System:
Kolumny - Audio Physic Tempo
Wzmacniacz - Krell KAV-500i
Kable sygnałowe - Nordost Flatline Red Dawn XLR,
Siltech 4-80S, Tara Labs Air3
Kable głośnikowe i sieciowy do źródeł -
Groneberg Quattro Referenz
Kondycjoner sieciowy - Helion FS 1800
C.E.C. TL5100Z
Historia japońskiego C.E.C.-a rozpoczyna się w latach
50., a dokładniej w 1954 roku, kiedy firma zadebiutowała
na rynku audiofilskim gramofonem analogowym.
Trzeba jednak powiedzieć, że prawdziwą sławę
przyniosły jej uznawane za szczyt wyrafinowania napędy
CD. Pierwszy hi-endowy transport, oznaczony kryptonimem
TL-1 został wprowadzony do sprzedaży wiosną 1992 roku i
natychmiast zdobył uznanie najbardziej wymagających
miłośników wiernego odtwarzania. Później
przyszedł czas na nieco tańszy TL-2, wspomniany przez
nas przy okazji opisu systemu Audio Note i TL-0 -
abstrakcyjnie drogi wzorzec absolutny. Konstruktorzy
C.E.C.-a zdają sobie jednak sprawę, że koszt nawet
najtańszego modelu w ich ofercie pozostaje ciągle zbyt
wysoki dla dużej części zainteresowanych. Żeby więc
umożliwić im obcowanie z niepowtarzalnymi, przejętymi z
techniki analogowej napędami paskowymi, firma
zaproponowała odtwarzacz zintegrowany. Dla wielu i tak
pozostanie on marzeniem, ale kilkunastu
kilogramów elektroniki i aluminium taniej już
chyba sprzedawać już niepodobna.
TL5100Z prezentuje się elegancko, acz nad wyraz
skromnie, choć przecież przedstawiona na zdjęciu wersja
jest opcją "luksusową", co oznacza obudowę w
kolorze szampańskim. Oprócz niej dostępna jest
również zwykła w czerni i właśnie jej dotyczy
cena podana w tabelce na końcu recenzji. Uściślenie to
jest o tyle istotne, że wykończenie szampańskie jest
nieco droższe (o ok. 200 złotych) i sprawia, że TL5100Z
przechodzi do wyższego przedziału cenowego. Jako że
ogólnie przyjętą zasadą jest podawanie ceny
najtańszej dostępnej wersji (testujemy urządzenie, a nie
lakier czy okleinę) zdecydowaliśmy się na umieszczenie
C.E.C.-a w niższej grupie cenowej.
O wyglądzie zewnętrznym nie można napisać zbyt wiele.
Cała obudowa, a jak się później okaże -
również wiele elementów wewnętrznych,
wykonana jest z aluminium. Przedni panel ma grubość
niecałych pięciu milimetrów i znajduje się na nim
siedem przycisków oraz wyświetlacz. Guziczki
służą do włączania urządzenia, wyboru ścieżki,
przewijania oraz uruchomienia i zatrzymania odtwarzania.
Wyświetlacz jest raczej skromny - pokazuje czas w trzech
trybach i nie można go wyłączyć. Z tyłu jest znacznie
ciekawiej. Obok niesymetrycznych gniazd wyjścia
analogowego i cyfrowego znajdziemy również XLR-y.
I to nie tylko na wyjściu analogowym, ale i 110-omowym
cyfrowym w standardzie AES/EBU (Audio Engeneering
Society/ European Broadcast Union). Takiego bogactwa
można w pierwszej chwili nie docenić, ale w miarę
ulepszania systemu może się ono okazać zaletą,
którą nie sposób przecenić. Zbalansowana
transmisja sygnału ma wielu zagorzałych
zwolenników, a C.E.C. umożliwia zastosowanie jej
w całym torze elektronicznym. Nie trzeba chyba dodawać,
że wszystkie gniazda są bardzo solidne i nie budzą
najmniejszej obawy o warunki przesyłania sygnału.
Interesujący jest fakt, że pomimo niepozornego wyglądu
TL5100Z zaskakuje dużym ciężarem. Audiofilom
przyzwyczajonym do lekkich plastikowych pudełek pierwszy
kontakt z japońskim urządzeniem sprawi zapewne niemałą
przyjemność i wywoła poczucie obcowania z wcieleniem
solidności. Jednak nie tylko jakość wykonania obudowy
robi znakomite wrażenie. Jeszcze większe (i
przyjemniejsze) zaskoczenie czeka nas po zdjęciu
pokrywy, która zresztą również
jednoznacznie zaświadcza o intencjach
konstruktorów. W celu wyeliminowania drgań i
niepożądanych rezonansów wytłumiono ją po bokach
dużymi prostokątami tworzywa sztucznego przypominającego
w dotyku twardą gumę i przykręcono do skrzynki siedmioma
śrubami o zróżnicowanej średnicy. Nie jest to
jednak jeszcze nic nadzwyczajnego, bo przecież
"głuche" pokrywy można znaleźć także w innych
kompaktach z wyższej półki. Niespodzianki kryją
się dopiero pod nią, ponieważ zamiast
"panoramy" całego układu, nasz wzrok napotyka
na dwie dodatkowe osłony mocowane, tym razem pięcioma
śrubami, do biegnących przez środek szyn oraz podłogi.
Wykonano je z oczywiście z aluminium w formie wygiętych
pod kątem prostym profili i, podobnie jak główną
pokrywę, wytłumiono płatami dość gęstej gąbki.
Główną przyczyną ich zastosowania było uzyskanie
jak najlepszej sztywności całej konstrukcji i
zmniejszenie podatności na zewnętrzne rezonanse mogące
zakłócać pracę napędu. Dodatkową korzyścią okazał
się natomiast "korytarz", w którym
przesuwa się pokrywa chroniąca soczewkę lasera i całą
mechanikę przed kurzem i innymi niepożądanymi
substancjami mogącymi się dostać do wnętrza transportu.
Podobnie jak w TL-2, owa pokrywa jest wykonana z dość
grubego, ale przeźroczystego plastiku, co pozwala na
obserwowanie wirującej w urządzeniu płyty. Efekt jest
niemal hipnotyczny i nie ma chyba człowieka,
któremu widok pracującego napędu japońskiej firmy
nie sprawiłby przyjemności. Jest w tym jakiś czar,
który zniewolił niejednego miłośnika winylu do
tego stopnia, że każdy, nawet najbardziej wyszukany
odtwarzacz CD wydaje mu się niczym więcej, jak tylko
bezduszną kupą złomu. Jedynym ratunkiem w takiej
sytuacji pozostaje nabycie transportu C.E.C.-a,
ewentualnie Parasounda, który jako amerykański
dystrybutor japońskiej marki ma w ofercie jedno
urządzenie z chronionym patentem napędem. W
przytłaczającej większości pozostałych odtwarzaczy płyta
wjeżdża do środka i cały czar natychmiast pryska.
Jako że termin "napęd paskowy" jest kluczem
do zrozumienia wyjątkowości C.E.C.-a, najwyższy czas
wyjaśnić, cóż to takiego. Rozwiązanie jest bardzo
zbliżone do techniki gramofonowej i polega z grubsza na
tym, że niezbędny do wprawiania płyty w ruch silnik, nie
jest połączony z napędem bezpośrednio, ale zostaje od
niego odsunięty na odległość gwarantującą efektywną
eliminację generowanych przezeń drgań mechanicznych oraz
interferencji spowodowanych dodatkowym źródłem
pola magnetycznego. W celu przeniesienia ruchu
obrotowego do mechaniki stosuje się pasek mocowany z
jednej strony na rolce, którą zakończona jest oś,
czy jak kto woli - wał silnika, a z drugiej, znów
za pośrednictwem rolki, do osi, na której
kładziemy płytę. W gramofonach układ belt drive zdobył
sobie ogromną popularność i poza nielicznymi wyjątkami -
wśród których poczesne miejsce zajmuje
kultowy wśród DJ-ów Technics 1200,
