W majowym numerze "NF" opublikowaliśmy obszerny szkic Andrzeja
Sapkowskiego "Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach". Ten na poły
żartobliwy, na poły kpiarski tekst został dobrze przyjęty przez
czytelników, gorzej i bardzo serio przez środowisko autorów fantasy.
Kołodziejczaka, Piekarę i Ziemkiewicza, którzy zgodnie dają odpór autorowi
"Wiedźmina", wspomógł Jakub Lichański, profesor polonistyki UW. W tej
sytuacji Sapkowski nie wytrzymał i mimo deklaracji, że polemizował nie
będzie, skomentował wypowiedź całej czwórki. Życzymy przyjemnej lektury.
(MO)
Tomasz Kołodziejczak
Pirogiada
Nasze baśnie, nasza demonologia to naprawdę wspaniały materiał na
fantasy (...). Dysponujemy materiałem nie gorszym niż mitologia celtycka
czy normańska. (z wywiadu z Andrzejem Sapkowskim, "Fantastyka" 8/88)
Chylę głowę przed zręcznością i wdziękiem, z jakim twórca wiedźmina
ogłosił publicznie całkiem pokaźną liczbę andronów, jednakże nie zgadzam
się prawie ze wszystkim, co Sapkowski pisze o polskiej fantasy.
Słowo kluczowe wywodu Sapkowskiego brzmi ARCHETYP. Prawzorem
WSZYSTKlCH utworów fantasy - pisze - jest legenda o królu Arturze. Dla
Słowian, Polaków - powiada dalej - opowieść o rycerzach Okrągłego Stołu to
tylko obca legenda. Nasza pogańska, prechrześcijańska kultura została
wytrzebiona. Zatem polska fantasy zawsze pozostanie tworem sztucznym i
marnym. Żaden z tak radykalnie postawionych punktów tego rozumowania nie
nadaje się, moim zdaniem, do obrony.
* * *
Mówi się, że podstawy naszej europejskiej, łacińskiej kultury
tworzyły grecka forma, rzymskie prawo i chrześcijańska religia. Na
cywilizację średniowiecza, do której najczęściej odwołuje się fantasy,
silny wpływ wywarli Celtowie i Normanowie. Docierały tutaj echa istnienia
innych kręgów cywilizacyjnych - islamu, Chin. A przecież owe kultury
czerpały obficie z dorobku ludów jeszcze starszych - za przykład wystarczy
tu podać związki Starego Testamentu z mezopotamskimi eposami. Już w tych
pradawnych religiach i zmitologizowanych fragmentach historii tworzyły się
toposy postaci, wydarzeń i zachowań, funkcjonujące w naszej kulturze do
dzisiaj. "Iliada" i "Odyseja", dzieła pełne religii i magii, są starsze od
arturiańskiej legendy o tysiąclecie. Czemuż to do nich i do greckich
mitologii nie mieliby odmotywać się autorzy fantasy? Robili to nie tylko
producenci pulpy, zasiedlający swe światy centaurami, harpiami i satyrami,
ale i autorzy dla gatunku najważniejsi.
Powieść C.S. Lewisa, "Póki mamy twarze", rozgrywa mit o Psyche. W
postaci Conana uosabia się bardziej grecki Herakles niźli Lancelot z
Jeziora. Z innej tradycji literackiej nordyckiej sagi wywodzi się na
przykład powieść Haggarda "Eryk Promiennooki". A przecież w obszarze
europejskiej kultury, tradycji - właśnie archetypu - zadomowiły się też
baśniowe opowieści odleglejszych jeszcze cywilizacji - choćby arabskie
"Baśnie tysiąca i jednej nocy".
Europejską baśniową czasoprzestrzeń (no bo taką eksploatują autorzy
fantasy) tworzą tradycje literackie, mitologie, religie, ludowe wierzenia
i klechdy wielu nacji, ale także pisane nie tak dawno bajki, choćby braci
Grimm czy Andersena. Sam Sapkowski rozgrywa te właśnie historie. Jeśli
więc nie fantasy on pisze, to co u diabła?
Lecz to nie koniec jeszcze. Powiada Sapkowski: Na plus Mistrza
Tolkiena powiedzieć trzeba, że (...) stworzył własny archetyp, archetyp
Tolkiena. A więc istnieją inne niż arturiański archetypy wykorzystywane
przez fantasy, co więcej, one przez cały czas powstają. Na dodatek fantasy
korzysta z klasycznych rozwiązań innych poetyk i odmian literackich.
Pierwsza scena z "Wiedźmina" to przepisanie w baśniowe realia klasycznego
prologu wielu westernów, mordobicia w saloonie. A sam wiedźmin? Twardy,
walczący ze światem o własną (lub cudzą) godność, dobry, choć zgorzkniały
człowiek. Kłania się najpopularniejszy bohater czarnego kryminału - Philip
Marlowe.
Polska fantasy wcale nie musi szukać pośród obcych archetypów i
symboli. Może sięgać do tradycji wspólnej ludom Europy, ale i do rodzimej.
I tu natrafiamy na drugi warunek zaporowy Sapkowskiego: w polskiej
kulturze brak odpowiednich dla fantasy archetypów.
* * *
Pogańskie mitologie - uważa Sapkowski - zostały zniszczone, ocalały
jedynie szczątki wiary w złą magię, na której fantasy budować się nie da.
Mamy słowiańską mitologię (..) ale mitologia ta nie sięga nas swym
archetypem. W polskiej archetypicznej krainie marzeń nie było wszak Dobra
i Zła, było tam tylko Zło. Powiada Sapkowski jeszcze, że szlachetność,
tolerancja i umiejętność wybaczania nie mieszczą się w kategorii polskiego
archetypu.
Fałsz na fałszu, proszę Państwa, fałszem pędzony. Oczywiście,
pogańska religia nie dotrwała do naszych czasów jako uprawiana forma
kultu. Ale też ciężko chyba spotkać w Glasgow Szkotów zarzynających owce
przed ołtarzami Croma. Pozostały jednak legendy o Lechu, Piaście
Kołodzieju, Popielu, Warsie i Sawie - relacje z początków polskiego
państwa, jak najbardziej dla Polaków archetypiczne. Oczywiście
chrześcijaństwo wycisnęło na nich swoje pieczęcie, ale przecież Arturowi
rycerze szwendali się po świecie nie w poszukiwaniu jakiegoś kamiennego
bałwana, tylko Świętego Graala.
Pogańskie tradycje przetrwały nie tylko w mitach - także w
obyczajach, tradycjach, legendach. Malujemy pisanki, topimy Marzannę, nie
witamy się przez próg i budujemy gniazda dla przynoszących szczęście
bocianów. Terminy kościelnych świąt synchronizowano niegdyś z pogańskimi.
To wszystko współtworzy naszą kulturę, a sam Sapkowski udowadnia, że
przechowało się sporo elementów dawnych wierzeń, cytując wiele nazw
pogańskich bogów i stworzeń, przemienionych później w bohaterów ludowych
wierzeń i bajek. To prawda, ślady prechrześcijaństwa są w naszej kulturze
uboższe i mniej nasycone magią niźli w tradycji angielskiej, istnieją
jednak. Wykorzystywali je nie tylko lekceważeni przez Sapkowskiego młodzi
autorzy fantasy, ale i najwięksi mistrzowie polskiej literatury. Wystarczy
przeczytać "Starą baśń" Kraszewskiego, "Krzyżowców" Kossak-Szczuckiej
czy choćby, he, he, "Ballady i romanse" Mickiewicza.
