Artykuł pochodzi z 6 numeru UFO (kwiecień-czerwiec 1991)
Jak już
wspomniałem w poprzednim opracowaniu „Historia ruchu
ufologicznego w ZSRR” (UFO, nr 5), dopiero w 1989 roku prasa
radziecka zaczęła zamieszczać informacje na temat obserwacji
NOLi dokonanych na terytorium ZSRR. Oczywiście w latach wcześniejszych
pojawiały się od czasu do czasu artykuły o „dziwnych
obiektach widywanych na niebie”, ale były one traktowane w
sposób humorystyczny lub natychmiast „wyjaśniane” jako
balony, meteoryty etc. Pisałem już o tym i napomykam jedynie
gwoli przypomnienia.
Znamy wiele obserwacji sprzed roku 1989, problem jednak tkwi w
tym, iż nie dysponujemy na ich temat żadnymi fachowymi
raportami, a jedynie relacjami prasowymi. Z tego też względu
nie możemy być w 100 procentach pewni, czy dana obserwacja
opisana w czasopiśmie miała faktycznie miejsce. Opisanie bowiem
jakiegoś zdarzenia w gazecie nie jest jednoznaczne z jego
realnym zaistnieniem, czego dowodzi wiele przykładów zarówno z
terenu Polski, jak i ZSRR1.
Oczywiście nie sposób w krótkim opracowaniu przedstawić
wszystkie obserwacje. Poza tym kilkadziesiąt obserwacji NOLi z
terenu ZSRR – zwłaszcza z lat 1989-1990 – było już
niejednokrotnie opisywanych w prasie polskiej, w związku z czym
zakładam, że są już one znane Czytelnikom UFO i nie ma sensu
powtarzać ich opisów (np. Konacewo, Charowsk, Woroneż).
Ograniczę się więc do przedstawienia kilkanastu przypadków
obserwacji lub spotkań z NOLami, które nie były cytowane w
prasie polskiej lub też były przedstawiane fragmentarycznie, a
których „prawdziwość” udało mi się potwierdzić w
korespondencji z ufologami radzieckimi. Na początek jednak
cofnijmy się w lata odleglejsze, do „historycznej ery NOLi”.
Najwcześniejszą prawdopodobną obserwacją NOLa z terenu ZSRR,
na temat której posiadamy nieco informacji, jest zdarzenie z 15
sierpnia 1663 roku, które jak sądzę znane jest Czytelnikom i
dlatego przytoczę je w skrócie.
Tego dnia w czasie mszy odbywającej się w parafialnej cerkwi położonej
w gminie robozierskiej, powiat biełozierski, z nieba dobiegł
nagle wielki szum. Wierni, którzy pod wpływem tego odgłosu
wyszli na zewnątrz, zauważyli na niebie „wielki ogień” o
średnicy ponad 40 metrów, z przodu którego wydobywały się
dwa ogniste promienie, a z tyłu ciągnęła się smuga dymu.
Leciał z północy na południe, gdzie po niedługim czasie
zniknął. W chwilę potem pojawił się jednak znowu nad
jeziorem, w rejonie którego zniknął. Przeleciał około 1
kilometra z południa na zachód, po czym ponownie zgasł. Następnie
pojawił się raz jeszcze i ostatecznie zniknął na zachodzie. W
pewnej fazie obserwacji obiekt zawisł nad jeziorem Roboziero. Chłopi
popłynęli łódką w jego pobliże, ale na skutek gorąca
emanującego od obiektu musieli się oddalić. Na powierzchni
wody, w miejscu nad którym unosił się obiekt, pojawiła się
substancja podobna do rdzy...
Źródłem tej informacji jest list Iwaszki Rżewskiego napisany
do „Jego Wysokości Archimandryty Nikity, Jego Wysokości
Starca Matwieja i starców soborowych klasztoru św. Cyryla”,
co pozwala przyjąć, że powyższe zdarzenie miało faktycznie
miejsce.
Opisane w zaledwie kilku zdaniach w jednym z artykułów
opublikowanych w prasie radzieckiej2 obserwacje NOLi z 27 lipca
1909 roku (Połonne), 9 września 1914 roku (stacja Rozdielnaja
koło Odessy) i 26 listopada 1914 roku (Dymer) pomijam, ponieważ
nie mam na ich temat „potwierdzeń” z innych źródeł.
