AS ZONE:

ARTYKUŁY
O fenomenie popularności literatury fantasy


Czekając na dalszy ciąg
[Dekada literacka 3/1986]

     Popularność   literatury   fantasy   w   Polsce  jest  zjawiskiem  dość
  zagadkowym.  Nie  ``niezrozumiałym'', ale właśnie zagadkowym, tajemniczym.
  Nie  wiadomo  bowiem,  jak  ją  mierzyć,  skoro,  jak  chciałaby nierzadko
  krytyka,  jest  to  gatunek  dla  fanów:  czy  należałoby obliczyć odsetek
  miłośników fantastyki baśniowej (to nie najszczęśliwsze określenie, mające
  na   celu   odróżnienie  od  science  fiction  --  fantastyki  naukowej) w
  społeczeństwie  --  z  pewnością  byłby mniejszy niż ludzi uważających, że
  lubią  kryminały.  Nie  wiadomo  też,  kogo  należałoby  zaliczyć do grona
  prawdziwych  amatorów  fantasy,  a  raczej  do  grona  amatorów prawdziwej
  fantasy.  Bo  przecież  prawdziwy  amator  prawdziwej  fantasy nie uzna za
  prawdziwego amatora prawdziwej fantasy faceta, który w pociągu podmiejskim
  przewraca kartki taniego wydania jakichś popłuczyn po Conanie z Cimerii, w
  których krew leje się strumieniami i... niewiele poza tym.
     Na  dodatek  do  niedawna prawdziwa fantasy była czytelnikowi polskiemu
  (nie  posługującemu się językiem angielskim) niemal niedostępna. Wprawdzie
  jeszcze  w latach 60. przełożono "Hobbita" i "Władcę Pierścieni" Tolkiena,
  archetypowe   dzieła  gatunku,  wprawdzie  kilka  innych  ważnych  utworów
  przemknęło przez półki księgarskie w kolejnych dekadach, wprawdzie i u nas
  wydawano  od czasu do czasu różne wersje legend arturiańskich, bez których
  żaden  szanujący  się  miłośnik fantasy nie może się obejść, wprawdzie i u
  nas  zdarzyła  się  jedna  lub  druga  jaskółka  twórczości  rodzimej  (za
  najciekawszą  trzeba  uznać  momentami wprawdzie niedoskonałą warsztatowo,
  ale  zadziwiająco  konsekwentną fabularnie i zarazem daleką od najczęściej
  naśladowanych   wzorców   powieść   "Gar'Ingawi,  wyspa  szczęśliwa"  Anny
  Borkowskiej),  wiadomo  jednak,  że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Co tu
  dużo  mówić,  tradycji  czytania, a tym bardziej pisania fantasy u nas nie
  było.
     Boom  (czytelniczy  i  piśmienniczy)  nastąpił  dopiero w latach 90., a
  prawdę  mówiąc  w  tych  zupełnie niedawnych. Mamy już nie tylko klasyków:
  kilka  wznowień  Tolkiena,  najważniejsze  dzieła Ursuli K. Le Guin, Andre
  Norton,  Stephena  Donaldsona, Davida Eddingsa, Anne MacCaffrey czy Marion
  Zimmer  Bradley, ale też rzeczy stosunkowo nowe: Roberta Jordana, Williama
  Horwooda,   Mercedes   Lackey,   Terry  Brooksa...  Niestety  tłumaczenia,
  delikatnie   mówiąc,   pozostawiają   wiele  do  życzenia,  ceny  zaś  nie
  kwalifikują  fantasy  do  literatury  popularnej  (wagonowej). Popularność
  fantasy  była  i  pozostaje popularnością elitarną, jakkolwiek absurdalnie
  może to brzmieć.
     Z  tej  właśnie grupy prawdziwych miłośników prawdziwej fantasy wywodzi
  się  Andrzej  Sapkowski,  gwiazda  i nadzieja gatunku w Polsce. Co więcej,
  zjawisko  takie  mogło narodzić się tylko w tej grupie, bowiem, co uparcie
  powtarza  sam  Sapkowski  w  swoich  felietonach  publikowanych  w  "Nowej
  Fantastyce",  do  stworzenia dobrego utworu konieczna jest znajomość zasad
  rządzących  konwencją,  prawideł  gatunku i wspólnych korzeni całej dobrej
  fantasy  (chodzi  o szeroko pojętą mitologię, zwłaszcza celtycko-nordycką,
  choć  zdarzają  się  ciekawe  próby wykorzystywania podań i wierzeń innych
  kultur).
     Bodźcem dla ogromnej rzeszy autorów fantasy (nierzadko zresztą zaledwie
  miernych  imitatorów)  w  krajach  anglosaskich  stało się wydanie "Władcy
  Pierścieni"  --  powstanie  archetypu,  do którego można się było odnieść:
  odtwórczo,  twórczo  lub  polemicznie.  Owo  zaś  dzieło  archetypowe  nie
  przypadkiem  powstało  po  piórem  profesora literatury staroangielskiej w
  Oksfordzie.
     Od  pierwszego  wydania  "Władcy  Pierścieni" minęło czterdzieści lat i
  powstało  mnóstwo  znakomitych  (i  jeszcze  wiecej  marnych) dzieł, które
  sprawiły,  że  możemy  mówić  o gatunku. Sprawiły także, iż coraz trudniej
  poruszać  się  po  imaginacyjnych światach tak, aby nie zahaczać o coś, co
  już  gdzieś było, nie wykorzystywać pomysłów innych autorów. Skądinąd obok
  podstawowego  --  i  wywodzącego  się  wprost  z  mitu  arturiańskiego  --
  schematu  "quest"  pojawiło  się  kilka  innych,  o  luźniejszej zazwyczaj
  strukturze,  chetniej  natomiast  odwołujących  się  do doświadczeń świata
  rzeczywistego,  np. w kreacji układów politycznych, lub też do pogłębionej
  analizy psychologicznej.
     W  ten  sposób  zajmująca  odrębną  niszę  w literackim świecie fantasy
  przeszła  de  facto  podobną, choć na mniejszą skalę i w znacznie krótszym
  czasie,  ewolucję,  jak  powieść  europejska  od  swych początków po czasy
  obecne.  Jaki  stąd  wniosek?  Ano,  że  powinniśmy  i  w fantasy dojść do
  postmodernizmu,  czyli momentu, w którym krytyka nie może sobie poradzić z
  dziełem.  I postmodernizm właśnie stał się tą etykietką, którą po ukazaniu
  się  pierwszego tomu opowiadań przypięto Andrzejowi Sapkowskiemu. Ile jest
  w  tym  prawdy,  nie  zamierzam dociekać, uważam bowiem, że wielu krytyków
  posługuje  się  tym  terminem  jak  workiem,  do  ktorego  należy  wrzucić
  wszystko, co wymyka się prostym opisom.
     Inna   sprawa,  że  Sapkowski  nie  ułatwia  i  nie  umila  życia  swym
  potencjalnym   opisywaczom.   W   felietonach  wiesza  psy  nie  tylko  na
  nieudolnych  twórcach,  ale i na obyczajach krytycznych. Dlatego to, co tu
  przedstawię  bedzie  tylko  próbą  opisu,  a  nie  stawianiem  dziwacznych
  wniosków  na temat ``statusu ontologicznego'' (nad którym autor kiedyś się
  poznęcał), choć niektóre z nich również opiszę.
     Jak   powszechnie   wiadomo,   przyzwoita   powieść,   a  dotyczy  to w
  szczególności  powieści  fantastycznych,  niezależnie  od podgatunku, musi
  mieć   wyrazistych   bohaterów,   ciekawie   i  koherentnie  skonstruowany
  (wymyślony) świat i, co tu dużo mówić, wciągającą akcję. Fantasy podła tym
  różni się od dobrej, że posiada wyłącznie wartką akcję (czytaj: ciąg luźno
  bądź  na  siłę  połączonych  bijatyk  z  użyciem  mieczy i toporów zamiast
  rewolwerów  czy  miotaczy  laserowych), wyrazistość bohatera przejawia się
  tylko w sile ciosu.
     Sapkowski   zaczął   od   bohatera.   Dosłownie.   W  grudniu  1986  r.
  miesięcznik  "Fantastyka"  opublikował  nagrodzone w redakcyjnym konkursie
  opowiadanie  pt.  "Wiedźmin".  ``Opowiadanie,  które rzuciło wszystkich na
  kolana'',  jak napisał później jeden z krytyków. W opowiadaniu tym pojawia
  się,  nie  wiadomo skąd przychodząc i nie wiadomo dokąd zdążając, Geralt z
  Rivii,  tytułowy  wiedźmin.  Kilka  lat  później  słowo  to  zyska, wraz z
  dokładnym  wyjaśnieniem  znaczenia,  pierwotne  brzmienie  w starym języku
  elfów  --  "vedymin",  na  razie jednak wiedźmin jest tworem jednostkowym,
  jest  jak  hobbit,  którego  trzeba stworzyć, aby go wytłumaczyć. Wiedźmin
  zatem, według Sapkowskiego, staje się specem od potworów. Od unicestwiania
  bądź  uniekszkodliwiania potworów za pomocą miecza i zręczności fizycznej,
  dodajmy.
     Co  zatem  było  takiego  w  tym opowiadaniu, że ``rzuciło wszyskich na
  kolana''?  Dwie  rzeczy,  jak  sądzę: lekkość i sprawność językowa oraz...
  stara jak świat historyjka o królewnie--strzydze, którą trzeba odczarować,
  w  zamian  za  co król ofiarowuje worek złota i rękę królewny. Pierwszej z
  tych  cech nie należy bagatelizować -- na tle publikowanych w "Fantastyce"
  utworów  tzw.  młodych  pisarzy, którzy nierzadko lubują się w udziwnianiu
  narracji   (czytaj:   skrywaniem   jej  braków),  płynny  tok  opowiadania
  Sapkowskiego jest niczym powiew świeżego powietrza.
     Sam  język  nie byłby jednak w stanie zapewnić sukcesu, przyjrzyjmy się
  zatem  bliżej  pomysłowi fabularnemu. Niby historyjka znana, niby wszystko
  jak  należy,  nic  bynajmniej  nie  zgrzyta,  ale coś jednak jest inaczej,
  spomiędzy  słów  dobiegają do czytelnika sygnały, że... no właśnie, co? że
  jest  tu  jakoś  bardziej  --  realistycznie.  Bo  zarówno król jak i jego
  urzędnicy  jacyś  tacy ze swymi wadami i dziwactwami zwyczajni, bo inaczej
  się  mówi  w obecności osób trzecich niż na osobności, bo przede wszystkim
  odczarowana po czternastu latach życia jako strzyga królewna nie staje się
  hożą dziewoją w pełni władz fizycznych i umysłowych, ale jest [jakaś słaba
  i dużo popłakuje], a psychikę ma małego dziecka.
     Na  podobnym  schemacie uczłowieczania, urealniania znanych baśni oprze
  Sapkowski jeszcze kilka opowiadań, nie stroniąc przy tym od bezpośredniego
  przyznawania się do takiego zabiegu.
     Ten  aspekt  twórczości  --  zwłaszcza  wczesnej -- Sapkowskiego został
  natychmiast  dostrzeżony  i  doceniony  przez  krytykę: pisano (J. Inglot,
  "Nowa  Fantastyka"  1993/1),  że ``przygody Geralta zostały pomyślane jako
  nowe,  `prawdziwe'  wersje  starych bajek.'' I rzeczywiście -- jako główne
  wątki  kilku  opowiadań,  a także jako epizody w powieści -- pojawiają się
  przewrotne wersje starych schematów, jak np. opowiadanie "Ziarno prawdy" z
  tomu  "Ostatnie życzenie", które jest historią Pięknej i Bestii "rebours".
  Przewrotność  jest  tu  wielopoziomowa:  ponieważ Piękna jest podgatunkiem
  wampira,  wykorzystuje miłość Bestii dla swych niecnych celów -- zabijania
  podróżnych.  Z  drugiej strony nie jest jednak pewne, czy jej postępowanie
  można  rzeczywiście  uznać  za  ``niecne'',  skoro stanowi ono jej naturę,
  naturę   jej  gatunku  istot.  Z  punktu  widzenia  ludzi  Piękna  stanowi
  zagrożenie,  zadaniem  wiedźmina jest więc jej unicestwienie. W podtekście
  opowiedzianej  tu  historyjki  można  już  odczytać pytanie, które wkrótce
  stanie  się  kluczowym  dla  Geralta:  czy  człowiek,  przedstawiony  jako
  niedawny  przybysz,  a  zarazem  zdobywca  świata,  ma prawo eksterminować
  zawadzające  mu gatunki, stworzenia (rozumne lub nie) stanowiące dla niego
  zagrożenie lub tylko przeszkodę na drodze do pełnej ekspansji?
     Geralt  właściwie  nie  ma  wyboru: jest wiedźminem, zabijanie potworów
  to jego sposób zarabiania na życie, a światem Sapkowskiego rządzą twarde i
  bardzo  realistyczne  prawa  ekonomii. Na dodatek z racji swojej profesji,
  bądź co bądź niezbyt estetycznej, spychany jest na margines społeczeństwa,
  sam  uważany  za  potwora.  Co  gorsza, w pewnym sensie jest ``potworem'':
  istotą  sztucznie  wyhodowaną  z  człowieka,  mutantem.  Na to bowiem, aby
  uzyskać  sprawność  fizyczną i odporność psychiczną pozwalającą na samotną
  walkę  z  najstraszliwszymi  stworami,  organizmy kandydatów na wiedźminów
  poddawane  są  jeszcze  w  dzieciństwie  daleko  idącym zmianom, co więcej
  zmianom nieodwracalnym, przez co różnią się od pozostałych ludzi nie tylko
  fizycznie, ale i emocjonalnie.
     Wspomniane  mutacje  są  jednym z najistotniejszych problemów, z jakimi
  muszą  zmierzyć  się  zarówno bohaterowie Sapkowskiego, jak i krytycy jego
  twórczości,   kwestią,   która   spowodowała   największy   chyba  zamęt w
  wypowiedziach   recenzentów,   zwłaszcza   tych,   którzy  wbrew  wyraźnym
  ostrzeżeniom ze strony autora "Wiedźmina" postanowili zająć się ``statusem
  ontologicznym'' wykreowanego przezeń świata.
     Za  najbardziej  kuriozalną  wypada  uznać  opinię  (M. Parowski, "Nowa
  Fantastyka"  1991/12),  iż  Sapkowski  przedstawia w swych utworach ``nasz
  świat  po  kataklizmie atomowym''. Skąd taki pomysł? Ano stąd, że krytycy,
  skądinąd  na  co  dzień  zajmujący  się fantastyką, a nawet sami próbujący
  swoich  sił  na  jej  niwie,  nie  potrafią  pogodzić  się  z synkretyzmem
  językowym   Sapkowskiego,   z   zasobem   pojęć   funkcjonujących  w  jego
  powieściach.
     Za   kamień   obrazy   uznano  przede  wszystkim  fakt,  że  w  świecie
  niewątpliwie  wzorowanym  na  arturiańskiej, baśniowej wizji średniowiecza
  istnieją -- na równych prawach z bronią sprzed wynalezienia prochu i magią
  --  dziedziny  wiedzy  takie  jak  genetyka  czy astronomia kopernikańska.
  Niestety,  jedyna  odpowiedź  na te niepokoje, która ma jakikolwiek sens w
  świetle   ogólnych  zasad  funkcjonowania  fikcyjnych  światów  literatury
  fantastycznej jest: a dlaczego nie? Skoro godzimy się -- my, czytelnicy --
  na  to,  aby  światem przedstawionym rządziły prawa magii, które w perzynę
  obracają prawa fizyki klasycznej, dlaczego nie moglibyśmy dać przyzwolenia
  na  wprowadzenie  w  ten  świat  "pojęć"   (bo  chodzi tu o pojęcia, o same
  słowa  właściwie)  przynależących  do  znanego  nam nowoczesnego świata, a
  zatem wywołujących po prostu konkretne skojarzenia?
     Za    dobry   przykład   może   posłużyć   ``genetyka''   Sapkowskiego.
  Parokrotnie  pojęcie to pojawia się w ustach głównych bohaterów powieści w
  kontekście  mutacji,  jakim poddawani są przyszli wiedźmini i czarodzieje.
  Są  to  zawsze  zmiany przystosowujące organizm do jego zadań: w przypadku
  czarodziejek korygujące wady wyglądu, w przypadku wiedźminów umożliwiające
  np.  świadome  zwężanie  i  rozszerzanie  źrenic.  Na temat przebiegu, czy
  raczej  sposobu  dokonywania  tych  mutacji,  wiemy  niewiele.  Tyle, że w
  przypadku  wiedźminów  najważniejsze  są  środki,  które dziś nazwalibyśmy
  farmakologicznymi,  w  owym  świecie zwane są jednak eliksirami i trawami.
  żadnych  komórek,  łańcuchów DNA, komputerów czy mikroskopów. Na tej samej
  wiedzy  o  budowie i funkcjonowaniu organizmu ludzkiego, co ``genetyka'' i
  mutacje,   opiera   się   w   tym  świecie  magia  uzdrowicielska.  Ludzka
  (czarodziejska)  umiejętność  uzdrawiania  ogranicza  się zresztą tylko do
  istot ludzkich.
     Magia  w  fantasy  nie  jest  --  w  każdym  razie nie powinna być, a u
  Sapkowskiego  na  pewno  nie  jest -- serią sztuczek, ale głęboką wiedzą o
  otaczającym   człowieka  czy  inną  istotę  rozumną  świecie,  znajomością
  rządzących  nim  praw  i  umiejętnością  ingerowania  w  te  prawa  i  ich
  modyfikacji.   Umiejetnością,   dodajmy,   ograniczoną  zazwyczaj  zakazem
  wykorzystywania  jej  na  szkodę  innych  ludzi  bądź  w  sposób  istotnie
  naruszający  równowagę  sił  w  przyrodzie.  Sprzeniewierzenie  się  takim
  zakazom  niemal  zawsze prowadzi do opłakanych skutków. Toutes proportions
  gardees, podobną definicję można zastosować do nowoczesnej nauki i wówczas
  cała  kwestia  staje  się  banalna,  sprowadza  się  bowiem  do  jednego z
  fundamentów  fantasy  jako  gatunku: jej świat różni się od naszego między
  innymi  s p o s o b e m poznawania, podczas gdy p r z e d m i o t poznania
  może pozostawać ten sam.
     Nieuzasadnionymi  wydają  się zatem próby dociekania, czy świat Geralta
  jest  jakąś  wizją  przyszłości  Ziemi,  tylko dlatego, że pouczeni raczej
  przez liczne powieści i filmy SF, a nie realne doświadczenie, za przyczynę
  ``ogromnej  ilości  mutacji''  skłonni  jesteśmy  prędzej uznać katastrofę
  nuklearną  niż  świadomy  zamysł  autora.  Przeciwko  takim tezom świadczy
  zresztą  wspomniana  już  celowość  mutacji  dotyczących  ludzi, olbrzymie
  potwory  zaś  trudno  uznać  za element nietypowy dla literatury fantasy i
  wymagający  w  związku  z  tym  innego  uzasadnienia niż wewnętrzna logika
  świata przedstawionego.
     Wywołujące  tyle  zamieszania  mutacje są dla kreacji świata w utworach
  Sapkowskiego  istotne z zupełnie innego powodu. Jednym z podstawowych praw
  rządzących  baśnią,  a także fantasy jest to, że wszelkie tego typu zmiany
  magiczne  są  mieczem  obosiecznym:  za  korzyści,  jakie  dają, płaci się
  nierzadko  bardzo  wysoką  cenę  --  wystarczy  przypomnieć chociażby Małą
  Syrenkę  Andersena,  nawiasem  mówiąc  baśń  również  ``przepisaną'' przez
  Sapkowskiego.
     Bohaterowie  ``sagi  o wiedźminie'', którzy swe niezwykłe ummiejętności
  zawdzięczają magicznym zmianom płacą za to pogardą, nienawiścią lub lękiem
  zwykłych  ludzi,  ale  także  np.  niepłodnością  i niemożnością udziału w
  zwykłych  ludzkich  emocjach.  Gorycz  ich sytuacji, bo nie oszukujmy się:
  życie  niemal wszechmocnych, bogatych, a na dodatek pięknych czarodziejek,
  tylko  pozornie  jest  usłane  różami, potęguje jeszcze poczucie okrutnego
  determinizmu  --  żadne z nich nie jest tym, czym jest, z własnego wolnego
  wyboru.   Czarodziejkami  zostają  najczęściej  kalekie,  odrzucone  przez
  rodziców  dziewczynki,  i  tej  psychicznej  skazy  nie są w stanie z nich
  wykorzenić  nawet  długie  lata  dostatniej egzystencji w cialach pięknych
  kobiet;  wiedźmini  biorą  do  terminu podrzutków, których los co najwyżej
  mógłby być jeszcze gorszy.



  Tekst drukowany w "Dekadzie Literackiej" 1986 nr 3, pod pierwotnym tytułem
                          "Czekając na dalszy ciąg"


                                                          Agnieszka Fulińska

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl