W poprzednim numerze "Hi-Fi i
Muzyka" zapowiedzieliśmy premierę płyty tria Jacek
Kochan, Adam Pierończyk i Ed Schuller "Plastinated
Black Sheep". Dzisiaj tytuł ten znajduje się już na
sklepowych półkach, można więc powiedzieć, że
istnienie Pierwszej Polskiej Audiofilskiej Płyty
Jazzowej stało się faktem (myślę, że w tym momencie
uzasadnione byłyby dźwięki fanfar, odwołuję się więc do
wyobraźni Czytelników).
W nagraniu tym, co zresztą zawsze było
naszym zamierzeniem, chcieliśmy połączyć dwie rzeczy,
przy odbiorze muzyki najistotniejsze. Pierwszą z nich
jest naturalnie wartość samej muzyki, jej artystyczny
wymiar i głębia przekazu, drugą zaś jakość produkcji,
która umożliwi słuchaczowi jak najdokładniejsze
zapoznanie się z zamierzeniem twórców.
Kiedy dowiedzieliśmy się, że szef
krakowskiej firmy Not Two jest w trakcie prac
zmierzających do wydania płyty wspomnianego na wstępie
tria, zwróciliśmy się do niego z prośbą o
udostępnienie materiału muzycznego do odsłuchu, mając w
zamyśle ewentualny udział w produkcji tego nagrania.
Skąd taka decyzja? Dlaczego ta właśnie pozycja
zainteresowała nas szczególnie?
Złożyło się na to wiele, między innymi
zaś szacunek i zaufanie do artystycznego wyczucia p.
Marka Winiarskiego, budowane od wielu lat w oparciu o
płyty wydawane jeszcze w czasie istnienia pierwszej w
naszym kraju, poważnej niezależnej wytwórni
jazzowej, GOWI Records. Jej właśnie zawdzięczamy
pojawienie się na płytowym rynku tak ważnych zjawisk jak
yass oraz czołowych reprezentantów tego nurtu,
zanim jeszcze zasiedziały establishment dopuścił myśl o
rodzeniu się nowej muzyki. W GOWI Records wydała swoje
płyty legendarna już grupa Miłość, która na
trwałe chyba zmieniła oblicze nowoczesnego polskiego
jazzu. Dla GOWI też nagrał znakomitą płytę "A"
Jerzy "Mazzoll" Mazzolewski, którego
zapewne żadnemu ze stałych czytelników działu
muzycznego naszej gazety przedstawiać nie trzeba.
Nie ma miejsca, a zapewne też i
potrzeby, wyliczania wszystkich zasług GOWI,
niektórym jednak nie sposób nie poświęcić
choćby krótkiej wzmianki. Znaczna część
solistów i formacji, którym kiedyś
stworzono szansę na płytowy debiut dziś jest w gronie
najciekawszych zjawisk krajowej sceny (młody
zespół Simple Acoustic Trio, który
debiutował wydaną przez GOWI płytą "Komeda",
obecnie stanowi trzon polskiego kwartetu Tomasza
Stańki), inni zaś (Leszek Możdzer czy Adam Pierończyk)
stanowią jej gwiazdorską ozdobę.
Po latach wspólnej działalności
współzałożyciele GOWI Records postanowili
rozpocząć działalność na własną rękę, choć nie do końca
w tych samych dziedzinach. Niejako z rozpadu starej
firmy zrodziła się wytwórnia Not Two, w
której p. Winiarski cały czas realizuje swoją
pasję kronikarza polskiego życia jazzowego. Na razie
katalog firmy nie jest jeszcze zbyt rozbudowany, ale
jego lektura prowadzi do konkluzji, że jeżeli zdarzyło
się coś interesującego na krajowej scenie jazzowej, to
Kraków trzymał rękę pulsie.
Z pewnością najbardziej znaną płytą
zrealizowaną pod auspicjami Not Two, między innymi ze
względu na laur Płyty Roku'98 przyznany przez Jazz Forum
oraz nominacje do nagrody Fryderyka, jest "Live In
Sofia" duetu Leszek Możdzer / Adam Pierończyk,
będącą jak dotąd jedyną płytową wizytówką tego
wielce ciekawego duetu. Obok niej pojawiły się
również płyty Los Angeles Jazz Quartet,
supergrupy gdańskiej NRD (Tymon, Mazzoll, Trzaska,
Olter), własne projekty Grzegorza Gwincińskiego oraz
rejestracje sesji muzyków zagranicznych: płyta
Grega Walla i Franka Londona, czy nagrana podczas
koncertu uświetniającego trzecią edycję Festiwalu
Kultury Żydowskiej w Krakowie płyta Hassidic New Wave -
grupy stanowiącej ozdobę katalogu Knitting Factory.