Dysponuję natomiast opisem obserwacji z września 1930 roku, który
pochodzi z archiwum Gorkowskiej Sekcji Badań Anormalnych Zjawisk
Atmosferycznych.
Pięciu ludzi jadących wieczorem wozem konnym w pobliżu
miejscowości Kurgan widziało ognistą kulę o średnicy około
1,5 metra, która krążyła wokół furmanki. Przestraszeni świadkowie
w pewnym momencie stracili przytomność, a gdy ją odzyskali
kilka godzin później (w nocy) spostrzegli, że leżą w dużej
jamie. Wóz był przewrócony, a koń wyprzęgnięty. Przypadek
ten jest obecnie rejestrowany przez wspomnianą grupę gorkowską.
I jeszcze jedna obserwacja, tym razem z okresu II wojny światowej,
podana przez czołowego radzieckiego ufologa, Feliksa Zigla.
W lipcu 1943 roku w rejonie Kurska, w czasie trwającej tam słynnej
bitwy pancernej nad pasem „ziemi niczyjej” zawisł na chwilę
ogromny NOL.
Wróćmy do „współczesnej ery NOLi” i przypadków
rejestrowanych. Dnia 4 czerwca 1958 roku dr B. Muratow i jego syn,
student Uniwersytetu Moskiewskiego, wracali znad jeziora
Aralskiego, gdzie spędzili cały dzień łowiąc ryby. Znajdując
się około godziny 21.00 w okolicy miasteczka Czimbaj (Karakapakia,
Uzbeskistan), ujrzeli jednocześnie nadlatujący z północnego
wschodu na niewielkiej wysokości dziwny obiekt. Początkowo sądzili,
że to samolot, ale kiedy obiekt zbliżył się i przeleciał nad
ich głowami na wysokości około 100 metrów, zobaczyli, że to
ogromny, metaliczny dysk o średnicy około 25 metrów. Jego górna
powierzchnia zwieńczona była kopułą. Wydawał melodyjny dźwięk
przypominający „dzyń-dzyń” i poruszał się z prędkością
około 300 km/godz. Miał lśniące powierzchnie; jedna z nich
miała czerwonawy odcień. Po chwili obiekt znikł im z oczu.
Świadkiem następnej obserwacji był pracownik Akademii Nauk
Medycznych ZSRR, dr L.I. Kuprinow. Oto fragment jego relacji:
31 lipca 1969 roku wraz ze swymi znajomymi jechałem samochodem
do Usowa pod Moskwą. Zatrzymaliśmy się przed przejazdem
kolejowym w okolicy Raboczewo Posjełka w rejonie Kuncewskim,
gdzie mnie i inne samochody zatrzymały przejażdżające tamtędy
pociągi. Była piękna prawie bezchmurna pogoda. O godzinie 20.00
ujrzeliśmy dwa wyraźnie widoczne na tle nieba dyskoidalne
obiekty. Przeleciały nad nami z ogromną prędkością. Po ich
przelocie przejechał pociąg i wróciliśmy do auta.
Bezskutecznie próbowałem uruchomić silnik, który w ogóle nie
reagował na moje wysiłki. Wyszedłem z auta, aby go obejrzeć i
wtedy stwierdziłem, że kierowcy wszyskich sześciu samochodów
stojących przed przejazdem mają taki sam problem. Przez prawie
dwie minuty żaden z silników nie dał się uruchomić.
Kolejne dwa przypadki dotyczą obserwacji NOLi w kształcie „latarki
elektrycznej”. Pierwszy z nich posiada wysoki stopień
wiarygodności, jako że pochodzi od Feliksa Zigla, jednego z
najlepszych radzieckich ufologów.
19 sierpnia 1977 roku gigantyczną „lampkę elektryczną”
widziano nad Moskwą w rejonie Sierpuchowa. Jakiś czas latała
nad tym rejonem, po czym wylądowała w okolicy stanicy Szarapowa
Ochota. Niedługo potem w tamto miejsce udała się dziewiętnastoosobowa
ekipa badawcza. Znaleziono zwiędłe korony drzew oraz korę
opaloną nieznanym rodzajem promieniowania termicznego. Pobrano
wiele próbek gruntu, których analiza, jak stwierdził F. Zigel,
„wykazała, że w niektórych miejscach gleba została całkowicie
wysterylizowana, zaś poza strefą lądowania była ona nasycona
mikroorganizmami. Poza tym w rejonie owego CE-II, w niektórych
miejscach, grunt był dokładnie rozdrobniony i to w sposób, w
jaki można uzyskać to jedynie za pomocą ultradźwięków”.
