UWAGA! Poniższy tekst pochodzi z bardzo dobrej książki na ten temat autorstwa Stanisława Kochańskiego "Brygady antyterrorystyczne", Warszawa 1992.
To nie był zwykły film sensacyjny, jakich wiele przewinęło się już przez mały ekran. To było coś nowego, zaskakującego. Telewizja londyńska pokazała Operację Nemrod - na żywo! Oglądały ją miliony.
Angielska brygada antyterrorystyczna SAS szturmuje gmach ambasady Iranu. Z dachu budynku zjeżdża na linach ośmiu komandosów. Jadą szybko jak wytrawni alpiniści, tylko stroje nie są wysokogórskie. Wyposażenie też jakby nieco inne. Czarne kombinezony, maski przeciwgazowe. Na głowach balaklawy - czarne kominiarki szczelnie zasłaniające twarz niczym arabskie czarczafy. W rękach pistolety MP5. Do pistoletów, nad lufą, przymocowane latarki. Na prawym nadgarstku zapasowe magazynki do pistoletów Browning HP. Sam pistolet przymocowano do prawego uda, do lewego zaś przytroczona torba z magazynkami zapasowymi do MP5. Do tego jeszcze inne torby i liczne kieszenie. Co w nich się mieści? Pewnie tzw. tnące ładunki wybuchowe, przykładane do ram okiennych, i granaty ogłuszająco-oślepiające, wrzucane do środka przez wybite okna. Będzie strzelanina i to ostra. Po co więc wzięli ze sobą młotki, w dodatku takie duże, oburęczne młotki kowalskie? Będą wbijać haki w ścianę? Jak alpiniści?
Zjechać muszą jak najszybciej. Jedni na balkon pierwszego piętra, drudzy na parterowy taras od tyłu ambasady. Operują parami. Jeden szturmuje, drugi ubezpiecza. Do diabła! Lina plącze się i zacina. Komandos zawisa na przeciw okna i ani w górę, ani w dół. Jeśli założy ładunek i zdetonuje go, to okno oczywiście wyleci w powietrze, ale i on razem z nim. Ta przeklęta lina! Kupili ją pospiesznie, tu w Londynie, gdy okazało się, że własna, przywieziona z brygady, jest za krótka. Wydawała się dobra, ale nie sprawdzili czy spełnia wszystkie wymagania, jakie oni stawiają linom. Miała być niezawodna, a jednak zacięła się właśnie tu i właśnie teraz. Co za pech! Dobrze, że dowódca był przewidujący i kazał wziąć młotki. Ciężki ten młot, utrudnia poruszanie się, ale co by bez niego zrobili? Zaatakowali młotami i po chwili okna już nie było.
Sześć dni przedtem, 30 kwietnia 1980 roku, polityczni przeciwnicy ajatol-laha Chomeiniego wdarli się do londyńskiej ambasady Iranu, opanowali ją i uwięzili w niej 26 zakładników. Jest wśród nich dwu Brytyjczyków: policjant, pełniący stały dyżur przed ambasadą i fotoreporter, który przypadkowo znalazł się w tej okolicy. Policjant, Trevor Lock, nie zaniedbał swych obowiązków. Zanim go wzięto jako zakładnika, zdążył zawiadomić najbliższą centralę. Terrorystów jest sześciu. Żądania typowe: uwolnić z irańskich więzień 91 więźniów, przeważnie politycznych. W razie odmowy egzekucja zakładników i wysadzenie ambasady w powietrze.
Wkrótce po telefonie Locka na miejsce przybywają trzy lokalne jednostki londyńskie: D11, C13 i C7. Pierwsze dwie mają charakter oddziałów antyterrorystycznych, są przeszkolone w odbijaniu zakładników, działają jednak raczej w przypadkach mniejszych i wyraźnie kryminalnych, na przykład podczas napadów na banki, czy w podobnych przestępstwach pospolitych. Trzecia grupa C7, jest jednostką techniczną, wyspecjalizowaną w prowadzeniu obserwacji, zakładaniu podsłuchu itp. Akcja na ambasadę Iranu przekracza ich możliwości operacyjne. Polityczny charakter żądań, duża liczba zakładników, eksterytorialność ambasady i inne uwarunkowania międzynarodowe uzasadniają wprowadzenie do działań dużej jednostki specjalnej, czyli brygady Speciał Air Service, w skrócie SAS.
"Pagoda Troop" - oddział szturmowy brygady SAS przybył do Londynu i stanął na kwaterze w koszarach w Regents Park. Po rozpoznaniu budynku ambasady z zewnątrz i jego otoczenia zbudowano zmniejszoną kopię obiektu do analizy możliwych wariantów taktycznych oraz przystąpiono do intensywnego treningu. Rozpoczęto negocjacje z terrorystami. Liczba zakładników zmalała do 21 osób, gdyż 5 osób zostało uwolnionych z powodów zdrowotnych.
Największym problemem, jaki stanął przed grupą uderzeniową, była wielkość ambasady. W gmachu było, bagatela, tylko 50 dużych pokoi. Należało, przede wszystkim, ustalić, gdzie są przetrzymywani zakładnicy. Rozpoczęto intensywną obserwację, założono wiele urządzeń podsłuchowych i podpatrujących. Między innymi bardzo czułe mikrofony opuszczono na linkach kanałami dymowymi, prowadzącymi do kominków, rezydencja była przecież angielska, kominków więc było wiele. Zadanie to realizowała grupa C7, dysponująca, jak się okazało, wystarczająco dobrym sprzętem technicznym. Aparatura własna brygady SAS pozostawała w pogotowiu na wypadek, gdyby okazała się potrzebna. Ustalono wreszcie, że przeważająca część zakładników, około 15 osób, jest przetrzymywana w pokoju teleksowym, pod nadzorem trzech terrorystów. Reszta zakładników i pozostali terroryści nie mają stałego miejsca "pobytu", są gdzieś w tych 49 innych pokojach. Uznano również, że największe prawdopodobieństwo powodzenia rokuje atak z dachu. Natarcie musi być jednoczesne z frontu i od tyłu budynku przez kilka okien, które zostaną wybite odpowiednio dobranymi ładunkami. Po wejściu główny kierunek to pokój teleksowy. Kierunki pomocnicze, niestety, nieznane i bardzo liczne. Trzeba iść i sprawdzać pokój po pokoju.
Negocjacje trwają, nie przynoszą jednak pozytywnego rozwiązania. Terroryści ustępują wprawdzie z żądania uwolnienia więźniów w Iranie, domagają się jednak mediatorów z zaprzyjaźnionego kraju arabskiego. Po konsultacjach stanowisko mediatorów i zamachowców jest uzgodnione: żądają bezpiecznego i bezkarnego opuszczenia Wielkiej Brytanii. Warunek ten zostaje odrzucony. Sytuacja w ambasadzie pogarsza się. Terroryści ponownie grożą rozprawą z zakładnikami i 5 maja o godzinie 13.31 rozlegają się trzy strzały, słyszane na zewnątrz. Brygada jednak nie rusza, gdyż nie jest jeszcze gotowa, a ponadto uważa się, że są to strzały "na postrach". W pięć godzin później, dokładnie o 18.51, znowu trzy strzały i po chwili z budynku zostaje wyrzucone ciało rzecznika prasowego ambasady. Okazało się później, że pierwsza seria strzałów nie była "na postrach", gdyż właśnie wtedy zginął ten człowiek. Negocjatorzy natychmiast podejmują rozmowy. Zgadzają się na bezpieczne wyjście terrorystów z ambasady, chcą jedynie uzgodnić szczegóły, wyznaczyć trasę przejazdu na lotnisko, przygotować samolot itp. Są to oczywiście negocjacje fałszywe. Idzie jedynie o to, aby uzyskać jeszcze parę minut dla ostatecznego przygotowania natarcia. Trwa to niedługo. O godzinie 19.23 pada komenda: Idziemy! Ruszają komandosi, ruszają kamery telewizyjne.
Ci, którzy od tyłu ambasady forsowali okno młotami, nadal mają pecha. Z danych wywiadu wynikało, że w tym pokoju powinni być zakładnicy. Zakładników nie ma, za to wyjście z pokoju jest dobrze zablokowane. Zanim je sforsują znowu upłynie trochę cennego czasu. Na tym kierunku natarcie jest wyraźnie opóźnione.
Na balkonie pierwszego piętra starcie bezpośrednie, lufa w lufę. W pokoju za drzwiami balkonowymi atakujący komandos trafia na dowódcę terrorystów i... Trevora Locka - wykorzystywanego do rozmów telefonicznych z negocjatorami. Zamachowiec pierwszy dostrzega, co się dzieje, wyciąga broń i składa się do strzału. Lock odważnie rzuca się na niego, chwyta za rękę, utrudnia ściągnięcie spustu, daje przewagę czasową szturmującemu. Ta krótka szamotanina wystarcza. Komandos orientuje się błyskawicznie, kieruje pistolet maszynowy, ale zanim naciśnie spust krzyczy do Trevora: padnij! Lock pada na podłogę. Krótka, trzystrzałowa seria i ciało terrorysty osuwa się w dół.
Do budynku tymczasem przedostają się następne dwójki szturmowe. Jedni przez balkon, do którego docierają z sąsiedniego gmachu, inni przez otwór wybity w ścianie ambasady. Wśród dymu, huku i błysków granatów ogłuszają-co-oślepiających biegną przez kolejne pomieszczenia. Trafiają na dwu terrorystów. Obaj zostają zlikwidowani.
Kierunek główny - pokój teleksowy. Natarcie jest jednak opóźnione, a trzej terroryści pilnujący zakładników są już w pełni świadomi, co się dzieje. Wiedzą, że komandosi będą tu za chwilę. Dotychczasowe groźby zamieniają się w tragiczną rzeczywistość. Jeden z zakładników zostaje zabity, dwu innych ciężko rannych.
Pokój teleksowy sforsowany, wywiązuje się krótka walka. Dwaj terroryści giną natychmiast, trzeci zaś... No właśnie, co się z nim stało, gdzie on się podział? To "syndrom sztokholmski" dał znać o sobie. Trzeci terrorysta ukrył się wśród zakładników. Syndrom sztokhoimski to taka sytuacja, w której, w wyniku wielodobowego, wspólnego przebywania, terroryści znajdują zrozumienie u zakładników, a nawet możliwe jest nawiązanie pewnego rodzaju sympatii. Nowy kłopot. Zakładników trzeba nie tylko szybko ewakuować, ale bardzo starannie pilnować, by nie oddalili się samowolnie, gdyż jednym z wybiegających z ambasady może być właśnie on. Wszystkich uwolnionych należy zebrać razem i "przesortować". Zakładnicy na lewo, a pan - pan pójdzie z nami. I poszedł.
Cała akcja trwała bardzo krótko, bo tylko 11 minut, ale w tego rodzaju operacjach ważna jest każda sekunda. W przeprowadzanej po akcji analizie działań uznano, że śmierć zakładnika mogła być spowodowana opóźnieniami w szturmie. Chodzi tu nie tylko o dłuższy, niż planowano, czas forsowania okien. Innym czynnikiem, również utrudniającym natarcie, był szybko rozwijający się pożar budynku spowodowany dużą liczbą użytych ładunków wybuchowych i granatów obezwładniających. Warto również, na przykładzie tej akcji, omówić jeszcze jedną sprawę. W licznych komentarzach prasowych, które ukazały się po Operacji Nemrod, często stawiano zarzut, że członkowie brygady działają w sposób bezwzględny, ale bez należytego uzasadnienia. Było przecież oczywistym faktem, że z sześciu terrorystów pięciu zostało zabitych. Ten szósty też by pewnie zginął, gdyby nie syndrom sztokhoimski. Członkowie brygady SAS wolą zabijać, niż brać żywych jeńców. Inni natomiast komentatorzy, także postawili zarzut, ale nie brygadzie, lecz zakładnikom. Oskarżyli mianowicie uwięzione osoby o bardzo źle pojętą lojalność wobec oczywistych i niezwykle groźnych przestępców. Taka lojalność również mogła mieć tragiczne skutki. Ukryty wśród zakładników terrorysta nawet jeśli porzucił broń, mógł zabić jeszcze wiele osób, na przykład za pomocą granatu. Wywiązała się ożywiona dyskusja: czy terrorysta to człowiek, czy przysługują mu jakieś prawa, jednym słowem: zabijać czy nie zabijać? Problem ten nie dotyczy jedynie brygady angielskiej, jest to problem wspólny dla wszystkich brygad antyterrorystycznych i oddziałów specjalnych. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna, ponieważ poglądy i zajmowane stanowiska są zdecydowanie różne. Jedna strona argumentuje w sposób następujący: terrorystę należy jedynie obezwładnić, uwięzić i postawić przed sądem, gdzie otrzyma karę odpowiednią do popełnionych przestępstw, gdyż stosunki międzyludzkie powinny być zawsze humanitarne i każdy człowiek powinien mieć szansę obrony. Pogląd skrajnie przeciwstawny sprowadza się do znanego, ponurego dowcipu: terroryści dzielą się na dobrych i złych; dobry terrorysta to martwy terrorysta. Uzasadnienie zaś jest następujące: bardzo często w kolejnym akcie terroryzmu stawia się jako główny warunek uwolnienie terrorystów, schwytanych w poprzednim zamachu i aktualnie odbywających karę więzienia. Gdyby ich wówczas zabito, nie byłoby kogo uwalniać, a tym samym nie byłoby nowych zamachów. Zabijanie ma być głównym czynnikiem odstraszającym i paraliżującym potencjalnych kandydatów. Praktyka życiowa nie potwierdza raczej tej tezy i dlatego myślę, że każdy z czytelników ma własny pogląd w tej sprawie i poglądy te należy uszanować.
Brygada SAS, podobnie jak grupa izraelska, powstała początkowo jako oddział do zadań specjalnych o charakterze wojskowym. Dopiero w końcu lat sześćdziesiątych zaczęto zajmować się problematyką zwalczania terroryzmu. Nasilenie się zamachów terrorystycznych w połowie lat siedemdziesiątych spowodowało, że ze składu Specjalnej Służby Lotniczej wydzielono jeden pododdział, w sile 78 osób, z wyraźnym już zaznaczeniem, że będzie to grupa antyterrorystyczna. Oficjalna nazwa, używana w prasie, brzmi Counter Revolu-tionary War farę Squadron, w skrócie CRW Squadron, natomiast w SAS grupę tę nazywa się Special Projects Team, w skrócie SP Team. Obecnie rolę Szwadronu CRW pełnią kolejno poszczególne pododdziały SAS. Czas trwania tej służby wynosi 6 miesięcy. Okresowa wymiana pododdziałów jest możliwa, ponieważ wszyscy członkowie SAS są odpowiednio wyszkoleni. Szwadron dzieli się na 4 plutony uderzeniowe w składzie po 15 komandosów i dowódca, pluton zaś dzieli się na 4 czteroosobowe sekcje szturmowe, sekcja wreszcie może być jeszcze podzielona na dwie pary.
We wszechstronnym wyszkoleniu członków brygady szczególną uwagę zwraca się na umiejętności strzeleckie. Zajęcia prowadzi się w Killing House, specjalnie zaprojektowanym budynku-strzelnicy. Na kursie podstawowym, trwającym 6 tygodni, trzeba wystrzelić 1200-1500 naboi. Jest to porcja minimalna, którą następnie stale się powiększa poprzez ciągłe ćwiczenia doskonalące. Program przewiduje szybkie uchwycenie celu przyrządami celowniczymi, strzelanie w ruchu, strzelanie z pozycji nietypowych, usuwanie zacięć w broni, szybką wymianę magazynków, jak również strzelanie z maksymalną celnością, tak zwane "w punkt", na przykład w oko, widoczne na fotografii twarzy terrorysty naturalnej wielkości. Z pistoletu samopowtarzalnego strzela się double taps - podwójne stuknięcie. Jest to w broni krótkiej odpowiednik myśliwskiego dubletu, czyli szybko następujących po sobie dwu strzałów, oddanych do jednego lub dwu celów. Przy strzelaniu z pistoletu maszynowego zaś podstawową umiejętnością jest operowanie krótką serią, najczęściej trzy-strzałową. W poszczególnych pokojach Killing House aranżuje się różnorodne, trudne i zaskakujące, sytuacje taktyczne. Aby zbliżyć je jak najbardziej do warunków rzeczywistych, obok makiety celu staje żywy zakładnik. Rolę tę pełnią na przemian koledzy z brygady, a więc pomylić się nie można. Celem końcowym jest dojście do tzw. strzelania instynktownego. Ręka i oko muszą być tak wytrenowane, aby działały jak automat. Odruchowo, ale precyzyjnie.
Dzięki transmisji telewizyjnej szeroka opinia publiczna poznała również stroje komandosów, choć tylko od strony zewnętrznej. Szczególne zaciekawienie wzbudziły balaklawy - coś w rodzaju kaptura lub kominiarki na głowę. Nakrycie to nie jest kuloodporne. Przed pociskami chroni hełm, znajdujący się pod spodem i częściowo maska przeciwgazowa, jeśli jej użycie jest konieczne. Zadaniem kaptura jest całkowite zamaskowanie twarzy atakującego, aby uniknąć przypadkowej identyfikacji przez któregoś z terrorystów. Taka identyfikacja mogłaby spowodować, że rozpoznany komandos mógłby stać się później obiektem specjalnego napadu. Balaklawa ma także nadać groźny wygląd osobie, która ją nosi, a to w celu oddziaływania psychologicznego. Groźny wygląd podkreśla również czarny kolor ubiorów zewnętrznych, pod którymi zazwyczaj nosi się kamizelki kuloodporne. W tej akcji użyto kamizelek firmy BCME - Bristol Composite Materials Engineering.
Uzbrojenie brygady SAS składa się z pistoletów Browning HP, pistoletów maszynowych MP5 oraz karabinów wyborowych firmy Accuracy International. Do czasu niemieckiej akcji w Mogadiszu używano amerykańskich pistoletów maszynowych Ingram M 10. Pistolety te mają bardzo dużą szybkostrzelność, nie są jednak zbyt celne. Po przyjrzeniu się, jak działały niemieckie MP5 w Mogadiszu, Anglicy wycofali z uzbrojenia Ingramy, przyjęli zaś MP5. Karabiny snajperskie są w trzech odmianach: do strzelań na odległość 300 m i dalej o kalibrze 7,62 mm, do strzelań na odległość poniżej 300 m o kalibrze 0,243 cala Winchester (6,2 mm), trzecia zaś odmiana to "cichy" karabin z tłumikiem. Poprzednio posługiwano się fińskimi karabinami TIKKA o kalibrze 5,6 mm. Uzbrojenie pomocnicze to strzelby Remington 870.
Nieco odmiennie wygląda uzbrojenie londyńskiej grupy Dli. Jest to, przede wszystkim, oddział snajperski, dysponuje więc różnymi karabinami wyborowymi: L39A1, Parker Hale, Enfieid Enforcer oraz HK93. Za broń osobistą służą im rewolwery Smith-Wesson Modele 10, 19 i 29, choć nie gardzą również Browningiem HP.