GŁÓWNA STRONA


REKLAMA

NOWOSCI
MUZYKA
HI-FI
TESTY
RANKING
ZAPOWIEDZI
LISTY


poczta
poczta
do redakcji



wykonane przez:
Hi-Fi i muzyka, miesiecznik audiofila i melomana

Hi-Fi
Agent CD7

Marantz CD7

"Nazywam się Bond, James Bond". Kiedy padało to zdanie piękne kobiety mdlały. Te na ekranie i przed nim. Przystojny twardziel, agent służb wywiadowczych Jej Królewskiej Mości stał się jedną z legend kina. Z tłumu podobnych supermanów zawsze wyróżniał go wdzięk dżentelmena. Pomimo wyszkolenia, nieprawdopodobnej sprawności fizycznej i inteligencji Bond jest jednak tylko człowiekiem i zapewne nie raz musiałby ulec przeciwnikowi, gdyby nie technologiczne wsparcie w postaci tysiąca gadżetów. Samochody z wyrzutniami rakiet, strzelające długopisy i miniaturowe lasery znaczą więcej niż licencja na zabijanie. Wiele z tych zabawek stało się dziś znakami czasu, ale niektóre z nich i teraz wzbudzają zaciekawienie. Najnowsze odcinki serialu pozostawiają nas w przekonaniu, że wygrywa ten, kto ma nowocześniejsze zaplecze. Epoka siłaczy z sercem czystym jak łza i rozumem dziecka najwyraźniej już się skończyła. Zwycięstwo w wojnie schyłku tysiąclecia należy do strony, która ma lepsze mikroprocesory. I ludzi takich jak Bond.

Wydaje się, że technika audio należy do ostatnich enklaw, wysp rządzonych przez mitycznych bogów. Większość producentów nadal stawia filozofię ponad martwą gadaninę inżynierów-elektroników. Po części słusznie, ponieważ tajemnicze zaklęcia i palec boży dotykający drewnianej skrzyni silnej przemawiają do tak zwanego "zwykłego człowieka" niż schematy, wykresy pomiarowe i dziesiątki komputerów żmudnie rozwiązujących kolejne równania. Jeśli przeczytamy w katalogu o wieloletnich doświadczeniach i badaniach, to nadal chętniej zobaczymy oczyma wyobraźni złotouchych ekspertów godzinami wsłuchujących się w to, czy fortepian brzmi jak należy, niż laboratorium przypominające ośrodek badawczy NASA.

Tymczasem prawdziwi liderzy hi-fi coraz częściej ufają komputerowym symulacjom i obliczeniom, filozofię sprowadzając do roli opium dla ludu. I nie zawsze dzielą się ze wszystkimi szczegółami technicznymi. W to, że drogę rozwoju cyfrowych źródeł dźwięku wskażą w przyszłości potentaci dziś nikt już nie wątpi. Od nich wychodzą najnowocześniejsze technologie. Jednak dopiero hi-endowi szamani są w stanie nadać im ostateczną formę dzieła sztuki. Nawet w tak szybko rozwijającej się dziedzinie, jak technika cyfrowa liczą się drobiazgi, które dla pragmatyków są tylko uszlachetniającymi dodatkami. I rzadko się zdarza, aby na rynek trafił odtwarzacz w pełni dopracowany, wykorzystujący ostatnie osiągnięcia techniki i jednocześnie wyposażony w to, co sprawdziło się już kilka lat temu.

Konstrukcja

Marantz CD7 jest wyjątkową maszyną, godną miana urządzenia XXI wieku. Zewnętrzna uroda przywodzi na myśl klasyków. Mimo, że jest ciężki i solidny jak czołg, Marantzowi udało się uniknąć wrażenia archaicznego monumentalizmu hi-endowych potworów. Zgrabna bryła ma jednolitą formę i zaokrąglenia przywodzące na myśl kształt sportowych bolidów. Płyta czołowa urzeka symetrią i lekkością wzornictwa. Przycisków na niej niewiele - znalazło się tylko to, co niezbędne (plus trzy tajemnicze miniaturki). Czytelny wyświetlacz, który można wygasić, szuflada i tyle. Obudowę wykonano z grubej miedzianej blachy. Ma to nie tylko walory estetyczne, bo, jak wiadomo, miedź jest świetnym ekranem, wobec czego możemy się spodziewać, że do delikatnej elektroniki nie dotrze nic złego z zewnątrz. Jeśli zajrzymy do środka, również zobaczymy miedziane ekrany, eliminujące wpływ pól elektromagnetycznych wytwarzanych przez poszczególne sekcje odtwarzacza. Każda z nich przybrała postać oddzielnego, niezależnego niemal modułu. Podstawowe: cyfrowy, analogowy i panel kontrolny otrzymują napięcie od separowanych, precyzyjnie filtrowanych zasilaczy. Ich sercem jest potężny transformator toroidalny, zamknięty w puszce. Wszystkie blachy dosyć wyraźnie przyczyniają się do niebagatelnej wagi urządzenia, sięgającej blisko 17 kg. Metal jest wszechobecny także w mechanizmie napędowym CDM 12.3 Industrial Philipsa, stosowanym niemal wyłącznie w profesjonalnych urządzeniach. Industrialna dwunastka ma kilka cech, z których za najważniejszą należy uznać niezawodność. Możecie katować CD7 latami, po kilka godzin dzeinnie, a i tak transport się nie zepsuje, bo został obliczony na nieprzerwaną pracę w studiach i rozgłośniach, a tam sprzętu zbytnio się nie oszczędza. W CDM 12.3 Industrial nie znajdziecie plastiku, bo ten może się odkształcić, zetrzeć na proszek lub pęknąć. Do tego transport pracuje bardzo cicho - nigdy nie słychać silnika, a szuflada wysuwa się szybko i niemal bezgłośnie. Jednym słowem - martwa cisza. Po to, aby na jej tłe mogła rozgrywać się akcja muzycznego spektaklu inżynierowie Marantza zdecydowali się na zastosowanie najnowszych rozwiązań technicznych. Wiele z nich znalazło się w CD7 po raz pierwszy. Zupełnie nowym rozwiązaniem jest DSP, czyli precyzyjny filtr cyfrowy lub raczej rozbudowany układ zastępujący dotychczasowe filtry. Może on pracować w trzech trybach, ale o tym dalej.

Nowością jest także "filtr muzyczny" LMF, sterowany z DSP. Zapewnia on przetwarzanie sygnału z zerowym błędem fazowym przy zachowaniu idealnie liniowej charakterystyki częstotliwościowej, przesuwając resztkę niepożądanych sygnałów pasożytniczych i szumów cyfrowych dalego poza zasięg naszego słuchu. LMF potrafi zdziałać jeszcze jedno - dokładnie oddać oryginalną dynamikę. To brzmi jak slogan z prospektu, ale wierzcie mi - CD7 robi pod tym względem cuda. Wykorzystano w nim naturalne zjawisko natychmiastowej kompensacji słuchu przy gwałtownych zmianach poziomu głośności. Mówiąc po ludzku: po gwałtownym tąpnięciu nie jesteśmy w stanie rozróżnić subtelnych sygnałów i przez krótką chwilę dociera do nas jednolita magma, pozbawiona szczegółów i konturów. Nie wiem, jak to się udało Marantzowi, ale LMF działa.

Układ DSP oferuje kilka dodatkowych atrakcji. Często zmieniając ścieżkę lub naciskając stop albo pauzę słyszymy ciche cyknięcie, które do tej pory było (niezbyt skutecznie) eliminowane w sekcji analogowej. W CD7 odbywa się to w DSP i nie słychać absolutnie nic. Układ zapewnia także automatyczne przełączenie filtrów deemfazy, w zależności od rodzaju sygnału cyfrowego i częstotliwości próbkowania. W czasie szybkiego przeszukiwania sygnał jest automatycznie sciszany o 12 dB.

Sygnał cyfrowy, ukształtowany i oczyszczony przez DSP dociera do podwójnego przetwornika TDA 1541 (Double Crown). Jego źródłem nie musi być własny napęd CD7, ponieważ korzystając z wejść cyfrowych, możemy zaprząc do pracy pełny konwerter (DSP, LMF + przetwornik) CD7 z zewnętrznymi źródłami o częstotliwościach próbkowania 32, 44,1 i 48 kHz. Odtwarzacz wyposażono także w przełącznik, z pomocą którego można dokonać zmiany długości słowa z 16 na 20 bitów, ale możliwe jest także przetworzenie sygnałów 18 i 24-bitowych. W przetworniku cyfrowo-analogowym zastosowano filtr Bassela trzeciego rzędu, redukujący niemal całkowicie przesunięcia fazowe.

