Artykuł pochodzi z 18 numeru UFO (kwiecień-czerwiec 1994)
W październiku
600 rozczarowanych ludzi musiało odejść z kwitkiem sprzed zapełnionego
po brzegi audytorium Florida Junior College w Jacksonville.
Wszyscy oni pragnęli wysłuchać prelekcji fizyka jądrowego
Stantona Friedmana zatytułowanej „Latające spodki istnieją
naprawdę”.
Norman R. Chastain, mieszkaniec Jacksonville, przyszedł wcześniej,
aby zająć siedzące miejsce. Jego zainteresowanie tą prelekcją
wynikało z czegoś więcej niż tylko zwykłej ciekawości. Nosił
w sobie od roku sekret, którego nikomu do tej pory nie ujawnił,
sekret dotyczący dziwnego zdarzenia, który zamierzał wyjawić
dopiero odpowiedniemu autorytetowi naukowemu, który zgodziłby
się zbadać tę sprawę „rzetelnie”.
Wieczorem po prelekcji zaczął pisać list do Stantona Friedmana
do UFO Research Institute w Kalifornii. Zaczynał się on od słów:
„Jestem zwykłym elektrykiem kolejowym i mam za sobą 35 lat
pracy w zawodzie…” Jego treść oraz badania, które
zainicjował, mogą sprawić, że przeżycie Normana Chastaina może
okazać się jednym z najniezwyklejszych przypadków w historii
zjawiska NOLi.
Chastain był zapalonym wędkarzem i w piątek wieczorem pod
koniec stycznia 1972 roku pojechał samochodem z przyczepą
kempingową i łódką kabinową w rejon wyspy Blount położonej
w ujściu rzeki St. Johns płynącej na wschód od Jacksonville.
Na wyspie znajdują się głównie obiekty przemysłowe —
miejskie doki, elektrownia oraz liczne słupy przesyłowych linii
energetycznych. Niedługo potem Towarzystwo Audubon wytoczyło w
sądzie proces o anulowanie decyzji zezwalającej na lokalizację
na niej elektrowni jądrowej.
Dla Chastaina Blount była skrawkiem spokojnej wody i miejscem, w
którym można jeszcze było złowić dużego czerwonego okonia.
Zakotwiczył swoją łódź Sea Camper w odległości około 15
metrów od brzegu. Była pora przypływu. Po drugiej stronie
wyspy stał na kotwicy opuszczony statek pasażerski Constitution.
Noc tej łagodnej zimy była tak spokojna, że słyszał nawet
„maleńką żabę płynącą w poprzek rzeki”. Rozpoczął łowienie
i czas uciekał mu szybko. Około trzeciej w nocy dostrzegł
pomarańczowe i niebieskie błyski ponad Narodowym Pomnikiem
Fortu Karoliny.
„To pewnie światła ostrzegawcze Mosquita” – pomyślał,
lecz po chwili zmienił zdanie. Światła były stacjonarne i
unosiły się na wysokości około 100 metrów nad pomnikiem często
zmieniając kolor.
„Może to helikopter policyjny?” – pomyślał następnie,
lecz i to przypuszczenie wydało mu się wątpliwe, ponieważ nie
słyszał charakterystycznego warkotu ani innego odgłosu.
Nagle światła zaczęły zbliżać się do niego, po czym
zatrzymały się na wysokości około 50 metrów nad łodzią.
Znajdowały się na okrągłym obiekcie z kopułą, który był
teraz wyraźnie widoczny. Widząc go, Chastain wiedział, że to
na pewno nie jest pojazd ziemskiego pochodzenia. Miał średnicę
około 25 i wysokość 2,5 metra, a także kopułę wysokości 1,5
m i mrugające światła na obwodzie.
— Kiedy zobaczyłem to, wiedziałem, że to UFO, pierwsze w
moim życiu, no i byłem oczywiście do pewnego stopnia
przestraszony — powiedział. — Nie wiedziałem, co robić, i
nie wiedziałem, co to coś może zrobić!
Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, pomyślał, że być
może wzięto ruchome światła jego łodzi za inny pojazd tego
typu. Sea Camper miała dodatkowe mrugające czerwono-zielone światła
pozycyjne zainstalowane przez samego Chastaina, błyskające białe
światło na dziobie oraz kilka innych reflektorów. Zamontowana
na szczycie kabiny dwupalnikowa latarnia Colemana była również
zapalona.
Pojazd unosił się bezgłośnie nad łodzią przez około pięć
minut, dopóki Chastain nie przekręcił głównego wyłącznika
i nie wyłączył latarni. Niemal natychmiast NOL zaczął się
oddalać, zaś Chastain obserwował jego ciemną sylwetkę niknącą
na tle skał, skąd nadleciał.
Uznał w tym momencie, że jego dziwnie spotkanie skończyło się
i że nie zobaczy już więcej tego pojazdu. Miał teraz inne
zmartwienie, ponieważ w podnieceniu wywołanym obserwacją nie
zauważył, że przypływ wyrzucił go na brzeg. Zeskoczył na
brzeg wyspy i ruszył w poszukiwaniu kawałka drewna, którym mógłby
zepchnąć łódź z mielizny na głębszą wodę. Miał ze sobą
silną latarkę i świecił sobie pod nogi, aby nie wpaść do
jakiejś przypadkowej dziury. Po pewnym czasie znalazł
trzymetrowy drąg i ruszył w drogę powrotną.
— Zatrzymałem się w odległości około 25 metrów od łodzi,
aby odsapnąć przez chwilę, jako że drąg był ciężki —
powiedział. — Uniosłem znad ziemi światło latarki, aby
sprawdzić, czy łódź nadal tkwi w przybrzeżnym mule, i wówczas
dostrzegłem na skraju zarośli najdziwniejsze stworzenie, jakie
można tylko sobie wyobrazić!
Była to obca istota ubrana w obcisły strój przypominający
staroświecką, męską zimową bieliznę, z tą różnicą, że
„była ona ciemnosrebrzystego koloru i lekko świeciła”. Stała
w wysokich do pasa zaroślach, miała 1,5-1,7 metra wzrostu, krótkie
ręce i dużą głowę z wąskimi uszami i lekko zaostrzonym
podbródkiem, zwieńczoną wydzielającym poświatę dyskiem. Miała
lekko otwarte, wyraźne usta, nieproporcjonalnie duże, wypukłe
oczy, które w świetle latarki sprawiały wrażenie szklanych.
— Zupełnie nie przypominała człowieka! — powiedział.
Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie tkwiąc w
bezruchu. Potem istota podniosła lewą rękę, w której trzymała
jakiś przyrząd o średnicy około 10 centymetrów. Nastąpił błysk
białego światła, który niemal go oślepił. Po chwili jego
ciało zaczął ogarniać paraliż rozprzestrzeniający się
stopniowo od szyi w dół całego ciała.
— Zataczałem się nie mogąc ustać na nogach, w związku z
czym położyłem się w wysokiej trawie. Ręce i nogi zdrętwiały
mi i stały się bezwładne, tak jak to się czasami dzieje po dłuższym
ucisku którejś z kończyn. Chciałem wołać o pomoc, mając
nadzieję, że jest jeszcze ktoś na wyspie oprócz mnie i że będzie
mógł mi przyjść z pomocą, lecz po namyśle uznałem, że
lepiej będzie jednak leżeć cicho, ponieważ przyszło mi na myśl,
że to do diabła podobne stworzenie mogłoby podejść do mnie i
mnie wykończyć.
Po tym, jak jasny błysk z broni tej istoty oświetlił mu twarz,
do włosów i jego ubrania przylgnął bardzo silny, przyprawiający
o nudności smród, który „był znacznie silniejszy od smrodu
wydzielanego przez skunksa”! Chastain nie miał pewności, czy
ten obrzydliwy zapach był częścią składową błysku, czy też
jednym z jego następstw.
