O fenomenie popularności literatury fantasy
Popularność literatury fantasy w Polsce jest zjawiskiem dość
zagadkowym. Nie ``niezrozumiałym'', ale właśnie zagadkowym, tajemniczym.
Nie wiadomo bowiem, jak ją mierzyć, skoro, jak chciałaby nierzadko
krytyka, jest to gatunek dla fanów: czy należałoby obliczyć odsetek
miłośników fantastyki baśniowej (to nie najszczęśliwsze określenie, mające
na celu odróżnienie od science fiction -- fantastyki naukowej) w
społeczeństwie -- z pewnością byłby mniejszy niż ludzi uważających, że
lubią kryminały. Nie wiadomo też, kogo należałoby zaliczyć do grona
prawdziwych amatorów fantasy, a raczej do grona amatorów prawdziwej
fantasy. Bo przecież prawdziwy amator prawdziwej fantasy nie uzna za
prawdziwego amatora prawdziwej fantasy faceta, który w pociągu podmiejskim
przewraca kartki taniego wydania jakichś popłuczyn po Conanie z Cimerii, w
których krew leje się strumieniami i... niewiele poza tym.
Na dodatek do niedawna prawdziwa fantasy była czytelnikowi polskiemu
(nie posługującemu się językiem angielskim) niemal niedostępna. Wprawdzie
jeszcze w latach 60. przełożono "Hobbita" i "Władcę Pierścieni" Tolkiena,
archetypowe dzieła gatunku, wprawdzie kilka innych ważnych utworów
przemknęło przez półki księgarskie w kolejnych dekadach, wprawdzie i u nas
wydawano od czasu do czasu różne wersje legend arturiańskich, bez których
żaden szanujący się miłośnik fantasy nie może się obejść, wprawdzie i u
nas zdarzyła się jedna lub druga jaskółka twórczości rodzimej (za
najciekawszą trzeba uznać momentami wprawdzie niedoskonałą warsztatowo,
ale zadziwiająco konsekwentną fabularnie i zarazem daleką od najczęściej
naśladowanych wzorców powieść "Gar'Ingawi, wyspa szczęśliwa" Anny
Borkowskiej), wiadomo jednak, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Co tu
dużo mówić, tradycji czytania, a tym bardziej pisania fantasy u nas nie
było.
Boom (czytelniczy i piśmienniczy) nastąpił dopiero w latach 90., a
prawdę mówiąc w tych zupełnie niedawnych. Mamy już nie tylko klasyków:
kilka wznowień Tolkiena, najważniejsze dzieła Ursuli K. Le Guin, Andre
Norton, Stephena Donaldsona, Davida Eddingsa, Anne MacCaffrey czy Marion
Zimmer Bradley, ale też rzeczy stosunkowo nowe: Roberta Jordana, Williama
Horwooda, Mercedes Lackey, Terry Brooksa... Niestety tłumaczenia,
delikatnie mówiąc, pozostawiają wiele do życzenia, ceny zaś nie
kwalifikują fantasy do literatury popularnej (wagonowej). Popularność
fantasy była i pozostaje popularnością elitarną, jakkolwiek absurdalnie
może to brzmieć.
Z tej właśnie grupy prawdziwych miłośników prawdziwej fantasy wywodzi
się Andrzej Sapkowski, gwiazda i nadzieja gatunku w Polsce. Co więcej,
zjawisko takie mogło narodzić się tylko w tej grupie, bowiem, co uparcie
powtarza sam Sapkowski w swoich felietonach publikowanych w "Nowej
Fantastyce", do stworzenia dobrego utworu konieczna jest znajomość zasad
rządzących konwencją, prawideł gatunku i wspólnych korzeni całej dobrej
fantasy (chodzi o szeroko pojętą mitologię, zwłaszcza celtycko-nordycką,
choć zdarzają się ciekawe próby wykorzystywania podań i wierzeń innych
kultur).
Bodźcem dla ogromnej rzeszy autorów fantasy (nierzadko zresztą zaledwie
miernych imitatorów) w krajach anglosaskich stało się wydanie "Władcy
Pierścieni" -- powstanie archetypu, do którego można się było odnieść:
odtwórczo, twórczo lub polemicznie. Owo zaś dzieło archetypowe nie
przypadkiem powstało po piórem profesora literatury staroangielskiej w
Oksfordzie.
Od pierwszego wydania "Władcy Pierścieni" minęło czterdzieści lat i
powstało mnóstwo znakomitych (i jeszcze wiecej marnych) dzieł, które
sprawiły, że możemy mówić o gatunku. Sprawiły także, iż coraz trudniej
poruszać się po imaginacyjnych światach tak, aby nie zahaczać o coś, co
już gdzieś było, nie wykorzystywać pomysłów innych autorów. Skądinąd obok
podstawowego -- i wywodzącego się wprost z mitu arturiańskiego --
schematu "quest" pojawiło się kilka innych, o luźniejszej zazwyczaj
strukturze, chetniej natomiast odwołujących się do doświadczeń świata
rzeczywistego, np. w kreacji układów politycznych, lub też do pogłębionej
analizy psychologicznej.
W ten sposób zajmująca odrębną niszę w literackim świecie fantasy
przeszła de facto podobną, choć na mniejszą skalę i w znacznie krótszym
czasie, ewolucję, jak powieść europejska od swych początków po czasy
obecne. Jaki stąd wniosek? Ano, że powinniśmy i w fantasy dojść do
postmodernizmu, czyli momentu, w którym krytyka nie może sobie poradzić z
dziełem. I postmodernizm właśnie stał się tą etykietką, którą po ukazaniu
się pierwszego tomu opowiadań przypięto Andrzejowi Sapkowskiemu. Ile jest
w tym prawdy, nie zamierzam dociekać, uważam bowiem, że wielu krytyków
posługuje się tym terminem jak workiem, do ktorego należy wrzucić
wszystko, co wymyka się prostym opisom.
Inna sprawa, że Sapkowski nie ułatwia i nie umila życia swym
potencjalnym opisywaczom. W felietonach wiesza psy nie tylko na
nieudolnych twórcach, ale i na obyczajach krytycznych. Dlatego to, co tu
przedstawię bedzie tylko próbą opisu, a nie stawianiem dziwacznych
wniosków na temat ``statusu ontologicznego'' (nad którym autor kiedyś się
poznęcał), choć niektóre z nich również opiszę.
Jak powszechnie wiadomo, przyzwoita powieść, a dotyczy to w
szczególności powieści fantastycznych, niezależnie od podgatunku, musi
mieć wyrazistych bohaterów, ciekawie i koherentnie skonstruowany
(wymyślony) świat i, co tu dużo mówić, wciągającą akcję. Fantasy podła tym
różni się od dobrej, że posiada wyłącznie wartką akcję (czytaj: ciąg luźno
bądź na siłę połączonych bijatyk z użyciem mieczy i toporów zamiast
rewolwerów czy miotaczy laserowych), wyrazistość bohatera przejawia się
tylko w sile ciosu.
Sapkowski zaczął od bohatera. Dosłownie. W grudniu 1986 r.
miesięcznik "Fantastyka" opublikował nagrodzone w redakcyjnym konkursie
opowiadanie pt. "Wiedźmin". ``Opowiadanie, które rzuciło wszystkich na
kolana'', jak napisał później jeden z krytyków. W opowiadaniu tym pojawia
się, nie wiadomo skąd przychodząc i nie wiadomo dokąd zdążając, Geralt z
Rivii, tytułowy wiedźmin. Kilka lat później słowo to zyska, wraz z
dokładnym wyjaśnieniem znaczenia, pierwotne brzmienie w starym języku
elfów -- "vedymin", na razie jednak wiedźmin jest tworem jednostkowym,
jest jak hobbit, którego trzeba stworzyć, aby go wytłumaczyć. Wiedźmin
zatem, według Sapkowskiego, staje się specem od potworów. Od unicestwiania
bądź uniekszkodliwiania potworów za pomocą miecza i zręczności fizycznej,
dodajmy.
Co zatem było takiego w tym opowiadaniu, że ``rzuciło wszyskich na
kolana''? Dwie rzeczy, jak sądzę: lekkość i sprawność językowa oraz...
stara jak świat historyjka o królewnie--strzydze, którą trzeba odczarować,
w zamian za co król ofiarowuje worek złota i rękę królewny. Pierwszej z
tych cech nie należy bagatelizować -- na tle publikowanych w "Fantastyce"
utworów tzw. młodych pisarzy, którzy nierzadko lubują się w udziwnianiu
narracji (czytaj: skrywaniem jej braków), płynny tok opowiadania
Sapkowskiego jest niczym powiew świeżego powietrza.
Sam język nie byłby jednak w stanie zapewnić sukcesu, przyjrzyjmy się
zatem bliżej pomysłowi fabularnemu. Niby historyjka znana, niby wszystko
jak należy, nic bynajmniej nie zgrzyta, ale coś jednak jest inaczej,
spomiędzy słów dobiegają do czytelnika sygnały, że... no właśnie, co? że
jest tu jakoś bardziej -- realistycznie. Bo zarówno król jak i jego
urzędnicy jacyś tacy ze swymi wadami i dziwactwami zwyczajni, bo inaczej
się mówi w obecności osób trzecich niż na osobności, bo przede wszystkim
odczarowana po czternastu latach życia jako strzyga królewna nie staje się
hożą dziewoją w pełni władz fizycznych i umysłowych, ale jest [jakaś słaba
i dużo popłakuje], a psychikę ma małego dziecka.
Na podobnym schemacie uczłowieczania, urealniania znanych baśni oprze
Sapkowski jeszcze kilka opowiadań, nie stroniąc przy tym od bezpośredniego
przyznawania się do takiego zabiegu.
Ten aspekt twórczości -- zwłaszcza wczesnej -- Sapkowskiego został
natychmiast dostrzeżony i doceniony przez krytykę: pisano (J. Inglot,
"Nowa Fantastyka" 1993/1), że ``przygody Geralta zostały pomyślane jako
nowe, `prawdziwe' wersje starych bajek.'' I rzeczywiście -- jako główne
wątki kilku opowiadań, a także jako epizody w powieści -- pojawiają się
przewrotne wersje starych schematów, jak np. opowiadanie "Ziarno prawdy" z
tomu "Ostatnie życzenie", które jest historią Pięknej i Bestii "rebours".
Przewrotność jest tu wielopoziomowa: ponieważ Piękna jest podgatunkiem
wampira, wykorzystuje miłość Bestii dla swych niecnych celów -- zabijania
podróżnych. Z drugiej strony nie jest jednak pewne, czy jej postępowanie
można rzeczywiście uznać za ``niecne'', skoro stanowi ono jej naturę,
naturę jej gatunku istot. Z punktu widzenia ludzi Piękna stanowi
zagrożenie, zadaniem wiedźmina jest więc jej unicestwienie. W podtekście
opowiedzianej tu historyjki można już odczytać pytanie, które wkrótce
stanie się kluczowym dla Geralta: czy człowiek, przedstawiony jako
niedawny przybysz, a zarazem zdobywca świata, ma prawo eksterminować
zawadzające mu gatunki, stworzenia (rozumne lub nie) stanowiące dla niego
zagrożenie lub tylko przeszkodę na drodze do pełnej ekspansji?
Geralt właściwie nie ma wyboru: jest wiedźminem, zabijanie potworów
to jego sposób zarabiania na życie, a światem Sapkowskiego rządzą twarde i
bardzo realistyczne prawa ekonomii. Na dodatek z racji swojej profesji,
bądź co bądź niezbyt estetycznej, spychany jest na margines społeczeństwa,
sam uważany za potwora. Co gorsza, w pewnym sensie jest ``potworem'':
istotą sztucznie wyhodowaną z człowieka, mutantem. Na to bowiem, aby
uzyskać sprawność fizyczną i odporność psychiczną pozwalającą na samotną
walkę z najstraszliwszymi stworami, organizmy kandydatów na wiedźminów
poddawane są jeszcze w dzieciństwie daleko idącym zmianom, co więcej
zmianom nieodwracalnym, przez co różnią się od pozostałych ludzi nie tylko
fizycznie, ale i emocjonalnie.
Wspomniane mutacje są jednym z najistotniejszych problemów, z jakimi
muszą zmierzyć się zarówno bohaterowie Sapkowskiego, jak i krytycy jego
twórczości, kwestią, która spowodowała największy chyba zamęt w
wypowiedziach recenzentów, zwłaszcza tych, którzy wbrew wyraźnym
ostrzeżeniom ze strony autora "Wiedźmina" postanowili zająć się ``statusem
ontologicznym'' wykreowanego przezeń świata.
Za najbardziej kuriozalną wypada uznać opinię (M. Parowski, "Nowa
Fantastyka" 1991/12), iż Sapkowski przedstawia w swych utworach ``nasz
świat po kataklizmie atomowym''. Skąd taki pomysł? Ano stąd, że krytycy,
skądinąd na co dzień zajmujący się fantastyką, a nawet sami próbujący
swoich sił na jej niwie, nie potrafią pogodzić się z synkretyzmem
językowym Sapkowskiego, z zasobem pojęć funkcjonujących w jego
powieściach.
Za kamień obrazy uznano przede wszystkim fakt, że w świecie
niewątpliwie wzorowanym na arturiańskiej, baśniowej wizji średniowiecza
istnieją -- na równych prawach z bronią sprzed wynalezienia prochu i magią
-- dziedziny wiedzy takie jak genetyka czy astronomia kopernikańska.
Niestety, jedyna odpowiedź na te niepokoje, która ma jakikolwiek sens w
świetle ogólnych zasad funkcjonowania fikcyjnych światów literatury
fantastycznej jest: a dlaczego nie? Skoro godzimy się -- my, czytelnicy --
na to, aby światem przedstawionym rządziły prawa magii, które w perzynę
obracają prawa fizyki klasycznej, dlaczego nie moglibyśmy dać przyzwolenia
na wprowadzenie w ten świat "pojęć" (bo chodzi tu o pojęcia, o same
słowa właściwie) przynależących do znanego nam nowoczesnego świata, a
zatem wywołujących po prostu konkretne skojarzenia?
Za dobry przykład może posłużyć ``genetyka'' Sapkowskiego.
Parokrotnie pojęcie to pojawia się w ustach głównych bohaterów powieści w
kontekście mutacji, jakim poddawani są przyszli wiedźmini i czarodzieje.
Są to zawsze zmiany przystosowujące organizm do jego zadań: w przypadku
czarodziejek korygujące wady wyglądu, w przypadku wiedźminów umożliwiające
np. świadome zwężanie i rozszerzanie źrenic. Na temat przebiegu, czy
raczej sposobu dokonywania tych mutacji, wiemy niewiele. Tyle, że w
przypadku wiedźminów najważniejsze są środki, które dziś nazwalibyśmy
farmakologicznymi, w owym świecie zwane są jednak eliksirami i trawami.
żadnych komórek, łańcuchów DNA, komputerów czy mikroskopów. Na tej samej
wiedzy o budowie i funkcjonowaniu organizmu ludzkiego, co ``genetyka'' i
mutacje, opiera się w tym świecie magia uzdrowicielska. Ludzka
(czarodziejska) umiejętność uzdrawiania ogranicza się zresztą tylko do
istot ludzkich.
Magia w fantasy nie jest -- w każdym razie nie powinna być, a u
Sapkowskiego na pewno nie jest -- serią sztuczek, ale głęboką wiedzą o
otaczającym człowieka czy inną istotę rozumną świecie, znajomością
rządzących nim praw i umiejętnością ingerowania w te prawa i ich
modyfikacji. Umiejetnością, dodajmy, ograniczoną zazwyczaj zakazem
wykorzystywania jej na szkodę innych ludzi bądź w sposób istotnie
naruszający równowagę sił w przyrodzie. Sprzeniewierzenie się takim
zakazom niemal zawsze prowadzi do opłakanych skutków. Toutes proportions
gardees, podobną definicję można zastosować do nowoczesnej nauki i wówczas
cała kwestia staje się banalna, sprowadza się bowiem do jednego z
fundamentów fantasy jako gatunku: jej świat różni się od naszego między
innymi s p o s o b e m poznawania, podczas gdy p r z e d m i o t poznania
może pozostawać ten sam.
Nieuzasadnionymi wydają się zatem próby dociekania, czy świat Geralta
jest jakąś wizją przyszłości Ziemi, tylko dlatego, że pouczeni raczej
przez liczne powieści i filmy SF, a nie realne doświadczenie, za przyczynę
``ogromnej ilości mutacji'' skłonni jesteśmy prędzej uznać katastrofę
nuklearną niż świadomy zamysł autora. Przeciwko takim tezom świadczy
zresztą wspomniana już celowość mutacji dotyczących ludzi, olbrzymie
potwory zaś trudno uznać za element nietypowy dla literatury fantasy i
wymagający w związku z tym innego uzasadnienia niż wewnętrzna logika
świata przedstawionego.
Wywołujące tyle zamieszania mutacje są dla kreacji świata w utworach
Sapkowskiego istotne z zupełnie innego powodu. Jednym z podstawowych praw
rządzących baśnią, a także fantasy jest to, że wszelkie tego typu zmiany
magiczne są mieczem obosiecznym: za korzyści, jakie dają, płaci się
nierzadko bardzo wysoką cenę -- wystarczy przypomnieć chociażby Małą
Syrenkę Andersena, nawiasem mówiąc baśń również ``przepisaną'' przez
Sapkowskiego.
Bohaterowie ``sagi o wiedźminie'', którzy swe niezwykłe ummiejętności
zawdzięczają magicznym zmianom płacą za to pogardą, nienawiścią lub lękiem
zwykłych ludzi, ale także np. niepłodnością i niemożnością udziału w
zwykłych ludzkich emocjach. Gorycz ich sytuacji, bo nie oszukujmy się:
życie niemal wszechmocnych, bogatych, a na dodatek pięknych czarodziejek,
tylko pozornie jest usłane różami, potęguje jeszcze poczucie okrutnego
determinizmu -- żadne z nich nie jest tym, czym jest, z własnego wolnego
wyboru. Czarodziejkami zostają najczęściej kalekie, odrzucone przez
rodziców dziewczynki, i tej psychicznej skazy nie są w stanie z nich
wykorzenić nawet długie lata dostatniej egzystencji w cialach pięknych
kobiet; wiedźmini biorą do terminu podrzutków, których los co najwyżej
mógłby być jeszcze gorszy.
Tekst drukowany w "Dekadzie Literackiej" 1986 nr 3, pod pierwotnym tytułem
"Czekając na dalszy ciąg"
Agnieszka Fulińska
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl