Copland CDA 289
Jak już zapewne dobrze wiedzą nasi
stali czytelnicy, poprzednik CDA 289 sprzedawał się
świetnie na całym świecie, a niemały wkład w jego
komercyjny sukces wnieśli również polscy
audiofile.
Nie można zaprzeczyć, że czynnikiem
ostatecznie decydującym o zakupie 288-ki było jej
brzmienie. Wydaje się jednak wielce prawdopodobne, że
pierwsze opory przeciwko wydaniu tak znacznej sumy na
źródło sygnału łamał wcale nie naturalnie
zaprezentowany wokal Sary K., ale wygląd, przywodzący na
myśl produkty innej skandynawskiej firmy, tym razem z
branży motoryzacyjnej.
Budowa
Gdyby nie szuflada pośrodku,
najnowszego flagowca szwedzkiej firmy Copland, CDA 289
można by pomylić ze wzmacniaczem. Przypadki, gdy
wysokość odtwarzacza płyt kompaktowych dochodzi do
dwudziestu centymetrów, zdarzają się bowiem
nadzwyczaj rzadko i w tej dziedzinie Copland należy do
grona niekwestionowanych liderów. Nie jest to
jednak jedyny obszar działalności, w którym firma
Ole Mollera wyróżnia się na tle konkurencji.
Kwestią niewątpliwie zasługującą na uwagę jest
błyskawiczny rozwój tego producenta. Zdobycie
niekwestionowanej renomy i rozwinięcie obejmującej
obecnie prawie cały świat sieci dystrybucyjnej w ciągu
niespełna dziesięciu lat, są chyba najlepszym argumentem
świadczącym o umiejętnościach inżynierów i
speców od marketingu ze Skandynawii. Najnowszym
motorem rozwoju ma być recenzowany dzisiaj następca
znakomicie się sprzedającej "dwieście
osiemdziesiątki ósemki". Opis wyglądu
najlogiczniej będzie więc zacząć od wymienienia
podstawowych różnic pomiędzy obydwoma
modelami.
Pierwszą i, co tu kryć, wzbudzającą
największe kontrowersje, jest zmiana modułu transportu.
W CDA 288 montowany był darzony przez audiofilów
niemal bałwochwalczą czcią mechanizm Teaca, CMK 4. W 289
zastąpiono go nie cieszącym się już takim uznaniem
napędem Sony KSS 240A. Spróbujmy się przez chwilę
zastanowić, czy rzeczywiście kwestia wymiany mechaniki
ma przypisywane jej przez wielu zwolenników Teaca
decydujące znaczenie dla finalnego efektu brzmieniowego.
Z jednej strony, szczególnie po kontakcie ze
znakomitym produktem japońskiego C.E.C.-a, traktowanie
napędu bez należnej mu atencji można uznać za poważne
niedociągnięcie. Z drugiej jednak może warto się przez
chwilę zastanowić, czy rzeczywiście mechanika Sony jest
gorsza od Teaca? Przyjęło się tak sądzić, to prawda, ale
czy był to pogląd uzasadniony? Duży talerzyk i sztywny
szkielet? W porządku, ale idąc dalej tym tropem
należałoby zacząć konsekwentnie wymagać od wszystkich
producentów hi-endowych źródeł montowania
w odtwarzaczach właśnie mechaniki C.E.C.-a. W
porównaniu z nią wszystkie inne napędy wyglądają
jak rozwiązania, oględnie mówiąc, kompromisowe.
Czy więc histeria wokół CMK 4, dodajmy, że w
ostatnich seriach często kapryśnego i zawodnego, jest do
końca uzasadniona względami praktycznymi i technicznymi?
Chyba nie do końca. Ten wątek można kontynuować i
stwierdzić, że wysokiej klasy napęd, działający
precyzyjnie, szybko i cicho, nie będzie w stanie
zrównoważyć błędów popełnionych przy
projektowaniu bloku przetwornika c/a, filtra analogowego
i bufora wyjściowego. Niektórzy posuwają się
nawet do stwierdzeń, że rola transportu jest
nieporównanie mniejsza niż sekcji przetwornika.
Ten sąd idzie jednak chyba zbyt daleko, na jednoznacznie
wykazały przeprowadzone przez nas przesłuchania tanich
DAC-ów. Wniosek z tego przydługiego rozważania
może więc być tylko jeden, a mianowicie, że dobry napęd
jest bardzo ważny. A czy firma Sony na pewno nie jest w
stanie dostarczyć wysokiej klasy produktu za
konkurencyjną cenę? Może warto się przez chwilę nad tym
zastanowić, zamiast bez słuchania skazywać CDA 289 na
wieczne zapomnienie?