— Przez pierwszą godzinę myślałem, że zginę, ale cały
czas modliłem się. W końcu paraliż zaczął ustępować. Stanąłem
na czworaka i poczołgałem się do łodzi. Nazajutrz, około południa,
osłabienie ustąpiło i znowu mogłem chodzić. Dzień był ciepły.
Zobaczyłem łódkę na wodzie — kołysała się w odległości
około 15 metrów od brzegu. Drzwi do kabiny były otwarte, a w
środku nie było nikogo.
Nieznośny smród wciąż się na nim utrzymywał. Podpłynął
do łodzi, włożył kąpielówki i wysuszył ubranie, lecz smród
nadal się utrzymywał. Wymył włosy środkiem dezynfekcyjnym i
w drodze do domu wyrzucił ubranie od przydrożnego rowu. Czuł
się prawie normalnie z wyjątkiem uczucia szczególnej lekkości,
tak jakby unosił się w powietrzu. Jego dziwny wygląd i
zachowanie nie uszły uwadze jego żony.
— Co z tobą, Norman? — zapytała, gdy tylko wszedł do domu.
— Co się stało?
Nie chciał jej niepokoić opowiadaniem szczegółów swojej
przerażającej przygody, ponieważ była lekko schorowana.
— Nałgałem jej trochę. Powiedziałem, że były duże fale i
dostałem morskiej choroby. Co więcej, nie powiedziałem o tym
zdarzeniu nikomu, ponieważ bałem się, że mnie wyśmieją lub
pomyślą, że dostałem bzika!
Nie wiedział, że to jeszcze nie był koniec tej przygody.
Nazajutrz poszedł do lekarza zrobić na wszelki wypadek badania
kontrolne, bojąc się, że to światło, którym został porażony,
mogło dokonać jakichś trwałych uszkodzeń w jego organizmie
albo że ten paraliż mógł być wynikiem lekkiego zawału serca.
Lekarz rozwiał jednak jego obawy, stwierdzając, że jest całkowicie
zdrowy.
Wrócił na wyspę i za dnia przeczesał tamto miejsce w
poszukaniu śladów, które by potwierdziły, że to nie było
przywidzenie, jednak nic nie znalazł. Wąchał trawę i krzaki w
miejscu, w którym upadł, lecz ten wstrętny odór ulotnił się.
Drewniany drąg leżał w tym samym miejscu, w którym go zostawił.
Następnie wrócił do pracy i zachowywał się, jak gdyby nic się
nie stało.
Lecz jego noce nie były już normalne. Zaczęła mu się śnić
obca planeta zamieszkała przez dziwnie wyglądające stworzenia,
porośnięta olbrzymimi kwiatami, posiadająca linie produkcyjne,
z których schodziły talerzokształtne pojazdy. Nie wspomniał o
nich nikomu, podobnie jak o swoim przeżyciu na wyspie Blount.
Nie wiedząc zbyt wiele na temat zjawiska NOLi, nie był świadom,
że wiele tego typu obiektów często widywano nad liniami
energetycznymi, elektrowniami i instalacjami atomowymi. Nie słyszał
też o zdarzeniach, podczas których dochodziło do spotkań z
humanoidami, w związku z czym nie mógł wiedzieć, że istota,
którą widział, wcale nie była czymś wyjątkowym, zarówno
pod względem wyglądu, jak i sposobu zachowania. Szarosrebrzyste,
obcisłe kombinezony, wydatne połyskujące oczy, ostro zakończone
uszy, tajemnicze promienie, które oślepiały i paraliżowały
świadków – wszystko to było dobrze znane z obserwacji
wiarygodnych świadków odnotowanych przez badaczy zjawiska NOLi
na całym świecie.
Klasycznym przypadkiem tego typu jest zdarzenie z Hopkinsville w
stanie Kentucky. Widziane tam istoty wywołały podobne zjawiska
do tych, które wystąpiły na wyspie Blount. To jedno z
najbardziej klasycznych zdarzeń, jakie miały miejsce na terenie
Stanów Zjednoczonych, wydarzyło się w roku 1955 i figuruje w
oficjalnych dokumentach sił powietrznych jako „niezidentyfikowane”.
Jest często przytaczane i opisywane w różnych książkach i
czasopismach. Jego opis przedstawiony przez Jacquesa Vallée w
Anatomy of a Phenomenon (Anatomia zjawiska) zawiera wiele szczegółów
pominiętych w innych opracowaniach. Vallée starał się przede
wszystkim zwrócić uwagę biologów na nietypowe zachowanie się
owych istot, które jego zdaniem warte jest szczególnego
zainteresowania.
Istoty te miały 1,2 metra wzrostu, duże, ostro zakończone uszy
i sięgające prawie do ziemi ręce o długich paznokciach
przypominających szpony. Ubrane były w „poniklowany” strój.
Tuż przed ich przybyciem na farmę rodziny Suttonów składającej
się z trojga dzieci i ośmiu dorosłych jedno z dzieci widziało
latający obiekt, który wylądował z tyłu zabudowań. Dorośli
stwierdzili, że musiało im się przywidzieć i że był to na
pewno meteoryt. Zmienili zdanie dopiero wtedy, gdy do ich domu
zaczął się zbliżać „mały człowiek” z podniesionymi do
góry rękoma.
Gest ten oznaczał zapewne brak wrogich zamiarów, jednak nie
został zrozumiany przez przestraszonych mieszkańców farmy.
Jeden z nich złapał strzelbą i strzelił przez drzwi, lecz
strzał ten nie wywołał pożądanego efektu. Nieznana istota
zrobiła koziołka i zniknęła w ciemnościach. (Odgłos, jaki
się rozległ po jej trafieniu, przypominał dźwięk, jaki
powstaje po trafieniu kulą blaszanego wiadra). To zachowanie
mieszkańców farmy nie zniechęciło tych istot, które „nękały”
ich swoją ciekawością chodząc po dachu i zaglądając do
okien jeszcze przez wiele godzin. (Istnieją pewne wątpliwości
co do dokładnej ilości istot, jako że jeden ze świadków
stwierdził w trakcie dochodzenia prowadzonego przez siły
powietrzne: „Mówię tylko to, co widziałem, a widziałem dwóch
ludzi lub tego samego dwa razy”).
W czasie chwilowej przerwy w tej „bitwie” przerażeni
Suttonowie wsiedli do samochodów i uciekli z farmy do
pobliskiego miasteczka. Po pewnym czasie wrócili na nią wsparci
miejscową i stanową policją. Jeden z jadących w jej kierunku
oficerów zeznał, że widział kilka dziwnych „meteorów”,
które leciały z tamtego rejonu. Gdy wyjrzał wraz z żoną
przez okno samochodu, widział dwa z nich, jak przelatują nad
ich głowami wydając „zmiennotonowe” dźwięki. Oględziny
miejsca zdarzenia niczego nie wykazały poza śladami strzałów
z broni Suttonów. Po pojeździe i istotach nie pozostał żaden
ślad.
Jak twierdzi Vallée, z biologicznego punktu widzenia interesujące
jest to, że „oczy istot były duże i bardzo czułe, ponieważ
zbliżały się one do farmy z najciemniejszego miejsca. Nie
zauważono w nich ani źrenic, ani powiek – świadkowie odnieśli
wrażenie, że włączenie przez nich zewnętrznego oświetlenia
domu powstrzymywało je od zbliżania się do niego”.
Czy możemy zatem założyć, że gdy Chastain stał przerażony
widokiem obcej istoty w srebrzystym kombinezonie oświetlonej światłem
latarki, odczuwała ona ból lub miała inne nieprzyjemne
odczucia z powodu tego światła i w odpowiedzi zareagowała porażeniem
świadka swoim promieniowaniem świetlnym? Podobnie jak w
przypadku Suttonów, również ta istota miała duże, połyskujące
oczy, które nie posiadały ani źrenic, ani powiek.
Jeśli ta istota była w rzeczywistości robotem, którego
zadaniem było wykonanie jakichś pomiarów (analiza gleby etc.)
w miejscu przyszłej elektrowni atomowej, i jeśli Chastain
przeszkodził jej w wykonaniu tego zadania, to jest oczywiste, że
musiał zostać unieszkodliwiony. Takie spekulacje na temat celu
i zachowań obcych istot można by snuć praktycznie bez końca,
niemniej wszelkie podobieństwa, jakie występują w różnych
dobrze sprawdzonych przypadkach winny być dokładne zanalizowane.
Niezbite dowody na autentyczność jego przeżycia ujawniły się
niespodziewanie w trzy dni po obserwacji i co najciekawsze na
jego działce położonej z tyłu za domem. Był koniec stycznia
1972 roku. W pewnej chwili ze snu wyrwał go grzmot pioruna.
— Padało i błyskało, a potem ten sam niesamowity odór, który
czułem wtedy, gdy zostałem porażony tamtym światłem, zaczął
wlewać się przez okno sypialni. Wyskoczyłem z łóżka, aby je
zamknąć, a następnie chwyciłem za broń i nie zasnąłem już
do rana, wsłuchując się i węsząc, czy nie dochodzi do mnie
ten mdlący smród. Zastanawiałem się, czy było możliwe, aby
ta istota mogła mnie zlokalizować po tym, jak opuściłem wyspę.
Tej burzliwej nocy wstawał wiele razy i podchodził do okna, aby
zerknąć przez nie. Jego żona spała w oddzielnej sypialni
usytuowanej po drugiej stronie domu. W końcu burza skończyła
się i nastał ranek. Gdy usłyszał krzątanie się swojej żony
i miauczenie kota proszącego o wypuszczenie na dwór, szybko
ubrał się i z bronią w ręku ostrożnie uchylił drzwi prowadzące
na tył domu, skąd dochodził odór.
To, co zobaczył, sprawiło, że przez chwilę wydawało mu się,
że postradał zmysły. Tuż za Sea Camper wyrastał z ziemi rząd
„głów” cielistego koloru. Wyglądało to jak scena z filmu
z gatunku horrorów. Wszystkie te „rośliny” przypominały
kształtem obcą istotę, którą spotkał na wyspie, i wydzielały
ten sam odór! Trzy z piętnastocentymetrowych głów miały
otwarte usta i oczodoły wypełnione białą substancją wyglądającą
jak lukier. Wydawały się być wykształcone do końca, podczas
gdy dwie pozostałe, mniejsze, przypominały „nowo narodzone
niemowlęta z zamkniętymi oczyma”. Przeszył go dreszcz,
spojrzał na niebo, a potem na ziemię w poszukiwaniu statku
kosmicznego i innych roślin, lecz niczego niezwykłego więcej
nie zobaczył.
Chcąc, aby ktoś jeszcze zobaczył te dziwne rośliny, poszedł
do kilku zaprzyjaźnionych sąsiadów, jednak żadnego z nich nie
zastał w domu, ponieważ pojechali już do pracy. Rozsierdzony
wrócił do domu, chwycił łopatę i wykopał dwie z większych
głów oraz obie mniejsze, po czym wyrzucił je na pobliskie
wysypisko śmieci. Następnie zawołał żonę i powiedział jej,
aby wyszła z nim na tylne podwórze.
— Mój Boże, to wygląda jak z innego świata! — powiedziała
całkowicie zaskoczona.
Postanowił opowiedzieć jej o swojej przygodzie na wyspie Blount,
lecz w ostatniej chwili zrezygnował ze względu na stan jej
zdrowia, ponieważ zaczęła okazywać jej pierwsze objawy pod wpływem
panującego wokół smrodu.
— Idź do domu i wezwij policję! — powiedział do niej. —
Powiedz im, że coś dziwnego rośnie na naszym podwórzu za
domem.
— A oni powiedzą, że jestem pijana lub stuknięta, kiedy im
to opiszę. Różowy diabeł o wielkich oczach, spiczastych
uszach i okrągłych ustach i że wydobywa się z niego smród na
całe sąsiedztwo? — odrzekła.
Przyznał jej rację, lecz nadal chciał, aby zobaczył to ktoś
jeszcze. Chwycił łopatę i wykopał pozostałe rośliny, następnie
wsiadł do samochodu i pojechał do siedziby gazety w
Jacksonville z jedną „głową” na podłodze z przodu
samochodu.
— Musiałem jechać z głową wystawioną na zewnątrz
samochodu, ponieważ ten smród wręcz mnie obezwładniał —
powiedział. — Kręciło mi się w głowie i zaczęło ogarniać
mnie to samo uczucie bezsiły, które opanowało mnie na wyspie.
Bałem się, że ogarnie mnie paraliż, zanim dotrę do siedziby
gazety.
Ledwie udało mu się uniknąć zderzenia z innym samochodem.
Musiał silnie zahamować, w wyniku czego „głowa” uderzyła
o ostrą krawędź podłogi. W rezultacie zaczęła się z niej
wydobywać czerwona substancja, która przypominała do złudzenia
krew.
Opowiadając redaktorowi gazety o tej dziwacznej roślinie w
samochodzie, starał się sprawić wrażenie, że to, o czym mówi,
jest jak najbardziej prawdopodobne, nie wspominając ani słowem
o swojej przygodzie na wyspie.
Redaktor przyglądał się mu podejrzliwie.
— To wszystko prawda, czy też golnął Pan sobie co nieco?
— Jestem niepijący — odrzekł Chastain — ale ta rzecz, która
jest teraz w moim samochodzie, odurzyła mnie swoim odorem!
W chwilę potem Chastain udał się z grupą kilku reporterów do
samochodu. Jeden z nich przyjrzawszy się bliżej „głowie”,
powiedział:
— Zajrzyjcie jej do ust! To ma nawet małe zęby!
Żaden z redaktorów nigdy nie widział takiej „głowy”, w
związku z czym nikt z nich nie potrafił jej zidentyfikować,
tak jak i żaden ze współpracowników Chastaina z Seaboard
Coast Line Railroad Company, gdzie udał się po opuszczeniu
redakcji w poszukiwaniu dodatkowych świadków. Na widok „głowy”
brygadzista John Ellis powiedział podekscytowanym głosem:
— Mój Boże, czy to to tak śmierdzi?
— Spójrzcie na tę czerwoną substancję wyciekającą z tyłu
głowy! — powiedział hydraulik Clyde Schramm.
Po niespełna dobie wszystkie „głowy” skurczyły się do
rozmiarów kauczukowych piłek, podobnie jak te, które Chastain
wkopał z powrotem w miejscu, w którym poprzednio rosły, aby
zobaczyć, co będzie dalej, jednak żadna z demonicznych roślin
nie wyrosła z ziemi ponownie.
W chwili pisania tego artykułu próbki gruntu pobrane z różnych
głębokości na podwórzu położonym z tyłu domu Chastaina
oraz na wyspie Blount poddawane są różnorodnym badaniom w
kilku laboratoriach. Wstępne badanie mikroskopowe wykazało, że
ziemia pochodząca z podwórza zawiera fungi hyphae (włókna
korzeni grzybów), i jest nadzieja, że znajdujące się w niej
zarodniki rozwiną się w komorze wilgotnościowej ustawionej na
warunki podobne do tych, które panowały w nocy poprzedzającej
ich wzrost.
