AS ZONE:

ARTYKUŁY
Marka Szyjewskiego polemika z Mirosławem Boguwskim


Fahrenheit 3
polemiki cz. 1

[Lista dyskusyjna SAPEK]

  Odpowiedź Marka Szyjewskiego na tekst Mirosława Boguwskiego, który ukazał
        się w elektronicznym zinie Fahrenheit 3.

                                    * * *

       "Kompleks   Sapkowskiego"   w   polskiej  SF-F  musi  być  rozległy i
  głęboki...  Pewien licealista przekartkował kiedyś pierwsze trzy tomy sagi
  o  Lwiątku w poszukiwaniu opisów krwawych bijatyk, rozczarował się, opisał
  swoje    rozczarowanie,    okraszone   zjadliwymi   uwagami   -   wyraźnie
  zdradzającymi, ze nie czytał krytykowanego tekstu - w wypracowaniu. A Nowa
  Fantastyka  to  wypracowanie opublikowała jako krytykę "Chrztu ognia", pod
  tytułem "Czas podagry". Po szczegóły odsyłam do Sapkowski Zone.
       Wspominam o tym, bo sądziłem - naiwny! - że to rekord, że tego nie da
  się przelicytować. Ale redakcja Fahrenheita przebiła wysoko redakcję NF...
  Panowie,  wy  przeczytaliście pięć losowo wybranych stron (z Sagi liczącej
  już 295+319+333+428=1375 stron!) szóstoklasiście i zanotowaliście, co on o
  tym   myśli...   Są  w  USA  kiepskie  szkoły,  ale  bez  przesady,  autor
  miesiączkowych  okrzyków  nie  skończył jeszcze podstawowej. Skoro mylą mu
  się  słowa  "lokomocyjna"  i  "lokomotywa"...  Skoro  robi  błąd  w nazwie
  Sevres...  Skoro  wierzy  w  opowieści z lekcji religii, że Ksieżyc (czyli
  kierujący nim archanioł Gabriel) steruje cyklem menstruacyjnym...

       *1. Bohaterowie powieści (szczególnie Jaskier, ale nie tylko) używają
  łaciny - to sugeruje obecność (być może przeszłą) imperium rzymskiego. *

       Wśród  pięciu stron, które Ci przeczytano, nie znalazła się ani jedna
  z  tych,  na których jest mowa o Koniunkcji Sfer (np. KE 93, 272, 273, ChO
  87-88, 211, 288). Wobec tego nie masz pojęcia o tym, że magiczny kataklizm
  sciągnął  do  tego  świata  najrozmaitsze  fragmenty  różnych  światów, ze
  zwierzętami, roślinami, istotami rozumnymi. Że proces ten był rozciągnięty
  w czasie. Nie przeczytano też małemu Mirkowi dyskusji Sheldona Skaggsa pod
  Bloebherisem  (KE  12-22),  ani  wykładu Yarpena Zigrina (KE 130-132), ani
  narady królów w Hagge (KE 199-213), więc nie wiesz, że ludzie w tej części
  świata  pojawili  się  500  lat  wcześniej,  na statkach lądujących u ujść
  Pontaru  i  Jarugi.  Nikt wyraźnie nie wyjaśnia, skąd wzięły się te statki
  (można  zgadywać,  że  z  Ziemi,  z różnych miejsc i czasów), jak długo to
  trwało  (długo,  skoro  wyróżnia  się  Pierwsze  Lądowanie - CzP 132, a "Z
  czterech  lądujących statków robiły się trzy królestwa" - KE 20). W każdym
  razie  szeregu  nazwisk  i  imion  nie da się zapisać za pomocą dwudziestu
  czterech  run, będących obecnie w użyciu wśród ludzi (CzP 144), a inne (de
  Vries,  van  Bredevoort,  de  Tancarville)  związane są z miejscowościami,
  których  w  tym  świecie  nie  ma. Wreszcie prastary Hen Gedymdeith w swej
  książce  "Elfy  i  ludzie"  (KE  108)  wyraźnie i dosłownie opisuje proces
  przyswajania  nowego świata przez ludzkich przybyszy: "I były inne rzeczy,
  dla których nie znajdowaliśmy imion i nazw. A mieliśmy już przecież imiona
  i nazwy dla wszystkiego, co w tym nowym, odrodzonym świecie widziały nasze
  oczy.  Nagle,  gdzieś  w odległych zakątkach pamięci, odnajdowaliśmy nazwy
  dla  smoków  i  gryfów,  dla syren i nimf, dla sylfid i driad. Dla białych
  jednorożców,  które  o  zmierzchu  piły  z  rzeki, schylając ku wodzie swe
  smukłe  głowy.  Wszystkiemu  nadawaliśmy  nazwy.  I  wszystko  stawało się
  bliskie, znane, nasze."
       Imperium  rzymskie  było  -  na Ziemi. Tam, gdzie Vries, Bredevoort i
  Tancarville. Tam, gdzie można było zapisać samogłoski z umlaut. Dla części
  ludzkich rozbitków w przeszłości. Ale żeby to wiedzieć, trzeba znać więcej
  niż pięć stron z 1375.

       *Jeśli istniał w tym świecie Rzym to czy akcja rozgrywa się przed czy
  po narodzeniu Jezusa Chrystusa? *

       Przynajmniej  dla części przybywających tu ludzi Rzym i Chrystus były
  w  przeszłości.  Argumenty  na rzecz tej tezy niestety przekraczaja wiedzę
  szóstoklasisty,  więc  je  pominę. Ale jak pisze Hen Gedymdeith, większość
  ziemskiej historii, kultury - poza bajkami - ludzie zdążyli do jego czasów
  dość dokładnie zapomnieć.

       *Jeśli przed (co sugeruje politeizm)*

       Szkolna  nauka  wpoiła  Ci,  Mireczku,  przeświadczenie  o  istnieniu
  stałej, niezmiennej wiedzy, której źródłem jest pani w szkole, a kryterium
  prawdziwości - to, czy pani tak powiedziała. Ta wizja nie ma nic wspólnego
  z  rzeczywistością.  I  wiedza,  i kultura zmieniają się, rozwijają. Kiedy
  dożyjesz  wieku np. trzydziestu lat, który teraz wydaje Ci się sędziwym, i
  rozejrzysz  się,  zauważysz, że świat wokół Ciebie zmienił się całkiem! Co
  innego niż teraz będzie oczywiste dla wszystkich, a coś innego niż teraz -
  wątpliwe, inaczej się będzie mówić, inaczej ubierać, słuchać innej muzyki.
  Politeizm  nie sugeruje nic co do powiązania czasu akcji z historią Ziemi.
  Politeizm   nie  jest  dowodem  umieszczenia  akcji  w  przeszłości;  jest
  naturalną  konsekwencją  tego  o czym pisał Hen Gedymdeith i o czym Ci nie
  przeczytano.  Inna sprawa, że nie uda Ci się dowiedziec w szkole, że gdyby
  ludzie,  trafiający do tego świata, byli zbierani przypadkowo po Europie w
  okresie  od  X  do  XIV  wieku,  to  z  dużym prawdopodobieństwem najpierw
  uczciliby  przeżycie  katastrofy  tzw.  sabatem (tak, misjonarze zrobili z
  tego zlot czarownic, ale możesz się przekonać, co to słowo znaczyło, jeśli
  dowiesz się, co oznacza jego polski odpowiednik, Sobótka), a potem zapewne
  dokończyliby  usuwania  ze  swych szeregów zwolenników Czarnego Rzymskiego
  Boga,   protestujących  przeciw  grzesznym  czarom  i  orgiom.  Ta  prawda
  historyczna podlega zamazaniu wskutek niezgodności z oficjalną "prawdą". Z
  drugiej  strony  ci,  ktorych  w  Europie było najwięcej, ktorzy najdłużej
  pielęgnowali  stare  obyczaje, którzy do XIV wieku próbowali zrobić to, co
  przypisałem  przypadkowo  wybranym przybyszom - zrzucić jarzmo narzuconej,
  obcej religii - niestety, rzadko poruszli się statkami...
       Ludzie  znalezli  się wśród innych ras rozumnych, górujących nad nimi
  pod  każdym  względem. Wśród świątyń, których kapłani umieli "czynić cuda"
  (magia  świątynna  -  opowiadania  "Głos  rozsądku",  "Wiedźmin",  "Ziarno
  prawdy","Ostatnie  życzenie"  z tomu "Ostatnie życzenie", WJ 8-9, 309-319,
  324-325,  393-395),  ba,  właściwie  od Pierwszego Lądowania (CzP 132-136)
  zwykli  ludzie  mogą "czynić cuda", jak Jan Bekker. Wreszcie w tym świecie
  bóstwa  (na przykład Żywia) najzwyczajniej w świecie mieszkają wśród ludzi
  (opowiadanie  "Kraniec  świata"  z  tomu "Ostatnie życzenie"). W sadze (WJ
  313-319)  jest  przejmująco  opisane  przeżycie mistyczne - nie związane z
  chrześcijaństwem.
       Ty  masz w szkole lekcje religii, więc wydaje Ci się niemożliwe, żeby
  ludzie  utracili  tę  właśnie  religię.  Ale  w  świecie  przedstawionym w
  utworach Andrzeja Sapkowskiego jest to najzupełniej naturalne.

       *to  gdzie się podziała Grecja ze swoją kulturą, przemożnym wpływem i
  mitologią? *

       Jest  równie  obecna,  jak  i  Rzym.  W  Pegazie,  Chimerze, teatrze,
  Akademii, Gorgonie... Kiedy poznasz trochę mitologii i historii, to sam tę
  Grecję zauważysz.