* * *
Krwiopijcy jesteście - Sapkowski celuje w nas paluchem - jeśli już
jakieś archetypy żeście wytworzyli, to najwredniejsze. I taka też wasza
fantasy być musi. Zaiste, na dowód tych zakodowanych w naszych genach i
umysłach okropieństw można wspomnieć o Zawiszy Czarnym, postaci
historycznej. Albo o śpiących rycerzach, sylwetkach legendarnych. Albo o
bohaterze literackim Jurandzie ze Spychowa... Nie jest prawdą, że polska
tradycja literacka nie dostarczała wzorców zachowań, typów
psychologicznych i scenografii dla fantasy. Najpopularniejsza polska
powieść - "Trylogia" - to przecież saga rycerska o wojnie i wszystkich
okropieństwach z nią związanych, ale też o honorze i patriotyzmie, o
prawości i wyrozumiałości, o męstwie i poświęceniu. "Trylogia" dostarczała
i wciąż dostarcza archetypicznych pożywek. Stworzone przez Sienkiewicza
postacie, nie tylko pierwszoplanowe (Wołodyjowski, Zagłoba, czy Kmicic),
ale i te z drugiej linii (Charłamp, Podbipięta, Wiśniowiecki),
spreparowane przez niego literacko fakty (obrona Zbaraża, Częstochowy,
śmierć Wołodyjowskiego) stały się częścią naszej narodowej
historyczno-mitycznej rzeczywistości. Archetypem. Inne jego części
wypełniła literatura Polski sarmackiej, twórczość romantyków, malarstwo
Matejki czy legendy spisane przez średniowiecznych kronikarzy.
Powtórzę raz jeszcze: literatura fantasy nie musi być (i nie jest)
budowana na jednym tylko micie - arturiańskim. Tradycja polskiej kultury
jest w stanie dostarczyć fantasy dostatecznej pożywki - tak jeśli idzie o
archetypy zachowań, struktur i konstrukcji świata fantasy, jak i o jego
wystrój scenograficzny (obyczaje, bestiarium, legendy).
* * *
Nie ma więc żadnych warunków wstępnych, które uniemożliwiałyby
powstawanie dobrej polskiej fantasy. W przeciwieństwie do Andrzeja
Sapkowskiego uważam naszą baśniową fantastykę za interesującą -
różnorodną, utrzymaną na przyzwoitym literackim poziomie. Nie powstało w
Polsce dzieło na miarę "Władcy Pierścieni", ale czy na Zachodzie rodzą się
one co chwila? Pamiętajmy przy tym, że fantastyka baśniowa funkcjonuje
tutaj od lat dziesięciu, w warunkach permanentnych kłopotów z wydawaniem
książek, więc rozwijała się głównie jako krótka forma. A przecież
najważniejsze dla gatunku dzieła to powieści, ba, powieściowe cykle.
Zdążyła już polska fantastyka baśniowa wypracować swoją specyfikę -
niezwykle silny wpływ wywarła na nią historia. Objawia się to nie tylko
mnogością utworów nawiązujących wprost do przeszłości, lokalizujących
akcję w przekształconych magicznie, politycznie czy kulturowo dziejach
naszego świata (Szrejter, Oszubski, Komuda, Inglot, Ziemkiewicz,
Pąkciński). Także w podejściu wielu autorów, dbających o militarną;
scenograficzną, a i obyczajową poprawność kreowanych przez siebie światów.
Być może to przesunięcie akcentów - z magii na historię - ma związek z
brakiem kompletnego świata czarodziejskich legend, jaki dla Anglosasów
tworzy arturiańska legenda. A może przyczyną jest fakt, że polska
świadomość narodowa budowała się w ciągu ostatnich dwustu lat podczas
permanentnej okupacji (z dwudziestoletnią przerwą) i że do historii tak
często odwoływali się najświetniejsi nasi artyści i najważniejsi politycy.
To nieistotne. Ja w tym szukaniu historycznych korzeni widzę źródło siły i
oryginalności polskiej fantasy, nie jej mierności.
* * *
Czemu więc miał służyć ów nieprzytomny napad na młodszych, mniej
popularnych czy też gorszych kolegów po piórze? Chciał Sapkowski ukatrupić
konkurencję? Po co, skoro jest przodownikiem stada? Chciał pokazać mizerię
polskiej fantasy? Nie osiągnął tego chyba, potępiając w czambuł
wszystkich, łaskawie zezwalając tylko na dziabanie schemaciku
howardowsko-tolkienowskiego. Chciał podzielić się z nami swoim sposobem
widzenia fantasy i jej miejsca w polskiej literaturze? Cóż, powiedział
tylko, że fantasy w Polsce pisać się nie da.
Wedle Sapkowskiego sam Sapkowski istnieć nie powinien. A jednak
istnieje, jak ten trzmiel, co podług speców od aerodynamiki latać nie ma
prawa.
To, że Sapkowski gadać umie i nawet gdy głupstwa prawi, czyni to z
niebywałą gracją, wiedzą doskonale bywalcy konwentów. Tak też jest z jego
wielką Pirogiadą. Pozostaje ona jedynie udowadnianiem przez Piroga całej
bandzie Pirogów, że nie istnieją.
Jacek Piekara
Jest złoto w Szarych Górach (a widzi tylko ten, kto patrzy)
Ostatnio panuje w naszym kraju "trynd" wielbienia wszystkiego, co
amerykańskie, wyśmiewania polskiej zaściankowości i polskiego
ciemnogrodztwa. Byłem zdumiony i rozgoryczony tym, że najpopularniejszy w
tej chwili polski autor bezlitośnie i nierozumnie zarazem wykpił próby
stworzenia (a może odrodzenia) polskiego modelu fantasy, sugerując
autorom, aby zajęli się powielaniem zachodnich wzorów (dywersja czy
głupota, wypadałoby zapytać). Pojawiło się co najmniej dwóch autorów,
dzięki którym nasza fantasy może przeżyć odrodzenie: Tadeusz Oszubski i,
częściowo, tak niemiłosiernie wykpiwany przez Sapkowskiego Artur Szrejter.
Radziłbym też zwrócić uwagę na Jacka Komudę, autora "fantasy
sienkiewiczowskiej".
Rozdział "Piróg, czyli Polak potrafi" poświęca Sapkowski wykpiwaniu
słowiańskich imion oraz nazw demonów i bóstw. Sens w tym taki sam, jak w
namawianiu Sapkowskiego, by zaczął drukować pod pseudonimem, bo jego
nazwisko zbyt jest słowiańskie, przaśne i kraśne, żurne, podpiwkowe i
lniane. Nie myśmy bowiem nazwy te wymyślili, a jedynie otrzymaliśmy je z
dorobkiem historii i kultury.
Autor fantasy musi być zorientowany w zagadnieniach historii
materialnej średniowiecza, a więc okresu dla tejże fantasy
symbolicznego. Tak więc załadowane kusze przewożone w jukach są oczywistym
bezsensem, jak i noszenie sandałów do płytowej zbroi czy używanie kopii
przez straż miejską. Nie są już bezsensowne batystowe majtki ani też
zbroja z łuski złotego suma. Ta zbroja tak bardzo wadzi Sapkowskiemu, a
przecież sum złoty, więc łuski w przeciwieństwie do normalnego mieć może.