praktycznie zdominował rynek. Direct drive, a więc napęd
bez paska, zyskał popularność w dużej mierze dzięki
możliwości scratchowania i precyzyjnego kontrolowania
prędkości odtwarzania winyli, niezbędnego do miksowania
nagrań w dyskotekach i klubach techno. W technice CD
wszystkie dostępne napędy pracują z układem bezpośrednim
i na ich tle C.E.C. ze swoimi paskami wygląda niezwykle
egzotycznie. Myliłby się jednak ten, kto podejrzewałby,
że tylko chęć wyróżnienia się z tłumu podobnych
urządzeń dała japońskim konstruktorom asumpt do
wprowadzenia w życie tak oryginalnego projektu. Nie
ulega oczywiście wątpliwości, że każdy zorientowany
"w temacie" audiofil natychmiast kojarzy nazwę
C.E.C. właśnie z wyjątkowym typem napędu, ale wszystko
wskazuje na to, że nad korzyściami marketingowymi
górę wzięły względy techniczne. C.E.C. podkreśla,
że fundamentalnym warunkiem uzyskania najwyższej klasy
brzmienia jest dokładne, a więc pozbawione jakichkolwiek
przekłamań, odczytanie danych zapisanych na srebrnym
krążku. W przypadku stosowania konwencjonalnych
napędów bezpośrednich podczas odtwarzania płyty
powstają drobne drgania i rezonanse, degradujące jakość
brzmienia. W napędzie paskowym błędy mają zostać
zredukowane dzięki nieporównanie skuteczniejszemu
układowi eliminacji drgań. Wszyscy wiemy, że w systemie
audio gra wszystko. Po zapoznaniu się z poglądami
Japończyków wypada stwierdzić, że owszem gra
wszystko, ale przede wszystkim... płyta. Od prawidłowego
odczytania zapisanych na niej informacji zależy, czy
kosztowny zestaw będzie w stanie rozwinąć skrzydła i
pokazać pełnię swoich możliwości. Żeby mu to ułatwić
TL5100Z zaopatrzono w dodatkowy stabilizator
obrotów. Miłośników winylu zarażonych
bakcylem audiofilizmu przeszywa przyjemny dreszczyk na
dźwięk liczby 180. I nie chodzi wcale o jakiś kąt czy
symbol wkładki lub ramienia. Najbardziej przez nich
cenione tłoczenia czarnych krążków ważą właśnie
180 gramów. Duża masa zapewnia dużą bezwładność
układu, co z kolei bardzo pomaga w uzyskaniu układu
niepodatnego na drgania i zachowującego stałą prędkość
obrotową. Jako że płyty CD mają niemal identyczną masę
(amerykańskie bywają cięższe ze względu na grubszą
warstwę lakieru po stronie zewnętrznej. Chyba najcięższą
płytą CD, jaką miałem <J.K.> w ręku, było
"Ill Communications" Beastie Boys), funkcję
stabilizowania obrotów powierzono ważącemu około
pół kilograma krążkowi. Ma on budowę kanapkową
(sandwich) i składa się z dwóch warstw aluminium,
pomiędzy którymi umieszczono gruby wkład z
mosiądzu. Taka struktura umożliwia uzyskanie dużej masy,
sztywności i zachowanie właściwości niemagnetycznych.
Obrzeże stabilizatora jest chropowate, co wyraźnie
ułatwia jego chwytanie nawet wilgotnymi dłońmi. Po
otwarciu przeźroczystej pokrywy i umieszczeniu płyty na
mechanizmie przykrywamy ją stabilizatorem. Płyta zostaje
w ten sposób dociśnięta do układu odczytującego i
możemy być pewni, że nic nie umknie wścibskiemu wzrokowi
głowicy lasera. Aby uchronić srebrne krążki przed
zarysowaniami, a warto wspomnieć, że wbrew powszechnie
panującemu przekonaniu wszelkie uszkodzenia zewnętrznej
części płyty kompaktowej są znacznie bardziej
niebezpieczne od uszkodzeń strony czytanej przez
odtwarzacz, krążek jest wyściełany aksamitem, a
dodatkowo, w pobliżu jego centrum znajdują się trzy
welurowe kółeczka.
Cały transport wraz z usztywniającymi szynami
umieszczono pośrodku obudowy. Po lewej stronie, w kącie,
znajdziemy przykręcony do podłogi solidnymi śrubami
transformator z rdzeniem E-I i część filtracji
zasilacza. Po prawej zaś - płytkę przetwornika cyfrowo -
analogowego. Już pierwszy rzut oka rodzi przeczucie
obcowania z urządzeniem, w którym połączono nie
tyle transport z przetwornikiem, ale przede wszystkim -
analogową tradycję z cyfrową nowoczesnością. Płytka z
konwerterami zaczyna się szpalerem elektrolitycznych
kondensatorów Sanyo osiągających łączną pojemność
17600(F. Taką filtrację można spotkać w niejednym
przyzwoitym wzmacniaczu, więc mamy pewność, że energii
C.E.C.-owi nie zabraknie. Dalej widać duży mikroprocesor
NPC pełniący rolę filtra cyfrowego. Zadanie konwersji
cyfrowo - analogowej powierzono najwyższej klasy
20-bitowym przetwornikom Burr Browna PCM 1702 - po
jednym dla każdego kanału. W materiałach prasowych
C.E.C. podaje, że na wejściu przetwornika zainstalowano
układ nazwany Digital Data Synchro (w skrócie:
DDS) przeciwdziałający niepożądanemu czasowemu rozmyciu
danych. Sygnał przechodzi przez bardzo szybkie moduły
pamięci i dopiero po synchronizacji jest podawany do
głównego zegara taktującego, dzięki czemu
zjawisko jittera odpowiedzialne w dużym stopniu za
cyfrową ostrość brzmienia zostaje praktycznie
wyeliminowane. Cały układ jest w pełni symetryczny i w
całości wykonany techniką montażu powierzchniowego
(SMD). Wykorzystanie tej techniki przyczynia się do
skrócenia do absolutnego minimum drogi sygnału, a
co za tym idzie - eliminuje źródło zniekształceń,
jakimi są długie kable i ścieżki drukowane. Producent
wyraźnie zaleca wykorzystanie przez użytkownika
transmisji zbalansowanej, ponieważ dwukrotne zwiększenie
szybkości obróbki sygnału skutkuje większą
precyzją wykonywanych operacji, a co za tym idzie,
dalszą redukcją zniekształceń.
Warto dodać, że cała elektronika nie została
umieszczona bezpośrednio na dnie obudowy, ale na
dodatkowej, grubej płycie aluminium, na dodatek na
specjalnych nóżkach. Pod modułem transportu
naklejono również prostokąt substancji tłumiącej
wibracje, a wrażliwa mechanika została przymocowana do
niezależnego subchassis. Zaawansowanie technologiczne i
jakość wykonania TL5100Z dobrze wróży czekającym
nas za chwilę wrażeniom słuchowym.
Obsługa
Ten nie stosowany jak dotąd nawet w dziale
"hi-end" podrozdział, w tym wypadku wydał się
nam konieczny z uwagi na wyjątkowość konstrukcji TL5100Z
i ewentualne wątpliwości, jakie może ona budzić.
Pierwsza dotyczy paska. Czy użytkownik C.E.C.-a musi
się liczyć z koniecznością jego częstych wymian? Nie,
ponieważ funkcjami startu i zatrzymania staruje
specjalnie do tego zastosowany mikroprocesor, a na
dodatek przeciążenia występujące w tych krytycznych
momentach są nieporównywalnie mniejsze niż w
przypadku gramofonów analogowych. Żywotność paska
wynosi aż dwanaście tysięcy godzin, jest więc nawet
lepsza niż deklarowany przez producentów okres
bezawaryjnego działania transportów CD. Od
dystrybutora uzyskaliśmy informację, że nawet nabywcy
najstarszych napędów nie narzekają na ich
niezawodność. Druga kwestią jest wymóg
ostrożności. Ze źródłami C.E.C.-a trzeba się
obchodzić delikatnie, więc audiofile lubiący organizować
u siebie spotkania towarzyskie przy soku grapefruitowym
z wkładką regeneracyjną, powinni się chyba rozejrzeć za
czymś innym. Obsługa urządzenia wymaga wykonania
sekwencji kilku czynności, które w pewnych
okolicznościach mogą się okazać zbyt skomplikowane.
Można co prawda włączyć "repeat", ale to
raczej dobry sposób na wypłoszenie gości niż na
udaną zabawę. Wszystkie funkcje TL5100Z zrealizowane są
w przekaźnikach, w związku z czym na początku utworu w
głośnikach może być słyszalne cichutkie pstryknięcie.
Nie jest to zjawisko uciążliwe i można się do niego
bardzo szybko szybko przyzwyczaić, ale w pierwszym dniu
słuchania wymaga odrobiny cierpliwości. Po tych
zastrzeżeniach przechodzimy wreszcie do meritum,
którym jak zwykle są
Wrażenia odsłuchowe
Można by o nich opowiadać przez następnych kilka
stron, ale co by na to powiedzieli autorzy z działu
muzycznego. I tak już pewnie się denerwują, że tak długo
trwa opisywanie jakiegoś pudła z klapką. Jeszcze chwilę
cierpliwości.
Zacząć wypada od stwierdzenia, że TL5100Z bardzo nas
zaskoczył. Przed nim słuchaliśmy dość długo Coplanda
CDA289 i wydawało się, że jest to urządzenie,
które w swoim przedziale cenowym znajdzie
niewielu konkurentów. Włączenie do systemu
C.E.C.-a zmodyfikowało ten pogląd. TL5100Z nie tylko
redefiniuje pojęcie doskonałego basu w przedziale 4000 -
8000, ale mógłby z sukcesem konkurować z o wiele
droższymi urządzeniami. Szczerze mówiąc, na samym
początku nie bardzo wiedzieliśmy, co o tym myśleć.
Rzadko się bowiem zdarza, że jakiś komponent potrafi
zaprezentować potęgę tego podzakresu, która
jednak przez cały czas pozostaje pod ścisłą kontrolą.
Tak właśnie stało się w przypadku C.E.C.-a. Bas miał
rzadko spotykaną energię, uderzał mocno, a jednocześnie
bez jakichkolwiek oznak spowolnienia czy ociężałości.
Czasem zdarza się, że wrażenie szybkiego basu uzyskuje
się poprzez drastyczne odfiltrowanie jego najniższych
składowych. W tym przypadku było zupełnie inaczej.
Określenie basu mianem szczupłego nie przeszło nam nawet
przez myśl. Był nasycony w najgłębszych głębinach, a
jednocześnie sprężysty i zwinny. Można to było zauważyć
zarówno w nagraniach z muzyką techno, jak na
akustycznym jazzie. Szybki beat nie został nie stracił
tempa, ale też nie został odchudzony, dzięki czemu
nagrania zachowały zarówno oryginalną rytmikę bez
ciągnących się "w ogonie" pomruków, a
jednocześnie energię i cielesność, bez której ich
transowe właściwości musiałyby niechybnie ulec
minimalizacji. I podobnie było z kontrabasem i gitarą
basową (urządzenie rozróżnia te instrumenty bez
najmniejszego wysiłku). Faza ataku prezentowana była
bardzo dokładnie. Zarówno w dziedzinie czasu, jak
i częstotliwości. Na pewno znacie Państwo to dziwne
wrażenie, kiedy niby wiecie, że słuchacie gitary
basowej, a jednak czegoś Wam brakuje. W takich wypadkach
szala prezentacji przechyla się w kierunku
harmonicznych. C.E.C. zachowuje doskonałe proporcje
pomiędzy składowymi i tonem podstawowym, dzięki czemu
realizm przekazu wzrasta nieporównywalnie. Wstęp
do "Bullet in the Head" Rage Against the
Machine zrobił na nas duże wrażenie. Wyraźnie słychać
atak, ale za chwilę szybkie wygaszenie dźwięku. Tyle
tylko, że to ostatnie nie tylko słyszymy, ale także
czujemy w postaci krótkiego podmuchu powietrza.
Słychać jak basista tlumi wybrzmienie i niemal w tej
samej chwili dociera do nas lekkie uderzenie w brzuch.
Bas C.E.C.-a jest, jak to się zwyklo określać w żargonie
- zebrany, krótki i potężny zarazem. Nie można mu
jednak zarzucić nienaturalnego utwardzenia (przynajmniej
podczas odtwarzania przez papierową membranę
średnioniskotonowej Vify zamontowanej w Audio Physic
Tempo). Można go za to bez wielkiej przesady określić
mianem studyjnego - dysponuje zdecydowanym i punktualnym
atakiem, w którym łatwo wyczuwamy kumulację
energii i kontrolowanym wybrzmieniem, podczas
którego energia ta jest uwalniana zgodnie z
wymogami struktury rytmicznej. Mówiąc to samo,
ale znacznie prościej - bas C.E.C.-a jest referencyjny w
tej klasie cenowej i szkoda papieru na dłuższe
dywagacje. Szóstka.
Szóstkę, chociaż nieformalną, bo nie
umieszczoną w tabelce wystawiamy również za
rytmikę prezentacji. Nie ma ona co prawda nic
wspólnego z tą, którą zaprezentował CD3.5
Naima, bo próżno by w niej szukać przyspieszenia
czy nieco sztucznego, chociaż bez wątpienia efektownego
ożywienia, a mimo to od razu wiemy, że każdy dźwięk
odtwarzany przez TL5100Z jest na swoim miejscu. Przy
bezpośrednim porównaniu z Naimem możemy w
pierwszej chwili odnieść wrażenie, że C.E.C. śladowo
zwalnia tempo, ale to chyba Brytyjczyk nieco
przyspiesza. Paradoksalne jest natomiast to, że oba
urządzenia są pod względem timingu więcej niż
prawidłowe. 5100Z jest odrobinę bardziej poprawny, ale
mniej efektowny. Naim ma mocne wejście, ale C.E.C.
bardziej szanuje intencje twórców. Jak
pozwalamy sobie mniemać.
Kolejną cechą zasługującą na uznanie jest prezentacja
tonów wysokich. Są niesamowicie
zróżnicowane i szczegółowe, na czym bardzo
korzysta przejrzystość prezentacji. Jednak w tym miejscu
trzeba wspomnieć o czającym się tuż za rogiem
niebezpieczeństwie. Jeśli jesteście Państwo posiadaczami
zbyt jasno brzmiących systemów, nie liczcie na
miłosierdzie C.E.C.-a. Jego dokładna reprodukcja
góry pasma akustycznego działa bowiem jak miecz
obosieczny. W zrównoważonych brzmieniowo
zestawieniach, niekoniecznie drogich, ale na pewno
dobrze dobranych, jego bogactwo okaże się
błogosławieństwem. Dostarczy wzmacniaczowi, a dalej
wysokotonowym kopułkom nieprzebranego bogactwa
dźwiękowego planktonu. Wypełni przestrzeń powietrzem,
odgłosami tła, aurą pogłosową i wszystkim tym, czego tak
bardzo pragną się doszukać w brzmieniu swoich
systemów wymagający audiofile. W zbyt jasnych i
nie do końca uporządkowanych zestawieniach może się
jednak okazać, że C.E.C. bezlitośnie obnaża wszystkie
wady. Nie ma więc sensu liczyć na to, że wprowadzi
jakieś przyjemne korekty. Z takiego zadania znacznie
lepiej wywiąże się Copland, który choć mniej
szczegółowy - może się okazać remedium na wiele
dolegliwości.
C.E.C. dysponuje wybitnymi w swej klasie
możliwościami w dziedzinie reprodukcji wrażeń
przestrzennych. Tworzona przez niego scena jest nie
tylko dobrze rozplanowana, tak że określenie pozycji
poszczególnych muzyków, nawet mało
doświadczonym słuchaczom nie sprawi kłopotu, ale
oprócz tego zdumiewa głębią i wreszcie realizmem
osiągniętym właśnie dzięki wspomnianemu przed chwilą
wysokiemu nasyceniu składowymi. Takie stwierdzenie nie
jest jednak jeszcze niczym nadzwyczajnym. Wrażenia
szokujące, którymi potrafi nas obdarzyć C.E.C. to
na przykład dźwięki zlokalizowane za głową (na
niektórych realizacjach techno oraz w produkcjach
Nine Inch Nails) albo przelatujące po całej przekątnej
pokoju - zza lewego ucha do prawej kolumny - tak
jakbyśmy oglądali filmy w surroundzie. Naprawdę mocna
rzecz. Jest tylko jedno, ale za to duże "ale".
Trzeba mieć dobre i precyzyjnie ustawione kolumny (Audio
Physic Tempo po raz kolejny pokazały swoją niezwykłą
klasę) i sensowny wzmacniacz (Krell KAV-500i okazał się
wystarczający). Warto również (nie wierzę
<J.K.>, że to mówię, bo dotąd ten problem
traktowałem jak czary mary) zainwestować w... dobry, co
wcale nie znaczy bardzo drogi przewód sieciowy.
Groneberg Quattro Referenz będzie w sam raz. Na TL5100Z
było słychać wyraźną różnicę na korzyść tego
przewodu po zastąpieniu nim zwykłej sieciówki. I
nie ma to raczej nic wspólnego z polaryzacją
sieci, ponieważ korzystaliśmy z symetryzowanego wyjścia
w Helionie.
Na koniec kwestia neutralności. Fortepian brzmi jak
fortepian. Trąbka jak trąbka. Wiolonczela jak
wiolonczela, a głos - jak marzenie.
Konkluzja
Wersja długa: TL5100Z sprzedawany pod marką C.E.C.
należącą do Sanyo Optronics, dysponuje zadziwiającymi
możliwościami we wszystkich rozpatrywanych przez
współczesnego audiofila kategoriach percepcji
brzmienia, prezentując jednocześnie brzmienie
spójne i doskonale wyważone. Dzięki temu może się
okazać wymarzoną podstawą do zbudowania systemu
precyzyjnego i muzykalnego zarazem. Dodatkowym atutem
jest możliwość skorzystania z dobrodziejstw symetrycznej
transmisji sygnału. Szczera rekomendacja.
Konkluzja krótka: C.E.C. TL5100Z zawyża
poziom w swojej grupie cenowej. Kupiliśmy recenzowany
egzemplarz.