Czym one są? Pozaziemskimi zarodnikami zasianymi w ziemskiej
glebie? Dopóki nie znana jest odpowiedź na to pytanie, warto
zastanowić się również nad innymi możliwymi hipotezami. Jedną
ze wskazówek może być silny fetor wydzielany przez „głowy”.
Luis C.C. Krieger w Przewodniku po grzybach pisze, że cała gama
grzybów pod nazwą „stinkhorns” („śmierdziorożki”)
wydziela „nieznośny smród przypominający zapach sera «Limburger»
zwielokrotniony do n-tej potęgi”. Odór ten przywabia muchy,
które roznoszą następnie na swoich ciała ich zarodniki. Muchy
składają na nich jajeczka, dzięki czemu ich larwy wgryzając
się w ich tkanki mają dostęp do pokarmu. Powstałe w tkance śmierdziorożków
w wyniku ich żerowania kanaliki tworzą różnorodne wzory, zaś
niektóre z nich wydzielają po ich nacięciu lub rozdarciu
czerwoną, podobną do krwi ciecz. Czy wyklucza to jakikolwiek
związek między obcą istotą z wyspy a dziwacznymi roślinami
na podwórzu Chastaina? Może świadek po prostu wdepnął w
kolonię śmierdziorożków na wyspie, przeniósł na swoich
butach lub ciele ich zarodniki do swojego domu, gdzie następnie,
kilkanaście dni później, wyrosły one z ziemi dzięki sprzyjającym
warunkom atmosferycznym.
Specjaliści pracujący nad tym przypadkiem nie mogą dojść do
wspólnych wniosków. Prawdopodobieństwo, że czerwie zjedzą
dokładnie ten sam rodzaj śmierdzioróżka można by nazwać
zbiegiem okoliczności, lecz szansa, że zostaną one zjedzone w
dokładnie ten sam sposób, w wyniku czego uzyskają ten sam
kształt, wyraża się ułamkiem, w którego mianowniku jest
liczba astronomicznie wielka. Szansa, że grzyby mogłyby przyjąć
kształt przypominający istotę z wyspy, jest również znikoma.
Interesujące jest to, że „głowy” wyrosły w pobliżu
miejsca, w którym Chastain spuścił wodę z Sea Camper, która
być może została napromieniowana przez unoszącego się nad
łódką NOLa.
Profesor Leslie Paleg z Uniwersytetu w Adelajdzie w Australii
przedstawił rewelacyjną metodę modyfikowania zachowań i
wzrostu roślin za pomocą promieniowania laserowego.
— Wystarczą krótkotrwałe naświetlania laserem, ponieważ
jego światło jest bardzo spójne i intensywne — oznajmił.
— Stwierdziliśmy na przykład, że jednosekundowe naświetlenie
laserem z odległości około 500 metrów winorośli „poranny
blask” wpływa na jej wzrost.
I chyba właśnie tu leży klucz, nie tylko do rozwiązania
zagadki przypadku Chastaina, ale wielu innych bliskich spotkań z
NOLami, podczas których doszło do ich lądowań, po których
pozostały trwałe ślady w glebie oraz olbrzymie kręgi
zmutowanej roślinności rosnącej wokół tych miejsc.
Zastosowania laserów, mikrofal oraz innych rodzajów energii w
badaniach biologicznych są dopiero początkującą dziedziną
badań. Jeśli uda się przy ich pomocy spowodować kiełkowanie
grzybów w próbkach gruntu z Florydy, wówczas być może uda się
określić, jaki rodzaj światła – lub energii – spowodował
te mutacje, co może w końcowym rezultacie doprowadzić do
jeszcze bardziej konkretnych danych dotyczących technologicznych
sekretów latających spodków i ich załóg.
Przełożył
Jerzy Florczykowski
Autor Ann Slate