Jacek Kłos
Pavel Dudek - założyciel i konstruktor firmy DPAudio
- zdobywa doświadczenia ze sprzętem hi-fi od blisko
trzydziestu lat. W jego podejściu do zagadnień wiernego
odtwarzania dźwięku nie ma miejsca na jakiekolwiek
kompromisy, dlatego też projektowaniu każdego nowego
modelu poświęca wiele czasu i energii, a urządzenia
powstające w malowniczym zakątku czeskiej Pragi dostępne
są w niewielkich ilościach; nierzadko na indywidualne
zamówienie. Tym chętniej korzystam z okazji
przedstawienia Państwu tych nietuzinkowych i, jak się za
chwilę przekonacie, dopieszczonych w najdrobniejszych
szczegółach konstrukcji.
Budowa
Zarówno wygląd, jak i konfiguracja
elementów wchodzących w skład opisywanego zestawu
są nietypowe i od pierwszej chwili przyciągają uwagę
obserwatora. Cały wzmacniacz składa się aż z czterech
pudełek. Trzy z nich wyglądają niemal identycznie - są
wąskie, ale za to dość głębokie i zawierają elektronikę
aktywnego przedwzmacniacza (DPAudio 111) i kompletne
układy monobloków (DPAudio 383SE). Czwarte
natomiast jest znacznie płytsze od pozostałych i stanowi
wyodrębniony z przedwzmacniacza zasilacz (DPAudio 114).
Składa się on z kilku kondensatorów
elektrolitycznych i trzech transformatorów, z
których środkowy ma zapewnić odpowiednie warunki
pracy sterowaniu przekaźników wejściowych, a dwa
pozostałe dostarczają napięcie każdemu kanałowi
przedwzmacniacza z osobna. Podłączenie „114”
do „111” wykonuje użytkownik. Oba moduły
zaopatrzone są w doskonale Państwu znane z domowych
pecetów gniazdka, w których trzeba
umieścić dołączany do zastawu kabel, uzbrojony w
odpowiednie końcówki. Dla zapewnienia optymalnego
kontaktu między stykami, a także uniknięcia
przypadkowego zerwania łączności, zalecane jest
dokręcenie znajdujących się na skrajach złączy śrubek.
Czynność ta jest bardzo przyjemna i sprawia sporo
trudnej do racjonalnego wytłumaczenia przyjemności.
Radość z montowania przedwzmacniacza byłaby jednak
znacznie większa, gdyby kabelek był jakieś dwa razy
dłuższy. Można by wtedy postawić zasilacz daleko od
elektroniki i mieć całkowitą pewność, że pracuje ona w
możliwie najbardziej komfortowych warunkach. Łatwiejsze
byłoby również znalezienie odpowiedniego miejsca
dla zasilacza - na przykład w pobliżu kondycjonera
sieciowego. Inną niedogodnością, chociaż również
z dziedziny kosmetyki, jest zaopatrzenie “sto
czternastki” w przytwierdzony na stałe
przewód sieciowy. Ani on ładny, ani praktyczny;
lepiej byłoby pozostawić użytkownikowi trochę swobody w
doborze najbardziej odpowiedniego kabla czy filtra.
Właściwy przedwzmacniacz, a więc „sto
jedenastka”, jak wcześniej wspomniałem, jest
bardzo podobny do monobloków, z tą tylko
różnicą, że na jego granitowej ściance przedniej
(z przyklejonym nie wiedzieć w jakim celu wątpliwej
urody kawałkiem plastiku czy innego tworzywa) znajdziemy
trzy ozdobnie wyprofilowane pokrętła. Środkowe i
największe służy, rzecz jasna, do regulacji głośności.
Skrajne - do wyboru źródła sygnału oraz trybu
pracy (standby, źródło, magnetofon). Właściwy
włącznik sieciowy umieszczono jednak na tylnej ściance
zasilacza. Gimnastyka, jaką trzeba byłoby wykonać, by do
niego dotrzeć po zainstalowaniu komponentów,
mogłaby sugerować, że przedwzmacniacz powinien być cały
czas pod prądem. Jednak Pavel Dudek uważa, że porządnie
wykonane komponenty będą grały równie dobrze
zaraz po wyjęciu z pudełka, jak i po trzech dniach
wygrzewania. W przypadku jego produktów taka
deklaracja niewiele odbiega od faktycznego stanu rzeczy,
ja jednak postanowiłem podgrzewać wrażliwe układy
elektroniczne przez cały czas użytkowania, a do
wyłączania wykorzystywać tylko pokrętło na panelu
czołowym.