W wydawnictwie Prawda wydawana jest gazeta wewnętrzna
przeznaczona dla pracowników wydawnictwa. Nazywa się ona
Prawdist. W jednym z jej numerów (z 15 października 1977 roku)
opublikowano notatkę słynnego radzieckiego dziennikarza Borysa
Strielnikowa, w której podał on, iż 13 września 1977 roku
wraz z grupą kolegów obserwował przelot NOLa, który
przypominał wyglądem ogromną elektryczną latarkę. Miało to
miejsce w mieście Chanty-Mansijsk położonym w obwodzie Tiumeńskim
w Zachodniej Syberii. Strielnikow był tam na spotkaniu z
miejscowymi dziennikarzami. Kiedy po spotkaniu wyszedł wraz z
nimi na ulicę, dostrzegł lecącą na niebie wielką „elektryczną
latarkę”. Rękojeścią zwrócona była w kierunku lotu. W
pewnym momencie wypuściła z siebie „ognisty przecinek”. „Przecinek”
wykonał wokół głównego obiektu kilka nieregularnych
geometrycznie ewolucji, po czym oba obiekty skierowały się w różnych
kierunkach.
Zapytywany, dlaczego opublikował tą relację (w owych czasach
publikacja tego typu wymagała nie lada odwagi), Strielnikow
odparł: „Nieustannie zamęczano mnie pytaniami, czy faktycznie
to widziałem. Dlatego właśnie zdecydowałem się odpowiedzieć
wszyskim jednocześnie: Tak, widziałem to!”
20 września 1977 roku miał miejsce słynny „fenomen
pietrozawodski”, który wymaga jednak osobnego omówienia w
oddzielnym artykule ze względu na mnogość towarzyszących mu
aspektów. Dlatego też z tego względu w niniejszym opracowaniu
sygnalizuję jedynie fakt jego zaistnienia.
W lutym 1985 roku maszynista Siergiej Orłow wraz z pomocnikiem
prowadzili pusty skład wagonów towarowych z Pietrozawodska w
kierunku zachodnim. Nagle z boku nad lasem pojawiła się świecąca
kula. Przez pewien czas leciała obok lokomotywy, a kiedy na krętym
podjeździe pociąg zaczął zwalniać bieg, przyspieszyła
emanując wokół jasną poświatę i zajęła miejsce przed
lokomotywą. Z powodu oślepiającego światła Orłow i jego
pomocnik widzieli przed sobą zaledwie niewielki odcinek drogi.
Nagle bez przyczyny cały zestaw zaczął nabierać prędkości.
Orłow włączył hamowanie, ale na nic się to nie zdało. Prędkość
pociągu utrzymywała się na poziomie 50 km/godz. Połączył się
więc z najbliższą stacją, informując o zdarzeniu oraz prosząc
o wolny przejazd. Dyżurna ruchu na stacji Panszukowa nie uwierzyła
wprawdzie w otrzymaną informację, niemniej na wszelki wypadek
dała składowi „zielone światło”. Wyszła na peron i zauważyła
przed lokomotywą jasną, białą kulę, w środku której widać
było zarys ognistoczerwonego dysku. Przed samą stacją obiekt
odleciał na bok i nawet zniknął na kilka sekund. Kiedy jednak
pociąg minął stację, obiekt pojawił się znowu i zajął
swoje poprzednie miejsce. Nastąpiło w tym momencie (bez udziału
maszynisty) wyraźne hamowanie i prędkość pociągu spadła z
50 do 20 km/godz. Trwało to jednak tylko chwilę, po czym skład
ponownie zaczął się rozpędzać. Orłow spróbował zahamować,
ale tak jak poprzednim razem nie udało mu się. Ta dziwna podróż
trwała na odcinku kilkudziesięciu kilometrów przez blisko
godzinę. Przez cały ten czas kontrolka prędkości w kabinie
maszynisty stała na zerze, co znaczyło, że lokomotywa nie miała
własnego ciągu. Jej rolę pełnił NOL. Kiedy w końcu kula
zniknęła, maszynista zatrzymał pociąg. Nie pozostały żadne
widoczne ślady po tej „szaleńczej jeździe”. Jedynie 300
litrów zaoszczędzonego paliwa świadczyło, że wszystko zdarzyło
się na jawie.