W świecie fantasy Szrejtera, który jest światem historycznej i ewolucyjnej
alternatywy, sum, na Boga, nie podlega naszym prawom i nikt mi nie wmówi,
że to niezgodne z jakimiś tam wędkarskimi zasadami.
Stawia też Sapkowski bardzo poważny zarzut polskiej "archetypicznej
krainie marzeń", że - przypomnijmy w skrócie - nie było w niej dobra, a
wyłącznie zło. Polskie demony mają jednak charakter zarówno zdecydowanie
zły: utopiec, strzyga, południca, wąpierz (tak, tak właśnie wąpierz, stąd
na przykład nazwa miejscowości Wąpiersk czy Wąpierz, słowo wampir jest
natomiast pochodzenia macedońskiego i z Macedonii trafiło do Serbii, a
stamtąd w szeroki świat), inne mieszczą w sobie elementy zła i dobra
(wszelkiego rodzaju rusałki, płanetnik, kobold, leszy). Są też istoty
jednoznacznie dobre, które pozwolę sobie nazwać skrzatami (pojęcie to
niewiarygodnie szerokie i znacznie lepiej byłoby użyć w tym kontekście
nazwy bułgarskiej stopan, czyli gospodarz, gdyż jest to skrzat szczęścia
domowego i opiekun gospodarstwa). Istnieją również istoty nie podlegające
definiowaniu podług kategorii moralnych; czyli rodzenice (odpowiednik
greckich Mojr).
Sam diabeł występuje w poddanej już wpływom chrześcijaństwa legendzie
i baśni jako postać ambiwalentna i moralnie skomplikowana. Przykładem tu
bajka "Drwal i diabeł", w której - przypomnijmy - diabeł porywa ubogiemu
drwalowi ostatnią kromkę chleba i leci do piekła pochwalić się tym
wyczynem. Najstarszy diabeł skoro rzecz całą usłyszał, zatrząsł się ze
złości. Jak to? - zawrzasnął - toś ty, hultaju, śmiał taki wstyd diabłom
zrobić? Łajdaku, za tą krzywdę, którąś mu wyrządził, służyć będziesz póty
temu człowiekowi, aż cię sam od siebie odprawi. Toż to, panie Sapkowski,
gnoza najczystszej wody! Diabeł Boruta natomiast w niektórych przekazach
występuje jako obrońca szlacheckiej wolności, pijus i warchoł, ale
jednocześnie brat łata, a nawet gorliwy obrońca niepodległości (wiersz
Chróścielewskiego "Boruta", opowiadanie Stępowskiego "Jak Boruta z
porucznikiem d'Arquoi...").
Twierdzi Sapkowski, iż nasze bajki przypominają żywoty świętych
zabarwione wysmakowanym sadyzmem, pozwolę więc sobie na cytat. "A roku
siódmego Lancelot został wyświęcony przez arcybiskupa. Został księdzem i
odprawiał msze przez dwanaście miesięcy. Żaden z innych rycerzy nie został
księdzem, chociaż wszyscy umieli czytać z ksiąg. Służyli tylko, kiedy
odprawiano msze, dzwonili dzwonkami i spełniali wszystkie grube i ciężkie
roboty, sadzili kapustę i zioła, bowiem nigdy nic nie spożywali poza
ziołami i korzonkami." - Cytat pochodzi oczywiście ze sławnego
słowiańskiego eposu "O królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu".
Natomiast jeśli chodzi o wysmakowany sadyzm to należy zwrócić uwagę, iż
naturalistyczne podejście do problemów życia i śmierci jest
charakterystyczne dla całego średniowiecza, a nawet antyku (!), żeby
przytoczyć tylko słynną kwestię cesarza Witeliusza po bitwie pod Bedriakum
(Pięknie pachnie zabity wróg, ale jeszcze piękniej obywatel). Wmawianie,
że to polskie bajki i legendy są podstawowym źródłem sadyzmu, jest
horrendalnym nieporozumieniem. Kultura słowiańska nigdy nie wykształciła
typów zachowania charakterystycznych na przykład dla Bizancjum, które
nawet we współczesnym sobie świecie słynęło z okrucieństwa.
Pyta Sapkowski, czy zachowanie Froda wobec Sarumana (wybaczenie,
litość dla wroga i żal, że człowiek tak wielki stoczył się tak nisko)
mieści się w kategorii jakiegoś polskiego archetypu i odpowiada zaraz, że
bliższy nam Nowowiejski wbijający Azję na pal. A Jurand ze Spychowa, który
oślepiony, z wyrwanym językiem i obciętą dłonią, przebaczył swemu katu?
Czy to ofiara nie stokroć większa od Frodowej, któremu Saruman osobiście
żadnej strasznej krzywdy nie uczynił, a był tylko jego, mówiąc
współczesnym językiem, przeciwnikiem politycznym? A u tegoż samego
Sienkiewicza pachołek Żeleński skracający męki nabitego na pal Kozaka i
narażający w ten sposób własne życie? A Zagłoba i Wołodyjowski
przenoszący, na burce pana Charłampa , najzaciętszego swego wroga, Bohuna?
Obiektywizm, Andrzeju, to słowo, które koniecznie musisz wprowadzić do
swego słownika!
Zarzucając polskiej fantasy spermiastość i krwawojatkowość Sapkowski
ma rację, rzeczywiście. Na przykład Geralt w "Wiedźminie" rozchlastuje w
karczmie Bogu ducha winnego człowieka, w innych opowiadaniach stale
kombinuje, jak tu się dobrać do Yennefer, sama zaś Yennefer zachowuje się
jak kotka w rui, gotowa parzyć się, z kim popadnie.
Otrzymaliśmy z rąk Andrzeja artykuł atrakcyjny jak sukub i równie
niebezpieczny. Gdyby rad naszego Piewcy Zachodniej Literatury posłuchali
na przykład młody Borges, Marquez czy Cortazar, to piękną mielibyśmy
literaturę iberoamerykańską. Rodem prosto z Disneylandu i hamburgerlandu.
W dwustupięćdziesięciotysięcznej Islandii istnieje instytut zajmujący
się wymyślaniem nowych słów opartych na historycznych rdzeniach. Mądrzy
Islandczycy uznali bowiem, iż przy niewiarygodnej liczbie nowych pojęć,
jakie powstają co chwila, islandzki po prostu by się rozpłynął! Dlatego
nigdy nie powstały tam słowa takie, jak polskie komputer (ang. computer)
czy rakieta (ang. rocket). Zastąpiono je czysto islandzkimi
odpowiednikami. Oczywiście, kultywowanie tradycji historycznej i
narodowej, szacunek dla własnego języka może, jak widać po artykule
Sapkowskiego, stać się obiektem kpin i żarcików. Nic na to nie poradzę, że
wolę Islandczyków.
Rafał A. Ziemkiewicz
Archetyp kruchty
Artykuł Andrzeja Sapkowskiego "Nie ma złota w Szarych Górach" spotkał
się z zupełnie niezasłużonym zainteresowaniem: wynika to z nieopatrznego
utożsamienia Sapkowskiego-pisarza (znakomitego) z Sapkowskim-krytykiem
(marnym). Sapkowski z pozycji niekwestionowanego lidera wyszydza
debiutantów, którzy nie okazują należytego szacunku ustalonym wszak raz na
zawsze wzorcom gatunku. Podobnie jak dziadek Lem, osiągnąwszy w swej
działce doskonałość, pieni się na młodszych, że próbują go obejść
bokiem. Nie mam szacunku dla takiej roboty.