Na tylnej ściance „111”
oprócz wejścia zasilania, znajdziemy dwa rządki
solidnych złoconych gniazd. Ich rozmieszczenie tylko z
pozoru jest normalne. Użytkownicy sprzętu audio
przyzwyczaili się, że kolor czerwony oznacza kanał
prawy, biały zaś - lewy. W tym przypadku jest jednak
inaczej. Rządki w obu barwach ciągną się przez całą
szerokość urządzenia. Właściwego połączenia jednego z
czterech źródeł liniowych lub magnetofonu nie
sposób wykonać „na czuja”. Jedynym
sposobem jest dokładne przestudiowanie opisów
przyporządkowanych poszczególnym wejściom i
wyjściom. Boczne ścianki przedwzmacniacza, jak
również wszystkich pozostałych
„Dudków”, wykonane są w formie
długich radiatorów o gęsto upakowanych żeberkach.
Mają one przede wszystkim zapewnić efektywne
odprowadzanie ciepła, aby wyeliminować zmiany
warunków pracy komponentów wywołane
wzrostem temperatury, ale przy okazji pełnią także
funkcję estetyczną. W wyżłobienie w górnej części
radiatorów wsunięte są pokrywy obudów. Ich
demontaż też dziecinnie prosty, ale i tak nie będzie
konieczny, bo dostęp do bezpieczników możliwy
jest z zewnątrz.
Po odsunięciu pokrywy w oczy
rzucają się przede wszystkim... kolorowe taśmy
komputerowe sterujące znajdującymi się tuż za wejściami
przekaźnikami Takamisawy i łączące je z selektorami na
przedniej ściance. Układ jest w pełni symetryczny;
jedynym niesymetrycznym elementem są tutaj gniazdka
przyłączeniowe. Wzmocnienie sygnału powierzono - tak jak
we wszystkich urządzeniach DPAudio z trójką na
początku symbolu - tranzystorom mosfet. W roli
potencjometru wystąpił błękitny Alps o wartości 10
kiloomów. Jak podaje producent, układ pracuje w
czystej klasie A, a na wyjściu zastosowano tranzystory
40-watowe, co praktycznie czyni ze “sto
jedenastki” końcówkę mocy. Impedancja
wyjściowa jest bardzo mała - 50 omów - i
gwarantuje praktycznie nieograniczoną kompatybilność z
dowolnym wzmacniaczem mocy.
Żeby jednak nie
utrudniać nabywcy życia, Pavel Dudek proponuje do
kompletu kilka końcówek własnego projektu.
Najwyższą jakość brzmienia zapewniają jednak dopiero
120-watowe monobloki - stanowiące jak dotąd szczyt
komercyjnej oferty DPAudio. Co prawda będąc z wizytą w
praskiej siedzibie firmy, widzieliśmy z Maciejem
również potężne monobloki o mocy kilkuset
watów, ale nic nie wskazuje na to, by miały one w
najbliższym czasie wejść do seryjnej produkcji. Jednak
383SE to również nie ułomki i można żywić
graniczące z pewnością przekonanie, że bez wysiłku
poradzą sobie ze znakomitą większością dostępnych na
naszym rynku głośników. Zasilacz każdego
wzmacniacza tworzy spory transformator toroidalny,
współpracujący z magazynem energii w postaci
dwóch kondensatorów elektrolitycznych o
pojemności 12000(F każdy. Co prawda elementy te nie
zostały umieszczone w osobnym pudełku, jak miało to
miejsce w przedwzmacniaczu, ale od obwodu
elektronicznego oddziela je solidny ekran z blachy
stalowej, co w przypadku wzmacniacza mocy wydaje się
rozwiązaniem skutecznie eliminującym ewentualne
zakłócenia emitowane przez zasilacz.
Sam
układ jest w pełni symetryczny od wejścia do wyjścia.
Jego topologię można uznać za kontynuację i rozwinięcie
koncepcji Erno Borbelya datującą się na lata 80.
Powitanie sygnału przychodzącego do wejścia powierzono
dobrej jakości (choć wcale nie bardzo drogiemu)
kondensatorowi poliwęglanowemu o wartości 4,7uF. Sam
stopień wejściowy zrealizowano przy użyciu wzmacniaczy
różnicowych. W sekcji wzmocnienia napięciowego
pracują tranzystory bipolarne połączone w symetryczne
kaskody. Takie rozwiązanie daje pewność, że przy
dowolnym poziomie sygnału końcówka mocy zostanie
prawidłowo wysterowana. Gdyby zdarzyło się, że
wzmacniacz zostanie doprowadzony do granic możliwości,
tworzące kaskody tranzystory zostaną ochronione przed
nasycaniem przez antysaturacyjne diody. Ich włączenie
zapewni bardzo łagodne, właściwe wzmacniaczom lampowym,
wchodzenie w clipping. Zastosowanie tego rozwiązania,
importowanego z techniki profesjonalnej, bardzo dobrze
świadczy o rozległej wiedzy konstruktora. Na marginesie
można dodać, że jest to nie tylko wiedza książkowa, ale
i owoc doświadczeń pana Dudka, zdobytych, jak wieść
niesie, podczas budowania estradowych wzmacniaczy dużej
mocy. Co prawda 383SE nie dałyby sobie rady z
nagłośnieniem prawdziwego koncertu, ale dla wszystkich
pragnących stworzyć we własnych domach iluzję obcowania
z dźwiękiem live, obecność takiego zabezpieczenia
powinna być bardzo miłą niespodzianką. W samej
końcówce mocy pracują trzy komplementarne pary
wysokoprądowych mosfetów (IRF 640/9640)
przytwierdzonych do masywnych radiatorów za
pośrednictwem blaszanych kątowników. Sygnał z
wyjścia jest przenoszony do gniazd głośnikowych za
pośrednictwem dość grubych przewodów z
posrebrzanej miedzi. Kolejnym odniesieniem do
“klasyków gatunku” jest układ
korekcji błędów powstających w wyniku
implementacji sprzężenia zwrotnego (error feedback
correction) opracowany przez profesora Malcolma Omara
Hawksworda i udoskonalony przez Roberta Cordella.
Zastosowanie tego obwodu, zrealizowanego na dwóch
małosygnałowych i bardzo szybkich tranzystorach
bipolarnych, zaowocowało zredukowaniem do absolutnego
minimum zniekształceń dynamicznych (TID),
intermodulacyjnych (TIM) i fazowych (SMPTE). Monobloki
wyposażone są w przeciwdziałający generowaniu groźnych
dla głośników impulsów układ miękkiego
startu oraz cewkę chroniącą układ przed składową bierną
prądu generowaną podczas powrotnego ruchu cewek
głośnikowych.
Na zewnątrz, a dokładniej na ściance
tylnej, umieszczono regulator czułości wejściowej.
Zdecydowanie odradzam przeprowadzanie prób z
wykorzystywaniem ich jako potencjometrów
głośności. Sam wykonałem jedną podłączając do
wzmacniaczy redakcyjną Micromegę. Nie dość, że zakres
regulacji jest niewielki, to jeszcze zmniejszamy szanse
na ich prawidłowe wysterowanie sygnałem doprowadzonym
bezpośrednio ze źródła. Naprawdę szkoda czasu i
atłasu, tym bardziej, że jest bardzo mało prawdopodobne,
by udało się nam uzyskać odpowiednie
zrównoważenie kanałów. Nie po to kupuje
się monobloki, żeby pozbawiać je nierozsądnymi
oszczędnościami jednego z największych atutów,
jaką jest reprodukcja wrażeń przestrzennych. Jeśli nadal
nie wszystkich przekonałem dodam na koniec to, co
najważniejsze. Dopiero przedwzmacniacz Pavla Dudka
zapewnia fenomenalną reprodukcję basu. Wystarczy?