Pietrozawodska Grupa Badań NOL zebrała wszelkie możliwe dowody
i relacje świadków oraz skrupulatnie je zbadała – nie
potrafiła jednak wyjaśnić w naturalny sposób tego zdarzenia.
29 stycznia 1986 roku o godzinie 19.55 mieszkańcy Dalniegorska
położonego w pobliżu Władywostoku w Nadmorskim Kraju
dostrzegli lecącą bezgłośnie równolegle do powierzchni ziemi
czerwoną kulę o średnicy 2-3 metrów. Leciała z północnego
zachodu od strony Góry Sacharnoj w stronę dworca autobusowego,
ale gdy znalazła się nad górą Izwiestkowaja (określanej również
z racji jej wysokości „wzgórzem 611”), wykonała nagle
niespodziewany manewr i zgodnie z relacjami świadków uderzyła
w występ skalny, rozbijając go i rozsypując wokół odłamki będącej
na jego drodze bryły skalnej o objętości około 5 metrów sześciennych.
W miejscu zderzenia kuli ze skałą zaobserwowano błysk światła,
które było tak jaskrawe, jak światło powstające przy
spawaniu. Jak twierdzą naoczni świadkowie – kilka uczennic,
które znajdowały się w pobliżu miejsca „katastrofy” –
kula poruszała się z prędkością 15 m/sek i w pewnym momencie
zawisła nad występem skalnym, kilka razy powoli wzniosła się
i opadła, po czym nastąpił wspomniany błysk światła. Kula
nie posiadała żadnych wystających części, zaś jej korpus
miał kolor lekko rozgrzanej nierdzewnej stali. Otaczała ją
niewielka czerwona aureola.
Służba obserwacji ruchu powietrznego stwierdziła, że
trajektoria lotu obiektu wiodła od strony Oceanu Indyjskiego.
Kulisty obiekt przeleciał na wysokości 1-2 metrów nad i około
20 metrów obok komina „Dalpolimetalu”.
Przybyli niebawem na miejsce zdarzenia przedstawiciele
ufologicznej grupy badawczej z Dalniegorska odkryli ślady działania
wysokiej temperatury na grunt, roślinność zniszczoną przez
nieznany rodzaj promieniowania oraz sześć śladów
namagnesowanej krzemionki. Było to niemałym zaskoczeniem dla
specjalistów, ponieważ krzem nie posiada właściwości
magnetycznych. Oznaczało to więc, że kula posiadała olbrzymią
energię i wytwarzała potężne pola magnetyczne. Znaleziono również
ołowiane i żelazne kulki o średnicy 2-4 mm. Te ostatnie nie
dawały się obrabiać stalą wysokogatunkową, a jedynie
diamentem. Temperatura topnienia tego żelaza jest o prawie 100
stopni niższa od normalnej. Wszystkie okazy są namagnesowane,
co jest także niezrozumiałe, gdyż normalnie wysoka temperatura
pozbawia materiały własności magnetycznych. Badania wykazały,
że odległości między atomami w siatce krystalicznej wynosiły
nie 3,86 A jak w przypadku normalnego żelaza, ale 3,84. Kulki
przy zbliżeniu ich do kompasu powodowały odchylenie igły
magnetycznej o 5-8 stopni, mimo iż forma kulista nie powinna mieć
właściwości magnetycznych.
Ogromne zainteresowanie wzbudziło jeszcze jedno znalezisko, tzw.
„siateczka” – złożony minerał węglopochodny. Został on
poddany badaniom przez uczonych z Tomska, Syberyjskiego Oddziału
Akademii Nauk ZSRR i innych – ogółem w 3 ośrodkach
akademickich i 11 instytutach. Okazało się, że w „siatkach”
jest prawie cała tablica Mendelejewa. Analiza rentgenologiczna
wykazała, że z jednej „siatki” po przetopieniu jej w próżni
nagle zniknęło złoto, srebro i nikiel, za to pojawił się
alfa-tytan i molibden. W drugiej po podgrzaniu pojawił się
siarczek berylu. W powietrzu „siatka” znikała bez śladu w
temperaturze 900o C, natomiast w próżni nie topiła się nawet
przy temperaturze 2800o C. W stanie normalnym nie przewodziła prądu,
natomiast przy nagrzaniu zaczyna przewodzić elektryczność. W
jednej z „siatek” znaleziono kawałki cieniutkich nitek grubości
17 mikronów, które z kolei składały się z jeszcze cieńszych
włókien skręconych w sznury. We włókna te wkręcone były równie
cieniutkie złote druciki. Specjaliści doszli do wniosku, że
przy obecnym poziomie rozwoju techniki, sporządzenie czegoś
takiego nie jest możliwe. Dr hab. chemii W. Wysocki stwierdził:
„Nie może być żadnych wątpliwości, że jest to produkt
wysoko rozwiniętej technologii, a nie przedmiot pochodzenia
naturalnego lub ziemskiego”.
Interesujący jest jeszce jeden fakt, związany z tym zdarzeniem.
U badaczy pracujących na miejscu zdarzenia zaobserwowano zmiany
w morfologii krwi (zmniejszenie liczby leukocytów i trombocytów
i zmiany w budowie erytrocytów), ujawniły się także
zaburzenia sensoryczne. Kiedy zakończono pierwszy etap prac, członkowie
ekspedycji sfotografowali się na miejscu prowadzonych badań.
Wszystkie zdjęcia okazały się prześwietlone...
Na zakończenie tego odcinka przeglądu radzieckich obserwacji
NOLi, chciałbym przytoczyć jeszcze trzy obserwacje, które miały
miejsce w 1989 roku, czyli podczas sławetnej „fali NOLi” w
ZSRR. Informacje o nich otrzymałem od Jarosławskiej Grupy Badań
NOL.
Na początku czerwca 1989 roku w rejonie wsi Jaratowo położonej
w rejonie sibajskim w Baszkirskiej SRR na oczach jej mieszkańców,
Abdułata Hasanowa i jego przyjaciela Azata Isjandawljetowa, wylądował
NOL. Obiekt w kształcie „talerza” miał 18 metrów średnicy,
wyposażony był w iluminatory i lśnił różnokolorowymi światełkami.
Na miejscu lądowania pozostały ślady w postaci pogniecionej
trawy w kole o promieniu 5-6 metrów. Zdarzenie miało miejsce o
godziny 2.00.
4 czerwca 1989 roku kijowianki Wiera Prokofiewna i Aleksandra
Stiepanowa wraz ze swoją sześcioletnią córką wybrały się
do kijowskiego parku. Oto ich relacja, która została
opublikowana między innymi przez gazetę Prawda Ukrainy:
Właśnie zmierzchało. Podeszłyśmy do dnieprowskiego brzegu i
ujrzałyśmy łódkę, a na niej trzy osoby ubrane w srebrzystą
odzież bez widocznych szwów. Twarze ich były blade i
identyczne, jak u bliźniaków. Włosy długie, koloru czerwonego
złota. Wielkie oczy. Kiedy wyszły z łodzi, zapytałyśmy: „Jesteście
turystami? Skąd pochodzicie?” Odpowiedzieli nam po rosyjsku,
ale z dziwnym akcentem: „Przylecieliśmy z innej planety. Wasz
rozum nie jest w stanie sobie wyobrazić, gdzie ona się znajduje.
Kiedy będziecie tacy jak my – zrozumiecie. My bierzemy każdego
dnia jednego człowieka z Ziemi do siebie. I was także
zabierzemy. Tutaj jest nasz statek. Pokażemy go wam”. Jeden z
nich poszedł przodem, a dwóch pozostałych obok nas, jakby nas
konwojowali. Chciałyśmy krzyczeć, uciekać, ale nie miałyśmy
sił. Czułyśmy, jakbyśmy były do nich przymagnesowane. Kiedy
patrzyli na nas, to czułyśmy kłucie na całym ciele. Prosiłyśmy,
żeby nas nie zabierali, argumentując, że mamy rodziny i dzieci.
Poprzez liście widziałyśmy błyszczącą konstrukcję podobnie
jak ich ubiory srebrzystego koloru. Wyglądała jak ogromna
beczka, na której wirowała antena. „Dobrze, nie weźmiemy was.
Znajdziemy kogoś innego” – stwierdzili w pewnej chwili, po
czym weszli do „beczki” po drabince, która ukazała się w
drzwiach. Kiedy weszli do środka, drzwi się zamknęły jak w
windzie i pojazd zupełnie bezszelestnie, nie wywołując nawet
podmuchu wystartował, szybko zmieniając się w maleńką
gwiazdkę.
Na marginesie powyższego zdarzenia warto odnotować, że tego
samego dnia rodzina Iskuskowych przebywała w swojej daczy we wsi
Pogorcy koło Kijowa. O godzinie 22.40 ujrzeli oni duży okrągły
latający obiekt, a następnie (prawdopodobnie po jego wylądowaniu)
„ludzi w srebrzystych skafandrach, którzy z niego wyszli”.
Niestety nie znam bliższych szczegółów dotyczących tego
przypadku.
26 czerwca 1989 roku około południa w mieście Lesozawodsk położonym
w Nadmorskim Kraju, daleko na wschodzie ZSRR, wybuchła panika,
którą wywołała chodząca jego ulicami dziwna „istota”.
Oto, co na ten temat powiedziała E.W. Boldierewa zamieszkała
przy ulicy Szczmakowskiej 11b:
Moja córka Oksana i jej koleżanka O. Chomicz wyszły właśnie
z cyrku, gdy ujrzały dziwnego człowieka. Szedł, a raczej płynął
środkiem drogi, lekko muskając nogami ziemię. Wydawał przy
tym dziwny dźwięk podobny do skrzypienia z popiskiwaniem.
Dziewczęta stanęły jak sparaliżowane nie mogąc ruszyć się
z miejsca. Istota zbliżyła się do nich, podnosła rękę i
przeciągnęła dłonią po swoich szarosrebrzystych włosach, po
czym powoli opuszczając rękę, ruszyła dalej. Na ziemi, w
miejscach gdzie stawała istota, pozostawały ślady koloru
srebrzystego, które powoli znikały. Gdy tylko istota minęła
je, dziewczynki pobiegły do autobusu. W momencie gdy istota była
blisko dziewczynek, zauważyły one, że emanuje ona blask, a także
odczuły gorąco, ponadto Oksanę rozbolała głowa”.
Ale na tym historia ta się nie skończyła. Gdy bowiem
dziewczynki wysiadły z autobusu, ponownie ujrzały tę samą (lub
identyczną) istotę. Oddajmy znów głos E.W. Boldierewej:
Istota szła w dalszym ciągu środkiem drogi, obracając głowę
to w lewo, to w prawo, jak gdyby rozglądając się. Nagle na
drodze pojawił się samochód prowadzony przez młodego mężczyznę.
Kierowca ujrzał istotę i przyhamował, ale stało się coś
niezwykłego. Istota zrobiła kilka kroków w jego kierunku i
jego auto przejechało poprzez nią. Wystraszony kierowca gwałtownie
zahamował i zatrzymawszy się po około 15 metrach, siedział
przez chwilę nieruchomo kurczowo trzymając kierownicę. Zarówno
on (szczególnie jego włosy), jak i samochód pokryci zostali
srebrzystym kolorem. W tym czasie zniknęły nogi istoty, lecz
mimo to przemieszczała się ona dalej i dopiero na moście zniknęła
cała jej sylwetka. Ślady istoty widoczne były jeszcze kilka
minut, potem i one zniknęły. Dziewczynki widziały to wszystko
ukryte za przystankiem”.
Brak danych na temat obiektu – prawdopodobnie nie został
zaobserwowany przez świadków.
Przypisy:
1. Jako przykład
posłużyć mogą: artykuł W. Łysiaka – „UFO w historii”
– opublikowany w warszawskim Tygodniku Kulturalnym z 1979.04.01.,
w którym przytoczonych kilka obserwacji NOLi okazały się być
wymysłem autora bądź przytaczana szeroko przez gazety
zachodnie publikacja P. Nieustrojewa „Pozaziemianie w
Obrabowsku” zamieszczona w Prawdzie z 1989.10.15. opisująca
calkowicie zmyślone CE-III.
2. Włodzimierz i Liubow Palienko, „Żandarmeria przeciw
lotnictwu”, Technika Mołodieży, nr 11, 1984.
Bronisław Rzepecki