Przy tym wszystkim pisze Sapkowski ze swadą i humorem, plecie
banialuki tak, że świetnie się je czyta. Na dobrą sprawę uniemożliwia to
skuteczną polemikę. Chcąc być rzeczowym, muszę być nudnym - część
czytelników z góry odmówi mi więc racji.
Sapkowski oparł swój wywód na twierdzeniach do tego stopnia
sprzecznych z prawdą i zdrowym rozsądkiem, że nie można pozostawić ich bez
sprostowania. Nie mamy fantasy, powiada, albowiem nasza mitologia, jako
pogańska, została zniszczona przez Kościół, a nasze mity, bajki i baśnie
zostały skastrowane przez różnych katechetów. Zatem jedyny archetyp, jaki
nam pozostał, to - konkluduje Sapkowski - archetyp kruchty. Na czasie,
nawiasem mówiąc. Ale nie dla fantasy.
Co to takiego, ten archetyp kruchty? Najlepiej, uważam, realizuje go
J.R.R. Tolkien we "Władcy Pierścieni". Popatrzmy: świat, stworzony przez
Jedynego, ma sens śmiertelnikom nieznany, ale niewątpliwy. Toczy się w nim
walka pomiędzy Stwórcą a zbuntowanymi, złymi duchami, które chcą zepsuć
jego dzieło; w tą walkę włączeni są mieszkańcy Śródziemia. Ingerencja
Stwórcy ma jednak inny zupełnie charakter niż działanie Władcy Ciemności.
Tamten zmusza ludzi do posłuszeństwa, łamie ich, zastrasza, Stwórca zaś
jedynie stawia wyzwanie. Najwyżej podpowiada to i owo w przepowiedniach,
ale zawsze pozostawia wybór. Frodo nie musiał iść na niebezpieczną
wyprawę. Nic go do tego nie zmuszało poza słowami Gandalfa: Skoro zostałeś
wybrany, musisz dać z siebie tyle siły, serca i rozumu, na ile cię stać.
Mógł je wyśmiać.
Taki więc jest ten archetyp kruchty: życie polega w nim na tym, by
wywiązywać się z powinności, sprostać przeznaczeniu, nie ulec pokusom
łatwiejszego życia i nie zejść z przeznaczonej drogi. Kto nie sprosta -
skończy niesławnie jak Boromir. O zwycięstwie nie decyduje zresztą siła
ani władza, lecz jedynie okazana moc ducha. Wszystko to, Andrzeju,
pochodzi wprost z kruchty i stoi w absolutnej sprzeczności z filozofią
pogańskich mitologii. Podobnie jak pomysł uczynienia największym
bohaterem i zwycięzcą akurat małego, słabego niziołka. Ostatni będą
pierwszymi - z niczym ci się to, Andrzeju, nie skojarzyło? W takim razie
uważam Cię za chodzący dowód, do jakiego stopnia niezbędne było
wprowadzenie nauki religii do szkół.
Nie miejsce tu na dokładniejszą analizę "Władcy Pierścieni" -
wszystko zostało już na ten temat napisane. Zachowały się liczne
wypowiedzi J.R.R. Tolkiena - zresztą gorliwego katolika - nie
pozostawiające cienia wątpliwości, że propagowanie, by użyć modnego
określenia, wartości chrześcijańskich, było jego świadomym celem. Bardzo
religijną duszą był także C.S. Lewis, którego dzieła również przepełnia ów
nastrój kruchty, tak bardzo zdaniem Andrzeja niestosowny dla fantasy.
W swoich wypowiedziach Tolkien podkreślał też, że chciał
zrekonstruować brytyjską mitologię, której Anglicy się nie dorobili. Tak -
Tolkiena bolało, że Anglicy nie mają mitologii porównywalnej z normańską i
grecką. Bolało go to tak, że postanowił ją wymyślić. Trudno to pogodzić z
twierdzeniami Sapkowskiego o rzekomej doniosłości mitologii pogańskich
Celtów, której dowodzić ma istnienie legendy o królu Arturze. Ale to
jednak Tolkien ma rację, a nie Sapkowski. Legenda arturiańska jest
wytworem chrześcijaństwa; tylko dzięki niemu mogła w ogóle powstać.
Wcześniejszej, pogańskiej mitologii jest w niej dokładnie tyle, co
folkloru w mazurkach i oberkach Chopina.
Nie mogło być inaczej. Historyczny król Artur żył w V wieku po
Chrystusie, zaś Brytania przyjęła nową wiarę mniej więcej w tym samym
czasie, co całe cesarstwo rzymskie. Nawet wcześniej - już za czasów
Dioklecjana zamęczono tam za chrześcijaństwo niejakiego Albanusa (stąd
miasto St. Albans), a wśród uczestników jednego z pierwszych, jeszcze
"podziemnego" synodu w Arles dokumenty wymieniają biskupów Londynu, Yorku
i Colchester.
Sapkowski posługuje się myśleniem gazetowym, całkowicie
ahistorycznym. Jeśli nasza rodzima spuścizna ustępuje celtyckiej (bo
twierdząc, jakoby jej w ogóle nie było, Andrzej objawia po prostu żenującą
niewiedzę: doradzam zgłoszenie się na korepetycje do Artura Szrejtera), to
nie dlatego, że przyszli z Rzymu chrześcijanie i zniszczyli nam piękną,
pogańską mitologię. Dokładnie odwrotnie: przewaga Celtów polegała na tym,
że do nich chrześcijanie przyszli o siedem wieków wcześniej! Jak w
Brytanii, tak i w Polsce kultura pogańska zginęła nie dlatego, że komuś
wybijano zęby. Zginęła, bo zderzyła się z kulturą nieskończenie
doskonalszą, ciekawszą i bogatszą. O jakimkolwiek starciu nie było nawet
mowy - możliwe było najwyżej zasymilowanie elementów pogaństwa, niektórych
rekwizytów i włączenie ich w nowy obieg kulturowy. Chrześcijaństwo więc
nie tyle niszczyło, ile właśnie wręcz przeciwnie, z ginącej naturalną
koleją rzeczy prymitywnej kultury ocalało, co było najlepszego. Jest to
mechanizm odwieczny, doskonale zbadany przez amerykańskich antropologów na
przykładzie zanikania kultur indiańskich. Sapkowskiemu nikt nie musiał
wybijać zębów, by zmusić go do wplatania w tekst angielskich słów i
zwrotów - uczynił to, bo jest dumny, że się otarł o tamtejszą, lepszą
kulturę... Z pogaństwem i chrześcijaństwem było podobnie.
Co do owego wybijania zębów, na którym rzekomo opierała się
chrystianizacja, wystarczy sięgnąć do jakiegokolwiek podręcznika historii,
by zobaczyć, iż Andrzej i tu bzdurzy. Akurat w Polsce przyjęcie nowej
religii przeszło wyjątkowo gładko: zachowane świadectwa i wykopaliska każą
za znacznie bliższego prawdy uznać Galla Anonima niż Kosmasa, od którego
pochodzi wzmianka o wybijaniu zębów (nawiasem mówiąc przez Chrobrego, a
nie Mieszka, i po prawdzie nie wiadomo, za co w ten sposób karano).
Współczesny Chrobremu Dietmar ów podejrzany spokój uważał za koronny
dowód, że tak naprawdę żadnego chrztu nie było, że to tylko propagandowy
wybieg, a w istocie Polacy pozostali poganami i jako takich bić ich
należy. Inni tłumaczą sprawę specyficzną religijnością Słowian, w której
bogów zmieniało się ponoć często i bez ceregieli. Jeszcze inni twierdzą,
że w istocie plemiona zamieszkujące Polskę zostały ochrzczone znacznie
wcześniej przez uczniów Cyryla i Metodego, a Mieszko zaprowadził jedynie
nowy, rzymski obrządek w kraju już chrześcijańskim.
Jakkolwiek było - Sapkowski ze swoimi szyderstwami trafia kulą w
płot. Tradycyjna, polska nietolerancja, mściwość, chorobliwa żądza władzy
i okrucieństwo... Andrzeju, chyba żeś się opił jakiegoś pokątnego
destylatu, żeby takie głupstwa wypisywać. To akurat Polska była, twoim
zdaniem, europejskim centrum nietolerancji? Gdy u nas dawno już
obowiązywało prawo zapewniające wolność sumienia i wyznania, na Zachodzie
płonęły w najlepsze stosy, wyrzynano się w zawziętych wojnach
religijnych, wytaczano procesy o herezję, wymyślano zasadę cuius regio,
eius religio i palono masowo czarownice. Zgubił nas właśnie nadmiar
tolerancji - a nie jej brak.
To tylko drobna część zawartych w artykule przeinaczeń, błędów i
głupstw. Resztę pozostawiam bez komentarza. Mam szczerą nadzieję, że w
najbliższym czasie będę mógł przeczytać (a jeszcze chętniej wydrukować)
jakieś nowe opowiadanie Sapkowskiego. Opowiadanie. Ale już nie tego typu
roztrząsania teoretyczne. Naprawdę, ten jeden raz w zupełności wystarczy.
Jakub Z. Lichański
Aure entuluva!
1. Zawsze podejrzewałem, że wiedźmin, poza machaniem mieczem,
cokolwiek jeszcze umie. Na przykład - szukać złota. A tu okazuje się, że
ani jego kronikarz, ani on sam złota szukać nie umieją! Co można
przeczytać w wynurzeniach Andrzeja Sapkowskiego pomieszczonych na łamach
"NF" (nr 5/93).
Złota, mospanie, szukać trzeba całkiem inaczej. Bez tych przydługich,
w dużej mierze albo znanych, albo źle zreferowanych wywodów
historycznoliterackich. Długie one są, czego dowodzić nie muszę; a że źle
podane już pokazuję.
Tradycje gatunku NIE zamykają się w granicach naszego stulecia ani
nawet w granicach stulecia XIX. Sięgnąć trzeba nieco dalej. Pisał na ten
temat dość obszernie cytowany przez Sapkowskiego J.R.R. Tolkien w eseju
"On Fairy-Stories" (o innych, zbyt mało znanych, nie wspomnę). Tolkien
wskazuje na bardzo dawne źródła literatury fantasy, a także na, co już pan
Andrzej łaskaw był dostrzec, źródła samego fantazjowania oraz jego roli w
kształtowaniu osobowości człowieka. Powiedzmy jednak od razu, że NIE wedle
tradycji psychoanalitycznej problem ten postrzega; w fantazjowaniu widzi
bowiem REALNĄ siłę tworzącą, istotną dla rozwoju kultury i cywilizacji.
Stąd płynie następne zastrzeżenie, niestety, nie ostatnie. Tyczy
spraw wiążących się z dwoma kwestiami, jednym tchem przez mego adwersarza
wymienionych - HISTORIA i BAŚŃ jako ŹRÓDŁA literatury fantasy. Baśń na
pewno nie - niezależnie od tego, jak ją będziemy definiować (chyba że
będziemy ją rozumieć jako synonim fantazjowania - pisał o tym ongiś mój
śp. Ojciec, Stefan Lichański). Historia - hm... byłoby to całkiem niezłe,
ale... przez kogo, kiedy i dla jakich potrzeb pisana? Nie ma bowiem
raczej jakiejś jednej, dla wszystkich ludów, historii. Przede wszystkim
jednak kiedy pisana? Dziś? Czy może raczej u schyłku wieku XIX? A może w
połowie lat pięćdziesiątych naszego stulecia? A teraz czyja historia?
Krąg indoeuropejski? Dlaczego nie afrykański? Może też polinezyjski? A
inne ludy? Dlaczego miałby dominować europocentryzm?
Pytanie sprowadzam zatem do dość prostego: czy naprawdę Andrzej
Sapkowski nie dostrzega, że duby smalone opowiada odwołując się do JEDNEJ
tylko tradycji historii ludów świata? Oraz - milcząco - do jednej (ale
JAKIEJ) wykładni owej historii (w stylu np. Blocha, czy de Rougemonte'a, a
może Cassirera, Łowmiańskiego lub Hensla)? Dla literatury anglosaskiej
zresztą cykl arturiański NIE JEST jedynym i najważniejszym cyklem. Acz,
niezaprzeczalnie, z różnych przyczyn odegrał największą rolę. Dla Tolkiena
był on (np. "The Books of Lost Tales") i jednocześnie nie był
najważniejszy (mówiąc w uproszczeniu - cała reszta; jednak warto
przeczytać całość spuścizny Mistrza!).
Raz jeszcze, a krótko - dlaczego nie baśń? W baśni (rozumianej
konwencjonalnie!) nie tyle istotny jest antyweryzm, co pewien typ
motywacji działań oraz rozwiązywania przez autora skomplikowanych
sytuacji. Jest to metoda znana i określana jako deus ex machina, czyli
jeśli nie wiem, jak wybrnąć z sytuacji, to zaraz jakiś czar rzucę albo w
inny całkiem NIEPRAWDOPODOBNY sposób rozwiążę sytuację. To jest forma i
technika, a nie kwestia dyni i myszy!
2. Problemem następnym stanie się sprawa wewnętrznej gradacji utworów
w obrębie gatunku. W sposób oczywisty wrzucenie do jednego worka Tolkiena
oraz Anthony'ego, Herberta etc. jest poważnym błędem. Dlatego, że każdy z
nich jest inny. Sprawa, kto jest najlepszy, to raczej problem czytelników
i badaczy. Opinio communis głosi, że Tolkien - i zapewne tak jest.
Dlaczego? Bowiem, moim zdaniem, tylko jego dzieła studiować można jak
traktaty historyczne (bądź filozoficzne), albo traktować jako materiał
lingwistyczny, albo jako indeks do indeksu bajek Aarne-Thompsona, albo
czytać dla przyjemności, albo wszystko naraz - i jest dobrze. Z innymi ten
numer raczej nie przejdzie.
Zagadka tkwi zupełnie gdzie indziej - w technice pisarskiej.
Literatura bowiem, co będzie przypomnieniem prawdy znanej, ale jarej, choć
starej, dzieli się na dobrą i złą. I nic na to nikt nie poradzi. Niestety
(a raczej - na szczęście).
3. Rekapitulując - większość uwag w artykule Andrzeja Sapkowskiego
jest albo błędna, albo oczywista, albo wręcz banalna. Pójdźmyż zatem
dalej. Pojawia się bowiem straszna armata - fantasy = eskapizm.
Eskapizm to ucieczka od brzydkiego świata w świat inny, z reguły
lepszy. Czy taki faktycznie jest świat np. polskiej fantasy? Abstrahując
od poziomu artystycznego rzec trzeba, że - raczej nie. Świat to raczej
dziwnie bliski temu, który nas otacza.
Oskarżanie np. Tolkiena o eskapizm wskazuje na kompletną nieznajomość
jego rozważań teoretycznych, m.in. na temat literatury fantasy.
Ostatecznie to Tolkien zauważył, że związek pomiędzy chrześcijaństwem a
światem fantasy jest możliwy (odmienne stanowisko zajął choćby Poul
Anderson).
Literatura fantasy jest faktycznie fenomenem współczesnej doby.
Źródłem jej popularności może być m.in. chęć zrozumienia mechanizmów
rządzących historią, ludzkością, naszym życiem. Może literatura fantasy
zaspokaja potrzebę naszego umysłu na jednolitą i spójną wizję świata?
Podstawowa sprawa to chęć przedstawienia przez autorów jakiejś idei
abstrakcyjnej za pomocą metafor, obrazów, wyobrażeń zmysłowych. Czy
zastanawiamy się nad tym, co autor naprawdę pragnie nam przekazać?
Dlaczego np. "Władca Pierścieni" nie kończy się happy endem? Dlaczego, we
wszystkich wersjach zakończenia, Frodo odpływa z Szarej Przystani? Co to
znaczy? Co naprawdę jest tematem cyklu narnijskiego? Czy Amber to tylko
fantasy "płaszcza, szpady i czarów"?... A skorośmy przy sprawach
poważnych: dlaczego u Tolkiena właśnie PRZYPADEK odgrywa rolę tak
zasadniczą, wręcz fundamentalną? Bo czyż to nie on rządzi poczynaniami
Dzieci Iluvatara? Jego zamysły są deterministyczne; lecz czy dotyczy to
też sposobu ICH REALIZACJI? I skąd to wiadomo? Nawiasem mówiąc, czy i w
chrześcijaństwie oraz np. w buddyzmie przypadek nie odgrywa roli istotnej?
Trzeba tylko umieć czasem zobaczyć w przypadku coś więcej niż TYLKO
przypadek. Może przypadek jest po to, aby przestał być przypadkiem - gdy
już nam się przytrafi? Ot, jak w drodze do Emaus.
4. Całość rozważań Andrzeja Sapkowskiego mam za jałową, a to dlatego,
że nic one nie wnoszą ani do dyskusji na temat historii, teorii gatunku
czy hierarchizacji pisarzy w nim działających, ani na temat jego polskiej
kondycji (złośliwostki o naśladowcach można odnieść i do produkcji
zachodniej, a idiotyzmów i brutalności w prozie Moorcocka czy Wagnera jest
dość).
Dywagacje te ujawniają, niestety, jeszcze jeden bardzo poważny błąd w
myśleniu o literaturze SF czy fantasy. Jest to pomijanie zupełnie zaplecza
teorii literatury, która jednak czasami bardzo się przydaje. I to nie w
generalnych rozważaniach na temat archetypów czy tradycji bądź genealogii
czy genologii, ale na poziomie bardziej elementarnym, gdy pytamy np. o
strukturę tekstu, o sposoby konstruowania fabuły, o narrację, o
argumentację. Albo gdy pytamy o retorykę - sztukę konstrukcji tekstów.
Analiza konkretnych utworów, nawet bardzo pobieżna, musi posiadać
dobre zaplecze teorii literatury, poetyki czy retoryki. Inaczej są to
rozważania czysto dyletanckie. Streszczenia, którymi parę razy uraczył nas
pan Andrzej, wskazują, że dokładnie nie rozumie, czym jest fabuła, czym
narracja, czym schemat argumentacyjny - w odniesieniu do pojedynczego
utworu, a czym - w odniesieniu do gatunku. Wykładać, jak zrobić poprawnie
takie analizy oraz co właściwie opisał pan Sapkowski, nie będę, gdyż nie
łamy "Nowej Fantastyki" są do tego. Niedowiarków, którzy wątpią, czy
naprawdę umiem to zrobić, zapraszam na swe zajęcia, na których m.in.
omawiam literaturę SF i fantasy.
5. Pamiętam, że kilka lat temu odbyta się na UW poważna sesja
poświęcona literaturze SF. Niestety, nic z tego, w postaci konkretnego
zbioru tekstów, nie wyniknęło. Myślę, że czas najwyższy, aby jednak
znaleźć trochę pieniędzy i podjąć trud przygotowania tomu rozważań
teoretycznych poświęconych fantastyce. Tekst Andrzeja Sapkowskiego
wskazuje na taką konieczność. Zbyt wiele jest w powszechnej świadomości
chaosu pojęciowego, nieznajomości najnowszej literatury, badań naszych
oraz zachodnich czy wschodnich kolegów aby sytuacja taka mogła trwać
dłużej. Jeśli wszystko zostanie po staremu, to nasza publiczność literacka
nie będzie odróżniać po prostu dobrej literatury od złej (choćby tylko w
obrębie SF czy fantasy). Nie dlatego, że jest zagorzała, ale dlatego, że
nikt nigdy jej nie pokazał, jak takie rozróżnienie domowym sposobem
przeprowadzić można. Ale nie będzie to wina tego, że w Górach-Jakichś-Tam
złota nie ma, tylko tego, żeśmy innych szukania złota nie nauczyli. Zatem
z okrzykiem Hurina - Aure entuluva! (Nadejdzie dzień!) - spróbujmy zrobić
coś konkretnego, a nie narzekajmy, że jest źle, młodzież jest samowolna,
podatki rosną, a obyczaje upadają. Złoto jest, tylko trzeba umieć go
szukać.
Andrzej Sapkowski
Macie rację, króliczki
Będąc pewnego razu w Tokio, gdzie ocierałem się o tamtejszą, lepszą
kulturę, konwersowałem z Japończykiem o nazwisku Nakamura. Konwersacja
zaś ewoluowała od biznesu i polityki w stronę hazardu, myślistwa i kobiet
- robiło się, krótko mówiąc, coraz swobodniej. Ta swoboda i mój impulsywny
i ekstrawertyczny charakter skłoniły mnie do zilustrowania jakiegoś wywodu
świetnym w moim mniemaniu dowcipem o babie, która zjawiła się u lekarza z
ogromną piłą tkwiącą w dupie, medyk zaś zaciekawił się, skąd piła wzięła
się w tym miejscu itd. Oczywista, wersja angielska dowcipu wymagała zmiany
piły na śrubę.
Nakamura wysłuchał, po czym spojrzał na mnie zimno. Bardzo zimno. "To
przecież bzdura - rzekł.- Pleciesz androny, Andziej-san. Taki wypadek nie
mógł mieć miejsca. To przeczy zdrowemu rozsądkowi". "To był żart" -
zaprotestowałem niepewnie: "Jeżeli tak - Nakamura popatrzył na mnie
karcąco - to był to żart okrutny, sadystyczny i niesmaczny; poniżający
kobiety, nadto zaś sugerujący niekompetencję służby zdrowia".
Cóż, facet miał rację. I oczekiwał, że mu ją przyznam. Ukłoniłem się
więc i powiedziałem: Dat's wight, wabbit. Nakamura kpiny nie zrozumiał.
Myślał, że seplenię.
Jestem facetem spolegliwym i pokornym, chętnym do ustępstw zawsze, w
każdej sytuacji. A już gdy autorytet jakiś strzeli do mnie z grubego
panzerfausta, powoła się na świeckie i kościelne autorytety, a na domiar
złego huknie na mnie groźnie w języku Quenya, to natychmiast gotów jestem
przyznać się do wszystkich błędów. Dat's wight wabbit - pisnę i schowam
się ze wstydu w dziupli prastarego, słowiańskiego dębu. Chcecie mieć
rację, panowie Nakamurowie? Proszę bardzo, oto ona. Jestem bałwan i nieuk?
Dat's wight, wabbit. Mam dyplom z ekonomii, utrzymuję się ze sprzedaży
bluzek, koszul i krawatów. Ja tu tylko sprzątam, pana w domu nie ma. Ja
niczego nie rozumiem, niczego nie czytałem. Ani "Trylogii", ani
Kossak-Szczuckiej, ni "Ballad i romansów", ni prywatnej korespondencji
Tolkiena, zaś co do obu listów świętego Pawła Apostoła do Koryntian, to
przekartkowałem je tylko pobieżnie.
Wystarczy, Nakamura-san? Nie? No, to będziemy odwoływać. Oświadczam
niniejszym, że moi polemiści mają rację, twierdząc, że:
- korzenie i tradycje fantasy sięgają głęboko. Zapewne do jaskini w
której pewien okutany w niewyprawione skóry artysta nabazgrał na ścianie
bizona, po namyśle zaś dorysował mu paski jak zebrze. Obok bizona umieścił
zaś suma pokrytego śliczną, połyskującą, złotą łuską, od wąsów po koniec
płetwy ogonowej;
- mitologia słowiańska jest wspaniała i cudowna, trudno o lepszy
materiał do fantasy. Udowodniła to C. J. Cherryh, pisząc trylogię
"Rusalka", "Yvgenie" i "Chernevog", udowodniła Josepha Sherman ("The
Shining Falcon", "The Horse of Flame"). Dlaczego więc wy tego nie robicie,
moje wy młode wilki? Dlaczego zamiast słowiańskiej fantasy piszecie
pirogi?
- rodzimych archetypów też mamy od jasnej i niespodziewanej cholery.
Tylko brać, wybierać i pisać. No to jazda, wilki, do roboty. Na kogo
czekacie? Na mnie? Ja jestem stary i niedługo umrę, nie mogę pracować za
wszystkich;
- wszystko, co posiadamy, co nas żywi, broni, ubiera, chroni od
chłodu i dostarcza rozrywki, zawdzięczamy Rzymowi, a także świętym
Cyrylowi i Metodemu. Obejmuje to również jedyną głęboko słuszną i
prawomyślną wersję legendy o królu Arturze. Chrześcijański ethos u nas
zawsze był, a dzisiaj to ho-ho, zaiste widać go na każdym kroku. Za
bezrozumne i przekorne dopatrywanie się zaś tu i ówdzie czegoś zupełnie
przeciwnego - zawiści, złości, nienawiści, okrucieństwa, nietolerancji i
ciemnogrodu - karci mnie krytyk, który całkiem niedawno obiecywał na
łamach popularnego periodyku mordobicie drugiemu karcącemu mnie krytykowi,
a to za słowo nieprzychylnej krytyki. Ówże drugi którego nie obito jedynie
przez przypadek, narzeka na nadmiar tolerancji. Dobre to, warte zaiste
przetrawestowania na parodię fantasy. Zrobicie to, wilki, czy znowu
muszę ja?
- w Szarych Górach, zdaniem moich polemistów, złoto jest. Dat's
wight, wabbit. Ono tam niechybnie jest. Najlepiej zdaje sobie sprawę z
tego faktu czytelnik i miłośnik fantasy, który pragnie, by ktoś wreszcie
to złoto wykopał i dał mu do poczytania. Zamiast złota dostaje zaś piroga
za pirogiem.
To chwilowo wszystko tytułem ekspiacji, teraz zmuszony zaś jestem
wyliczyć momenty, w których moi polemiści mylą się głęboko:
- nie poczuwam się do działalności antypolskiej, antysłowiańskiej ani
też antyiberoamerykańskiej. Gdyby którykolwiek z opaszkwilonych przeze
mnie Pirogów przypominał choć z oddali Julio Cortazara, gdyby choć przez
sekundę pozwalał przypuszczać , że wyrośnie z niego Jorge Luis Borges, to
bym go nie tknął, przysięgam. Ale z młodego Piroga wyrosnąć może jedynie
stary Piróg, chyba żeby porzucił pirogowanie i wziął się za political
fiction;
- przejaskrawieniem jest nazywanie mnie przewodnikiem stada. Kres i
Oszubski? Wielkie mi stado. Ale jeżeli już ktoś mnie tak tytułuje i stado
mi na siłę dorabia, niechże nie odmawia mi prawa - ba, obowiązku -
ostrzegawczego warknięcia na wilczka, który zaczyna zachowywać się
kompromitująco tak dla stada, jak i dla całej Wielkiej Wilczej Sprawy;
- z twierdzeniem o żenującym poziomie przełożonej dotychczas na
polski fantasy i o powszechnej nieznajomości kanonu żaden z polemistów
polemizować nie raczy. Młodym wilkom się nie dziwię, oni w tej materii nie
mają niczego do powiedzenia. Pan profesor (chapeau bas!) ma, ale milczy.
Gani - słusznie - Moorcocka i Wagnera, a zdaje się nie zauważać, że na
straganach leżą właśnie Moorcock i Wagner, Howard i Norton. A "Amber"
tkwił do niedawna w jakimś lochu, a o "Mgłach Avalonu" i Donaldsonie
dopiero się bąka, Eddingsa tłumaczy się od końca, a o Patricii Mc Killip
ni widu; ni słychu... Można pisać fantasy nie znając "Mgieł Avalonu",
"Amberu", można - nie przeczytawszy ani Donaldsona ani Eddingsa? Może i
można, nie będę się upierał, ani Avon Books, ani Del Rey nie płacą mi
prowizji za reklamę. Ale jest, na Boga, szansa, że jeśli Piróg "Mgły
Avalonu" lub Eddingsa przeczyta, to zawstydzi się własnego pirogowania i
zarzuci je, a to już będzie coś, n'est ce pas?
A czytelnik "Nowej Fantastyki" ponownie wyszedł na tej polemice
niczym Słowianin Zabłocki na mydle, tym paskudnym zachodnim wynalazku.
Czytelnikowi ponownie zrabowano w periodyku miejsce, w którym mogła się
wszakże znaleźć dobra fantasy. Morressy. De Lint. Donaldson. Kres.
Oszubski. Nawet Piekara, choć na powyższej liście jest on zarówno last jak
i least. A co czytelnik dostał? Czytelnik widzi. A jeśli ma wątpliwości,
to rozwieje mu je Rafał Ziemkiewicz, przyznający się do smętnego
nudzenia już na wstępie swej polemiki. "Będę nudził" - powiada. Dat's
wight, wabbit - odpowiadam, tak jemu, jak i pozostałym polemistom. A
Ciebie, P.T. Czytelniku, mój luby konfratrze w wielkim zakonie miłośników
dobrej fantasy i przeciwników pirogów, przepraszam uniżenie. Już choćby
dlatego mój paszkwil ukazał się niepotrzebnie, naraził Cię na nudy i
smęty. Mea maxima culpa.
Czytelnicy o "Pirogu" Andrzeja Sapkowskiego
Z przyjemnością przeczytałem esej p. Sapkowskiego z "NF" nr 5/93.
Cięty język, szerokie spojrzenie na temat, dowcip, słowem jedna z
najlepszych prac krytycznych zamieszczonych w "NF". Sądzę, że nie jest to
panoramiczny obraz rzeczywistości - myślę tu o polskiej części eseju. Pan
Sapkowski tarza rodzimą fantasy w błotku, a następnie lekko osusza
wiaterkiem historycznego uwarunkowania, tłumaczy nędzę gatunku brakiem
arturiańskiego kręgosłupa, gdy sam radzi sobie z powodzeniem jako
bezkręgowiec i nie jest samotny. Podsumowaniem są przecudownej urody perły
języka naszych twórców, cytowane przez autora jak napisy z klepsydr.
Oczywiście nic nie usprawiedliwia dziadowskiego warsztatu i
nieporadności, tu autor miał absolutną rację, lecz trzeba dodać, iż Polacy
generalnie od niedawna piszą fantasy, szukają własnej drogi, własnych
wzorów - to trzeba docenić, a nie tylko wyśmiać.
Jest kilku autorów piszących dobrze, nawiedzonych zweryfikuje
czytelnik, z czasem dołączą nowi i zdarzyć się może, że krajan Piroga
znajdzie w Szarych Górach uran, a nie tylko pierwiastek na G.
Z. Biniek
Turów
PS. I jeszcze jedna sprawa. Czy batystowe majtki, tak ciepło
wspominane, były z gumką czy bez? Fascynujący problem.
* * *
Panie Sapkowski, nie zadzieraj pan nosa, bo i tak już jesteś
najlepszy!
M. Żurakowski
Złotokłos
* * *
...Zwisałam z fotela głową w dół wydając różnego rodzaju
nieartykułowane dźwięki z radości. Niewątpliwie "Piróg" to jest to, co
tygryski lubią najbardziej!
Magdalena Turska
Kraków
* * *
Z zapałem zasiadłem do artykułu "Piróg albo...", zwłaszcza że
Sapkowskiego czytam od pierwszych machnięć wiedźmińskiego miecza na łamach
"Fantastyki". A w artykule... dużo cynicznej krytyki i pewność siebie. Czy
opowiadania pana Andrzeja są aż tak dobre? Czy przypieczętował już swą
obecność w historii polskiej fantastyki? Czy wreszcie (co najbardziej mnie
zdenerwowało) można twierdzić, że Tolkien "pojechał po arturiańskim
archetypie jak doński Kozak po stepie"? Jeśli tak, to niech pan Sapkowski
łamie pióro i zmyka w Szare Góry, gdzie złota, jak wiadomo, nie ma. Ale i
tak znajdą go tam rozdrażnieni miłośnicy fantasy.
Sebastian Szozda
(uczeń LO, 18 lat)
Rzeszów
* * *
Przekażcie, proszę, moje słowa uznania panu Sapkowskiemu za jego esej
o fantasy. Bronił on w niej fantasy nie gorzej niż Tomaszewski bramki na
Wembley.
Krzysztof Cyrkot
Toronto
* * *
"Piróg" Andrzeja Sapkowskiego wprowadził mnie w bardzo dobry
nastrój...
Przemysław Potocki (14 lat)
Skierniewice
* * *
Andrzejowi Sapkowskiemu i jego "Pirogowi" chciałbym dać kilka
prztyczków. Winsor McCay (a nie: Windsor McKay) zrobił komiks, który był
drukowany w piśmie o uznanej renomie - w "New York Herald", a nie w żadnym
tam pulp-magazynie. Bohaterem komiksu było pięcioletnie dziecko, które
śniło i co stronę budziło się ze snu. Jeśli "Little Nemo" był fantasy, to
i (wykluczona z tego nurtu przez Sapkowskiego parę stron dalej) "Alicja w
krainie czarów" powinna być tu zaliczona. Zapomina natomiast Sapkowski o
E.R. Burroughsie - prawdziwym mistrzu pulpmagazines. W ogóle zaś to
przemilcza całą furę różnych rzeczy, w tym definicję tego, co nazywa
fantasy. Jego definicja jest niekompletna i niekompetentna (może to
przywilej pisarza - niemniej wkurza!). Natomiast Sapkowski braki nadrabia
złośliwością i dowcipasami. Nie mam mu tego za złe, ale dziwię się, że
nikt P. T. Autora nie poprosił o to, by się streszczał.
Jerzy Szyłak (33 lata)
Elbląg
* * *
Chciałam pogratulować p. Andrzejowi Sapkowskiemu artykułu "Piróg
albo...". Od wielu tygodni tak szczerze się nie śmiałam i nawet nie
podejrzewałam, że tego typu poczucie humoru tak bardzo będzie mi
odpowiadać. Nie wiem czy zamierzeniem autora było wywołanie właśnie tego
typu reakcji (i nawet nie bardzo mnie to obchodzi), ale to, co napisał
sprawiło mi wiele radości (choć na co dzień gustuję w nieco
subtelniejszych sposobach wyrażania opinii). Dodam jeszcze, że zazdroszczę
i gratuluję lekkości pióra.
Dorota Czekaj (23 lata)
Płoty
* * *
Dziękuję Panu Andrzejowi Sapkowskiemu za tekst "Piróg albo Nie ma
złota w Szarych Górach" z majowego numeru "Nowej Fantastyki", dawno się
tak nie bawiłem przy lekturze tego pisma.
Mirosław Druchowicz
Łódź
* * *
Z początku "Piroga" Andrzeja Sapkowskiego chciałem ominąć.
Przypadkiem jednak zahaczyłem okiem o nazwiska takie jak Howard,
Tolkien, Le Guin - pisarzy, których cenię. Zaciekawiony, co napisał o nich
Sapkowski, zacząłem czytać... Pomińmy to, że tarzałem się po podłodze ze
śmiechu oraz że łamałem sobie język starając się przeczytać i zrozumieć
część komentarzy autora napisanych w różnych obcych językach. Artykuł był
świetny. Jednak po jego przeczytaniu czułem się trochę... skołowany. Pan
Sapkowski strasznie pokrętnie doszedł do wniosku, że nasza polska fantasy
jest, za przeproszeniem, do dupy. (Nie czytałem jego opowiadań). Nie ma co
się mierzyć nasza krajowa fantasy z tym gatunkiem napisanym przez potomków
Celtów. Zgadzam się z nim w zupełności.
Jednak na początku artykułu również i potomków Celtów zmieszał z
błotem, wytykając ich wady... Jestem właśnie w trakcie pisania mojego
opowiadania z gatunku fantasy i w gruncie rzeczy po przeczytaniu jego
artykułu nie wiem już, jak mam je pisać ...
Waldemar Cymes (18 lat)
Rzekuń
[Wklepała: Joanna Słupek]
|