       *Jeśli "po" to skąd się biorą liczni bogowie? *

       Widzisz,  oni  już tam byli. Żywia była czczona przez elfy (jako Dana
  Maedbh)  i  krasnoludy  (jako Bloemenmagde) - to jest w "Krańcu świata". O
  pochodzeniu  kultu  Wielkiej  Matki  (występującej w licznych hipostazach)
  można  pprzeczytać  w  opowiadaniu  "Głos  rozsądku"  co  następuje: "Kult
  boginii  Melitele  był  jednym  z  najstarszych,  a  swego  czasu jednym z
  najbardziej  rozpowszechnionych,  a początki swe wywodził z niepamiętnych,
  przedludzkich  jeszcze  czasów.  Każda  nieledwie przedludzka rasa i każde
  pierwotne,   koczownicze  jeszcze  ludzkie  plemię  czciły  jakąś  boginię
  urodzaju  i płodności, opiekunkę rolników i ogrodników, patronkę miłości i
  małżeństwa.  Większość  z tych kultów skupiła się i zlała w kult Melitele.
  Czas,  który  dość nielitościwie obszedł się z innymi religiami i kultami,
  skutecznie  izolując je w zapomnianych, rzadko odwiedzanych, zatopionych w
  zabudowie miast świątynkach i chramach, okazał się łaskaw dla Melitele." Z
  opowiadania  "Wieczny  ogień"  z  tomu  "Miecz  przeznaczenia" mógłbyś się
  dowiedzieć  czegoś  o  funkcjonowaniu  lokalnych, w tym wypadku miejskich,
  kultów. Wreszcie wspomniana już dyskusja Sheldona Skaggsa pod Bloebherisem
  wskazuje,  że  inne  rasy  miały  swoje  religie,  do  których  były  dość
  przywiązane. Ale tego Ci nie przeczytali, już wiemy.

       *Powinien być tylko jeden Bóg (choćby i w Trójcy). *

       Przykro mi wystepować przeciw autorytetowi katechety z Twojej szkoły,
  ale  to  zdanie  nie  ma  sensu  w  odniesieniu  do  świata, w którym żyje
  wiedźmin.  Mało  tego,  ono  nie  jest prawdziwe w pdniesieniu do znacznej
  części Ziemi teraz. Że o przeszłości nie wspomnę.

       *Jeśli  akcja rozgrywa się w trakcie istnienia Rzymu (gdzieś indziej,
  mniemam) to dlaczego nie ma choćby śladu promieniowania jego kultury? *

       Jak  już Ci tlumaczyłem, nie przeczytali Ci, że to nie jest Ziemia, a
  zupełnie  inny  świat.  Katastrofa, która wciągnęła do niego ludzi, tysiąc
  lat  przed  nimi  elfy  (KE  131-132)  i wampiry wyższe (ChO 288), jeszcze
  wcześniej krasnoludy, a jeszcze przed nimi - gnomy, nie zatroszczyła się o
  przetransportowanie tam imperium rzymskiego, ani nawet miasta Rzym.

       *Czyżbyśmy mieli do czynienia z Chinami?*

       Chiny były na Ziemi!

       *Ale  być  może  przesadzam.  Być  może  użyta w powieści łacina jest
  literackim odpowiednikiem jakiegoś wspólnego wyrafinowanego języka. *

       Tak,  to  też,  ale  to  akurat  nie  wynika wprost z treści Sagi czy
  opowiadań.

       *Ale  jeśli tak, to skąd wziął się początek roku akurat w styczniu???
  To  właśnie Rzymianie, z jakichś doraźnych względów militarno-politycznych
  ustalili,  że  nowy  rok będzie zaczynał się w styczniu. Przedtem początek
  roku następował (bodaj) w marcu! *

       Rok w Rzymie miał z poczatku dziesięć miesięcy. Może jeszcze będziesz
  się  o  tym uczył, jeśli pójdziesz do liceum, że legendarny król rzymski o
  imieniu  Numa  Pompiliusz, zwiekszył ilość miesięcy do dwunastu, a długość
  roku  z  304  do 355 dnii. Wtedy w Rzymie początek roku był zmienny, bo co
  jakiś  czas  dodawano  trzynasty miesiąc, żeby zrównać daty z porami roku.
  Więc  w  Rzymie  rok  zaczynał się w marcu, ale marzec mógł być zimą, albo
  latem.  Potem  (w  153 roku przed naszą erą) przeniesiono początek roku na
  styczeń  i  zachowano  to  po  reformie  kalendarza, przeprowadzonej przez
  Juliusza  Cezara  na  podstawie  projektu aleksandryjskiego (Aleksandria -
  miasto  w  Egipcie,  teraz  znajdziesz  je  w  atlasie  na mapie pod nazwą
  Iskandarija) astronoma Sosigenosa. Może jeszcze będziesz się uczył, że np.
  u  muzułmanów,  którzy używali wyłącznie kalendarza księżycowego, początek
  roku  wędrował  przez  wszystkie pory roku. Kalendarze, używane w Sadze są
  dokładnie  omówione  na  początku  Wieży Jaskółki (WJ 5-6). Między innymi,
  wyraźnie  tam  pisze,  że  "Lądując  na  plażach w okolicach ujść Jarugi i
  Pontaru, ludzie przywieźli tu swój własny kalendarz".

       *I  dalej  (dotyczy  nie  Sapkowskiego  ale pozostałych autorów) skąd
  wzięły się słowa "pompatyczny", "kloaka", "kanał" jeśli nie było Rzymu?*

       No to powiedz mi, jakich polskich odpowiedników byś użył?

       *Wyrażenie "pompatyczny" na przykład, pochodzi od triumfalnego wjazdu
  zwycięzcy do Rzymu (tzw. "pompy").*

       Twój  nauczyciel coś pomylił. Pomylił łacińskie słowa pompa (-ae f. -
  parada,  uroczysty  przemarsz  , z greckiego pompe) i triumphus (-i m., od
  greckiego  thriambos  -  procesja ku czci Dionizosa, greckiego boga wina),
  które  właśnie oznaczało najwyższe wyróżnienie dla zwycięskiego rzymskiego
  wodza.  Jak  będziesz  starszy,  to  w  powieściach  R.  Gravesa o cesarzu
  Klaudiuszu  przeczytasz  o  warunkach,  jakie musiał spełnić wódz, żeby na
  triumf zasłużyć.

       *2.  Autor  używa takiej jednostki czasu jak miesiąc. To sugeruje, że
  akcja  powieści rozgrywa się na Ziemi, wokół której krąży olbrzymi księzyc
  (właściwie, sądząc po stosunku mas, bliźniacza planeta), której ruch wokół
  naszego  globu (właściwie ich wspólny współobrót) reguluje cykl miesięczny
  wśród   zwierząt   (np.   cykl   miesiączkowy  u  kobiet,  wielokrotnie, z
  upodobaniem opisywany przez autora). *

       Tak,  wyraźnie  pisze  w  tekście,  że ludzie dzielą rok na dwanaście
  miesięcy  od  nowiu  do  nowiu (CzP 11, ChO 23, WJ 5 i kilka innych). Mało
  tego,  sam księżyc tego świata pojawia się wielokrotnie, nawet "we własnej
  osobie"  na  niebie,  i  w  opowiadaniach,  i  w  Sadze (ma fazy, pełnia -
  "Wiedźmin",   wywołuje   pływy   -  "Trochę  Poświęcenia"  z  tomu  "Miecz
  Przeznaczenia",  światło księżyca, KE 93, księżyc w nowiu, CzP 251, pełnia
  jest dla wampirów świętem, ChO 288, Regis może latać tylko w czasie pełni,
  ChO  316).  Mało  tego,  ruch  tego  księżyca  lepiej  zgadza się z rokiem
  zwrotnikowym  (będziesz  się  o  tym uczył na geografii w liceum - rachuba
  czasu  związana  z  porami  roku), niż ruch naszego Księżyca - bo ludzie w
  świecie  wiedzmina  liczą  daty  według ruchu księżyca, a równonoc Velen w
  dwóch  kolejnych  latach  przypada  na 23 września (WJ 23 i WJ 348). Za to
  różnice  w czasie trwania faz księżyca są tam większe niż na Ziemi (17 dni
  od nowiu do pełni jest w sierpniu - ChO 45 - i jakieś 29-30 dni w ogóle, a
  19  dni  we  wrześniu - WJ 139; może to oznaczać, że tygodnie mają zmienną
  długość).  Natomiast  kwestia  masy owego księżyca w sadze nie pojawia się
  wcale;   pojawia  się  w  opowiadaniu  "Trochę  poświęcenia"  w  związku z
  wywoływaniem  przez  ten  księżyc  pływów  (osiągają  one ponad 10 łokci w
  okolicach  Przylądka  Bremervoord).  W  sadze  nie  ma nic, co pozwoliłoby
  oszacować stosunek mas planety i jej księżyca, więc historyjki o olbrzymim
  księżycu  i  bliźniaczej planecie wyssałeś z palca. Żeby określić stosunek
  mas  księżyca  i planety trzeba znać przynajmniej ich odległość, odległość
  planety od jej gwiazdy dziennej i amplitudę miesięcznych odchyleń długości
  ekliptycznej gwiazdy dziennej. Żadnej z tych danych nie ma w sadze.
       To,  co  Ci  w  szkole powiedzieli na religii o związku menstruacji z
  Księżycem  i  o  cyklu  miesięcznym  u zwierząt, to zwykłe bajki. W liceum
  będziesz  się  uczył  o  gruczołach  wydzielania  dokrewnego,  o przysadce
  mózgowej  i  szyszynce,  o cyklach biologicznych i zegarze biologicznym. A
  może  i  o  zjawisku  rui  wśród  zwierząt.  Co  ciekawe,  u człowieka też
  występuje  pozostałość  rui  -  jest  takie  przysłowie: " w marcu koty, w
  kwietniu  psy,  w  maju my". Co oznacza, że wbrew lekcjom religii istnieje
  pokrewieństwo  między  zwierzętami i człowiekiem. Natomiast Twoja opinia o
  upodobaniu,  z  jakim  autor opisuje cykl menstruacyjny wynika wyłacznie z
  wyboru  tych  pięciu stron z 1375, które Ci przeczytano. Gdybyś przeczytał
  całość  już  wydanej  Sagi, zauważyłbyś, że wbrew podtytułowi (narzuconemu
  przez  wydawcę w ramach źle pojętego marketingu), nie jest to wcale saga o
  wiedźminie.  Jest  to  saga  o Lwiątku z Cintry, uwikłanej w przeznaczenie
  księżniczce.  Która  przez  większą  część  sagi  ma  12-16 lat. To jest o
  dojrzewającej  dziewczynce!  Ciebie,  jako  chłopca, dziwi, że można pisać
  "przygodową"  sagę  o  dziewczynce.  Ale  widzisz, ta saga jest raczej dla
  dorosłych.  Kwestia  cyklu  i  menstruacji pojawia się w sadze kilka razy.
  Raz, kiedy obserwujemy efekt wychowawczego wpływu Triss Merigold na Ciri i
  wiedźminów  w  Kaer Morhen (KE 67-71), drugi raz, gdy Yennefer, przejmując
  pod opiekę Ciri pyta jej poprzednią opiekunkę, arcykapłankę Nenneke o stan
  zdrowia  podopiecznej:  "  Migreny?  Omdlenia?  Skłonność  do przeziębień?
  Bolesne  menstruacje?" (KE 260), trzeci raz - gdy w otrzymanej od Yennefer
  w  prezencie  sakiewce  z tym, co "dama zawsze winna mieć przy sobie" Ciri
  znajduje  tampon  (CzP  250),  czwarty  raz - gdy po wyrzeczeniu się magii
  "Ciri  czuła  krew  na  wewnętrznej stronie ud" (CzP 275), piąty raz - gdy
  Regis  wyjaśnia  tabu  krwi,  zaobserwowane u ludzi (ChO 287-288), reszcie
  drużyny,  szósty  -  gdy  Regis informuje drużynę o swojej diagnozie ciąży
  Milvy  (ChO  308)  mówiąc  "Odmówiła  mi, i to w dośc niegrzecznej formie,
  podania  jakiejkolwiek  daty, w tym i daty ostatniej miesiączki", siódmy -
  gdy  Ciri dostrzega w Hotspornie obiekt seksualny i zgodnie ze wskazówkami
  Yennefer  liczy dni od ostatniego krwawienia zawczasu i na zapas (WJ 58) i
  ósmy  -  gdy  zeznająca rok później przed sądem Kenna, żołnierz-baba, wali
  prosto  z  mostu,  że  "rwała mnie dupa, że aż strach...". W opowiadaniach
  krew  menstruacyjna  pojawia się jeszcze raz, w "Okruchu lodu" (tom "Miecz
  przeznaczenia"),   kiedy   to   Geralt  docina  Istreddowi  w  zwiazku  ze
  stosowaniem  tejże  w magii. Widzę, że wszystko, co Ci przeczytali z sagi,
  zawierało  się  w  tych  stronach,  na których miesiączka się pojawia, ale
  powiedz,  proszę,  który z tych fragmentów jest opisywaniem przez autora z
  upodobaniem  cyklu miesięcznego u kobiet? Nie pokręciło Ci się coś? A może
  tak  Cię  zaskoczyło  to,  że  pierwszy raz dowiedziałeś o istnieniu owego
  cyklu  z  tych  kilku  stron  sagi, które Ci przeczytano, że uznałeś to za
  opisywanie  z upodobaniem? Czy może powiedziano Ci, że wspominanie o "tych
  sprawach"  to  straszny  grzech, i dlatego samo słowo "miesiączka" masz za
  opisywanie z upodobaniem?