Oprócz regulatorów czułości na tylnej
ściance nie mogło zabraknąć wysokiej jakości złoconego
gniazda wejściowego RCA, terminala głośnikowego oraz,
nieco większy niż w przedwzmacniaczu, świecącego na
czerwono pstryczka sieciowego.
Konfiguracja systemu
Jako że komplet DPAudio przebywał w redakcji
dosyć długo, był stosowany w najróżniejszych
zestawieniach. Stali czytelnicy pamiętają zapewne
entuzjazm, jaki wywołało brzmienie zasilanych z niego
kolumienek Audio Physic Spark. Ale były też inne
zestawienia, jak choćby z otwierającym serię Reference
odtwarzaczem kompaktowym firmy DPA. (Pomimo zbieżności
nazw, obaj producenci nie mają ze sobą nic
wspólnego). Trzeba jednak powiedzieć, że
zdecydowanie najdłużej słuchałem wyrobów Pavla
Dudka z głośnikami Audio Physic Tempo oraz
źródłem cyfrowym, na które złożył się
szczytowy model przetwornika Parasounda - D/AC 2000 oraz
Micromega Stage3 w roli napędu CD. Do transmisji
cyfrowej zastosowałem przewód Audio Note AN-Vx.
Źródło z przedwzmacniaczem łączył referencyjny
przewód Siltecha - 4-80S, a przedwzmacniacz z
monoblokami - Tara Labs Master Gen.2 i Siltech SQ-56G3.
I tutaj dosyć istotna uwaga. Różnice brzmienia
wprowadzane przez wymianę interkonektu transmitującego
sygnał ze źródła do przedwzmacniacza były
słyszalne bardzo wyraźnie (jak w wielu innych
systemach), natomiast zastąpienie Mastera czy
„pięćdziesiątki szóstki” tanim
kabelkiem Audioquesta czy Tary Labs nie wprowadzało
istotnych zmian. Powiem więcej - różnice były
minimalne i miałbym poważne trudności z
odróżnieniem przewodów w procedurze ABX.
Pavel Dudek uzasadnia taki stan rzeczy niską wartością
wejściowej impedancji monobloków, która
wynosi jedynie 4,7 kilooma. Jednak jego niechęć do
magicznego okablowania jest tak duża, że w celu
wyeliminowania jakiegokolwiek wpływu przewodów na
przesyłany sygnał, poleca zastosowanie dołączanych do
zestawu 50-omowych oporników. Decyzję o tym, czy
posłuchać tej rady, czy nie - pozostawiam Państwu. W
praskim studiu konstruktora słyszałem różnicę na
korzyść tego rozwiązania, jednak w opisywanym systemie
było akurat na odwrót. Miałem wrażenie
filtrowania obecnych wcześniej szczegółów
i zostawiłem oporniki w spokoju. Ich zastosowanie okaże
się jednak bardzo przydatne tym z Państwa, którzy
zdecydują się na wykonanie na 383SE instalacji kina
domowego. W takim przypadku przedwzmacniacz będzie można
pozostawić blisko źródła, a monobloki, czy też
końcówki mocy - jak najbliżej zestawów
głośnikowych. Producent podaje, że nawet wtedy, gdy
długość przewodu wyniesie 300 metrów (co należy
uznać raczej za wartość hipotetyczną nawet w dość dużych
pomieszczeniach), przy założonej standardowej pojemności
100 pF na metr, górna granica pasma przenoszenia
będzie wynosić jeszcze 100 kHz. Co do reszty osprzętu -
kable głośnikowe były te co zwykle, a więc Groneberg
Quattro Referenz, kondycjoner sieciowy również
się nie zmienił - Helion FS1800. Elementy stały na
osobnych podstawach z grubej sklejki i granitu.
Pomieszczenie o powierzchni 16,5m2 i kubaturze 42 m3
było bardziej wytłumione w części za
głośnikami.
Wrażenia
odsłuchowe
Szczytowa
kombinacja zaprojektowana przez Pavla Dudka jest bez
wątpienia jednym z najciekawszych wzmacniaczy, z jakimi
się dotychczas zetknąłem. Choć z wyglądu niepozorna,
potrafi wywrzeć piorunujące wrażenie, a nawet w pewnym
stopniu zreformować poglądy uznawane dotąd za słuszne.
Oto pierwszy z brzegu przykład. Bardzo często zdarza nam
się słyszeć stwierdzenia o negatywnym wpływie, jakie
wywiera na brzmienie zastosowanie choćby płyciutkiej
pętli sprzężenia zwrotnego. Czaruje się nas układami bez
feedbacku, używając niejednokrotnie tego argumentu w
skutecznych strategiach marketingowych. Z drugiej strony
często zdarza się, że faktycznie wzmacniacze
wykorzystujące to popularne rozwiązanie, brzmią źle.
Pojawia się więc trudny do weryfikacji wniosek o
korelacji między jednym elementem konstrukcyjnym, a
jakością brzmienia całego układu. Kiedy w listopadzie
rozmawiałem z panem Dudkiem, poczęstowałem go oczywiście
kompilacją podobnych komunałów, a wypowiedź
zakończyłem słynnym stwierdzeniem Nelsona Passa, o
którym notabene pan Pavel wyraża się z niezbyt
wielkim uznaniem i sugeruje, że jest sponsorowany przez
amerykański przemysł energetyczny, że jeśli wzmacniacz
potrzebuje sprzężenia zwrotnego, to znaczy, że jest źle
zrobiony. Mój rozmówca jako człowiek
dobrze wychowany i z natury dobrotliwy pokiwał tylko
smętnie głową i stwierdził, że koniecznie muszę
osobiście zetknąć się z jego projektami, ponieważ jego
urządzenia są dobrze zrobione, a jednak stosuje on
feedback i to dosyć głęboki, a jednak brzmienie
pozbawione jest głównego grzechu przypisywanego
temu rozwiązaniu, a więc zaburzeń timingu i ostrych
naleciałości. Zanim przejdę do właściwego opisu
brzmienia, dodam, że z podobnymi poglądami ujawniają się
tylko nieliczni. Ich zdaniem, sprzężenie samo w sobie
nie jest złe. Trzeba tylko umieć się nim posłużyć i nie
uzależniać od jego zastosowania działania urządzenia.
Nie służy ono do „łatania dziur” i
uzyskiwania z niczego dobrych parametrów. Jeśli
jednak układ jest wykonany prawidłowo, jego obecność nie
będzie się wiązać z żadnymi negatywnymi konsekwencjami.
Argumentacja, trzeba przyznać bardzo kusząca i
trafiająca do przekonania. Jednak teoria to niestety nie
wszystko. Sztuka polega na tym, aby dowieść swych tez w
praktyce.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że
Pavlowi Dudkowi się udało. Kombinacja 111/114/383SE
dysponuje tak zdumiewającymi zdolnościami w dziedzinie
przekazywania rytmu, że będzie potrafiła wyleczyć z
uprzedzeń nawet najbardziej zagorzałych
orędowników układów bez feedbacku.
Niezależnie od gatunku, muzyka jest bardzo, by tak rzec,
poukładana. Każdy dźwięk ma swoje miejsce, nie zostaje w
tyle. Płynie razem z resztą, jak kropla deszczu,
która wpadła do rwącego górskiego
strumienia. Posłuchajcie “Of wolf and man” z
czarnego albumu Metalliki. „Ciężki” gitarowy
akord musi niemal w tym samym momencie zaatakować i
wygasnąć. Musi mieć energię, moc i potęgę, a
jednocześnie zwinność i szybkość pantery, bo tuż za nim
pojawiają się miarowe uderzenia w bębny. Jeśli cokolwiek
wypadnie z tej struktury, zburzy całą gwałtowność i
efekt zaskoczenia. Jeszcze trudniejszym testem będzie
Sepultura. Jest bardziej skomplikowana, bo tempa
zmieniają się często i szybko, a za partiami gitar i
perkusji musi przecież jeszcze nadążyć bas,
którego na „Roots” jest naprawdę
dużo. Jeśli urządzenie przejdzie taki tor
przeszkód - „Ill Communications”
Beastie Boys można uznać raczej za uzupełnienie
testowego repertuaru niż kolejne pełnoprawne zadaniem,
które może przynieść diametralnie odmienne
spostrzeżenia. Nie przyniosło, więc postanowiłem zmienić
repertuar na nieco łagodniejszy. Próby
przeprowadzone z bluesowymi i jazzowymi nagraniami
udowodniły niezbicie, że DPAudio darzy rytm szacunkiem
rzadko spotykanym nawet w hi-endzie. Czy były to
niespiesznie sączące się z głośników jazzowe
ballady Diany Krall, czy też ostre, noszące wyraźne
znamiona inspiracji rockowych utwory
„Gateway”, brzmienie przykuwało uwagę.
Absorbowało niemal całkowicie zmysł słuchu, a
jednocześnie wyzwalało w organizmie przepływ tak dużej
dawki energii, że nie sposób było spokojnie
usiedzieć w fotelu. Jakby zupełnie niezależnie od
zwierzchności mózgu stopy zaczynały miarowo
wystukiwać rytm muzyki, a całe ciało przechodziło we
władanie tajemniczej siły, nie pozwalającej skupić uwagi
na czymkolwiek poza muzyką. Podobne reakcje wyzwoliło we
mnie niewiele urządzeń. Kompletowi DPAudio udało się
wprawić mnie w zdumienie i oczarować.
Zacząłem od
rytmu, ponieważ, jak już nasi stali czytelnicy wiedzą,
stanowi on dla mnie najważniejszą cechę najwyższej klasy
brzmienia. Jeżeli zaś chodzi o podzakresy pasma
akustycznego - nie ukrywam, że jest nim bas.
Prawdopodobnie dlatego, że w moim przekonaniu obie
kategorie współistnieją ze sobą w relacji
symbiotycznej i niepodobna chyba wyobrazić sobie, jak
można osiągnąć hi-endowy dźwięk bez ich połączenia. Bas
bez rytmu będzie tylko bezsensownym buczeniem. Rytm bez
basu - przekazem cieniutkim i wypranym z emocji,
pozbawionym właściwego ciężaru; efemerycznym i
przeintelektualizowanym. W brzmieniu kompletu DPAudio
nie ma mowy o podobnych sztucznych podziałach. Rytm i
bas zostają przezeń połączone organicznie. Tak mocno, że
trudno przychodzi nawet myślenie o nich w separacji. Bas
potrafi być w jednej chwili basiskiem - głębokim,
potężnym, ścielącym się po dywanie, jak w sekwencji
rozpoczynającej „Hyperballad” Bjork z płyty
„Post”, aby w następnej zacząć szybko
pulsować. Może być powolny i zwarty, słabiutki, a za
moment na tyle muskularny, by wymierzyć miłośnikowi
perkusyjnych solówek serię mocnych ciosów
w brzuch. Trudno jest zdefiniować jego charakter. Żaden
fragment nie wydaje się podkreślony, faworyzowany. Nie
brakuje najniższych rejestrów - co sprawia, że
patrząc na niewielkie końcówki, doznajemy
dziwnego wrażenia, słysząc dźwięk znany dotąd tylko z
dużych amerykańskich pieców, ale nie też można
powiedzieć, że bas dominuje nad resztą przekazu. Jest
taki, jaki powinien być - obecny i możliwie
naturalny.
Mamy więc rytmiczne, pełne brzmienie. Co
jeszcze karmi nasze zmysły? Otóż obraz, a
przekładając to pojęcie na kategorie opisu brzmienia -
przestrzeń. Każdy przecież przyzna, że oprócz
słuchania, dajmy na to koncertu, dobrze byłoby go sobie
obejrzeć. Może nie dosłownie na ekranie telewizora, ale
w wyobraźni, która otrzyma od systemu tyle
informacji, że nie będzie się musiała zbytnio wysilać.
Wtedy dopiero stworzone zostaną solidne podstawy dla
iluzji obcowania z przedstawieniem na żywo. W
materiałach reklamowych producent wskazuje na zależność
między przesłuchem między kanałami a jakością
stereofonii. W monoblokach to niekorzystne zjawisko
zostało wyeliminowane i najpewniej właśnie temu
zawdzięczamy zarówno wyśmienitą - precyzyjną i
ostrą lokalizację, jak i realistyczne oddanie głębi. Nie
muszę chyba dodawać, że również
różnicowanie wysokości źródeł pozornych
stoi na znakomitym poziomie. Wielkości
poszczególnych instrumentów są wiarygodne.
383SE nie zaskoczą nas gitarą akustyczną wielkości
dzwonu Zygmunta, ale umiejscowią ją bardzo precyzyjnie i
otoczą delikatną pajęczyną pogłosu. Naprawdę, choćbym
bardzo chciał, nie mogę również i w tym wypadku
wytknąć „Dudkom” niedociągnięć. Żeby jednak
nie wydawało się Państwu, że ktoś w końcu zbudował
idealny wzmacniacz, który na dodatek nie kosztuje
fortuny będzie też delikatny prztyczek. Wada znaleziona
na siłę, złośliwe czepianie, a może nawet cios poniżej
pasa. Dokładniej rzecz ujmując - chodzi o średnicę.
Mogłaby być bogatsza w szczegóły, bardziej
nasycona, pełna. Problem jednak w tym, że jak dotąd
jedynym wzmacniaczem tranzystorowym, na którym
naprawdę usłyszałem średnicę był McIntosh 6850.
Urządzenia Pavla Dudka, mimo że zdobyły ogromnie dużo
mojego uznania i sympatii, nie były w stanie
powtórzyć wyczynu uzbrojonej w hipnotyzujące
wskaźniki amerykańskiej integry. Nie znaczy to jednak,
że poziom reprodukcji opisywanego dzisiaj kompletu dawał
jakieś podstawy do krytyki. Rzecz raczej w tym, że
osiągnął „tylko” poziom bardzo dobry, a nie
wzorcowy czy jak kto woli - magiczny. Abstrahując jednak
od tych rozważań prowadzonych na łebku od szpilki,
trzeba przyznać, że wyśmienicie słucha się na DPAudio
wszelkiego rodzaju pianistyki. Zdarzało się już Państwu
zapewne obcowanie z urządzeniami, które nie dają
sobie rady ze skalą fortepianu. Słuchając ich mamy
wrażenie, jakby nie chciał się w nich zmieść. Na niskich
poziomach głośności brzmienie jest jeszcze znośne, ale
gdy gałka potencjometru powędruje o kilka stopni w prawo
- momentalnie następuje kompresja dynamiki. Z
głośników zaczynają się wydobywać
zniekształcenia, a nagłe i mocne uderzenia w klawiaturę
są nienaturalnie spłaszczane. Podczas słuchania
„Dudków” nic takiego mi się nie
przytrafiło. Wzmacniacz przekazywał bez wahania nawet
duże skoki dynamiczne panując jednocześnie nad
odpowiednim bogactwem nasyceniem barw. Można powiedzieć,
że komplet DPAudio nie boi się fortepianu i wydaje mi
się, że takie stwierdzenie pomimo swej lapidarności
dobrze oddaje istotę rzeczy. Również bardzo
dobrze słucha się na tym wzmacniaczu pozostałych
instrumentów i głosu. Nie można wskazać cechy
brzmienia pozwalającej na zarzucenie mu odstępstw od
neutralności. Dźwięk nie przechyla się ani w stronę
ciepła, ani też zimna, co przyznam, byłoby znacznie
gorsze. Jest tak naturalny, jak można by tego oczekiwać
od komponentu o wiele droższego. Bez przeszkód
można go uznać za jeden z wzorców w przedziale
cenowym do piętnastu tysięcy złotych. Wyżej jak na razie
króluje McIntosh. W świetle różnicy cen
obu urządzeń oraz wszystkich wymienionych wcześniej
zalet (oraz tych nie wymienionych z braku miejsca i
lenistwa autora) nie ma jednak żadnego
znaczenia.
Konkluzja
Pan Wzmacniacz.
Dystrybucja Voice
Cena 4800 zł za "111"
+ "114"
7200 zł za parę
383SE
razem: 12000 zł