W CD7 zrezygnowano ze wzmacniaczy operacyjnych na korzyść elementów dyskretnych. W obwodach wyjściowych znalazły się także doskonale znane moduły HDAM Kena Ishiwaty, w ilości ośmiu sztuk - na zdjęciu widoczne jako połyskujące kostki.

CD7 z punktu widzenia technika to prawdziwe cudo. Ale osobom nieszczególnie zorientowanych w skomplikowanej technice cyfrowej powinien wystarczyć jeden rzut oka. Jest po prostu piękny.

Konfiguracja

Komplet wyjść i wejść CD7 obejmuje wszystko, co może się przydać. Przetwornik odtwarzacza jest bardzo dopracowaną konstrukcją, więc szkoda by go było nie wykorzystać do współpracy z innymi cyfrowymi źródłami. Nawet DAT czy MD zagrają wtedy znacznie lepiej. Podłączenie zewnętrznego transportu jednak ma już znacznie mniejszy sens, bo CDM 12.3 Industrial znakomicie wywiązuje się ze swojego zadania. Samo umieszczenie CD7 w hi-endowym systemie jest rzeczą łatwą, bo jest to po prostu źródło, które powinno do wszystkiego pasować. Ja miałem okazję posłuchać go w kilkunastu konfiguracjach i muszę przyznać, że trudno będzie znaleźć równie uniwersalną maszynę. Złoty Marantz będzie wystarczająco dobrym partnerem dla wzmacniacza i kolumn po 30Đ40 tysięcy złotych i chyba tylko niektóre konfiguracje na lampach EL34 będą potrzebować czegoś o bardziej jasnym i suchym dźwięku. Jednym z trzech tajemniczych miniaturowych przycisków nad wyświetlaczem możemy wybrać charakter pracy filtru DSP. Trzy tryby nie różnią się między sobą w sposób zasadniczy. Pierwszy cechuje dźwięk najbardziej przejrzysty, jasny i otwarty, ostatni zbliża się do "analogowej miękkościÓĘĐĘgóra jest gładsza, a dźwięk bardziej łagodny. Drugi tryb jest stadium przejściowym. Dosyć długo wsłuchiwałem się w to, co oferuje CD7 we wszystkich wcieleniach i najbardziej do gustu przypadła mi pierwsza opcja. Być może lubię mieć wszystko podane jak na tacy albo nie spotkałem się z zestawieniem, które wymagałoby włączenia pozycji "analogowej", chociażÉ Gryphon Tabu połączony z Virgo Audio Physica lepiej zagrał, gdy filtr ustawiony był na drugim, pośrednim stopniu. To nieistotne, bo nie podejmuję się oceny, w którym trybie pracy filtra Marantz gra najlepiej. Grunt, że pozostawiono nam taki wybór i możemy to i owo zmienić niekoniecznie kablami. Jedno jest pewne: warto skorzystać z gniazd XLR. Odtwarzacz jest konstrukcją symetryczną i o ile będziemy dysponować wzmacniaczem ze zbalansowanym torem sygnału (w niektórych integrach XLR-y to tylko dodatek dla snobów, bo ich zastosowanie wcale nie musi oznaczać, że sygnał jest w nich prowadzony symetrycznie), to różnica będzie spora. CD7 raczej nie potrzebuje platform antywibracyjnych, te możemy zastosować dla świętego spokoju. Tak wyrafinowanemu odtwarzaczowi warto natomiast zaaplikować kondycjoner sieciowy z przyzwoitym kablem zasilającym. Potrafi on docenić "dobry prąd", a to w systemie wartym kilkadziesiąt tysięcy złotych nie wiąże się ze stosunkowo dużym wydatkiem.