Pozycja firmy Not Two na polskim
jazzowym rynku wydawniczym sprawiła, że jej plany
edytorskie nie mogły pozostać poza zainteresowaniami
redakcji "Hi-Fi i Muzyka". Współpraca
bowiem z najlepszymi i sprawdzonymi partnerami to niemal
gwarancja powodzenia.
Wróćmy jednak do rzeczy
najważniejszych, tzn. muzyki i jej
twórców. Trio Kochan / Pierończyk /
Schuller nie jest formacją o długiej historii. Pytałem
kiedyś Jacka Kochana jak doszło do tego, w znacznej
mierze na szczycie, spotkania. Okazało się, że w
poszukiwaniu początków myśli o wspólnym
graniu należy cofnąć się do poprzedniej edycji Warsaw
Summer Jazz Days. Wtedy jeszcze "Hi-Fi i
Muzyka" nie relacjonowała na swoich łamach
koncertów, ale z pewnością pamietacie Państwo
polsko-amerykański projekt z Garry Thomasem i Adamem
Pierończykiem jako głównymi solistami. Wielu
słuchaczy i krytyków dziwiło się wtedy koncepcji
ustawiania w pierwszej linii dwóch
saksofonistów tenorowych. Mówiło się, że
zestawienie dwóch tenorowych głosów albo
niesie ze sobą ryzyko zbyt monotonnej brzmieniowo gry,
albo stanowi zachętę do stworzenia na scenie okazji do
instrumentalnego pojedynku w rodzaju tych, które
odbywały się nagminnie w dawnych czasach, kiedy Kansas
City było prawdziwym jazzowym epicentrum, a także
później, gdy w murach Minton Play House
rozbrzmiewał bebop. Okazało się jednak, że ani jedno,
ani drugie nie miało miejsca. Pierończyk i Thomas,
obydwaj doskonali, różnią się od siebie grą w
sposób oczywisty, zaś idea sportowej rywalizacji
kto szybciej, kto głośniej, kto bardziej "pod
ludzi" nie interesuje ich na tyle, aby koniecznie z
niej korzystać. Koncert się udał, publiczność była
zachwycona, muzycy pewnie także, skoro znajomość
grającego wówczas na perkusji Jacka Kochana i
Adama Pierończyka przetrwała i zaowocowała
wspólnymi projektami.
Pomysł nagrania czegoś razem pojawił
się przy spotkaniu z Edem Schullerem, którego
obaj muzycy poznali podczas jednego z jego częstych
pobytów na scenach Europy Zachodniej. Szybko też
okazało się, że pomiędzy tą trójką, podczas
wspólnego grania dzieją się rzeczy,
których żal byboły nie utrwalić i skazać na
niepamięć. Powstał więc zespół, powstał niemal
przypadkiem i to bez sprecyzowanych planów czy
będzie nagrywał płyty.
Na początku tego roku, bodajże w marcu,
kiedy formacja koncertowała po raz pierwszy w Polsce,
idea płytowej rejestracji miała już swój jasno
określony kształt i dokładnie zaplanowany termin
realizacji. Muzycy zwieńczyli niedługą trasę koncertową
sesją w Studiu Nagraniowym "Chróst" w
Sulejówku, podczas której zarejestrowany
został materiał muzyczny znany dzisiaj jako
"Palstinated Black Sheep". Sesja trwała trzy
dni, zaś całość muzyki zarejestrowana została w ciągu
ok. ośmiu godzin, czyli tak jak czynili to wielcy muzycy
lat 60., dla których wizyta w pokoju reżyserskim
była jak kolejny koncert przed żywą publicznością.
Przy doskonałej znajomości materiału
oraz, rzecz jasna, przy odpowiednio dużej klasie
muzyków tak krótki czas nagrywania nie
powinien nikogo dziwić. Nie powinien też dziwić z innego
względu. Muzyka, którą gra zespół jest
jakby stworzona do takiej realizacji; nie ma tu ścisłych
aranży, precyzyjnie zaplanowanych chorusów, zaś
jej czar pozostaje w bezpośrednim związku z wrażliwością
twórców i ich wrodzoną muzykalnością.
