AS ZONE:

ARTYKUŁY
Porównanie prozy Tolkiena i Sapkowskiego


Geralt jest bohaterem Conradowskim
[Ex Libris 11/1997]

       Dzieci moich przyjaciół czytają Sapkowskiego. Moi przyjaciele czytają
  Sapkowskiego.  Czytam  i  ja. Wygląda na to, że znowu wyrasta nam wyjątek.
  Swego  czasu  Lemem  zaczytywało  się wielu z tych, którzy od czci i wiary
  odsądzali  fantastykę  naukową.  Dziś  Sapkowski  znajduje uznanie również
  wśród tych, którzy do ręki nie biorą innych książek typu fantasy. [...]
       A  jak do tego wszystkiego mają się opowiadania Andrzeja Sapkowskiego
  o wiedźminie? Zauważmy najpierw, że twórczość Sapkowskiego "ma się" przede
  wszystkim, nawet ostentacyjnie, do Tolkiena. Pisarz porusza się albo w tej
  samej  przestrzeni,  w której rozgrywały się losy dzielnych hobbitów, albo
  przynajmniej  w przestrzeni budowanej na bardzo podobnych zasadach. Są tam
  na północy góry i dzikie lasy, w których kryją się wygnane z nizin nimfy i
  driady.  Są  na  południu  równiny  zajęte przez kilka ludzkich królestw i
  jedno  imperium;  główną granicę między nimi wyznacza wielka rzeka Jaruga.
  Nie  umiem  zlokalizować  morza,  ale  podejrzewam,  że  jest wszędzie lub
  prawie.  Że  wydarzenia  rozgrywają się na wyspie lub półwyspie i nawet że
  jest to kolejna mutacja literacka Wysp Brytyjskich lub Skandynawii.
       W  fabułach  opowiadań  wątki arturiańskie i celtyckie krzyżują się z
  pomysłami  czerpanymi  z  Tolkiena,  przeważają  jednak  przygody  całkiem
  oryginalne   i   zdradzające   znaczną   pomysłowość.  Nawiązania  zaś  do
  poprzedników  są  demonstracyjne  i  mają charakter albo żartu, albo nawet
  hołdu.   (Niewątpliwym  hołdem  dla  Tolkiena  jest  na  przykład  to,  że
  Sapkowski wśród stworzeń człekopodobnych, zapełniających jego opowiadania,
  umieszcza  hobbity,  czyli  niziołki,  których  charakterystyka  pozostaje
  ściśle  wierna  wobec  pierwowzoru;  jeden  z  nich  jest  nawet bohaterem
  oddzielnego  opowiadania.)  Inni nieludzie Sapkowskiego, obok hobbitów, to
  elfy,   driady,  krasnoludy  -  dawni  mieszkańcy  nizin,  których  ludzcy
  przybysze   zepchnęli   z   dotychczasowych  terytoriów.  Ludzie,  niegdyś
  nastawieni   pokojowo   i   bratersko   (cała  kraina  pełna  jest  pół- i
  ćwierćelfów),  zdradzają  tendencje  separatystyczne  i  rasistowskie:  na
  odrapanej  ścianie  domu  można  dziś  spotkać  nabazgrane  hasło "ELFY DO
  REZERWATU".
       Dziś  - to znaczy kiedy? Fabuła opowiadań Sapkowskiego rozgrywa się w
  jakimś  uogólnionym  średniowieczu  (jak  bodaj przeważająca część utworów
  fantastycznych,  tak  powieści, jak filmów; to akurat na pewno jest gotowy
  stereotyp  kultury  masowej  -  albo  i  część  "paradygmatu gatunkowego",
  którego  twórcom  nie wolno lekceważyć). Środkiem komunikacji są konie pod
  wierzch   i  furmanki  z  końmi  pociągowymi  (jeśli  nie  liczyć  portali
  magicznych,  którymi  podróżują czarodzieje). Bitwy rozgrywają między sobą
  konni  rycerze,  którzy  nie  znają  jeszcze broni palnej (ale u boku mają
  często  magów  zdolnych  wywołać  eksplozje).  Zaludnienie  jest już dosyć
  gęste;  istnieją  oczywiście  bezludzia, ale liczne są wsie i miasta. Pada
  nawet  informacja,  że  największe miasto, stolica świata, Nowigaard liczy
  trzydzieści  tysięcy  mieszkańców. W miastach jest tłum rzemieślników, ale
  nie  zauważyłam  manufaktur;  są  natomiast  karczmy,  zamtuzy  i  łaźnie.
  Odbywają  się  również  jarmarki  oraz  działają - co godne podkreślenia -
  banki.
       Świat  ten jest niemal całkiem spójny i konsekwentny, używając języka
  Lema,  jest  "bytem  wszechstronnie suwerennym". Ale właśnie nie do końca.
  Jego  autarkia  zakłócana  bywa  od  czasu  do  czasu przez pojawianie się
  elementów  jakby  całkiem z innej parafii. Ich obecność w znacznym stopniu
  zakłóca powagę narracji.
       Najbardziej  uderzająca - a w każdym razie najłatwiej uchwytna - jest
  obecność   tych   obcych   elementów   na   poziomie  języka.  Topomastyka
  Sapkowskiego  jest  konglomeratem celtycko-germańsko-skandynawskim: Caelf,
  Caingorn,   Aedd   Gynvael,  Assengard,  Blaviken,  Vengerberg,  Vattweir,
  Rakverelin.  Elfy  rozmawiają  w  Starszej  Mowie:  "Que  glosse? Que l'en
  pavienn,  ell'ea?"  -  "Nell'ea. T'en pavienn". Zarówno Starsza Mowa,  jak
  przytoczone  przykłady nazw miejscowych, wydają się zgodne z "paradygmatem
  gatunkowym" fantasy. Ale już nazwy potworów, z którymi walczy bohater, nie
  są tak jednorodne; mamy tu mule, alpy, bruxy (czyli wampirzyce), bobołaki,
  upiory, borowiki, wilkołaki, płaczki, mantykory, viwerny, mglaki, żagnice,
  żyrtwy,  ghule,  wippery, kikimory, widłogony, błędaki, mamuny, chołobdy i
  mnóstwo  innych.  Część z nich pochodzi z baśniowego uniwersum światowego:
  upiory, wilkołaki, wampiry. Część w nazwach zawiera sugestię prowieniencji
  prasłowiańskiej  (bobołaki,  żagnice,  błędaki).  Reszta  jednak  wyraźnie
  stanowi  prywatny  wymysł  autora i istnieje chyba tylko w jego języku. Do
  tego stopnia, że nawet jeśli któryś z tych potworów wchodzi do akcji, to i
  tak  nie  musimy  wiedzieć,  co  to było. Tak jest na przykład z kikimorą,
  którą  bohater  wiezie  przytroczoną  do  końskiego  grzbietu  -  ale  pod
  przykryciem;  do  końca  nie  dowiemy  się,  jak  ów  potwór wygląda. A ta
  kikimora jakoś dziwnie przypomina mi różne wymysły Lema, jak cyberszmalec,
  socjomat,  krymistor,  [...]  sepulki  albo  wręcz  śwarnetyka (zrodzona z
  pomyłki   telegrafisty,   lecz   przez  profesora  Dońdę  przekształcona w
  autonomiczną dyscyplinę akademicką).
       Również  zachowania potworów w świecie Sapkowskiego cokolwiek odstają
  od  paradygmatu.  Dowiadujemy się na przykład, że pewien troll mieszkający
  pod  mostem już nie napada na podróżnych, jakby to wynikało z jego natury,
  lecz  pobiera  od nich myto; że smoki, jako gatunek wymierający, pozostają
  pod  ochroną;  że  miejsce  tradycyjnych  potworów  zajmują  nowe  gatunki
  dostosowane  do  warunków miejskich: pseudoszczury w kanałach i piwnicach,
  płastwy  w ściekach i zeugle na śmietniskach. Ludzie również mówią i robią
  dziwne  rzeczy.  Wiedźmin  Geralt,  łowca potworów, powołuje się na "etykę
  zawodową".  W Rinde wisi na ścianie "arras przedstawiający Proroka Lebiodę
  pasącego owce". Czarodziejka Yennefer nosi niesłychanie kosztowne pantofle
  ze  skóry bazyliszka. Pewną smoczycę podtruł szewc Kozojed, podsuwając jej
  sztuczną  owcę  wypchaną  siarką, co wywołało sprzeciw rycerzy-ekologów. W
  związku  z  konfliktem  między  ludźmi  i  elfami ktoś powiada ni stąd, ni
  zowąd:  "Nienawiść  wrosła  w  serca i zatruła krew pobratymczą". A pewien
  doppler  (stworzenie,  które upodobnia się do dowolnego osobnika dowolnego
  gatunku)  zrobił  rewelacyjny  interes  na  spekulacji  starymi garnkami i
  zjełczałym tranem, bo kraj właśnie pogrążył się w integryzmie religijnym i
  niezwykle wzrósł popyt na lampki świątynne.
       Ontologia  opowiadań  Sapkowskiego  jest  więc jawnie łaciata, powagę
  dyskursu  fantastycznego co i raz niszczą żartobliwe wtręty, które zresztą
  w  znacznej  mierze  stanowią o atrakcyjności lektury. Czy zatem uniwersum
  tych  opowiadań  byłoby zbliżone do uniwersum Dzienników gwiazdowych? Otóż
  nie,  bo  w  przeprowadzeniu  takiej  paraleli  przeszkadza  z kolei osoba
  głównego bohatera.
       Ów  bohater,  Geralt  z  Rivii, białowłosy wiedźmin, pogromca strzyg,
  bazyliszków  i  zeugli  (kikimorę także upolował!) z całą pewnością nie ma
  nic  wspólnego  z  Ijonem  Tichym. Przede wszystkim jest czynnym sprawcą i
  głównym  bohaterem  większości  wydarzeń  fabularnych.  A  poza tym - jako
  jedyny  -  traktowany  jest  przez  Sapkowskiego bez dystansu. Oczywiście,
  Geralt  może  popełniać  - i popełnia - głupstwa. Zdarza mu się powiedzieć
  coś  bez  zastanowienia.  Czasem,  nawet  często,  plącze się w niezręczne
  sytuacje.  Niekiedy  odstępuje  od  własnych  najświętszych  zasad  (jak w
  opowiadaniu  "Mniejsze  zło",  gdzie  podejmuje  prewencyjną walkę, i to z
  ludźmi,  nie  z  potworami). Ma jednak zawsze wtedy świadomość odstępstwa,
  żre  go  sumienie. Geralt z pewnością także zalicza się do ludzi, którzy w
  życiu starają się kierować dyrektywą "tak trzeba".
       Wypada  tu pewnie wyjaśnić, kim w świecie Sapkowskiego jest wiedźmin.
  Otóż jest to, jak się tu powiada, "mutant". Ktoś od dzieciństwa kształcony
  we  wszelkich  formach  walki  i  poddawany  tresurze psychologicznej oraz
  magicznej.  Jest  to  tresura niesłychanie wyczerpująca, wielu chłopców po
  prostu  w  jej  trakcie  umiera,  dlatego  wiedźminami zostają najczęściej
  dzieci  niczyje:  mali  włóczędzy,  sieroty,  nieprawi potomkowie wielkich
  rodów.  Tresura magiczna daje im pewne cechy nadnaturalne, na przykład ich
  oczy nabierają cech kocich i widzą w nocy (ale wielu, zanim tę umiejętność
  zyska,  po prostu ślepnie), a ich rany goją się szybciej. Znaczna jest też
  ich zdolność do koncentracji. Ta zdolność w magicznym świecie Sapkowskiego
  jest  w  ogóle  bardzo  istotna,  bo to od niej zależą wszystkie działania
  czarodziejskie. Aby dokonać cudownej transportacji albo obezwładnić wroga,
  czarodziej  przede wszystkim musi się skupić, czary dokonywane przez ludzi
  to kontrolowana amplifikacja sił psychicznych. Zdarza się zresztą, że ktoś
  ma  zdolność  amplifikacji, ale nie zna jej natężenia ani nad nią nie umie
  zapanować;  i tak pewna księżniczka, którą wyprowadzono z równowagi, swoją
  złością  niemal  rozniosła  solidne  zamczysko. W tej dziedzinie zdolności
  wiedźminów,  choć  nadludzkie,  są  dość rudymentarne: kilka zaklęć, które
  działają  albo  nie, znak wiedźmiński, który na chwilę paraliżuje potwora,
  trochę  leków  pobudzających  i  przeciwbólowych, które należy zażyć przed
  starciem.  Ale wiedźmin to przede wszystkim absolutna sprawność fizyczna i
  wola walki.
       Bohater Sapkowskiego nie jest jednak wiedźminem idealnym. Tresura nie
  do  końca  pozbawiła  go  ludzkich uczuć. Nie udało się przekształcić go w
  doskonałe  narzędzie  walki  z  potworami,  w  rodzaj szczurołapa, którego
  wynajmuje  się za określoną cenę. Wojownikiem jest znakomitym - ale dręczą
  go problemy moralne. Wbrew wpojonej mu "etyce zawodowej" jego czyny bywają
  motywowane    emocjami,    a    nawet    poczuciem    przyzwoitości    czy
  sprawiedliwości;   wbrew  tejże  "etyce  zawodowej"  Geralt  miesza  się w
  konflikty  międzyludzkie,  od  których każdy wiedźmin winien trzymać się z
  daleka.  Z drugiej strony nie przyjmuje zleceń walki z istotami rozumnymi,
  choćby  to  nie  byli ludzie; nie zabija również smoków jako pozostających
  pod  ochroną.  Jego niesformułowany kodeks etyczny - znowu! - składa się z
  kilku   prastarych   prawd,   które,   jak   powiada  Dąbrowska,  stanowią
  "uniwersalny dorobek ludzkości". Czyli Geralt jest bohaterem Conradowskim.
       [...]  Całkiem  naiwny  czytelnik  będzie  więc  czytał opowiadania o
  wiedźminie jako zwykłe fabuły z mnóstwem perypetii; czytelnik mniej naiwny
  dostrzeże  dowcipy  podważające  tonację  serio, a czytelnik jeszcze mniej
  naiwny ucieszy się żartami metatekstowymi, którymi autor świadomie podważa
  prawomocność  własnej  narracji.  W związku z czym czytelnik naiwny będzie
  miał  uczciwą  frajdę  z  lektury,  czytelnik mniej naiwny - satysfakcję z
  uświadomienia  sobie  własnej inteligencji, a czytelnik całkiem nie naiwny
  uczyni opowiadania o wiedźminie tematem prelekcji akademickiej.

                  [fragmenty eseju "Budowniczowie"; "Twórczość" lipiec 1997]

                                                 Małgorzata Szpakowska

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl