GŁÓWNA STRONA


REKLAMA

NOWOSCI
MUZYKA
HI-FI
TESTY
RANKING
ZAPOWIEDZI
LISTY


poczta
poczta
do redakcji



wykonane przez:
Hi-Fi i muzyka, miesiecznik audiofila i melomana

Hi-Fi
DPAudio Dudek 111/114/383SE

Jacek Kłos

Pavel Dudek - założyciel i konstruktor firmy DPAudio - zdobywa doświadczenia ze sprzętem hi-fi od blisko trzydziestu lat. W jego podejściu do zagadnień wiernego odtwarzania dźwięku nie ma miejsca na jakiekolwiek kompromisy, dlatego też projektowaniu każdego nowego modelu poświęca wiele czasu i energii, a urządzenia powstające w malowniczym zakątku czeskiej Pragi dostępne są w niewielkich ilościach; nierzadko na indywidualne zamówienie. Tym chętniej korzystam z okazji przedstawienia Państwu tych nietuzinkowych i, jak się za chwilę przekonacie, dopieszczonych w najdrobniejszych szczegółach konstrukcji. 

Budowa
Zarówno wygląd, jak i konfiguracja elementów wchodzących w skład opisywanego zestawu są nietypowe i od pierwszej chwili przyciągają uwagę obserwatora. Cały wzmacniacz składa się aż z czterech pudełek. Trzy z nich wyglądają niemal identycznie - są wąskie, ale za to dość głębokie i zawierają elektronikę aktywnego przedwzmacniacza (DPAudio 111) i kompletne układy monobloków (DPAudio 383SE). Czwarte natomiast jest znacznie płytsze od pozostałych i stanowi wyodrębniony z przedwzmacniacza zasilacz (DPAudio 114). Składa się on z kilku kondensatorów elektrolitycznych i trzech transformatorów, z których środkowy ma zapewnić odpowiednie warunki pracy sterowaniu przekaźników wejściowych, a dwa pozostałe dostarczają napięcie każdemu kanałowi przedwzmacniacza z osobna. Podłączenie „114” do „111” wykonuje użytkownik. Oba moduły zaopatrzone są w doskonale Państwu znane z domowych pecetów gniazdka, w których trzeba umieścić dołączany do zastawu kabel, uzbrojony w odpowiednie końcówki. Dla zapewnienia optymalnego kontaktu między stykami, a także uniknięcia przypadkowego zerwania łączności, zalecane jest dokręcenie znajdujących się na skrajach złączy śrubek. Czynność ta jest bardzo przyjemna i sprawia sporo trudnej do racjonalnego wytłumaczenia przyjemności. Radość z montowania przedwzmacniacza byłaby jednak znacznie większa, gdyby kabelek był jakieś dwa razy dłuższy. Można by wtedy postawić zasilacz daleko od elektroniki i mieć całkowitą pewność, że pracuje ona w możliwie najbardziej komfortowych warunkach. Łatwiejsze byłoby również znalezienie odpowiedniego miejsca dla zasilacza - na przykład w pobliżu kondycjonera sieciowego. Inną niedogodnością, chociaż również z dziedziny kosmetyki, jest zaopatrzenie “sto czternastki” w przytwierdzony na stałe przewód sieciowy. Ani on ładny, ani praktyczny; lepiej byłoby pozostawić użytkownikowi trochę swobody w doborze najbardziej odpowiedniego kabla czy filtra.
Właściwy przedwzmacniacz, a więc „sto jedenastka”, jak wcześniej wspomniałem, jest bardzo podobny do monobloków, z tą tylko różnicą, że na jego granitowej ściance przedniej (z przyklejonym nie wiedzieć w jakim celu wątpliwej urody kawałkiem plastiku czy innego tworzywa) znajdziemy trzy ozdobnie wyprofilowane pokrętła. Środkowe i największe służy, rzecz jasna, do regulacji głośności. Skrajne - do wyboru źródła sygnału oraz trybu pracy (standby, źródło, magnetofon). Właściwy włącznik sieciowy umieszczono jednak na tylnej ściance zasilacza. Gimnastyka, jaką trzeba byłoby wykonać, by do niego dotrzeć po zainstalowaniu komponentów, mogłaby sugerować, że przedwzmacniacz powinien być cały czas pod prądem. Jednak Pavel Dudek uważa, że porządnie wykonane komponenty będą grały równie dobrze zaraz po wyjęciu z pudełka, jak i po trzech dniach wygrzewania. W przypadku jego produktów taka deklaracja niewiele odbiega od faktycznego stanu rzeczy, ja jednak postanowiłem podgrzewać wrażliwe układy elektroniczne przez cały czas użytkowania, a do wyłączania wykorzystywać tylko pokrętło na panelu czołowym.
Na tylnej ściance „111” oprócz wejścia zasilania, znajdziemy dwa rządki solidnych złoconych gniazd. Ich rozmieszczenie tylko z pozoru jest normalne. Użytkownicy sprzętu audio przyzwyczaili się, że kolor czerwony oznacza kanał prawy, biały zaś - lewy. W tym przypadku jest jednak inaczej. Rządki w obu barwach ciągną się przez całą szerokość urządzenia. Właściwego połączenia jednego z czterech źródeł liniowych lub magnetofonu nie sposób wykonać „na czuja”. Jedynym sposobem jest dokładne przestudiowanie opisów przyporządkowanych poszczególnym wejściom i wyjściom. Boczne ścianki przedwzmacniacza, jak również wszystkich pozostałych „Dudków”, wykonane są w formie długich radiatorów o gęsto upakowanych żeberkach. Mają one przede wszystkim zapewnić efektywne odprowadzanie ciepła, aby wyeliminować zmiany warunków pracy komponentów wywołane wzrostem temperatury, ale przy okazji pełnią także funkcję estetyczną. W wyżłobienie w górnej części radiatorów wsunięte są pokrywy obudów. Ich demontaż też dziecinnie prosty, ale i tak nie będzie konieczny, bo dostęp do bezpieczników możliwy jest z zewnątrz.
Po odsunięciu pokrywy w oczy rzucają się przede wszystkim... kolorowe taśmy komputerowe sterujące znajdującymi się tuż za wejściami przekaźnikami Takamisawy i łączące je z selektorami na przedniej ściance. Układ jest w pełni symetryczny; jedynym niesymetrycznym elementem są tutaj gniazdka przyłączeniowe. Wzmocnienie sygnału powierzono - tak jak we wszystkich urządzeniach DPAudio z trójką na początku symbolu - tranzystorom mosfet. W roli potencjometru wystąpił błękitny Alps o wartości 10 kiloomów. Jak podaje producent, układ pracuje w czystej klasie A, a na wyjściu zastosowano tranzystory 40-watowe, co praktycznie czyni ze “sto jedenastki” końcówkę mocy. Impedancja wyjściowa jest bardzo mała - 50 omów - i gwarantuje praktycznie nieograniczoną kompatybilność z dowolnym wzmacniaczem mocy.
Żeby jednak nie utrudniać nabywcy życia, Pavel Dudek proponuje do kompletu kilka końcówek własnego projektu. Najwyższą jakość brzmienia zapewniają jednak dopiero 120-watowe monobloki - stanowiące jak dotąd szczyt komercyjnej oferty DPAudio. Co prawda będąc z wizytą w praskiej siedzibie firmy, widzieliśmy z Maciejem również potężne monobloki o mocy kilkuset watów, ale nic nie wskazuje na to, by miały one w najbliższym czasie wejść do seryjnej produkcji. Jednak 383SE to również nie ułomki i można żywić graniczące z pewnością przekonanie, że bez wysiłku poradzą sobie ze znakomitą większością dostępnych na naszym rynku głośników. Zasilacz każdego wzmacniacza tworzy spory transformator toroidalny, współpracujący z magazynem energii w postaci dwóch kondensatorów elektrolitycznych o pojemności 12000(F każdy. Co prawda elementy te nie zostały umieszczone w osobnym pudełku, jak miało to miejsce w przedwzmacniaczu, ale od obwodu elektronicznego oddziela je solidny ekran z blachy stalowej, co w przypadku wzmacniacza mocy wydaje się rozwiązaniem skutecznie eliminującym ewentualne zakłócenia emitowane przez zasilacz.
Sam układ jest w pełni symetryczny od wejścia do wyjścia. Jego topologię można uznać za kontynuację i rozwinięcie koncepcji Erno Borbelya datującą się na lata 80. Powitanie sygnału przychodzącego do wejścia powierzono dobrej jakości (choć wcale nie bardzo drogiemu) kondensatorowi poliwęglanowemu o wartości 4,7uF. Sam stopień wejściowy zrealizowano przy użyciu wzmacniaczy różnicowych. W sekcji wzmocnienia napięciowego pracują tranzystory bipolarne połączone w symetryczne kaskody. Takie rozwiązanie daje pewność, że przy dowolnym poziomie sygnału końcówka mocy zostanie prawidłowo wysterowana. Gdyby zdarzyło się, że wzmacniacz zostanie doprowadzony do granic możliwości, tworzące kaskody tranzystory zostaną ochronione przed nasycaniem przez antysaturacyjne diody. Ich włączenie zapewni bardzo łagodne, właściwe wzmacniaczom lampowym, wchodzenie w clipping. Zastosowanie tego rozwiązania, importowanego z techniki profesjonalnej, bardzo dobrze świadczy o rozległej wiedzy konstruktora. Na marginesie można dodać, że jest to nie tylko wiedza książkowa, ale i owoc doświadczeń pana Dudka, zdobytych, jak wieść niesie, podczas budowania estradowych wzmacniaczy dużej mocy. Co prawda 383SE nie dałyby sobie rady z nagłośnieniem prawdziwego koncertu, ale dla wszystkich pragnących stworzyć we własnych domach iluzję obcowania z dźwiękiem live, obecność takiego zabezpieczenia powinna być bardzo miłą niespodzianką. W samej końcówce mocy pracują trzy komplementarne pary wysokoprądowych mosfetów (IRF 640/9640) przytwierdzonych do masywnych radiatorów za pośrednictwem blaszanych kątowników. Sygnał z wyjścia jest przenoszony do gniazd głośnikowych za pośrednictwem dość grubych przewodów z posrebrzanej miedzi. Kolejnym odniesieniem do “klasyków gatunku” jest układ korekcji błędów powstających w wyniku implementacji sprzężenia zwrotnego (error feedback correction) opracowany przez profesora Malcolma Omara Hawksworda i udoskonalony przez Roberta Cordella. Zastosowanie tego obwodu, zrealizowanego na dwóch małosygnałowych i bardzo szybkich tranzystorach bipolarnych, zaowocowało zredukowaniem do absolutnego minimum zniekształceń dynamicznych (TID), intermodulacyjnych (TIM) i fazowych (SMPTE). Monobloki wyposażone są w przeciwdziałający generowaniu groźnych dla głośników impulsów układ miękkiego startu oraz cewkę chroniącą układ przed składową bierną prądu generowaną podczas powrotnego ruchu cewek głośnikowych.
Na zewnątrz, a dokładniej na ściance tylnej, umieszczono regulator czułości wejściowej. Zdecydowanie odradzam przeprowadzanie prób z wykorzystywaniem ich jako potencjometrów głośności. Sam wykonałem jedną podłączając do wzmacniaczy redakcyjną Micromegę. Nie dość, że zakres regulacji jest niewielki, to jeszcze zmniejszamy szanse na ich prawidłowe wysterowanie sygnałem doprowadzonym bezpośrednio ze źródła. Naprawdę szkoda czasu i atłasu, tym bardziej, że jest bardzo mało prawdopodobne, by udało się nam uzyskać odpowiednie zrównoważenie kanałów. Nie po to kupuje się monobloki, żeby pozbawiać je nierozsądnymi oszczędnościami jednego z największych atutów, jaką jest reprodukcja wrażeń przestrzennych. Jeśli nadal nie wszystkich przekonałem dodam na koniec to, co najważniejsze. Dopiero przedwzmacniacz Pavla Dudka zapewnia fenomenalną reprodukcję basu. Wystarczy? Oprócz regulatorów czułości na tylnej ściance nie mogło zabraknąć wysokiej jakości złoconego gniazda wejściowego RCA, terminala głośnikowego oraz, nieco większy niż w przedwzmacniaczu, świecącego na czerwono pstryczka sieciowego.
Konfiguracja systemu
Jako że komplet DPAudio przebywał w redakcji dosyć długo, był stosowany w najróżniejszych zestawieniach. Stali czytelnicy pamiętają zapewne entuzjazm, jaki wywołało brzmienie zasilanych z niego kolumienek Audio Physic Spark. Ale były też inne zestawienia, jak choćby z otwierającym serię Reference odtwarzaczem kompaktowym firmy DPA. (Pomimo zbieżności nazw, obaj producenci nie mają ze sobą nic wspólnego). Trzeba jednak powiedzieć, że zdecydowanie najdłużej słuchałem wyrobów Pavla Dudka z głośnikami Audio Physic Tempo oraz źródłem cyfrowym, na które złożył się szczytowy model przetwornika Parasounda - D/AC 2000 oraz Micromega Stage3 w roli napędu CD. Do transmisji cyfrowej zastosowałem przewód Audio Note AN-Vx. Źródło z przedwzmacniaczem łączył referencyjny przewód Siltecha - 4-80S, a przedwzmacniacz z monoblokami - Tara Labs Master Gen.2 i Siltech SQ-56G3. I tutaj dosyć istotna uwaga. Różnice brzmienia wprowadzane przez wymianę interkonektu transmitującego sygnał ze źródła do przedwzmacniacza były słyszalne bardzo wyraźnie (jak w wielu innych systemach), natomiast zastąpienie Mastera czy „pięćdziesiątki szóstki” tanim kabelkiem Audioquesta czy Tary Labs nie wprowadzało istotnych zmian. Powiem więcej - różnice były minimalne i miałbym poważne trudności z odróżnieniem przewodów w procedurze ABX. Pavel Dudek uzasadnia taki stan rzeczy niską wartością wejściowej impedancji monobloków, która wynosi jedynie 4,7 kilooma. Jednak jego niechęć do magicznego okablowania jest tak duża, że w celu wyeliminowania jakiegokolwiek wpływu przewodów na przesyłany sygnał, poleca zastosowanie dołączanych do zestawu 50-omowych oporników. Decyzję o tym, czy posłuchać tej rady, czy nie - pozostawiam Państwu. W praskim studiu konstruktora słyszałem różnicę na korzyść tego rozwiązania, jednak w opisywanym systemie było akurat na odwrót. Miałem wrażenie filtrowania obecnych wcześniej szczegółów i zostawiłem oporniki w spokoju. Ich zastosowanie okaże się jednak bardzo przydatne tym z Państwa, którzy zdecydują się na wykonanie na 383SE instalacji kina domowego. W takim przypadku przedwzmacniacz będzie można pozostawić blisko źródła, a monobloki, czy też końcówki mocy - jak najbliżej zestawów głośnikowych. Producent podaje, że nawet wtedy, gdy długość przewodu wyniesie 300 metrów (co należy uznać raczej za wartość hipotetyczną nawet w dość dużych pomieszczeniach), przy założonej standardowej pojemności 100 pF na metr, górna granica pasma przenoszenia będzie wynosić jeszcze 100 kHz. Co do reszty osprzętu - kable głośnikowe były te co zwykle, a więc Groneberg Quattro Referenz, kondycjoner sieciowy również się nie zmienił - Helion FS1800. Elementy stały na osobnych podstawach z grubej sklejki i granitu. Pomieszczenie o powierzchni 16,5m2 i kubaturze 42 m3 było bardziej wytłumione w części za głośnikami.
Wrażenia odsłuchowe
Szczytowa kombinacja zaprojektowana przez Pavla Dudka jest bez wątpienia jednym z najciekawszych wzmacniaczy, z jakimi się dotychczas zetknąłem. Choć z wyglądu niepozorna, potrafi wywrzeć piorunujące wrażenie, a nawet w pewnym stopniu zreformować poglądy uznawane dotąd za słuszne. Oto pierwszy z brzegu przykład. Bardzo często zdarza nam się słyszeć stwierdzenia o negatywnym wpływie, jakie wywiera na brzmienie zastosowanie choćby płyciutkiej pętli sprzężenia zwrotnego. Czaruje się nas układami bez feedbacku, używając niejednokrotnie tego argumentu w skutecznych strategiach marketingowych. Z drugiej strony często zdarza się, że faktycznie wzmacniacze wykorzystujące to popularne rozwiązanie, brzmią źle. Pojawia się więc trudny do weryfikacji wniosek o korelacji między jednym elementem konstrukcyjnym, a jakością brzmienia całego układu. Kiedy w listopadzie rozmawiałem z panem Dudkiem, poczęstowałem go oczywiście kompilacją podobnych komunałów, a wypowiedź zakończyłem słynnym stwierdzeniem Nelsona Passa, o którym notabene pan Pavel wyraża się z niezbyt wielkim uznaniem i sugeruje, że jest sponsorowany przez amerykański przemysł energetyczny, że jeśli wzmacniacz potrzebuje sprzężenia zwrotnego, to znaczy, że jest źle zrobiony. Mój rozmówca jako człowiek dobrze wychowany i z natury dobrotliwy pokiwał tylko smętnie głową i stwierdził, że koniecznie muszę osobiście zetknąć się z jego projektami, ponieważ jego urządzenia są dobrze zrobione, a jednak stosuje on feedback i to dosyć głęboki, a jednak brzmienie pozbawione jest głównego grzechu przypisywanego temu rozwiązaniu, a więc zaburzeń timingu i ostrych naleciałości. Zanim przejdę do właściwego opisu brzmienia, dodam, że z podobnymi poglądami ujawniają się tylko nieliczni. Ich zdaniem, sprzężenie samo w sobie nie jest złe. Trzeba tylko umieć się nim posłużyć i nie uzależniać od jego zastosowania działania urządzenia. Nie służy ono do „łatania dziur” i uzyskiwania z niczego dobrych parametrów. Jeśli jednak układ jest wykonany prawidłowo, jego obecność nie będzie się wiązać z żadnymi negatywnymi konsekwencjami. Argumentacja, trzeba przyznać bardzo kusząca i trafiająca do przekonania. Jednak teoria to niestety nie wszystko. Sztuka polega na tym, aby dowieść swych tez w praktyce.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Pavlowi Dudkowi się udało. Kombinacja 111/114/383SE dysponuje tak zdumiewającymi zdolnościami w dziedzinie przekazywania rytmu, że będzie potrafiła wyleczyć z uprzedzeń nawet najbardziej zagorzałych orędowników układów bez feedbacku. Niezależnie od gatunku, muzyka jest bardzo, by tak rzec, poukładana. Każdy dźwięk ma swoje miejsce, nie zostaje w tyle. Płynie razem z resztą, jak kropla deszczu, która wpadła do rwącego górskiego strumienia. Posłuchajcie “Of wolf and man” z czarnego albumu Metalliki. „Ciężki” gitarowy akord musi niemal w tym samym momencie zaatakować i wygasnąć. Musi mieć energię, moc i potęgę, a jednocześnie zwinność i szybkość pantery, bo tuż za nim pojawiają się miarowe uderzenia w bębny. Jeśli cokolwiek wypadnie z tej struktury, zburzy całą gwałtowność i efekt zaskoczenia. Jeszcze trudniejszym testem będzie Sepultura. Jest bardziej skomplikowana, bo tempa zmieniają się często i szybko, a za partiami gitar i perkusji musi przecież jeszcze nadążyć bas, którego na „Roots” jest naprawdę dużo. Jeśli urządzenie przejdzie taki tor przeszkód - „Ill Communications” Beastie Boys można uznać raczej za uzupełnienie testowego repertuaru niż kolejne pełnoprawne zadaniem, które może przynieść diametralnie odmienne spostrzeżenia. Nie przyniosło, więc postanowiłem zmienić repertuar na nieco łagodniejszy. Próby przeprowadzone z bluesowymi i jazzowymi nagraniami udowodniły niezbicie, że DPAudio darzy rytm szacunkiem rzadko spotykanym nawet w hi-endzie. Czy były to niespiesznie sączące się z głośników jazzowe ballady Diany Krall, czy też ostre, noszące wyraźne znamiona inspiracji rockowych utwory „Gateway”, brzmienie przykuwało uwagę. Absorbowało niemal całkowicie zmysł słuchu, a jednocześnie wyzwalało w organizmie przepływ tak dużej dawki energii, że nie sposób było spokojnie usiedzieć w fotelu. Jakby zupełnie niezależnie od zwierzchności mózgu stopy zaczynały miarowo wystukiwać rytm muzyki, a całe ciało przechodziło we władanie tajemniczej siły, nie pozwalającej skupić uwagi na czymkolwiek poza muzyką. Podobne reakcje wyzwoliło we mnie niewiele urządzeń. Kompletowi DPAudio udało się wprawić mnie w zdumienie i oczarować.
Zacząłem od rytmu, ponieważ, jak już nasi stali czytelnicy wiedzą, stanowi on dla mnie najważniejszą cechę najwyższej klasy brzmienia. Jeżeli zaś chodzi o podzakresy pasma akustycznego - nie ukrywam, że jest nim bas. Prawdopodobnie dlatego, że w moim przekonaniu obie kategorie współistnieją ze sobą w relacji symbiotycznej i niepodobna chyba wyobrazić sobie, jak można osiągnąć hi-endowy dźwięk bez ich połączenia. Bas bez rytmu będzie tylko bezsensownym buczeniem. Rytm bez basu - przekazem cieniutkim i wypranym z emocji, pozbawionym właściwego ciężaru; efemerycznym i przeintelektualizowanym. W brzmieniu kompletu DPAudio nie ma mowy o podobnych sztucznych podziałach. Rytm i bas zostają przezeń połączone organicznie. Tak mocno, że trudno przychodzi nawet myślenie o nich w separacji. Bas potrafi być w jednej chwili basiskiem - głębokim, potężnym, ścielącym się po dywanie, jak w sekwencji rozpoczynającej „Hyperballad” Bjork z płyty „Post”, aby w następnej zacząć szybko pulsować. Może być powolny i zwarty, słabiutki, a za moment na tyle muskularny, by wymierzyć miłośnikowi perkusyjnych solówek serię mocnych ciosów w brzuch. Trudno jest zdefiniować jego charakter. Żaden fragment nie wydaje się podkreślony, faworyzowany. Nie brakuje najniższych rejestrów - co sprawia, że patrząc na niewielkie końcówki, doznajemy dziwnego wrażenia, słysząc dźwięk znany dotąd tylko z dużych amerykańskich pieców, ale nie też można powiedzieć, że bas dominuje nad resztą przekazu. Jest taki, jaki powinien być - obecny i możliwie naturalny.
Mamy więc rytmiczne, pełne brzmienie. Co jeszcze karmi nasze zmysły? Otóż obraz, a przekładając to pojęcie na kategorie opisu brzmienia - przestrzeń. Każdy przecież przyzna, że oprócz słuchania, dajmy na to koncertu, dobrze byłoby go sobie obejrzeć. Może nie dosłownie na ekranie telewizora, ale w wyobraźni, która otrzyma od systemu tyle informacji, że nie będzie się musiała zbytnio wysilać. Wtedy dopiero stworzone zostaną solidne podstawy dla iluzji obcowania z przedstawieniem na żywo. W materiałach reklamowych producent wskazuje na zależność między przesłuchem między kanałami a jakością stereofonii. W monoblokach to niekorzystne zjawisko zostało wyeliminowane i najpewniej właśnie temu zawdzięczamy zarówno wyśmienitą - precyzyjną i ostrą lokalizację, jak i realistyczne oddanie głębi. Nie muszę chyba dodawać, że również różnicowanie wysokości źródeł pozornych stoi na znakomitym poziomie. Wielkości poszczególnych instrumentów są wiarygodne. 383SE nie zaskoczą nas gitarą akustyczną wielkości dzwonu Zygmunta, ale umiejscowią ją bardzo precyzyjnie i otoczą delikatną pajęczyną pogłosu. Naprawdę, choćbym bardzo chciał, nie mogę również i w tym wypadku wytknąć „Dudkom” niedociągnięć. Żeby jednak nie wydawało się Państwu, że ktoś w końcu zbudował idealny wzmacniacz, który na dodatek nie kosztuje fortuny będzie też delikatny prztyczek. Wada znaleziona na siłę, złośliwe czepianie, a może nawet cios poniżej pasa. Dokładniej rzecz ujmując - chodzi o średnicę. Mogłaby być bogatsza w szczegóły, bardziej nasycona, pełna. Problem jednak w tym, że jak dotąd jedynym wzmacniaczem tranzystorowym, na którym naprawdę usłyszałem średnicę był McIntosh 6850. Urządzenia Pavla Dudka, mimo że zdobyły ogromnie dużo mojego uznania i sympatii, nie były w stanie powtórzyć wyczynu uzbrojonej w hipnotyzujące wskaźniki amerykańskiej integry. Nie znaczy to jednak, że poziom reprodukcji opisywanego dzisiaj kompletu dawał jakieś podstawy do krytyki. Rzecz raczej w tym, że osiągnął „tylko” poziom bardzo dobry, a nie wzorcowy czy jak kto woli - magiczny. Abstrahując jednak od tych rozważań prowadzonych na łebku od szpilki, trzeba przyznać, że wyśmienicie słucha się na DPAudio wszelkiego rodzaju pianistyki. Zdarzało się już Państwu zapewne obcowanie z urządzeniami, które nie dają sobie rady ze skalą fortepianu. Słuchając ich mamy wrażenie, jakby nie chciał się w nich zmieść. Na niskich poziomach głośności brzmienie jest jeszcze znośne, ale gdy gałka potencjometru powędruje o kilka stopni w prawo - momentalnie następuje kompresja dynamiki. Z głośników zaczynają się wydobywać zniekształcenia, a nagłe i mocne uderzenia w klawiaturę są nienaturalnie spłaszczane. Podczas słuchania „Dudków” nic takiego mi się nie przytrafiło. Wzmacniacz przekazywał bez wahania nawet duże skoki dynamiczne panując jednocześnie nad odpowiednim bogactwem nasyceniem barw. Można powiedzieć, że komplet DPAudio nie boi się fortepianu i wydaje mi się, że takie stwierdzenie pomimo swej lapidarności dobrze oddaje istotę rzeczy. Również bardzo dobrze słucha się na tym wzmacniaczu pozostałych instrumentów i głosu. Nie można wskazać cechy brzmienia pozwalającej na zarzucenie mu odstępstw od neutralności. Dźwięk nie przechyla się ani w stronę ciepła, ani też zimna, co przyznam, byłoby znacznie gorsze. Jest tak naturalny, jak można by tego oczekiwać od komponentu o wiele droższego. Bez przeszkód można go uznać za jeden z wzorców w przedziale cenowym do piętnastu tysięcy złotych. Wyżej jak na razie króluje McIntosh. W świetle różnicy cen obu urządzeń oraz wszystkich wymienionych wcześniej zalet (oraz tych nie wymienionych z braku miejsca i lenistwa autora) nie ma jednak żadnego znaczenia.
Konkluzja
Pan Wzmacniacz.

Dystrybucja Voice
Cena 4800 zł za "111" + "114"
 7200 zł za parę 383SE
razem: 12000 zł


początek strony