       *Z  kolei inne elementy świata przedstawionego sugerują, że rzecz nie
  dzieje się na Ziemi. *

       Ależ  nie,  nie  sugerują,  tylko  mówią  wprost,  dosłownie, jasno i
  wyraźnie. Było o tym wyżej.

       *W   takim   razie,  jeśli  to  nie  Ziemia  to  skąd,  choćby,  cykl
  miesiączkowy u kobiet? Powinna być ruja!*

       Już  Ci  tłumaczyłem,  że  z tym archaniołem Gabrielem i Księżycem to
  bajka.  Ale  jak to jest, że wiesz o istnieniu czegoś takiego, jak ruja, a
  nie  wiesz,  że  na  Ziemi  występuje  ona  u  nieudomowionych ssaków mimo
  obecności Księżyca?

       *Notabene  nie  można też użyć określeń "przypływ" i "odpływ morza" -
  jeśli  nie ma księżyca i to potężnych rozmiarów, nie będzie pływów morza w
  żadnym wypadku.*

       No  przecież wiesz już, że redaktorzy pominęli strony, na których jak
  wół  pisze,  że  ten  świat ma swój księżyc. I wiesz już, że księżyc, jako
  przyczyna  przypływów  i  odpływów,  pojawia  się  w  opowiadaniu  "Trochę
  poświęcenia".  Poza  tym  zastanów  się  chwilę.  To  Ty (a nie Sapkowski)
  najpierw  piszesz,  że księżyc jest, a potem, że go nie ma. U Sapkowskiego
  księżyc  jest  od  pierwszego  opowiadania.  Zdecyduj  się  na jedno. Albo
  lepiej:  poczekaj  parę lat i przeczytaj całą sagę. I dwa tomy opowiadań -
  wiele  osób,  nawet  niechętnych  Sapkowskiemu,  uważa,  że opowiadania są
  jeszcze lepsze od sagi.

       *3.  Oczywiście  Autor  może się bronić, że rzecz dzieje się na Ziemi
  ale... po upadku naszej cywilizacji. Cha, cha... To skąd wzięły się miecze
  z  żelaza?  Albo akcja ma miejsce bezpośrednio po upadku cywilizacji (i są
  jeszcze dostępne zapasy stali z naszych narzędzi - ale wtedy powinny być w
  powieści  zaznaczone  jakieś  ślady choćby betonowych miast) albo akcja ma
  miejsce dużo, dużo później... W takim razie ciekawe skąd ludzie biorą rudę
  żelaza? Przecież wyeksploatowano już dawno (przed naszymi czsami) wszelkie
  złoża  powierzchniowe.  Żeby zdobyć rudę potrzebne są obecnie wyrafinowane
  technologie kopania głębinowego. Jeśli nasza cywilizacja upadła dawno (tak
  dawno,  że  zdążyło  zapanować  "nowe"  średniowiecze)  to skąd wzięło się
  żelazo   niemożliwe   do   uzyskania  przy  zastosowaniu  średniowiecznych
  technologiii  na  wyeksploatowanej Ziemi? [domyślam się, że Krasnoludy nie
  dysponowały  czarami  dla  uzyskania  rudy tylko bardziej konwencjonalnymi
  narzędziami  - hm... spróbujcie dzisiaj choćby znaleźć głębinowe złoże nie
  dysponując nawet najmarniejszym komputerem i satelitami...]*

       Dość  typowe  jest, że ci, którzy uważają za swój obowiązek "dołożyć"
  Sapkowskiemu   po  przeczytaniu  paru  stron  z  sagi,  dyskutują  długo i
  zawzięcie ze swoimi ekstrapolacjami tego, czego nie przeczytali. Powtórzę:
  jesteś nad wiek rozwinięty, jeszcze trochę poczekaj, aż będziesz w drugiej
  klasie liceum. I wtedy przeczytaj - najpierw opowiadania, a potem sagę. Bo
  te  Twoje  ekstrapolacje  nie mają nic wspólnego ze światem przedstawionym
  sagi.  Ale  pięć  stron,  dobranych  przez złośliwych redaktorów pod kątem
  miesiączki  to  naprawdę  za  mało,  żeby  samemu domyśleć się pozostałych
  1370-ciu.

       *4. Miary, jednostki itp. Skąd słowa np. "wieczorną godziną"? *

       W  szóstej  klasie  masz  prawo  nie  wiedzieć,  że  godzin używano w
  zamierzchłych  czasach  - w Sumerze, starożytnym Egipcie, w Chinach... Nie
  uczyłeś  się  jeszcze o tzw. ruchu dziennym Słońca i nie wiesz, co to jest
  zegar słoneczny. Ani że zachowały się do dziś zegary słoneczne, wskazujące
  godziny, a liczące sobie 3000 lat. Wszystko przed Tobą, może nawet dowiesz
  się,  który  ze starożytnych astronomów wpadł na pomysł pochylenia gnomonu
  ("wskazówki")  ku  północy.  Dzięki  temu  zegar słoneczny lepiej wskazuje
  właśnie godziny poranne i wieczorne...
       Trochę  były dziwne te godziny w starożytności, bo Sumerowie dzielili
  dzień  na  dwanaście  godzin  bez  względu  na jego długość - więc godziny
  bywały  krótkie  i długie. W Chinach zdaje się innej długości były godziny
  poranne  i  wieczorne,  a  innej  południowe.  Ale nie zawsze. To minuty i
  sekundy pojawiły się nie tak dawno.

       *Musiałoby istnieć pojęcie "godziny", a co za tym idzie współczesnego
  podziału czasu.*

       Nie   współczesnego,   tylko   dowolnego  od  starożytności.  Ludzie,
  przybywając  do  tego  świata  z  wczesnego  średniowiecza  (na przykład),
  przywieźli ze sobą podział czasu.

       *Skąd metry (centymetry, cale, mile, itp.). *

       A,  tu  już redaktorzy zrobili Ci świństwo i przeczytali Ci kawałek z
  innej  książki.  W sadze są cale, piędzi, stopy, łokcie, staje, mile - ale
  nie  ma  ani metrów, ani centymetrów. Natomiast mile są właściwą nazwą dla
  jednostki  odległości,  którą  fanom  Sapkowskiego  udało się na podstawie
  różnych danych oszacować na około 5/3 km.

       *Czyżby w średniowieczu istniało już Sevre? *

       Sevres. Sewrska porcelana. Już Ci tłumaczyłem, przeczytali Ci kawałek
  z innej książki.

       *Użycie  określenia  "stajania"  byłoby  bardziej  odpowiednie. Nawet
  gdzieś go użyto... *

       Pare razy.

       *Tyle  tylko,  że  "stajanie" to odległość, którą koń przebywa między
  jednym odpoczynkiem, a drugim. *

       Coś  pokręciłeś.  Nie  wiem,  czy  uczyłeś  się  już  o  słownikach i
  encyklopediach.  To takie specjalne książki, w których są wyjaśnione różne
  trudne  słowa.  Tu masz kawałek z bardzo użytecznego w sprawach literatury
  fantasy  "Słownika  mitów  i  tradycji  kultury" Władysława Kopalińskiego:
  "STAJE,  stajanie,  staropolska  miara  miara  długości,  różna  w różnych
  okolicach  i  czasach:  staje  milowe  (miara  drogowa) dzieliło się na 20
  sznurów  a.  200  prętów (ok. 0,9 km), staje nowopolskie, do 1818, równało
  się  1,067  m;  jako  miara gruntu dzieliło się na 3 sznury a. 30 prętów i
  równało się od 90 do 135 m; bywało też miarą powierzchni."
       Ten,  kto  Ci  naopowiadał  bajek  o  koniach  czerpał swoją wiedzę z
  tłumaczeń  Marii  Skibniewskiej  "Władcy  pierścieni"  Tolkiena. Nie mając
  dobrej  nazwy  dla wystepującej u Tolkiena jednostki odległości (drogowej)
  wiekszej niż mila, użyła ona słowa "staje" właśnie w tym znaczeniu.

       *Jeśli  więc  stajanie  oznacza  (w  łatwm  terenie - bowiem ta miara
  zmienia   się   wraz  z  rodzajem  "nawierzchni")  odległość  około  dwóch
  kilometrów  (jak  można  wywnioskować  z  powieści  - cytuję z pamięci) to
  musiałaby rzecz dotyczyć górskich turni... A nie dotyczy, niestety.*

       I  znowu,  krytykujesz własne ekstrapolacje... O stajach, używanych w
  świecie  przedstawionym  sagi  możesz przeczytać np. w WJ (331-332), gdzie
  Vysogota  tłumaczy:  "Różne  stajania  bywały  w  użyciu,  ale  przyjmijmy
  najpopularniejszą rachubę, zgodnie z którą sześćset stajań daje na okrągło
  pięćdziesiąt  mil."  Naprawdę,  lepiej jest najpierw przeczytać książkę, a
  potem się zastanawiać, co jest co. I ten sam Vysogota trochę wcześniej (WJ
  329) tłumaczy:
       "Wiesz, Ciri, co dają człowiekowi studia uniwersyteckie?
       - Nie. Co?
       - Umiejetność korzystania ze źródeł."
       Słowniki  i  encyklopedie (będziesz się jeszcze o tym uczył) zaliczją
  się   do   tych  źródeł.  Wszystko  przed  Tobą.  Skończ  najpierw  szkołę
  podstawową.

       *5.  Skąd  wzięły  się  słowa  "lokomocyjna" "przypadkowy" "prędkość"
  "pęd" *

       Za  rok  będziesz  miał  fizykę.  Jak dobrze pójdzie, dowiesz się, że
  "pęd"  pod nazwą "impetus" znany był w Średniowieczu. Ale nie dowiesz się,
  że  tego pojęcia używał Arystoteles (taki mędrzec grecki i filozof z IV w.
  przed naszą erą).
       Zaskoczyłeś mnie. Różnych rzeczy szukałem w sadze i opowiadanich, ale
  słów języka potocznego, które są również terminami naukowymi nie szukałem.
  Ale  czy uważasz, że spisując dla nas dzieje Ciri z fragmentów we Wspólnym
  (ten  cudowny dialog między Triss i Ciri w KE 90...), Starszej Mowie i jej
  nilfgaardzkim  dialekcie,  Sapkowski  powinien do nas pisać średniowieczną
  polszczyzną?  No  i  wydaje  mi  się,  że nie doceniasz naszych przodków z
  śreniowiecza.   Nie   studiowałem   średniowiecznej  literatury,  ale  mam
  wrażenie, że ich nie doceniasz. Taki Witelo czy Kadłubek...

       *(np.  "konie  pędziły"  -słysząc  to  określenie  prawdziwy człowiek
  średniowiecza powinien wrzasnąć zdziwiony: "Jezu, co robiły???"). *

       Nie  wiem.  U  Kochanowskiego  (będziesz  się o nim uczył w następnej
  klasie)  jest  np.  słowo  "pochop"  oznaczające  właśnie  pęd w znaczeniu
  potocznym.  Może  "prawdziwy  człowiek  średniowiecza" powiedziałby "konie
  skakały", jak to robi autor "Słowa o pułku Igora"?
       Ale dlaczego sądzisz, że właśnie ludzi średniowiecza trzeba zestawiać
  z postaciami sagi? Tamtejsi biolodzy używaja systematyki zwierząt podobnej
  do  systematyki  Linneusza  (KE  163-168,  będzie  w  liceum), czarodzieje
  wiedzą,  że  właśnie  księżyc  wywołuje  pływy,  więc muszą mieć pojęcie o
  prawie powszechnego ciążenia, zasadach dynamiki (będziesz się tego uczył w
  następnej klasie) i przynajmniej o dodawaniu wektorów (będzie w liceum)...
  Ludzie  średniowiecza  nie  uczyli  się  ani  od  elfów, które chlubią się
  ciągłością  kultury  od  kilkudziesięciu  tysięcy  lat  (ChO  254), ani od
  gnomów, czy krasnoludów, a o wieku ich kultury nie wiemy nic. Za to wiemy,
  że   krasnoludy   i  gnomy  mają  huty  (ChO  160)  z  wielkimi  piecami w
  przeciwieństwie  do  ludzkich  dymarek (ChO 132), młoty wodne i parowe, że
  dla gnoma diament to krystaliczny węgiel , a rubin to korund (ChO 134).

       *Te  nauki  i  te  urządzenia  techniczne,  które  sprawiły, że znamy
  powyższe  pojęcia,  w  średniowieczu,  przy  ich  technologii  jeszcze nie
  istniały!*

       Nauki  istniały już w antycznej Grecji, u Arystotelesa na przykład. A
  o  jakie  urządzenia  techniczne  Ci chodzi? "Lokomocja" to nie urzadzenie
  techniczne  (to  się  nazywa  "lokomotywa", albo "lokomobila" - zależy, co
  miałeś   na   myśli),   a  przemieszczanie  się.  Ani  "przypadkowy",  ani
  "prędkość", ani "pęd" nie są urządzeniami technicznymi. "Pędzące konie" to
  też nie jest urządzenie techniczne.

       *Właściwie  większość używanych współcześnie słów nie mogła być wtedy
  znana  (np.  czas  we  współczesnym  rozumieniu) - a autorzy szermują tymi
  pojęciami w znaczeniu współczesnym. *

       Widzisz,   Jan   Kochanowski   (o   którym   pisałem  wyżej)  to  nie
  średniowiecze  a  Odrodzenie  (czyli nieco później). Używał on takich słów
  jak   wspomniany   już   "pochop",   czy   "wierę"  (prawdopodobnie).  I w
  średniowiecznej  polszczyźnie  zapewne istniały odpowiedniki słów, o które
  pytasz. Ale wtedy (i w średniowieczu, i w Odrodzeniu) nie było takiego jak
  dziś  związku  między  językiem  potocznym  a  językiem nauki. Jak jeszcze
  będziesz  się uczył, językiem nauki była w Europie łacina. Do osiemnastego
  wieku  włącznie.  Nawet  w  dziewiętnastym  zdarzały się rozprawy naukowe,
  pisane  po  łacinie.  Powstanie  polskiej terminologii naukowej (i zwiazku
  między  językiem  potocznym a językiem nauki) zdarzyło się w epoce, zwanej
  Oświeceniem  -  będziesz się o tym uczył w liceum. Tak, podnosisz sztuczny
  problem.  Ani w świecie opisanym nie ma średniowiecza, ani w średniowieczu
  nie  brakło  (zapewne)  odpowiedników  słów,  które  teraz pokrywają się z
  terminami   naukowymi.   I  znaczenie  naukowe  nie  musi  być  związane z
  potocznym.  Już  nie  masz  szans  poznać w liceum pojęcia matematycznego,
  które   bodajże   Jan   Śniadecki  nazwał  po  polsku  "całka"  -  ponoć w
  staropolskim  oznaczało  to  dziewicę.  Wprowdzone  przez J. Dooba pojęcie
  "martygał"   z   bardzo  trudnej  dziedziny  matematyki,  zwanej  rachunek
  prawdopodobieństwa,  potocznie oznacza (po angielsku) chomąto. Ale chomąta
  wraz  ze  swymi  nazwami  istniały  na  długo przed latami pięćdziesiątymi
  naszego  wieku,  kiedy  to  Doob wprowadził do rachunku prawdopodobieństwa
  martyngały. A co to za pomysł z czasem? Współczesne pojęcie pomiaru czasu,
  związane  z  atomowym  wzorcem, istnieje bodajże od roku 1960, ale pojęcie
  czasu  było  tak  samo rozumiane i w XVIII, i w XIX, i w XX wieku. Gdzie w
  sadze  znalazłeś  coś  o  sekundach?  O ich mierzeniu drganiami atomowymi?
  Redaktorzy  nie  przeczytali  Ci  początku  "Wieży  jaskółki"  (str.  5) z
  przedstawioną tam koncepcją pomiaru czasu, to już wiemy - tam nie ma słowa
  "miesiączka".  Jest  za to Koło, którym toczy się Wszechświat, wyznaczając
  cykl roczny. I osiem punktów na jego obwodzie...

       *Skoro  już  jesteśmy  przy  języku:  jeśli  Sapkowski  sili  się  na
  średniowiecze *

       Ależ  wcale  się  nie  sili. Aksjomatyczne, aprioryczne uznawanie, że
  wszystko   w   fantasy   (włącznie   z   filmowym   Herkulesem)  musi  być
  średniowieczne,  wraz  z blaszanymi biustonoszami wojowniczek, wywodzi się
  ze Stanów Zjednoczonych. Mieszkańcy tego wielkiego kraju uczą się historii
  imperium   rzymskiego,   a   potem   o   Kolumbie  i  swojej  ojczyźnie. A
  średniowiecze  to dla nich bajkowy okres obejmujący i mity greckie, i cykl
  arturiański  i  wszystko,  co  poza  historią  -  sprowadzoną do cesarstwa
  rzymskiego,   odkrycia   Ameryki   i  walki  o  niepodległość,  ogłoszenia
  konstytucji,  pierwszych  prezydentów...  Masz  szczęście,  że chodzisz do
  polskiej szkoły zanim podciągną ją pod amerykański strychulec.
       Natomiast  Sapkowski  wielokrotnie  -  i  w utworach literackich, i w
  publicystyce  -  wskazywał,  że średniowiecze wcale nie musi być czasem, w
  którym dzieją się utwory fantasy. I że nie powinno być.