Druga różnica pomiędzy 288 a 289
jest również istotna, choć wzbudza o wiele
mniejsze emocje. Chodzi o kwestię przetworników.
W 288, z wyjątkiem pierwszych egzemplarzy, w
których ponoć miały się znajdować chipy
identyczne jak w 289 (informacja od dystrybutora),
używano bardzo podobnych przetworników w takiej
samej konfiguracji. Z jedną tylko, ale dość istotną
różnicą. W 288 zacnych rozmiarów Burr
Browny PCM63P pochodziły z niższej selekcji -
"J". W 289 użyto najwyższej jakości selekcji
"K", zapewniającej przede wszystkim większy
zakres dynamiki i lepszą liniowość przetwarzania na
niskich poziomach sygnału.
Mimo tych, istotnych przecież,
różnic oba modele łączy wiele podobieństw.
Pierwsze to, rzecz jasna, wygląd, a przede wszystkim,
wspomniana na samym wstępie nietypowa wysokość
urządzenia. Podobna jest też przednia ścianka wykonana z
grubej warstwy aluminium. Ciekawostkę stanowi na pewno
fakt, że na całym świecie sprzedawane są urządzenia w
kolorze srebrnym. Jednak grobowe nastroje polskiej
klienteli wymogły na producencie rozszerzenie oferty o
wykończenie trumienne, a więc czarne z matowo złotymi
napisami. Na panelu frontowym nie znajdziemy wielu
przyciągających oko elementów. Dwa pokrętła,
przywodzące na myśl maszynę do szycia, służą do
włączenia urządzenia oraz rozpoczęcia odtwarzania i
wyboru ścieżki. Mały, złoty przycisk umożliwia otwarcie
szuflady transportu, a zielona diodka sygnalizuje
odczytywanie płyty HDCD. Tył wygląda równie
skromnie; zamontowano tam tylko dwa gniazdka RCA
(wyjście analogowe i cyfrowe współosiowe),
gniazdko sieciowe dla wtyczki z uziemieniem oraz
przełącznik pozwalający na wyłączenie wyjścia cyfrowego,
kiedy nie zamierzamy wykorzystywać Coplanda jako napędu.
Zabrakło natomiast wyjść symetrycznych, co z pewnością
ostudzi entuzjazm zwolenników transmisji
zbalansowanej.
Zewnętrzna pokrywa jest bardzo solidna
i ciężka jak dzień bez jedzenia. Po jej zdjęciu od razu
widać, że chociaż układów zasilająco -
transportująco - elektronicznych jest w CDA 289 całkiem
sporo, to jednak bez obawy o ich samopoczucie można go
było trochę spłaszczyć. Płytki drukowane nie są ułożone
warstwowo, ale na jednym poziomie, tuż nad podłogą.
Elementem zawyżającym jest tylko montowana na trzech
wysokich rurkach aluminiowa podstawa napędu, mająca
zapewne na celu usztywnienie konstrukcji i eliminację
drgań zewnętrznych. Dwa główne bloki odtwarzacza,
a więc transport i sekcja konwersji cyfrowo -
analogowej, zajmują całą centralną część obudowy.
Niedaleko od przetworników (dwa na kanał)
umieszczono precyzyjny rezonator kwarcowy sterujący
transmisją danych z transportu w układzie zamkniętej
pętli fazowej (phase locked loop). Jest to popularne i
skuteczne rozwiązanie stosowane w celu redukcji
czasowego rozmycia danych cyfrowych, a więc jittera.
Oprócz wysokiej klasy
mikroprocesorów Burr Browna warto wymienić
cenioną przez konstruktorów i audiofilów
kość PMD 100 Pacific Microsonics realizującą filtrowanie
cyfrowe z ośmiokrotnym nadpróbkowaniem oraz
dekodowanie algorytmu HDCD stosowanego do rejestracji
niektórych płyt (dostępnych jest ponoć około 2000
tytułów). Stopień analogowy zbudowano w całości z
elementów dyskretnych, a producent podaje, że
pracuje on w czystej klasie A. W oczy rzucają się przede
wszystkim dwa potężne wyjściowe kondensatory foliowe
firmy Bennic, wybrane, jak zapewnia producent, ze
względu na swoje właściwości brzmieniowe. Coś pewnie w
tym jest, bo elementy tej firmy znajdowaliśmy
niejednokrotnie w sekcji wysokotonowej zwrotnic
zespołów głośnikowych, ale niektórzy
producenci uważają wyjściowe kondensatory za
główną przyczynę "bułowatego" basu.
Teoria teorią, ale dla słuchacza najważniejsze pozostają
walory brzmieniowe. Zaczekajmy więc z formułowaniem
ostatecznych wniosków do podrozdziału p.t.
"Wrażenia odsłuchowe", a na razie zakończmy
opis budowy.
Po lewej stronie transportu umieszczono
dużą płytkę, której cała powierzchnia należy do
zasilacza, dodajmy, że najprawdopodobniej przeniesionego
"żywcem" z 288 (płytka ma nie zmienione
oznaczenie). Użyto dwóch osobnych
transformatorów do zasilania części cyfrowej i
analogowej, przy czym sekcja przetwornika i stopień
wyjściowy korzystają z dodatkowych stabilizatorów
napięcia. Wszystkie elementy ułożone są na płytach
równiutko niczym butelki leżakującego wina, co
wydatnie potęguje wrażenie obcowania z produktem o
przemyślanej konstrukcji i solidnym wykonaniu.
Wrażenia odsłuchowe
Copland CDA 289 znalazł się w naszym
systemie odniesienia jako pierwszy. Egzemplarz był
zupełnie świeży, więc czas oczekiwania na resztę stawki
minął mu na wygrzewaniu i "dochodzeniu"
wszystkich parametrów do stanu przewidzianego
przez konstruktorów. I nie był to czas stracony.
W ciągu pierwszych trzech dni brzmienie dojrzewało,
stawało się coraz bardziej spójne i rytmiczne.
Pierwsze urządzenie z nowej stawki startuje z pozycji
uprzywilejowanej, ponieważ w jakimś stopniu decyduje o
sposobie postrzegania komponentów z tej samej
grupy cenowej. I tak właśnie było z Coplandem. Grał na
tyle dobrze, że można było go traktować jako swego
rodzaju drogowskaz, punkt odniesienia dla następnych
urządzeń. Jego słuchanie udowodniło także po raz
kolejny, że drugi przełom jakościowy (dość powszechna
jest opinia, że umowny pierwszy przełom przypada na
okolice 4000 zł) sytuuje się właśnie w okolicach 8000 zł
za źródło cyfrowe. Doświadczenia z Coplandem były
tak dobre, że zaczęliśmy myśleć o jednoznacznie
entuzjastycznej recenzji, ale właśnie wtedy do redakcji
dotarł recenzowany po sąsiedzku C.E.C., którego
cena niejako wymusiła wnikliwe porównania. W
opisie brzmienia CDA 289 znajdą się więc bezpośrednie
odniesienia do japońskiego produktu, które wydają
nam się nie tylko uzasadnione, ale wręcz konieczne dla
sformułowania w miarę sensownej opinii.
Zacznijmy od basu. Kiedy słuchaliśmy
Coplanda saute, nie mieliśmy zastrzeżeń do prezentacji
tego podzakresu. Niskich tonów było odpowiednio
dużo, schodziły nisko i nie zauważyliśmy jakichś
podbarwień, spowolnień czy rozmycia konturów.
Włączenie w system C.E.C.-a (transmisja niesymetryczna)
kazało nam jednak na nowo zdefiniować pojecie
znakomitego basu za 8000 zł. W bezpośrednim
porównaniu bas Coplanda nosił znamiona
spowolnienia i eksponowania potęgi kosztem zwinności.
Jego ilość nie budziła najmniejszych zastrzeżeń, ale
sposób artykulacji, jak się okazało, mógł
być jeszcze lepszy. Nie znaczy to jednak, by Copland
oferował mało, czy też wyraźnie uchybiał prezentacji
niskich rejestrów. Wydaje nam się, że to raczej
C.E.C. zawyżył poziom do tego stopnia, że konfrontowanie
go z innymi urządzeniami z tej grupy przez moment wydało
nam się krzywdzące. Gdyby z niego zrezygnować CDA 289
wyszedłby z każdej testowej batalii z tarczą. Nawet w
konfrontacji z C.E.C.-em bronił się dzielnie i mimo że
doświadczony słuchacz mógłby wskazać obiektywne
niedostatki w dziedzinie czystości i zwinności niskich
tonów, to z pewnością nie będą żałować ci,
którzy staną się jego posiadaczami.
Wysokie tony w wykonaniu Coplanda są
dźwięcznie i raczej łagodnie. Nie znajdziecie tu jednak
wybitnej precyzji i zróżnicowania, jakie oferuje
C.E.C. CDA 289 dobrze radzi sobie z talerzami perkusji,
trianglem czy Davisowską trąbką z tłumikiem (Doo Bop).
Zawsze jednak słychać w jego brzmieniu tendencję do
wygładzania i ujednolicenia przekazu; uczynienia go
bardziej jednolitym i, by tak rzec, łatwiej
przyswajalnym dla odbiorcy. Taki charakter brzmienia ma
swoje zalety, z których największą jest
ograniczenie ostrości dźwięku, dzięki czemu nawet
posiadacze gorzej dobranych systemów mogą być
spokojni o rezultaty eksperymentów z tym
odtwarzaczem. Są jednak i wady w postaci utracenia
części informacji, a co za tym idzie - spadku
rozdzielczości i odstępstwa, przyjemnego, ale jednak, od
pełnej neutralności. Chcielibyśmy jednak, żebyście mieli
Państwo świadomość, że opisywane tutaj zjawiska są
zauważalne na bardzo przejrzystym systemie. W takich
warunkach C.E.C. TL5100Z potrafi przekazać więcej
informacji, o włos bliżej podejść do wzorcowej
neutralności. Copland natomiast gra tak, jakby stawiał
nie tyle na nieskalaną neutralność, co na sprawienie
słuchaczowi przyjemności. Można go długo słuchać bez
zmęczenia, znaleźć w brzmieniu wiele smaczków i
mieć świadomość, że informacje odczytane z płyt nie
sprawią przykrości. Odbędzie się to co prawda kosztem
ingerencji cenzury, ale o jej dyskretnej działalności
dowiecie Państwo się dopiero po konfrontacji z TL5100Z
albo innym, znacznie droższym źródłem. Bez tego
będziecie spać spokojnie, ponieważ żadnych wyraźnych
niedostatków brzmieniu najnowszemu flagowca
Coplanda wytknąć nie sposób.
Głęboki bas i dźwięczne wysokie tony
nie są jednak jedynymi pokusami, jakimi wabi melomana
CDA 289. Bez wątpienia należy do nich dodać naturalność
przekazu tonów średnich. Głosy są bogate w
składowe, a żeby to stwierdzić wystarczy posłuchać
choćby starych nagrań Betty Carter. Nie są to na pewno
szczytowe osiągnięcia w dziedzinie sztuki rejestracji,
ale słucha się ich z dużą przyjemnością. Dla
zwolenników nieco łagodniejszych form ekspresji
dobrym materiałem do przesłuchań okaże się z pewnością
"All for You" Diany Krall. Delikatne, ballady
o niezmiennie romantycznych tekstach sprawią Wam
przyjemność, a przy okazji pozwolą docenić klasę
reprodukowanego brzmienia. Nam się podobało.
Fortepianowi również nic nie brakuje. Słuchając
kompozycji Ahmada Jamala, ma się świadomość potęgi
brzmienia tego instrumentu. Jednocześnie nie braknie
szczegółów, nasycenia składowymi i
delikatnych dźwięków z tła, dzięki czemu przekaz
staje się żywy i realistyczny. Prezentacja przestrzeni
także jest tak dobra, jak należałoby tego oczekiwać od
urządzenia zamykającego swój przedział cenowy.
Budowanie głębi jest wystarczająco precyzyjne, ale
trzeba przyznać, że efekty jakimi uraczył nas C.E.C.
były wręcz spektakularne. Uporządkowanie sceny na osi
horyzontalnej także nie pozostawia niedosytu. Przydałaby
się może jeszcze lepsza gradacja planów, ale
ogólnie Copland sprawował się dobrze. Jednak
naszym zdaniem jego największą zaletą jest muzykalność.
Osiągana w sposób inny niż w Naimie CD 3.5,
który niemal zniewalał swoją przyspieszoną
rytmiką, ale wciąż przykuwająca uwagę.
Konkluzja
Brzmienie CDA 289 jest spójne i
po prostu przyjemne. Miło posłuchać na nim Nirvany, ale
równie miło pianolowych rejestracji Rachmaninowa.
Nie ma chyba gatunku muzycznego, z którym Copland
by sobie nie poradził. Dla wielu z Państwa dodatkową
zaletą będzie z pewnością informacja, że jego cena w
Polsce jest niezwykle atrakcyjna i aż o 40% (!) niższa
niż na przykład na rynku brytyjskim.