Wrażenia odsłuchowe

Ulubionym tematem dyskusji w audiofilskich kręgach oraz artykułów w prasie fachowej są ostatnio nowe formaty zapisu cyfrowego. Być może za kilka lat nastąpi rewolucja i wszyscy dostaniemy niedrogie medium, które nas oszołomi nową jakością. To niewykluczone, ale historia lubi się powtarzać i niekoniecznie nowe będzie oznaczać lepsze, przynajmniej na początku. Jeśli jednak przedmiotem dyskusji ma być przede wszystkim jakość dźwięku, to wydaje się, że takie maszyny jak Marantz długo pozostaną wzorcem. CD7 jest źródłem doskonałym. No może trochę przeholowałem - przecież są przetworniki i transporty za setki tysięcy złotych, owiane legendą i ponoć zwalające z nóg. OK - są, ale krąg ich posiadaczy jest bardzo wąski. Prawdziwy hi-end zaczyna się jednak już na poziomie kilkunastu tysięcy złotych. Mając tę świadomość wielokrotnie wsłuchiwałem się w to, co prezentują odtwarzacze kosztujące tyle co CD7. Zawsze było dobrze, ale brakowało mi wyraźnej różnicy pomiędzy nimi, a najlepszymi urządzeniami za 4Đ8 tysięcy. Nie znaczy to, że jej nie było - owszem, grało lepiej, ale nigdy nie mogłem w pełni uzasadnić dołożenia dziesięciu tysięcy, choć w przypadku wzmacniaczy i kolumn przychodziło mi to z łatwością. Marantz CD7 zmienił mój punkt widzenia. Czy warto wydawać taką kupę forsy na odtwarzacz? O ile słuchanie muzyki w domu jest dla nas priorytetem: TAK.

Flagowiec Marantza ukazuje swe możliwości nie tylko w hi-endowym systemie. Można go włączyć w tor o połowę tańszy, a i tak wszystko staje się jasne.

Opis jego brzmienia trzeba zacząć od dynamiki. Jej wyjątkowy charakter nie objawia się w postaci atomowych uderzeń po których głośniki basowe wypadają ze skrzynek na dywan. To w większości zależeć będzie od wzmacniacza, ale i tak łatwo dojść do wniosku, że CD7 proponuje w tej dziedzinie nową jakość. Jak już wspomniałem, nie wiem na czym polega "wykorzystanie naturalnych właściwości ludzkiego słuchu" i specyficznych, fizycznych prawideł, ale wiem, że usłyszałem coś wyjątkowego. Wiele odtwarzaczy jest w stanie stworzyć prawdziwą lawinę dźwięku i różnicować najbardziej subtelne poziomy sygnału. Marantz też to potrafi, ale w momencie, gdy w tutti następuje potężna kulminacja, nadal wszystkie szczegóły są czytelne i dźwięk jest lekki i przejrzysty. Z pewnością zetknęliście się kiedyś z pewnym zjawiskiem: gdy faktura instrumentalna nie jest gęsta i jest niezbyt głośno - sprzęt gra wspaniale. Jednak gdy nastąpi frontalny atak decybeli, dźwięk staje się mniej wyraźny i męczący. Dzieje się to nie tylko w sferach określonych jako budżetowe. Nawe hi-endowe instrumenty mają tę przypadlość. Marantz zachowuje zawsze rozdzielczość charakterystyczną dla niższych poziomów głośności, bez względu na to, czy przyjdzie mu zmierzyć się o Wagnerem czy Metalliką. Dzięki temu różnice dynamiczne odczuwamy o wiele dobitniej. W ogóle porównanie CD7 z większością równie drogich odtwarzaczy doprowadzi do wniosku, że tamte nie mają w sobie życia. U Marantza wszystko odbywa się na pełnych obrotach i nawet w kwartetach smyczkowych znajdziecie nieoczekiwany impuls. Jak się okazuje - dynamika zawarta jest wszędzie i jej przekazanie w sposób naturalny może uwolnić to, co w partyturze zapisano między wierszami. Ale to się nie uda, gdy nastąpią przekłamania barwy. A tych w CD7 nie było. Gdy połączyłem złotą maszynę z integrą McIntosha stała się rzecz niezwykła - fortepian zabrzmiał prawie jak na żywo. Krystian Zimerman nie odkrył ciszy w muzyce, ale nauczył się nią operowaći w sposób niedostępny dla największych pianistów XX wieku. Jego interpretacje Chopina są w pewien sposób magiczne. Jest w nich tyle koloru i oddechu, że nieraz słucha się ich jak muzyki filmowej. Wielu stara się naśladować ten styl, ale często wychodzi z tego "przeinterpretowane", egzaltowane dziwactwo. Z prostej przyczyny - Zimerman wie. Każda jego kreacja jest obliczona z komputerową wręcz dokładnością. Tu nie ma miejsca na przypadek i improwizatorskie zdolności. CD7 również nie improwizuje, ale oddaje muzykę bez własnej ingerencji. Czytając te słowa, możecie się poczuć zaniepokojeni - przecież to "charakterystyczne ciepełko" czy ekspozycja średnicy nadają dźwiękowi muzykalność. Nie wierzcie w to. Materiał zapisany na płycie, czyli muzyka, jest rejestracją dzieła sztuki i nic nie trzeba tutaj poprawiać. Jeśli artysta lub dźwiękowiec spartolił swoją robotę, to sprzęt niewiele pomoże. Zamaskuje pewne błędy, ale w zamian zepsuje to, co nagrano w sposób prawidłowy. Tutaj nasuwa się przykład. Ostatnim słowem polifonii barokowej był testament Bacha "Sztuka fugi". Czysta matematyka i jednocześnie głębia, dotyk Absolutu lub jak kto woli - muzyka absolutna. Napisana bez określenia instrumentarium. Wykonywana przez pianistów, organistów, kwartety smyczkowe i dęte, a nawet dawniej - małe orkiestry. Końcowy kontrapunkt przerywa się w połowie frazy. Dzieło dokończyła śmierć. Nagle zapada cisza i oczekiwanie - forma pozostaje otwarta. Znaleźli się śmiałkowie, którzy dokończyli "Knust der Fuge", tylko po co? Tutaj nic nie można dodać. Konstruktorzy Marantza, podchodząc do sprawy w czysto naukowy sposób, starali się oddać "idealnie liniową charakterystykę częstotliwości", co im się - w moim odczuciu - udało bardziej niż konkurentom. Dzięki temu CD7 nie ingeruje w naturalny kształtu muzyki, a jeśli już, to robi to tylko dlatego, że technologia przełomu wieków nie jest jeszcze doskonała. Grunt, że CD7 wyznacza punkt, który pozostaje w tym przedziale cenowym odniesieniem dla innych. Skrzypce brzmią jak skrzypce, trąbka jak trąbka, kotły jak kotły, więc - wybaczcie mi, daruję sobie tutaj opisy średnicy i góry. Są takie, jakimi powinny być.

A bas? To w końcu dla wielu punkt kulminacyjny każdego opisu. Jest po prostu bardzo dobry. Czysty, głęboki, szybki i konturowy. Być może tu i ówdzie znajdziemy go więcej, ale moim zdaniem wsadzenie jednej kostki bądź innego podzespołu, powodujące powstanie nienaturalnych i przesadzonych pomruków popsułoby efekt. Marantz ma kawał basu, ale serwuje nam go wtedy, gdy jest potrzebny.

Na koniec jedno słowo krytyki - przestrzeń. Nie odczujecie jej niedoboru, ale opisywany wcześniej komplet DPA tworzył obszerniejszą scenę. Dźwięk Marantza wypełnia pokój do ostatniego centymetra, z rzadka przestawiając ściany. CD7 dodaje realistycznie naturalną aurę pogłosową i rozmiary sceny, nigdy jej nie powiększając. Nie miałem mu tego za złe. Prawdomówność i uczciwość jest dzisiaj rzadką cnotą, a królewski gest coraz częściej jest odbierany jako rozrzutność.

Konkluzja

Bond zawsze wygrywał, bo potrafił skorzystać z dobrodziejstw technologii przyszłości. A może dlatego, że mógł z nich skorzystać? Agent CD7 też został wyposażony w wyrafinowaną broń - drobiazgi skrzętnie ukryte wśród typowych układów i podzespołów. Działają one tam, gdzie kończą się możliwości tradycyjnej technologii. Agent CD7 też jest dżentelmenem jak Bond, chociaż nie ma licencji na zabijanie. Na szczęście.

Dane techniczne

Dystrybucja

Philips Polska

Cena

19 900 zł

Rodzaj przetwornika

podwójny TDA 1541 (16 bitów)

Nieformalne

 

Transport

Philips CDM 12.3 Industrial

Pasmo przenoszenia

2 HzĐ20 kHz

Znieksztacenia

0,002%

Sygnał/szum

>102 dB

Separacja kanałów

>100 dB (1 kHz)

Wyjścia analogowe

RCA + XLR

Wejścia cyfrowe

współosiowe/optyczne

Impedancja wyjściowa

250 omów

Zdalne sterowanie

+

Wyjście słuchawkowe

Đ

Wymiary (szxwxgł)

454x130x344 mm

Waga

16,6 kg


początek strony