zdolności psychicznego samobiczowania i doktorat z poczucia winy,
lub coś w tym stylu. Czy istnieją jednak jakieś
granice tego przeobrażania bólu w radość? Jego
stwierdzenie w "Wyciskaniu żelaza": "wyciskanie jest jak orgazm" mówi samo za siebie. Czy
można dalej przesunąć tę granicę?
Wytłumaczenie, że Arnold odnióśł sukces, ponieważ umiał odpowiednio podejść do każdego
zadania i wykonać je w atmosferze radości, może się wydawać nieco faustowskie i uproszczone, jednak wszyscy, którzy mieli okazję go poznać w ciągu tych trzydziestu już lat przebywania
w centrum uwagi opinii publicznej, zgodnie potwierdzają jego poczucie humoru i zdolność czerpania szczęścia i zadowolenia z tego, co robi.
W porządku, czarami niektórzy się cieszą z byle
czego i ma się ochotę ich za to pobić, jednak Arnold wciąż utrzymuje niezmiennie tę aurę radości
zarówno przed kamerą, jak ż podczas występów
przy okazji Specjalnych Igrzysk Olimpijskich lub
imprez organizowanych dla dzieci z miasta.
Jeśli jego radość nie jest autentyczna, to
w Hollywood powinien dostać Oscara dla najlepszego aktora.
JEDEN JEDYNY ARNOLD
Prosząc Arnolda o sprecyzowanie tajemnicy swojego sukcesu, a on odparł: "Nie
potrafię dać jednej uczciwej odpowiedzi,
mogę jedynie się domyślać, że może chodzi
tu o dorastanie w małej miejscowości albo
o bycie drugim dzieckiem, które musi rywalizować ze starszym bratem (niektóre źródła
potwierdzają fakt, że jego starszy brat Meinhard był tym "ulubionym" synem}, albo
też chęć zrobienia wrażenia na rodzicach czy
też skupienia na sobie uwagi. Każdy z tych
czynników lub ich kombinacja mogą być
potencjalnymi przyczynami, choć nie mam
pojęcia, który z nich. Wydaje mi się, że mój
sukces został mi dany przez bogów."
Właśnie! Nawet jeśli Arnold pasowałby
do teorii chłopca z małej miejscowości, rywalizującego ze starszym rodzeństwem,
poddawanego presji ze strony rodziców,
teorii, które można by zastosować do milionów młodzieńców urodzonych w surowej
i rozdartej wojną Europie w późnych latach
czterdziestych - to przecież narodził się tylko jeden jedyny Arnold Schwarzenegger.
Na dobrą sprawę można też próbować
dojść, skąd Sinatra wytrzasnął taki głos albo gdzie Muhamed Ali nauczył się tak
boksować. Spróbuj odnieść ich sukces do
warunków ich dzieciństwa i macie gotowe
odpowiedzi. Tylko dlaczego nie mieliśmy
całego chóru niebieskookich śpiewaków
pochodzących z Hoboken w stanie New
Jersey na początku lat czterdziestych?
I dlączego Louisville w Kentucky nie wydał na świat całego zastępu bokserów wagi
ciężkiej pod koniec lat sześćdziesiątych?
A co do teorii determinacji przyszłości
przez warunki otoczenia - dlaczego żaden
z pozostałych ośmiu Mr. Olympia nie stał
się gwiazdą Hollywoodu?
Arnold Schwarzenegger może i jest jednym
z najbardziej dochodowych aktywów Hollywoodu, jedną z najbardziej znanych na świecie
twarzy, jednak a wiele dlużej był kulturystą,
aniżeli gwiazdorem filmowym. A wiecie co? On
wciąż jest kulturystą - jefli nie wysmarowany
oliwką i w obcisłych slipach, to na pewno kulturystą gdzieś w duchu.
Kulturyści nie roztrząsają porażek i nie pomniejszają swych osiągnięć. W kulturystyce wyolbrzymia się swoje mocne strony. Kulturyści posługują się iluzją: kladą nacisk na jedną część ciała ukrywając jednocześnie inną. Są mistrzami w utrzymywaniu, że ramię o obwodzie 48 centymetrów ma naprawdę 50 centymetrów, że wyciskając 160 kilogramów na ławeczce wyciskają w rzeczywistości 180 kilogramów. Arnold osiągnął status mistrza kulturystyki, ponieważ opanował sztukę sprawiania wrażenia większego niż jest w rzeczywistości. Czyż można wymyślić lepsze przygotowanie do roli gwiazdora w Hollywood, gdzie większe znaczy lepsze?
Inne wspaniałe męskie ikony drugiej połowy dwudziestego wieku - Elvis, Sinatra, Ali i Beatlesi - przeszły proces ponownego odkrycia. Arnold nie tylko opanowal tę sztukę, ale nieomalże
ponownie odkryl "ponowne odkrycie". Jedynie Michael Jackson zdystansował Arnolda w kwestii ponownego odkrycia - ale nie będziemy się na ten temat rozpisywać. W tym ponownym odkrywaniu siebie samego
Arnold doskonalił swoje zdolności marketingowe. Czy to, co słyszymy, to rzeczywiście historia czy też
jego opowieści? Co zresztą za różnica? W opanowanych przez sławę i pieniądze latach dziewięćdziesiątych, kiedy liczy się ilość, kiedy marketing produktu jest ważniejszy od samego produktu, kiedy
nawet Prezydent Stanów Zjednoczonych wygląda
na szrocie samochodowym jak u siebie w domu, Arnold stał się, niech mu Bozia blogosławi, najlepszym sprzedawcą Hollywoodu. To, co robił i czyni dalej jest jedynie przedłużeniem jego przygody
z kulturystyką. świat filmu jest o wiele większy,
ale za to w swej materii wcale się nie różni od świata kulturystyki.
SAMOWYSTARCZALNY
W przeszłości usiłowano znaleźć ciemniejszą stronę Arnolda. Przecież nawet Matka Teresa stawała się ofiarą sensacyjnych plotek, a niektórzy uważają, że sam papież ukrywa
gdzieś w Watykanie jakieś szkielety. Nikt nie
jest doskonały. Lecz jeśli go kochasz, nienawidzisz lub jeśli nawet w ogóle cię nie obchodzi,
musisz przyznać, że jest jedyny w swoim rodzaju. Samodzielnie zbudował swoje ciało,
swój umysł i swoje uczucia.
"Nigdzie bym nie zaszedł bez przejścia
najpierw przez te wszystkie lata kulturystyki.
Te lata ciężkich treningów i zwyciężania
w konkursach, te lata bycia poddawanym
różnym testom człowieczeństwa, moralnego
zdrowia, siły charakteru, konsekwencji,
sprawdzianom na zdolność stawiania sobie celów i osiągania ich bez względu na przeciwności - to
wszystko czyni człowieka silnym.
"To jak w przypadku miecza samurajskiego. Przechodzi przez tak wiele sprawdzianów:
jest podgrzewany, bity, kuty i klepany młotem, ostrzony, wkładany w ogień, a następnie
w wodę i w lód i znowu klepany, bity, kuty.
Cały ten proces... cała ta praca włożona w jego wyprodukowanie sprawiają, że miecze samurajskie - te
prawdziwe - są tak drogie.
Tak samo jest z charakterem człowieka. Taka
sama praca wkładana jest w kształtowanie
i hartowanie charakteru tak, aby dać poczucie
pewności i wartości. Aby móc każdego ranka
stanąć przed lustrem i powiedzieć: "Jestem
wielki! Udało mi się! Przeszedłem przez test
i wyszedłem z tego cało!" Wydaje mi się, że
dzięki mojemu zapleczu kulturystycznemu
łatwiej mi jest osiągnąć stawiany sobie cel niż
komuś, kto nie przeszedł w życiu tego, co ja."
"Dlatego też mam obecnie ustabilizowane życie; nawet wobec burzliwych wzlotów i upadków, które przecież zdarzają się
w karierze każdego, gdy się pracuje w tej
branży. Branży, w której cały świat przygląda ci się przez mikroskop, rozbiera cię
na części pierwsze i gotów jest cię zmiażdżyć. Jestem w stanie wytrzymać takie katorgi lepiej niż ktoś pozbawiony podobnego co ja zaplecza atletycznego, kulturystycznego, niż ktoś, kto nie trenował do
Mr. Olympia. W ten oto sposób nigdy nie
uciekałem się do narkotyków czy alkoholu
lub innych świństw, za które łapią się ci,
którzy nie mogą sobie poradzić z presją,
wzlotami i upadkami życia. Moja miłość
i szacunek do sportu wypływa stąd, że
wszystko, co w życiu osiągnąłem, wzięło
początek z kulturystyki."
To jedynie prawdziwa psychika kulturysty prowadzi Arnolda do przodu. Całkowita
pewność siebie, głęboko zakorzeniona etyka
pracy, pozytywne myślenie i zaufanie do wypróbowanych metod popartych systematycznym powtarzaniem, są elementami programu
kulturystycznego. Stanowią także podstawę
funkcjonowania w Hollywood.
Tak więc przy okazji jego pięćdziesiątych urodzin można śmiało powiedzieć, że
Arnold Schwarzenegger jest wciąż przede
wszystkim kulturystą, a raczej Kulturystą
przex wielkie "K". |