Słuchając "Plastinated Black
Sheep" jesteście Państwo obserwatorami pewnego
muzycznego zdarzenia, którego brzmienie i wymiar
nie jest w swej wyjątkowości możliwy do
powtórzenia. Kiedy będziecie mieli okazję
posłuchać tej muzyki podczas październikowych i
listopadowych koncertów, niechybnie
skonstatujecie, że każde kolejne wykonanie, a także to,
które nagrane jest na płycie, przy pozornej
tożsamości w głębi różni się zarówno pod
względem muzycznym, jak i emocjonalnym.
Na spotkanie Kochan / Pierończyk /
Schuller można spojrzeć jak na jeden z wielu
składów, które tworzą się w muzyce
jazzowej każdego roku. Ja proponuję jednak zobaczyć w
nim spotkanie trzech muzycznych indywidualności. Każdy
jako samodzielny muzyk i lider własnych formacji,
kompozytor oraz improwizator jest twórcą
niepowtarzalnym Wszyscy trzej różnią się od
siebie znacznie, z innej przecież wyrośli tradycji, inny
też był przebieg ich doświadczeń muzycznych. W toku
kariery stali się jednak muzykami, dla których
znalezienie własnego głosu stało się sprawą bardzo
ważną, może nawet najważniejszą. To pewnie dlatego nie
jest nam trudno rozpoznać charakterystyczne cechy ich
gry oraz usłyszeć emocjonalny stosunek do muzyki. Ich
nazwiska są rozpoznawalne, kojarzą się, jednym z
większą, innym z mniejszą ilością płyt czy
koncertów.
Jacka Kochana polscy jazzfani znają
zapewne najdłużej. Na profesjonalnej scenie zadebiutował
przeszło dwadzieścia lat temu, grając w Dżamblach oraz
August Trio. Lata 70. spędził na aktywnym uczestnictwie
w jazzowym życiu w kraju - do początku 1981 r., kiedy to
zniknął za oceanem, podobnie zresztą jak wielu innych
muzyków, nie tylko jazzowych. Sprawa zrozumiała,
po pierwsze z powodu, nazwijmy to elegancko, stagnacji
jazzowego życia w Polsce, po drugie zaś ze względu na
naturalne dla wszystkich muzyków jazzowych
"ciągoty" do zmierzenia się z jazzem w miejscu
jego narodzin, czyli USA. Tak jak obowiązkiem każdego
muzułmanina jest chociaż raz odwiedzić Mekkę, a katolika
- Grób Chrystusa w Jerozolimie, tak muzyk jazzowy
powinien zasmakować uroków Nowego Yorku.
Kochan działał w Wielkim Jabłku do
połowy lat 80. W tym czasie nawiązał kontakty nawet z
samym Jaco Pastoriusem. Jednak miejscem, w którym
zatrzymać miał się na dłużej, była Kanada z jej
głównymi miastami Montrealem i Toronto. Atmosfera
tego podobno pięknego kraju okazała się wyjątkowa dla
artystycznej aktywności Kochana. Tutaj zaczął nagrywać
płyty jako sideman oraz rejestrować projekty pod własnym
nazwiskiem. Lista muzyków, którzy
wspomagali go w jego twórczych wysiłkach, jest
imponująca. Rzecz jasna nie sposób wymienić
wszystkich, ale wspomnijmy tych największych: Kenny
Wheller, John Abercrombie, Joey Calderazzo. Obecnie
Jacek Kochan jako jedyny spośród członków
tria mieszka na stałe w Polsce.
Również na licznych rozjazdach,
zmianach miejsca zamieszkania i setkach koncertów
na całym świecie upłynęło życie najmłodszego uczestnika
"Plastinated Black Sheep", Adama Pierończyka,
który do 18 roku życia mieszkał w Polsce. Potem
aż na 12 lat przniósł się do Niemiec, gdzie
studiował w klasie saksofonu w Wyższej Szkole Muzycznej
w Essen. W Niemczech powstały jego pierwsze zespoły
m.in. Gutter Music oraz znacznie lepiej w Polsce znana
formacja Themate. Z tym właśnie zespołem Pierończyk
nagrał płytę "Water music", która
zyskała bardzo dobre recenzje i ciepłe przyjęcie tak w
gronie fachowców, jak również wśród
słuchaczy, którzy mieli okazję zapoznania się z
tym ciekawym materiałem muzycznym. Od 1996 r. kariera
Adama Pierończyka jest mniej lub bardziej związana z
Polską. Po przyjeździe z Niemiec nawiązał kontakty z
krajową sceną muzyczną, środowisko zaś szybko zaczęło
postrzegać go jako jeden z najciekawszych
talentów jazzowych końca lat 90.
W tym okresie krajowe piśmiennictwo
jazzowe raczej unikało wypowiadania się na temat yassu,
który - czy się to komu podoba czy nie -
wprowadził na naszym jazzowym podwórku spore
zamieszanie. Oczywiście nie zagroził pozycji
nestorów jazzu, ale zabrał im część, zwłaszcza
młodszej, publiczności. Stała się rzecz niezwykła. Na
koncerty gdańskich czy bydgoskich twórców
przychodziły rzesze słuchaczy, zaś czołowe formacje tego
nurtu stały się nie tylko kuźnią muzycznych
znakomitości, ale też zdobyły status formacji kultowych.
Rzeczywiście wrzało w tym środowisku mocno, a poczynania
apologetów nowej improwizowanej muzyki stawały
się coraz lepiej udokumentowane na płytach. Nie dziwiło
więc, że ich rozpalone twórczym poszukiwaniem
głowy prędko zaakceptowały improwizatorską siłę wyrazu
gry Adama Pierończyka. Jeszcze w tym samym roku Adam
zaproszony został do nagrania pierwszej płyty Leszka
Możdżera "Talk To Jesus", razem z gronem
najwyżej cenionych młodych jazzmanów kraju:
Piotra Wojtasika, Macieja Sikały, Adama Kowalewskiego i
Jacka Oltera. Wystąpił też podczas wielu
koncertów Miłości.
Niedługo potem przyszedł czas na
pierwszą solową płytę, którą wydało (a
któż by inny) GOWI Records. "Few Minutes In
Space" nagrana w trio z Kowalewskim i Olterem
okazała się pozycją numer 1. w jazzowych rankingach,
Pierończyk zaś odebrał za nią Nagrodę Polskiego
Przemysłu Fonograficznego - Fryderyka w kategorii
Jazzowej Płyty Roku i Muzyka Jazzowego 1997 r.
Kolejnym ważnym etapem jego kariery był
z pewnością stworzony wspólnie z Leszkiem
Możdżerem duet, który w niedługim czasie od
powstania stał się jedną z największych atrakcji życia
koncertowego w Polsce. Ta niezwykle wymagająca formuła
artystycznej wypowiedzi okazała się znakomitym medium
dla obydwu muzyków, ukazała też w pełnej krasie
niezwykły potencjał i możliwości muzycznej wyobraźni
Pierończyka i Możdżera. Na recitale formacji publiczność
czekała ze zniecierpliwieniem, muzyków zaś
przyjmowała z wielkim entuzjazmem. Potwierdzeniem
popularności i dowodem docenienia przez krytyków
tego doskonałego duetu była nominacja do fryderykowej
batalii jego koncertowej płyty "Live In Sofia"
oraz laur Płyty Roku 1998 czytelników "Jazz
Forum".
Dzisiaj możemy śmiało powiedzieć, że
Adam Pierończyk to bodaj najjaśniejszy punkt naszej
jazzowej saksofonnistyki, artysta, który nie musi
już nikomu udowadniać swej klasy. Jego pozycję na
jazzowej mapie wyznaczają nie tylko wydarzenia płytowe i
koncertowe, o których pokrótce
wspomniałem, ale również i uznanie wielu
muzyków o światowej sławie, wyrażane licznymi
zaproszeniami do wspólnych działań. Są to artyści
tego formatu co Ted Curson, Joey Calderazzo, Carl Allen,
David Friesen oraz największy z nich wszystkich, nestor
amerykańskiego jazzu lat 60. sam Archie Shepp.
Trzecim członkiem tria jest bardzo
utytułowany i cieszący się olbrzymim prestiżem w świecie
międzynarodowego jazzu, kontrabasista Ed Schuller.
Kariera tego muzyka w początkowej fazie, co zresztą nie
powinno nikogo dziwić, była ściśle związana z rodziną.
Ed jest bowiem synem legendarnego dyrygenta i
kompozytora Gunthera Schullera, który na
przełomie lat 50.i 60. wsławił się jako autor terminu
dziś wchodzącego do kanonu jazzowego nazewnictwa. Mowa
rzecz jasna o tzw. "trzecim nurcie", czyli
płaszczyźnie, na której muzyka jazzowa, z całą
swoją improwizatorską oryginalnością i feerią
instrumentalnych kolorów, spotyka się z muzyką
klasyczną, postrzeganą jako dźwiękowy świat kunsztownej
formy, logiki konstrukcyjnej i architektonicznej
doskonałości. Do jakiego stopnia wielkość ojca była Eda
pomocą, a do jakiego przeszkodą trudno ocenić. Wydaje mi
się jednak, słysząc jego grę, że relacje z ojcem były
bardzo zdrowe i z czasem stały się podstawą jego
muzycznej erudycji.
Młody Schuller jeszcze jako dziecko
odebrał, pewnie za sprawą ojca, bardzo rzetelne
wykształcenie muzyczne. Początkowo studiował pod okiem
wielkiej wiolonczelowej znakomitości, Davida Levensona z
Cleveland Symphony. Kiedy więc w 1972 roku wstępował w
poczet studentów Wydziału Muzyki
Afroamerykańskiej w New England Conservatory, był już
muzykiem z niemałymi umiejętnościami, które
jednak pod okiem szefa klasy kontrabasu Larry'ego Woolfa
oraz wykładowcy kompozycji i teorii Josepha Maneri
nabrały jeszcze jaśniejszego blasku.
Pojawienie się na jazzowej scenie
młodego, wszechstronnego i utalentowanego muzyka nie
uszło uwadze Pata Martino, z którym Ed pojechał
na pierwszą w swoim życiu trasę koncertową po Stanach
Zjednoczonych Ameryki Północnej. Po jej
zakończeniu Schuller, podobnie zresztą jak i tysiące
innych muzyków, uległ nieodpartemu magnetyzmowi
Nowego Jorku, do którego przeniósł się na
długie lata. Nowojorski okres jego kariery to czas
ogromnej aktywności i poznawania wielu znaczących
muzyków współczesnego jazzu. To właśnie
wtedy nawiązał współpracę z tak wielkimi liderami
jak Jaki Byard, Lee Konitz, Steve Lacy, Mal Waldron,
Billy Bang, Joe Lovano, Bill Frisell, Tim Berne i Paul
Motian. Niepodobna wyliczyć wszystkich, z którymi
przyszło mu współpracować, czy wszystkich,
których wspomagał w realizacjach płytowych. Nie
sposób też wyliczyć krążków, które
z jego nazwiskiem ukazały się na świecie (co
najciekawsze, były to płyty osadzone nieraz w całkowicie
odmiennych stylistykach).
Dla wielu wydaje się nie do pogodzenia
koncertowanie z Joe Lovano i udział w realizacji
mikrotonalnych przedsięwzięć Joe Maneriego, czy jego
syna Mata. Okazuje się jednak, że ogromna muzyczna
wiedza, świadomość estetyki oraz elastyczność Schullera
nie tylko pozwala na tego rodzaju stylistyczne
akrobacje, ale czyni z nich prawdziwe wielką sztukę.
Fakt spotkania tych trzech
artystów napawa radością tym większą, że jego
efektem jest muzyka pozbawiona kompleksów, silna,
osobista i nie pozostawiająca, sądząc po własnym
przykładzie, słuchacza obojętnym. Muzyka, która
na dodatek została w perfecyjny sposób
zrealizowana od strony technicznej.
Ileż to razy w historii polskiej
jazzowej fonografii zawartość muzyczna, częstokroć
wysokich lotów, otrzymywała tak mizerne i
niechlujne brzmienie, że wypadało się tylko głęboko
wstydzić? Wielu z Państwa powie, owszem, ale i tak
muzyka jest najważniejsza, a techniczna jakość,
cóż, nawet do słabej można się przecież
przyzwyczaić. Można, tylko tak naprawdę wcale nie
trzeba. Dzisiaj nie da się już tłumaczyć niedociągnięć
technicznych brakiem stojącej na wysokim poziomie
aparatury, niezbędnej do doskonałych realizacji, ani
brakiem ludzi, którym jakość brzmienia jest
bliska.
Wzorem do naśladowania w tej dziedzinie
może stać się właśnie sygnowana naszym logo płyta
"Plastinated Black Shepp", zrealizowana w
Studiu Nagraniowym p. Winicjusza Chrósta w
Sulejówku pod Warszawą. Studio to wyposażone jest
w aparaturę, na której pracują najznakomitsze
studia na świecie. Dotyczy to właściwie każdego elementu
toru akustycznego, począwszy od mikrofonów,
skończywszy na monitorach odsłuchowych. Bo coż innego
można powiedzieć o mikrofonach Neumana, Macrotecha,
Sennheisera, AKG, legendarnym stole mikserskim Neve 8025
oraz trójdrożnych studyjnych monitorach Genelec
3082.
Zestawienie takie gwarantuje znakomitą
jakość akustycznego toru i daje podstawę do tego, aby
oczekiwać, że jakość nagranych dźwięków będzie
możliwie najbliższa temu co wydobyło się z samych
instrumentów. Podczas realizacji płyty celem
nadrzędnym było oddanie rzeczywistego brzmienia
poszczególnych instrumentów, z całą
różnorodnością zarówno barwy, jak i
charakterystyki dynamicznej, oraz uchwycenie tej
szczególnej aury brzmieniowej, jaka otacza każdy
akustyczny instrument. Stąd właśnie rezygnacja z
wielośladowego nagrywania. Całość muzyki poprzez
wspomniany już sprzęt popłynęła prosto na dwie ścieżki
cyfrowego DAT-a firmy Tascam. Obyło się też bez
zabiegów kompresji, dlatego możemy cieszyć się
brzmieniem żywym i otwartym oraz śledzić sonorystyczne
interakcje w określonej, łatwo definiowalnej przestrzeni
akustycznej.
Do powyższych stwierdzeń doszliśmy w
toku długotrwałych odsłuchów, czynionych na
aparaturze wszystkich członków ekipy redakcyjnej
oraz wielu innych sugerowanych i sprawdzonych przez
naszą redakcję systemach audio. W grupie tej znalazły
się zarówno urządzenia z najniższych, jak i
zupełnie szczytowych grup cenowych, wzmacniacze
tranzystorowe oraz lampowce, zintegrowane oraz dzielone,
duże wolnostojące zespoły głośnikowe, a także małe
monitory przeznaczone do pracy na podstawkach. Ilość
kombinacji była tu niemała, ale i tak z pewnością nie
wyczerpuje wszystkich możliwości. Abyście mieli Państwo
pełniejszy, a zatem i lepszy wgląd w nasze procesy
kwalifikacyjne i mogli uświadomić sobie rzetelność
naszych ocen, przedstawię cztery główne systemy
audio zaangażowane do odsłuchu.
1.
CD
: Cambridge Audio D-500
Wz
: Camdridge Audio A-500
Kol
: Avance Omega 530
2.
CD
: Micromega Stage 5
Wz
: Copland CSA 8
Kol
: Spendor SP 2/3
3.
CD
: Marantz CD-7
Wz
: Mcintosh 6550
Kol
: Audio Physic Virgo
4.
CD
: Audio Note DAC 1 + CDT 0
Wz
: Audio Note P1 SE + M1 Line
Kol
: Audio Note - K / L
Jak Państwo pamiętacie z
zeszłomiesięcznej notki w dziale nowości,
"Plastinated Black Sheep" otwiera jazzową
serię płyt audiofilskich. Podobnie jak było to w
przypadku wydanych w zeszłym roku "Czterech
Pór Roku", inaugurujących serię klasyczną,
tak i ta płyta została wydana na folii z 24-karatowego
złota, która jako znakomity materiał zdolna jest
oddać wszelkie subtelności brzmieniowe nagranej muzyki.
W planach redakcji jest proponowanie Państwu każdego
roku dwóch płyt w każdej z rozpoczętych serii
(prace nad kolejnymi złotymi płytami już trwają).
Zadanie to ambitne, ale zachęceni reakcjami
melomanów oraz miłośników dobrego dźwięku
na wydane już pozycje, żywimy głęboką nadzieję, że
zamiar ten się powiedzie i, co najważniejsze, znajdzie w
Państwa oczach uznanie i wparcie.