       *to   skąd   pojęcie   np.   "karczmarz",   które  w  średniowiecznej
  polszczyźnie nie istniało (jego odpowiednikiem jest "arendarz"). *

       Znowu  Cię  nabrali.  Albo  źle  zrozumiałeś  przypis  z  lektury  (z
  "Placówki"?).  Po  pierwsze, arendarz to wcale nie karczmarz, a dzierżawca
  (od  średniowieczno-łacińskiego  "arendare"  -  dzierżawić). Po drugie nie
  jestem   językoznawcą,   ale   wiem,   że   "karczma"  była  zadomowiona w
  polszczyźnie  przed  XVI  w., bo w XVI w. zaczęto w karczmach podawć wódkę
  oprócz  dotychczasowego miodu i piwa. Na ile przed XVI wiekiem - nie wiem.
  Ale to można sprawdzić... Tylko dlaczego chcesz, żeby Sapkowski posługiwał
  się średniowieczną polszczyzną tłumacząc ze Wspólnego i Starszej Mowy?

       *Jeżeli  natomiast  jest  karczmarz  (i rzecz dotyczy epoki, w której
  określenie   to  już  istniało)  to  gdzie  w  powieści  działa,  armaty i
  muszkiety?*

       To  samo można by napisać o karawanseraju w Baśniach 1001 nocy. Jeśli
  hotel w Bagdadzie w VIII wieku, to dlaczego bez windy? Ale widzisz już, że
  składa  się  tu  za  dużo Twoich ekstrapolacji. I średniowiecze jest Twoim
  pomysłem,  a  nie  Sapkowskiego,  i arendarz zamiast karczmarza jest Twoim
  pomysłem, i nowożytność karczmy... To raczej wewnętrzna sprzeczność twoich
  domysłów   z   pięciu  stron  na  temat  pozostałych  1370-ciu,  niż  błąd
  Sapkowskiego.  Powiem  więcej.  Saga  nie  dzieje  się ani na Ziemi, ani w
  średniowieczu,  ale  ludzie ze świata przedstawionego znają ziemniaki (ChO
  275), kukurydzę ("Kraniec świata") i hikorę ("Miecz przeznaczenia" w tomie
  "Miecz  przeznaczenia")!  Za to nie znają tytoniu (przynajmniej dotychczas
  się  nie  pojawił). Jak sam widzisz, to ani Europa, ani średniowiecze, ani
  przyszłość.

       *6. Jeden z poważniejszych zarzutów. Jeśli to ma być średniowiecze to
  skąd  bierze  się  poezja Jaskra??? On przez cały czas wymyśla jakieś nowe
  tematy!*

       Nie,  on  z  początku cały czas pisze na jeden temat - o miłości. Jak
  truwerzy,  minnesingerzy, jak poezja prowansalska, jak historia Tristana z
  Lionesse  (  poznasz  ją w liceum)... A potem pisze o heroicznych czynach.
  Ale dlaczego to miałoby być średniowiecze? Niespójność Twoich domysłów nie
  jest błedem Sapkowskiego.

       *Wszyscy   średniowieczni   poeci  (i  literaci)  ekspoloatowali  już
  istniejące  wątki  (nie tylko biblijne). Nie było pojęcia "nowych tematów"
  tak  jak to się rozumie dzisiaj! Wystarczy zajrzeć do "Odrzuconego obrazu"
  Lewisa,  żeby  zrozumieć  na czym polega umysł średniowieczny i literatura
  tego okresu. *

       A co to jest? Do której klasy to podręcznik? A gdyby tak zajrzeć do -
  powiedzmy   "Eddy  poetyckiej",  "Słowa  o  pułku  Igora",  Klonowica  czy
  Szymonowica...  Chyba więcej można się dowiedzieć o poezji średniowiecznej
  z niej samej, niż z podręcznika szkolnego.

       *To  było  powielanie  istniejących  wątków,  a  nie tworzenie ciągle
  nowych!  Jaskier  mógby  istnieć  w Renesansie, ale znowu... w takim razie
  gdzie  działa, gdzie muszkiety, gdzie nowoczesny sposób prowadzenia wojen,
  który  nie  polegał,  jak  w  powieści, na zdobywaniu nowych terytoriów, a
  jedynie  na walkach zawodowców, którzy oszczędzali swoje armie i potrafili
  walczyć  trzydzieści  lat  (lub  nawet sto) o spłacheć, ciągle tego samego
  piasku! Gdzie kupcy, którzy finansowali wojny, w których zresztą interesie
  były w dużej mierze prowadzone? *

       Znowu   niespójność  swoich  domysłów  na  podstawie  pięciu  stron o
  pozostałych 1370-ciu ma być błędem świata przedstawionego. To nie jest ani
  średniowiecze,  ani  Odrodzenie.  Mamy  tu zarówno kontakt ze starymi, ale
  mniej  ekspansywnymi  kulturami,  jak  i np. obecność magii, konserwującej
  stosunki   społeczne  i  stosunki  produkcji  (po  co  komu  proch,  skoro
  fajerwerki  można  tanio  zamówić  u  czarodzieja?). A kupiec, finansujący
  walki  (i  zarabiający  na nich krocie) w sadze jest, tylko tych stron (WJ
  112, 144-157) Ci nie przeczytali.

       *[powtarzam,  w powieści nie ma wiary, jako intencji sprawczej wojen,
  jest  nieudolna próba wyjaśnień racjonalnych - trzymajmy się więc przyczyn
  społeczno-ekonomicznych konfliktów zbrojnych... tymczasem nie mamy pojęcia
  dlaczego Nilfgaard zdobywa z łatwością tak ogromne przestrzenie.*

       No,  to  dość  śmiałe jak na szóstoklasistę, który wierzy, że Księżyc
  wywołuje  menstruację. Zgadza się, większość wiar służyła jako pretekst do
  wojen.  Wiara  była  pretekstem do krucjat, ale powód był trochę inny. Ale
  wróćmy  do  sagi. Gdybyś przeczytał sagę, wiedziałbyś. Nilfgaard realizuje
  wytyczone   od  dziesięcioleci,  precyzyjnie  określone  cele  precyzyjnie
  określonymi  srodkami.  Ale  z pięciu stron tego się nie da wyczytać, więc
  nie  rozumiesz.  I  łatwość zdobywania też jest sprzeczna z treścią sagi -
  bitwa w dolinie Marnadal, druga bitwa o Sodden, partyzantka w Angrenie....

       *Zresztą  opisany  sposób  użycia  lekkiej  jazdy  na tyłach wroga to
  dopiero... Napoleon Bonaparte i jego epoka. *

       To również jest w sadze dość dokładnie umotywowane. We fragmentach, o
  których  już  wspominałem  i wielu innych. Naprawdę, żeby coś powiedzieć o
  sadze, nie wystarczy pięć stron, przeczytanych przez telefon.

       *Śmieszy mnie opis głębokich zagonów i użycia samodzielnych oddziałów
  jazdy   do   dezorganizacji  tyłów  przeciwnika!  Po  co?  Toż  przeciwnik
  zatrzymałby   takie  oddziały  przy  pierwszej  osadzie  otoczonej  głupim
  ostrokołem!  A  poza  tym co dezorganizować? Dostawy mieczy i halabard dla
  wrogiej armii? *

       I to też jest dość dokładnie wyjaśnione, ale nie w jednym miejscu, bo
  to  nie  podręcznik  taktyki  czy strategii w rodzaju wymienionych w sadze
  "Historii  wojen"  marszałka  Pelligrama,  "Strategii"  diuka  de Ruytera,
  "Przewag elearów redańskich" Bronibora (KE 249) czy dzieł typu "Za cesarza
  i  ojczyznę..."  Elana  Trahe  (ChO  177).  To  jest historia dziewczynki,
  szukającej  swojego przeznaczenia i swojego miejsca w walącym się świecie.
  Nie  mogę  tym  razem  wypisać  Ci,  od której do której strony powinieneś
  przeczytać. Raczej należałoby przeczytać całą sagę, ale pewne pojęcie daje
  narada  królów  w  Hagge,  o  której  już  wspominałem.  Natomiast  pomysł
  ustawiania  osad  warownych  na  drodze  szybko jadącej z niespodziewanego
  kierunku  kawalerii  jest...  Przeceniasz  możliwości tamtejszej magii. Co
  prawda z opowiadania "Ostatnie życzenie" wiemy, że słynny dawny czarodziej
  Herbert  Stammelford przesunął kiedyś góre, ale to była jednorazowa sztuka
  i wiązała się z wykorzystaniem nieodnawialnego magicznego zasobu. Nie było
  możliwości  dowolnego  i  szybkiego  przemieszczania  warownych osad, żeby
  zatrzymać  kawalerię. Po raz kolejny Twoja ekstrapolacja z pięciu stron na
  1370  płata  Ci  figla.  Ale  jak  dorośniesz,  będziesz  mógł sam napisać
  powieść,   w   której   ruchami  warownych  osad  zatrzymuje  się  konnicę
  przeciwnika. Powodzenia!

       *Ile   świeżych   potrzebowali?   A   może  chodzi  o  dezorganizację
  zaprowiantowania?  Toż  ówczesne  armie  żywiły  się  tym  co napotkały po
  drodze! To jakiś idiotyzm, albo głupia kalka z zupełnie innej epoki.]*

       Najzwyczajniej   w  świecie  przeczytaj,  jakie  skutki  miały  rajdy
  konnicy. Dla przeciwnika, który miał wszędzie poza miastami partyznatkę do
  zwalczenia i kłopoty z lojalnością mieszkańców miast.

       *7.  Znowu  język. Określenia "cholera" i "zaraza" Sapkowski podkłada
  pod  współczesne (łagodne) przekleństwo "cholera" słowo "zaraza". To kalka
  znaczeniowa  możliwa  do  uzyskania  jedynie  przy posiadaniu współczesnej
  wiedzy.   Przekleństwo  "cholera"  bierze  się  nie  od  choroby  zakaźnej
  "cholery"  a  od  określenia Kretschmera "choleryk", którym określa on typ
  ludzki,  pewną  osobowość,  rodzaj  psychiki. Pojęcie to pojawiło się w XX
  wieku!  A  skoro współczesny odpowiednik "cholery" nie oznacza choroby, to
  przekleństwo  "zaraza" nie powinno istnieć! Dlatego człowiek średniowiecza
  nie  zakląłby  "zaraza"  bo to dla niego nie jest przerywnik słowny! Nawet
  jeśli  zna  to pojęcie i ma ono dla niego znaczenie pejoratywne, to w jego
  ustach  ma  to  równie  śmieszne  znaczenie jak w naszych "No i poszedłem,
  gruźlica,  i  niczego nie uzyskałem", albo jeszcze lepiej: "On jest, aids,
  zupełnie  zwariowany!".  Bynajmniej  nie  kpię.  Choroby  nigdy  nie  były
  konotowane  jako  tzw.  pejoratywny  wykrzyknik.  A  dzisiaj  to już nawet
  niemożliwe.   Czy   wyobrażacie   sobie   zdanie:   "On   śmiał,   syndrom
  Creutzfeldta-Jacoba,  wziąć  łapówkę!".  Mówi się: "On śmiał, kurwa, wziąć
  łapówkę!". A "kurwa" to nie choroba.*

       Było.   Sam  zauważyłeś,  że  książki  pisane  są  w  XX  wieku,  dla
  dwudziestowiecznego  czytelnika.  Autor  stawia  się na pozycji tłumacza i
  tego,  kto  dobrał fragmenty, skomponował z nich całość. I tylko Ty chcesz
  widzieć  w  świecie  przedstawionym średniowiecze. Bo te pięć stroniczek o
  miesiączkach to naprawdę za mało.

       *Skoro  już  jesteśmy  przy  języku...  Określenia  w  rodzaju "nisza
  ekologiczna"  (ciągle  chodzi  nam  o  średniowiecze)  są,  mam  nadzieję,
  wyłącznie  wyrazem  nieudolności autora w wyjaśnianiu skutków kataklizmów,
  które człowiek tamtej epoki wyraziłby inaczej...*

       Bzdura.  Przeczytaj  sagę.  I "nisza ekologiczna" i "geny" są tam jak
  najbardziej  na miejscu. I dwie różne (Nenneke w "Glosie rozsądku" i Emiel
  Regis  w  ChO,  291) informacje o zmianie widma słonecznego. I wyjaśnienia
  Avallac'ha   o   zmianie   orientacji  osi  planety,  która  sprowadzi  na
  zamieszkałe  ziemie  zlodowacenie.  Bo  świat  przedstawiony  to  nie jest
  średniowieczna Ziemia!

       *8.  Użyte  wielokrotnie  w powieści pojęcie chaosu zakłada istnienie
  cywilizacji  greckiej,  a  więc  istnienia  w średniowieczu "mistrzów", do
  których (mimo zupełnie innej orientacji, opartej na wojującym monoteiźmie)
  odwoływała się cała ówczesna kultura. *

       No proszę, a na poczatku twierdziłeś, że nie widzisz śladów Grecji...
  Tak,  ktoś tu jest niekonsekwentny, ale tym kimś nie jest wcale Sapkowski.
  To,  że Sapkowski tłumaczy opowieść o losach Cirilli Fiony Elen Riannon na
  język  polski,  wcale  nie  oznacza,  że  we Wspólnym czy w Starszej Mowie
  obowiązuje  europejska  etymologia.  Nasze słowo "chaos" pochodzi z greki.
  Nie  wiem,  jakiego słowa używała Yennefer, ani jaka jest jego etymologia.
  Całkiem  możliwe,  że  używała  właśnie  słowa  "Chaos", wywodzącego się z
  ziemskiej   greki.   Albo  słowa  "męt-zamęt".  Albo  słowa  "tohuwabohu".
  Przywiezionego   z   imionami,   nazwiskami,  nie  całkiem  konsekwentnymi
  bajkowymi   nazwami  dla  dziwnych  stworzeń  zamieszkujących  ten  świat,
  kalendarzem...

       *Niczego   takiego  nie  znajdujemy  -  owszem  są  druidowie  (kalka
  współczesnych ekologów, ale rozumiem, że to żart),*

       Bzdura  bzdurę  bzdurą  pogania!  Sprawdź  w encyklopedii, co to jest
  ekologia.  I co to jest sozologia. Nie widzę nic wspólnego między druidami
  z  sagi,  a - powiedzmy - współczesnymi specjalistami od teorii populacji.
  To  znaczy wiem, że wam teraz w szkołach mówią, że ekologia to nierzucanie
  papierków  na  ziemię,  ale  to  bzdura. Poparta wrzaskiem Beotów i niczym
  więcej.  Na  przykład  ekologowie populacyjni zajmują się modelami o wiele
  bardziej    skomplikowanymi,   niż   słynne   równania   Fishera   z   lat
  czterdziestych.   Ale   żaden  z  nich  nie  posługuje  się  "straszliwym,
  trzystopniowym  zaklęciem,  od  którego,  zdawałoby się, zacznie się topić
  posadzka".  Ani  krótką  różdżką  z  głogowej gałęzi, na końcu której jest
  zatknięta   szczurza  czaszka.  A  to  robił  "waleczny  druid  Myszowór",
  występujący  w  opowiadaniach  "Kwestia  ceny" z tomu "Ostatnie życzenie",
  "Miecz  przeznaczenia"  i "Coś wiecej" z tomu "Miecz przeznaczenia", które
  tworzą,  krok  po  kroku,  wyjściowe  założenia  sagi. Znowu ekstrapolacja
  prowadzi   na   manowce   -  żeby  zrozumieć  tekst,  trzeba  go  najpierw
  przeczytać.

       *są kapłanki Melitele (niewiele o nich wiemy - jednak ich naturolubny
  styl życia też wskazywałby na greckie korzenie) itp... *

       A  to  co  znowu? Jakie greckie korzenie naturolubnego stylu życia? I
  jaki  naturolubny  styl  zycia?  Ty  wiesz  o  kapłankach niewiele, bo nie
  czytałeś  sagi,  ani opowiadań. My co nieco o nich wiemy. I Twoje domysły,
  co  do brakujących 1370 stron, i wizja geckiej kultury (z tego podręcznika
  Lewisa?) mają mało wspólnego z rzeczywistościa.

       *Jeśli  tak  to  musi  gdzieś  pojawić  się  konotacja,  jakiekolwiek
  odwołanie do kultury "Edenu" - utraconego raju (bynajmniej nie w znaczeniu
  chrześcijańskim). *

       Znowu  niespójnością  Twoich  domysłów na temat treści sagi obarczasz
  Sapkowskiego.  Dlaczego  musi?  Co  ma Eden wspólnego z Grecją? Jaki to ma
  związek  z  Melitele,  czy jej hipostazą Freyją ze Skellige? I znowu muszę
  Cię  uprzedzić:  Freyja  ze  Skellige  to wcale nie germańsko-skandynawska
  Freya.  Ma co prawda naszyjnik Brisingamen, ale nie ma szaty z piór. Za to
  ma  sokoła  nad  głową  i  kota  na  ramieniu. I chociaż moce Chaosu płyną
  Naglfarem,  zrobionym  z  trupich  paznokci  na  bitwę  Ragh  nar  Roog, i
  wypatruje  go  Hamdall,  to  Hamdall  jest  herosem, a nie bogiem. I to on
  wisiał  dziewięć dni i dziewięć nocy na Kosmicznym Drzewie, a nie Odyn. To
  nie jest średniowiecze na Ziemi. To jest coś innego.

       *Jeśli  korzeniami  opisywanej  kultury  jest odpowiednik starożytnej
  Grecji  to  w opisywanym średniowieczu muszą istnieć silne mity odwołujące
  się  do  "Złotego wieku" ludzkości. Do utraconych "lepszych" wartości. Nie
  ma  ani  śladu!  Skąd  więc  pojęcie  "Wieki  ciemne"  czy "mroczne wieki"
  pojawiające  się  w  tomie czwartym??? Dlaczego "mroczne", skoro wcześniej
  nie  było  żadnej  "lepszej"  cywilizacji, nie było upadku kultury (a więc
  nadejścia  chrześcijaństwa)? Nie żadne "ciemne" tylko zwykły "antyk" w tym
  systemie pojęciowym!!!*

       Znowu  pozostaje  mi  zalecić  Ci  przeczytanie  sagi,  żeby wyjaśnić
  niespójności  Twoich domysłów na temat jej treści. Mylisz plany czasowe, a
  jest  ich  w  sadze sporo. Nie przeczytawszy całości można się pogubić. Co
  właśnie   uczyniłeś.   W  czasie  głównej  akcji  jest  XIII  wiek  według
  nilfgaardzkiej rachuby czasu. Jak wiadomo z napisanej kilkaset lat później
  "Encyclopaedia  Maxima  Mundi"  przed  końcem  XIII  wieku zdarzą się trzy
  wielkie  epidemie,  na koniec tego wieku zmieni się (ochłodzi) odczuwalnie
  klimat,  na  początku  XIV  wieku będzie wielka i krwawa wojna, a pod jego
  koniec  -  najazd  nie  znanego  nam  w ogóle ludu Haaków (ChO 275). Wieki
  Mroczne  to  albo czas akcji, albo wieki po nim następujące. Albo Mroczne,
  bo  nie  znane  -  z powodów opisanych w Encyclopaedia, albo Mroczne, bo w
  nich będą się działy te wszystkie katastrofy. Wystarczy przeczytać...

       *Wszelkie  opisy  kultury  powieściowego  świata  są u Sapkowskiego z
  powyższych  względów  po  prostu  naiwne. Jest to żenująca kopia wybranych
  fragmentów  historii naszego świata bez jakiejkolwiek znajomości przyczyn,
  które tak, a nie inaczej tę historię ukształtowały.*

       Znowu  odnosisz do Sapkowskiego to, co dotyczy Twoich domysłów. Każdy
  użyty  przez  Ciebie przymiotnik wziął się z nich i pasuje do nich w całej
  rozciągłości.  Tylko  Twoje  domysły  bardzo mało mają wspólnego z sagą. Z
  historią  ludzkości  na  Ziemi  też  mają bardzo mało wspólnego. Naprawdę,
  warto  sagę  przeczytać.  Teraz,  jak  widać,  jest  jeszcze dla Ciebie za
  trudna,  ale  za  te  parę  lat,  kiedy będziesz w liceum, będziesz więcej
  wiedział o historii, o języku, o literaturze...

       *9.  Nie  wdaję  się  tu w analizę opisywanej magii bo to szczególnie
  głupie.  Jeśli czarownicy naprawdę posiadają taką władzę jaka jest opisana
  u  Sapkowskiego  to  skąd  w ogóle akcja powieści? Czy nie szybciej byłoby
  gdyby  Yennefer z Vilgefortzem skrzyknęli się pewnego dnia i ustawili cały
  świat  według własnych potrzeb? Jeśli magowie potrafili choćby przekazywać
  sobie  na odległość wiadomości (jak to jest opisane bodaj w tomie drugim -
  doprowadziło to zresztą do upadku konnej poczty) to nawet przeciętny uczeń
  szkoły   podstawowej  mógłby  tak  spreparować  informacje  dotyczące  (na
  przykład)   dyslokacji  wojsk,  że  z  łatwością  doprowadziłby  do  wojny
  światowej,  lub,  wedle  życzenia, do światowego pokoju... Jeżeli istnieje
  możliwość  pojawiania  się "magicznej teleportacji" Rience'a (tj. postaci,
  która może widzieć, czytać i rozmawiać, a nie może być zabita ani złapana)
  to  po  co  ta  cała zabawa w wywiad wojskowy i cywilny? Nie lepiej wysłać
  Rience'a,  żeby  stał  24  godziny  na dobę nad Dijkstrą i czytał mu przez
  ramię  wszystkie  tajne  raporty? Wydaje mi się zabawna cała akcja Geralta
  jeśli  mógłbym  dysponować  taką mocą, która pozwoliłaby postawić przy nim
  człowieka,  który  dzień  i  noc  bez  przerwy  powtarzałby  mu nad uchem:
  "Geralt,  jesteś  głupi!".  Mam  wrażenie,  że  już  po roku takiego magla
  wiedźmin sam powiesiłby się na najbliższej gałęzi!*

       Tej dziecinady nawet nie skomentuję. To nie tyle są sprzeczne domysły
  na  temat  treści  lektury,  której  się  nie  przeczytało,  co  kompletne
  nonsensy,  zbudowane na jednej informacji - że w tym świecie działa magia.
  Od  szóstoklasisty nie można wymagać zbytniej precyzji i konsekwencji, ale
  zauważ   proszę,   że   fakt   istnienia  magii  kładzie  wszystkie  Twoje
  wcześniejsze  próby ulokowania świata opisanego na Ziemi. Albo przyjmujesz
  istnienie  magii  do  wiadomości  i  rezygnujesz  z  potrząsania "Prawdami
  Historycznymi"  z  podręcznika  do  szóstej  klasy,  albo pozostajesz przy
  pełnym  zadowolenia  wskazywaniu niezgodności historii świata opisanego ze
  znaną  Ci  historią Ziemi, ale nie bierzesz pod uwagę istnienia magii. Ale
  oba naraz i w zupełnym oderwaniu od świata sagi - to za dużo.
       Kiedy  w  liceum  będziesz  się  uczył  elementów  teorii literatury,
  dowiesz  się  również  czegoś  o  baśni  i  fantazji. Nie ma wielu baśni o
  wszechmocnych - bo nie miałyby sensu z przytoczonych przez Ciebie powodów.
  I  Sapkowski  czegoś  takiego  nie napisał. Przeczytaj, co napisał. Bo dla
  czytelnika,  który jak dziecko jest przeświadczony, że magia to wszechmoc,
  Sapkowski umieścił w sadze taki dialog:
      "-Powiedz mi, czy za pomocą magii można zrobić wszystko?
       - Nie.
       - Ale można wiele, prawda?
       - Prawda  -  czarodziejka  zamknęła na chwilę oczy,  dotknęła palcami
  powiek. - Bardzo wiele." (KE  292)
       Ten  gest,  dotknięcie  powiek  właśnie  w  tym  momencie,  ma akurat
  znaczenie.  Jakie?  Przejmujące.  Przeczytaj sagę, to się dowiesz. Magia w
  świecie  przedstawionym nie jest wszechmocą bez względu na to, co na temat
  stosunku   między  cudem  a  czarem  powiedział  Ci  katecheta  na  lekcji
  religii.

       *10. Z wielu enuncjacji dowiadujemy się, że kultura ludzka to kultura
  "najeźdźców".  Ludzie  pewnego  dnia  przypłynęli łodziami i podbili świat
  elfów i innych stworzeń (częściowo lub całkowicie rozumnych).*

       To też nie ta książka. W sadze kontakty między ludźmi i innymi rasami
  są  malowane  dość  subtelnie  - tu kreseczka, tam kreseczka - jak i wiele
  innych  składników,  z  których ten świat jest skonstruowany. Nie ma rady,
  trzeba przeczytać całe 1375 stron, żeby wytworzyć sobie obraz. Pięć z nich
  nie  wystarczy  -  zastępowanie treści domysłami doprowadzi do nonsensów w
  rodzaju "pewnego dnia przypłynęli i podbili".

       *Owszem  Sapkowski  dobrze  przedstawia  tu  swoistą  symbiozę kultur
  (dominującej i podbitej), mieszanie języków, pojęć, kalendarzy itp. *

       Jaką znowu symbiozę? Kto tu jest podbity? To, co Geralt opowiada Ciri
  o  historii wojen z elfami (KE 146-149) wyraźnie mówi, że nie było kultury
  podbitej!  Były ludy wyparte z danego ternu, były ludy tolerowane na danym
  terenie, ale podbitych, podległych ani dominujących nie było. Starsze Ludy
  dopracowały  się  idei  koegzystencji  jakieś sto lat temu. A dwieście lat
  temu  wrzała wojna. Przed pojawieniem się ludzi też bywały tego typu wojny
  - według Yarpena Zigrina nie jeden raz. Trzeba tylko przeczytać...

       *Tymczasem  jednak  zupełnie pomija milczeniem jakiekolwiek podstawy,
  archetypy kultury ludzkiej. Jeśli jest to kultura "najeźdźców" to dlaczego
  nie ma o tym ani słowa?*

       Znowu  starasz  się  ośmieszyć  Twoje  domysły na temat tego, co jest
  wyraźnie  napisane, a czego nie przeczytałeś, czy nie przeczytano Ci przez
  telefon.  Ale  one  nie  maja  nic wspólnego ze światem przedstawionym. Na
  przykład  nie  najeźdźcy,  a  rozbitkowie.  Nie "pomija milczeniem", tylko
  "opisuje  na stronach, na których nie ma słowa miesiączka", czyli na tych,
  których nie znasz.

       *Ludzie  zawsze  podbijali  w  imię  czegoś!  (np.  wiary,  szerzenia
  cywilizacji,   krzewienia   kultury   wyższej  -  domyślnie:  nad  niższą,
  tubylczą).*

       Albo  chleba.  Ziemia  jałowieje  po  pewnym  czasie i trzeba zmienić
  ziemię.  A  przyrost  populacji  ....  trzeba więcej ziemi. Ale zdobywanie
  ziemi  drogą  wojny  z innymi ludami zaczęło się 300 lat po pojawieniu się
  ludzi w tym świecie. Jedne rasy (bobołaki, Vranowie) zniknęły szybko. Inne
  broniły się, albo miały odpowiednią pozycję ekonomiczną. Ale twierdzenie o
  imieniu do podbijania wydaje mi się wyssane z palca albo z lekcji religii.

       *Tymczasem  ludzie  u  Sapkowskiego,  przedstawieni  są  tak  jak  my
  dzisiaj.  Ot,  przyjechali, osiedli i tyle. Proste przeciwstawienie ("elfy
  to  nie  ludzie,  więc trzeba je zabijać") nie wystarczy. Nigdy w historii
  cywilizacji  nie  udało  się  podbicie  jakichś  ogromnych  terenów  tylko
  dlatego, że mieszkali tam "inni", więc "my" ich zabiliśmy. *

       Nam?  Nam,  Słowianom,  na  przykład?  Tak,  tego  nie uczą w szóstej
  klasie.  Ani  w żadnej, jeśli mam być szczery. Nasi przodkowie przyjechali
  nie  wiadomo  skąd (i nie wiadomo kiedy), podbili, wymordowali podbitych i
  rozsypali  się  po  Europie.  W  historii ludzkości na Ziemi bardzo często
  podbijano  ogromne  tereny,  bo  mieszkali tam "inni". I morodwano ich, bo
  byli "inni".

       *Jakiekolwiek  imperialne  lub  kulturowe, podłoże ekspansji istniało
  prawie zawsze! Nie ma o tym ani słowa.*

       Zdecyduj  się.  Albo przyjmujesz do wiadomości odmienność świata (np.
  magię,  Starsze  Ludy), albo żądasz kopiowania ziemskiej historii. Ale nie
  jedno  i  drugi  naraz!  Zresztą,  ta  Twoja  historia  jest  taka  trochę
  nierzeczywista.  Jakby z szóstej klasy. Już podręczniki do liceum nie będą
  się z nią zgadzały - zobaczysz.

       *Ja   rozumiem,   że   bohaterowie   Sapkowskiego   to  nie  ówcześni
  intelektualiści  (choć  bywają  i  tacy), tylko zwykli ludzie nie zadający
  sobie  pytania "dlaczego" (choć autor usiłuje im to parę razy, nieudolnie,
  w usta włożyć).*

       Cały  czas  wypisujesz bzdurki o książkach, których treści nie znasz.
  Od początku pokazywałem Ci - z podaniem numerów stron, na których to pisze
  - że Twoje domysły nijak się mają do tekstu. Teraz odwrócę role. Uzasadnij
  swoje  zdanie  o  nieudolności autora. Ale nie przez sprzeczności w Twoich
  domysłach.  I  nie przez wzajemnie sprzeczne żądania. Pokaż mi nieudolnośc
  pisarską  Sapkowskiego.  W jego tekscie, a nie w Twoich domysłach na temat
  treści tego tekstu. Nawet szóstoklasiste obowiązują pewne zasady. Na razie
  rodzice wpajają Ci je słowami "nie odzywaj się niegrzecznie do starszych".
  Odezwałeś się niegrzecznie o starszym. Pokaż, że Twoja ocena nie jest, jak
  reszta  tego wypracowania, wyssana z palca. Uzasadnij swoje zdanie. Możesz
  poprosić rodziców o pomoc, ale przedstaw uzasadnienie!

       *Ale   coś,   jakieś  slogany  (w  cudzysłowiu),  elementy,  szczątki
  oficjalnej   obrzędowości   kultury   zdobywców   musiały   przeniknąć  do
  świadomości  przeciętnego człowieka. Spróbujmy spytać europejskiego chłopa
  z  czasów  podboju  Ameryki  czy  krzewienie wiary wśród Inków (włącznie z
  eksterminacją   rzeczonych)   jest   dobre   czy   złe...  Chłop  zacznie,
  podejrzewam,  nawet argumentować, wpojonymi z ambony komunałami! Tymczasem
  u Sapkowskiego nie ma nawet śladu takiego wpływu.*

       Jest. Nie tylko w opowiadaniach, w sadze też. Wystarczy przeczytać.

       *W  imię  czego  więc ludzie zajęli cały kontynent? Tylko dlatego, że
  "elfy to nie ludzie"? *

       Trudno  Ci  to  zrozumieć. Chleb bierzesz z szafki i nie zastanawiasz
  się  skad  się  tam wziął. Czy przyniosła go ze sklepu mama, czy przyniósł
  tata.  Może  nawet  jeszcze  wierzysz, że sprzedawczynie ten chleb robią w
  sklepie,  na  zapleczu.  Dlatego  trudno Ci zrozumieć proste sprawy. Kiedy
  nauczysz  się  trochę  więcej  historii, sam będziesz się śmiał z tego, co
  napisałeś.  I kto Ci powiedział, że ludzie zajęli cały kontynent? Bo można
  przeczytać  w sadze, że daleko nie cały. Że zajęli spłachetek w zlewiskach
  dwóch  wielkich,  sąsiednich  rzek i niegościnne tereny nieco na północ. I
  kiedy  podjęli  ekspansję  na południe, natrafili na przeciwnie skierowaną
  falę ekspansji. Tak, całkiem niedawno zetknęli się z Nilfgaardem. W którym
  jest  XIII  wiek. Nie wiemy od jakiego wydarzenia zaczęła się nilfgaardzka
  era.   "Nasi"   ludzie,   walczący   z  elfami,  krasnoludami,  niziołkmi,
  dopplerami,   driadami,   są   tu   od  pięciuset  lat.  Od  kiedy  są  tu
  Nilfgaardczycy?   Nie   wiemy.   Skąd  się  wzięli?  Nie  wiemy.  Ale  ani
  Nilfgaardczycy,   ani  "nasi"  ludzie  nie  opanowali  całego  kontynentu.
  Istnieje  żegluga  międzykontynentalna,  kraje  Ofir i Zangwebar, gdzie są
  konie  białe w czarne paski, skąd sprowadza się korę mimozową (opowiadania
  "Granica  możliwości",  "Wieczny  ogień",  "Ostatnie  życzenie").  Ale nie
  wiemy,  kto  żegluje.  Wiemy,  że  zostanie odkryty nowy kontynent - przez
  ludzi,  za  kilkanaście  lat  (CzP  74). Ale nie wiemy, co z tego wyjdzie.
  Spore  pole do konfabulacji. Które mogą być ze sobą sprzeczne, ale to wina
  konfabulującego, a nie Sapkowskiego.

       *Tak mniej więcej przebiegało podbicie Rzymu przez Gotów, oni też nie
  mieli podbudowy ideologicznej... *

       Licealny  kurs  historii dostarczy Ci więcej przykładów. Czyngis Chan
  też  nie  miał  ani  podbudowy  ideologicznej, ani misji religijnej. Ponoć
  pozostawiał podbitym ludom pełną swobodę religijną. Nie wchłonęły Mongołów
  wysoko  rozwinięte  kultury tego regionu - Tunguci, Ujgurzy. To Mongołowie
  wchłonęli  te  kultury.  Z  czasem zaczęli podbijane kultury niszczyć. Ale
  kiedy  oderwali  się  od  zaplecza  i  podbili Chiny - ta ich część, która
  podbijała,  roztopiła  się  w podbitym ogromie. I co z tego? Sytuacja jest
  całkowicie  nieporównywalna.  A  przykłady  z  historii ludzkości na Ziemi
  potwierdzają i tezę, którą wysuwasz, i tezę, którą usiłujesz zwalczyć.

       *Tyle  tylko,  że  o kulturze Gotów nie wiemy prawie niczego, kultura
  Rzymu promieniuje do dziś! *

       Kultura?   Rzymu?  To  z  tego..."Odrzuconego  obrazu"  Lewisa?  Jaka
  kultura?  O  czym  ty  mówisz?  Gdyby to powiedziało amerykańskie dziecko,
  nauczone  w  szkole, że najpierw było cesarstwo rzymskie, a potem Kolumb i
  Stany  Zjednoczone,  to można by zrozumieć. Ale ty jesteś w szóstej klasie
  polskiej szkoły podstawowej, której jeszcze nie zdołowano całkiem!

       *Dlatego też jeśli ludzie rugowali elfów bez ideologii - powinni stać
  się elfami! *

       Niby  dlaczego? Na takie okazje Sapkowski przygotował kąśliwą drwinę.
  Jej  ślad  jest w sadze - Geralt opowiada o krasnoludzie, który chciał być
  elfem  (CzP 140). W opowiadaniu "Cos się kończy, coś się zaczyna" (którego
  Sapkowski  nie  chce  zaliczać do kanonu opowieści ze świata wiedźmina) ta
  luźna  uwaga  robi  się zupełnie konkretna: tym krasnoludem jest znany nam
  (ktorzyśmy  i  opowiadania,  i  sagę przeczytali) Yarpen Zigrin. Ta postać
  jest  tak  wspaniale  namalowana, że ci, którzy sagę czytali, śmiali się z
  jego  pragnienia  serdecznie  - mimo całej sympatii do Yarpena. Dalej. I w
  opowiadaniach,  i  w  sadze  Sapkowski szkicuje różne - i niejednoczesne -
  procesy  asymilacyjne;  szkicuje  także różne - i niejednoczesne - procesy
  walki  na  wyniszczenie,  wiązane  z  ideologiami. Ale Sapkowski nie pisze
  bajki  dla  dzieci z szóstej klasy, w której każda postać jest albo dobra,
  albo  zła,  a  kolory  są dwa: albo czarny, albo biały. I nic dziwnego, że
  szóstoklasista  nie może się pogodzić z tą względnością, z brakiem jasnego
  podziału  na dobro i zło. Ale to nie jest ani wada prozy Sapkowskiego, ani
  błąd  konstrukcji  świata. Wręcz przeciwnie. Poza tym znowu popełniasz ten
  sam  błąd logiczny - niby akceptujesz odmienność świata opisanego od tego,
  który  znasz  (a  który  jest  maleńkim wycinkiem historii ludzkości), ale
  twierdzisz,  że  musiało  być  tak,  jak  w  tym  przykładzie  z  historii
  ludzkości, który znasz.
       Nie  wierzę  w  czarodziejską  moc ideologii. I tobie nie radzę w nią
  wierzyć.  Za  długo  by tłumaczyć, ale to nie działa. Naprawdę. Działa coś
  zupełnie innego.

       *Kultura  wyższa,  nawet  jeśli przegrała bezpośrednio na polu bitwy,
  zawsze  w  końcu  zaczynała  dominować  nad  niższą  (jeśli  ta  nie  była
  odpowiednio zdecydowana lub ideowo usztywniona).*

       Powtórzę:  ideologia  nie  jest  magią.  Ograniczny  zasób przykładów
  historycznych,  które  dopuszczasz do głosu (bo znasz takie, które przeczą
  Twoim  deklaracjom  -  np.  Grecja  i Rzym, ale je ignorujesz) nie dowodzi
  niczego,   bo  sytuacje  są  nieporównywalne.  I  nie  ilustrujesz  żadnej
  prawidłowości.
       Wyjaśnij  mi  jeszcze,  proszę,  jak się mierzy "wzrost" kultur. Żeby
  stwierdzić, która jest "wyższa".

       Ogólnie:   szóstoklasista  demonstruje  swoje  osiągnięcia  w  sztuce
  manipulacji.   Z   dostępnej   sobie   wiedzy   historycznej,  i  wiedzy o
  literaturze,  o  nauce,  a  także  z  bajek  (o  księżycu  i miesiączce na
  przykład)  wybiera  fragmenty,  które  podaje  za  całość,  nie  bacząc na
  wewnętrzne  sprzeczności,  i  przeciwstawia  je swoim, również wewnętrznie
  sprzecznym,  domysłom  na  temat  treści  sagi  o Lwiątku, opartym na tych
  fragmentach  sagi, w których pojawia się słowo "miesiączka". Mam nadzieję,
  że  Mireczek  jeszcze  nauczy  się  i konsekwencji, i rzetelności, i samej
  historii. Ma czas.
       A  teraz  panowie  redaktorzy:  z  jakiej  książki wzięliście metry i
  centymetry,  żeby  wmówić dziecku, że Sapkowski je umieścił w sadze? I czy
  to było uczciwe? I to wobec dziecka?
       Jeśli  już  publikuje  się wypracowanie szóstoklasisty, to wypadałoby
  poddać  je  redakcji,  poprawić  np. błędy, usunąć sądy wartościujące. Ale
  moim  zdaniem  publikowanie  wypracowania  szkolnego  ze  świadomością, że
  uczeń,  który  je  napisał,  nie  przeczytał  lektury, o której pisze (nie
  czarujmy się, przeczytaliście mu przez telefon może więcej niż pięć stron,
  ale nie więcej niż dwadzieścia), nie ma sensu.

                                                             Marek Szyjewski

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl