AS ZONE:

ARTYKUŁY
Parowski o Sapkowskim


Wiedźmin Geralt jako podróżnik w czasie
[Nowa Fantastyka 12(111)/1991]

       Dla  mnie problem zaczął się od rozmowy z Polchem. Bogdan zakochany w
  Sapkowskim  zaklepał  sobie  zilustrowanie "Granicy możliwości", by raptem
  stwierdzić,  że  nie  wiadomo,  jak Geralt z Rivii powinien wyglądać. Jest
  białowłosy,  ale  nie  może  być  stary; przecież mieczem wywija i staje w
  boju  nader  zręcznie.  Zbyt  często  poczyna sobie jak mędrzec, filozof i
  moralista,     więc     nie     pasuje    doń    twarz-maska    kulturysty
  Conana-Schwarzeneggera.  Nie  koniec  na  tym  -  naszkicowany w spodniach
  przypominał  urzędnika;  bez spodni widział się ilustratorowi niepoważnie.
  "Boguś  -  zareagowałem  wyniośle  - literatura to jest właśnie to, co się
  ciężko  rysuje".  Czułem  jednak,  że  to  dopiero  początek i że udzielam
  Bogdanowi bardzo ogólnikowej odpowiedzi.
       Kłopoty  z  Geraltem  mogą  być  bardzo podobne do tych, jakie mamy z
  Chandlerowskim  Marlowem.  Drugi  nie  powinien być prywatnym detektywem i
  dyskutować o prozie Hemingwaya z brutalnymi policjantami. Pierwszy okazuje
  na  co  dzień zbyt wiele godności, by włóczyć się z mieczem po smrodliwych
  karczmach i piaszczystych gościńcach. Obaj zostali wrzuceni z woli autorów
  w  barwne  światy,  są  postaciami  umownymi,  są maszynami do przeżywania
  przygód, pokonywania zła i wygłaszania mądrych morałów.


Powieściowy detektyw prywatny jest tworem wyobraźni, który zachowuje się i mówi jak autentyczny człowiek. Może być całkowicie realny pod każdym względem prócz jednego - w znanym nam życiu taki człowiek nie mógłby być detektywem prywatnym. (...) Robiąc go detektywem prywatnym, omija się konieczność usprawiedliwiania jego przygód. "Mówi Chandler"; tłumaczyła Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, str. 281
Niestety, stwierdzenie, że Geralta można traktować jako porte parole autora, to żadne odkrycie ani demaskacja. W dodatku wiedźmin jest postacią bardziej zagadkową niż Sapkowski. Wiemy, że zabrano Geralta z domu rodziców, bo tak kazało Prawo Niespodzianki (5). Możemy podejrzewać, że nawet nie zna swojej matki, bo taką obelgę rzuca mu w twarz jeden z terrorystów, wspólników deklasowanej księżniczki Renfri (4). Tamże mowa o Geralcie jako wybryku natury. Geralt zna tajemnice magii, choć Visenna i Fregenal (2), Nivellen (3), Stregebor (4), Yennefer i Dorregaray (6) są w niej lepsi, a Myszowór (5) swobodnie mu dorównuje. O niektórych z tych postaci wiadomo, że są długowieczne, potrafią się odmładzać. Geralt używa za to tajemniczych eliksirów, które zwiększają siłę, odporność i refleks; dyskutuje ze znajomością rzeczy na temat mutantów (2, 4, 6) i o dziedziczeniu z przeskokiem (5). Jego rodowód jest więc zamazany, a wiedza nadmierna - nie na tamte czasy. Howardowski Conan był inny, ale Sapkowski, co wiemy z wywiadu Ziemkiewicza ("Rozpędzam się", "F" 8/88), nie cierpi Howarda. Wiedźmin wbrew pierwszemu wrażeniu porusza się zresztą w zupełnie innym świecie niż Conan. Jaki to świat? Istnieje na ten temat parę nieporozumień. "Brakowało mi czystej, klasycznej fantasy (...) dysponujemy materiałem nie gorszym niż mitologia celtycka czy normańska" - powiedział Sapkowski Ziemkiewiczowi, więc skwapliwie uznano, że doczekaliśmy się w Sapkowskim animatora polskich baśni. Guzik prawda! Polski był Zmorski i jego Strzyga (1). Potem przyszła kolej na braci Grimm (3, 4, 5), na aluzje do Andersenowskiej "Księżniczki na ziarnku grochu" i Disneyowskiej Śnieżki (4), na dyskretne odwołania do Kopciuszka (5). Dopiero niedawno (6) wrócił Sapkowski do uchodzącego za polskiego, choć nie w Polsce wymyślonego smoka (tego znajdziemy już w biblijnej "Księdze Daniela"). Dzielny szewczyk Skuba u Sapkowskiego zastąpiony został pogardy godnym Kozojedem, a całość leży bliżej "Polowania na smoka z falkonetem" Buzzatiego niż polskich baśni. W liścikach dołączanych do opowiadań deklaruje się Sapkowski jako ten, który poda nam prawdziwą wersję wydarzeń w miejsce kanonicznych, będących idealizacjami i przeinaczeniami. Ale sam też dopuszcza się znaczących przeinaczeń. Jego świat jest pełen anachronizmów, źle dopasowanych do reguł baśniowości, także w warstwie języka: koegzystencja, broń konwencjonalna (6). Pełno tu scen i problemów, które bardziej kojarzą się ze współczesnością niż ze światem fantasy. Albo - uwaga! - z naszą przyszłością. Skąd w tym świecie tylu mutantów, skąd tyle obcych istot - czyżby to był nasz świat po kataklizmie podobnym do atomowego, a może po obcej inwazji? Skąd dokładna wiedza, że mutanty muszą być sterylne (6)? W jaki sposób funkcjonuje w takim świecie teoria Eltibalda (4), czyżby znano w nim naukę? Skąd bardzo naukowy nawyk Stregebora sekcjonowania trupów, a nawet wiwisekcjonowania żywych (4)? W tymże opowiadaniu o Czarnym Słońcu mówi się jak o najzwyklejszym w świecie zaćmieniu (znają tam zaawansowaną astronomię Kopernikańską?); napomyka się o artefakcie (tzn. sztucznie wytworzonej strukturze), którym jest cudowne lustro niedobrej królowej dybiącej na życie Śnieżki tzn. Renfri. Gnomy chrzci się tu bardzo współcześnie mianem humanoidów, a o kikimorze wiadomo, że jest skrzyżowaniem pająka z krokodylem. Może wiedźmin przeżywa swoje przygody w Afryce? Albo był kiedyś w Afryce i tam widział krokodyla? Takich dziwnych sygnałów znajdziemy tu więcej, choć faktem jest, że nie zjawiły się tu od razu. Przybywa ich z każdym kolejnym opowiadaniem. W "Wiedźminie (1) zwraca jedynie uwagę zdecydowana rezygnacja Geralta z ręki księżniczki jako nagrody; w świecie baśni klasycznej korona miała znacznie większą wartość niż u Sapkowskiego. W następnym opowiadaniu (2), które de facto nie traktuje o Geralcie, ale nie wyłamuje się z cyklu, mowa jest o dobrym Samarytaninie (przedtem i potem ani słowa o chrześcijaństwie), zaś ciałem Bobołaka rządzą prawa całkiem różne od ludzkich. Kim, do diabła, jest Bobołak - przybyszem z kosmosu!? W zmodyfikowanej opowieści o smoku (6) czarownicy Yennefer i Dorregaray oraz bard Jaskier i Geralt wiodą dysputy godne dzisiejszych etnografów oraz kulturoznawców, ponadto znają wagę legend w życiu ludzkości. Zupełnie jakby czytali Bettelheima i Junga. W dodatku Dorregaray zachowuje się jak żywe wcielenie dzisiejszego "zielonego" i ekologa - wszystkie smoki są dobre - więc chroni potwory co najmniej z taką zaciekłością, z jaką my chronilibyśmy tury i daniele, gdyby powrót do przeszłości był możliwy. Powrót do przeszłości, może to jest dobry trop? Albo jeszcze inaczej - świat Sapkowskiego to niby-przeszłość przeżywana powtórnie, w świecie po kataklizmie, w którym ludzkość, zaczynając od nowa, ma jednak niejasną pamięć minionych doświadczeń. I minionych grzechów! Czy terroryzm, tridamskie ultimatum (4) był do pomyślenia w feudalnym świecie czystej fantasy, kiedy życie plebsu nie znaczyło zbyt wiele? Andrzej Sapkowski prowadzi z czytelnikiem grę bardziej przewrotną i bardziej inteligentną niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. "Mam ambicję pisać dobrą literaturę rozrywkową i tyle" - kiedy wyznawał to Rafałowi, nie dopracował jeszcze swojej metody i nie rozpoznał możliwości. "Rozpędzał się". Do czego się rozpędził?
Meredith, Conrad, Henry James i Hardy wydmuchiwali wielkie, tęczowo się mieniące bańki mydlane, i opisywane przez nich postaci ludzkie, jakkolwiek naturalnie podobne do rzeczywistych ludzi, dopiero we wnętrzu tych baniek uzyskują swoją pełną rzeczywistość. Desmond McCarthy: "Portraits", Londyn 1931; (w:) Rene Wellek, Austin Warren: "teoria literatury"; tłumaczył Maciej Żurowski, PWN 1976, str. 288
Do bardzo ciekawego świata, którego bohaterowie są postaciami z legendy, właściwie różnych legend, niektórzy z nich w dodatku mają tego świadomość. W przygotowywanej w "Fantastyce" do druku nowej opowieści Sapkowskiego, "Maladie", drugoplanowe postacie legendy o Tristanie i Izoldzie wiedzą, co ma się przydarzyć, ale postanawiają przeciwstawić się losowi i wyszarpnąć mu swoją porcję szczęścia. Sapkowski nie tworzy klasycznej fantasy; tasuje problemy, konwencje i epoki, gra z czytelnikiem w nowoczesny seans postmodernistyczny. Wie, że wszystko już było, że wszystko już przeczytaliśmy, więc proponuje nam starych bohaterów w nowych sytuacjach, prześwietlonych rentgenem autorskiej i czytelniczej wiedzy. Także samowiedzy. I pokazuje ich z punktu widzenia dzisiejszej świadomości. Na przykład opowieść o smoku (6) przepojona jest takim wstrętem do plebejusza-szewca-truciciela, że napisanie podobnej noweli lat temu czterdzieści miałbym za niemożliwe. Ze względów nie tyle nawet cenzuralnych, ile mentalnych. Wtedy świat lewicował, Europa Zachodnia bardziej może niż Wschodnia, i mit Marksowskiego świętego proletariusza był wówczas bardzo silny. Duch Czasu stanowczo nie sprzyjał zmienianiu morału starych bajek. Musiało przelecieć kilkadziesiąt lat doświadczeń z realnym socjalizmem, by można było dzisiaj ów mit z pogardą obalać. I by ujawniać silne tęsknoty za arystokratyzmem - jeśli nie rodowym, to w każdym razie arystokratyzmem ducha. Sapkowski rozpędzał się jeszcze do jednego. Do zabawy, do coraz mniej skrywanego humoru, nawet do niejakiej frywolności. Chyba znam przyczyny tego rozluźnienia. Także przedtem, przed opowieścią o smoku (6), pijało się i jadało w jego opowiadaniach oraz folgowało potrzebom seksualnym, ale dość statecznie. Dopiero jednak jesienią '90 na olsztyńskim Polconie, kiedy Sapkowski zjawił się po raz pierwszy wśród pisarzy i fanów SF, zobaczy, jak daleko przesunięta jest w tym względzie ich "granica Możliwości". Podejrzewam, że właśnie dzięki temu doświadczeniu możemy znaleźć w "Granicy możliwości" erotyzm w balii i ucztę rozpasaną do rozmiarów gargantuicznych. Podobnie, bez rozmów z pisarzami, zapewnie nie włożyłby Sapkowski w usta Jaskra chełpliwego wyznania: "była o tym ułożona ballada, ale nędzna, bo nie moja". Na Polconie Sapkowski zaprzyjaźnił się między innymi z Inglotem, z Ziemkiewiczem, z dziesiątkami młodych autorów jednego opowiadania. Zresztą, sami państwo rozumiecie, o bezwiedne podpowiedzenie Sapkowskiemu tej kwestii podejrzanych może być wielu. Wszystkie te składniki opowieści o Geralcie sprawiają, że Sapkowski ma dziesiątki tysięcy zwolenników i miłośników na całym świecie. Jest autorem, o którego najczęściej pytają zagraniczni tłumacze i redaktorzy; choćby z tego wynika, że robi fantasy uniwersalną, a nie lokalną. Lecz faktem jest też, że jego przeciwnicy podnoszą głowy, o czym świadczy paszkwilancki list Starego Prowoka ("F" 6/91). Prowoka i jemu podobnych, jak sądzę, niepokoi standardowość świata fantasy, w którym zdaje się poruszać Geralt. Znaczących modyfikacji tego świata, rewolucji, jakiej Sapkowski dokonał w jego konstrukcji i prezentacji - zauważyć nie potrafią bądź nie chcą. Postanowiłem dopomóc zwolennikom, choć niektórzy z nich radzą sobie z obroną mistrza bardzo przytomnie ("F" 11/91). Najbliższy sedna wydaje mi się Perrij Tex z Leśmierza. Zgadzam się z nim. Geralt rzeczywiście wziął się z życia, ale - co pozwolę sobie dopowiedzieć - Z NASZEGO WSPÓŁCZESNEGO ŻYCIA. Wiedźmin rzucony w zmodyfikowany świat fantasy wnosi weń nasze problemy i nasz punkt widzenia. Zachowuje się w tamtym świecie jak podróżnik w czasie i napotyka rzeczywistość zdeformowaną nie tylko w sensie literackim. Być może jest to deformacja spowodowana zewnętrznym kataklizmem. Albo, co również prawdopodobne, klęska, destrukcja, deformacja przyszła w wyniku działań podobnych Geraltowi podróżników w czasie. Takich jak Dorregaray, Visenna, Yennefer, Stregebor, Eltibald, Fregenal. Wszyscy oni przypominają mi nieco Don Rumatę z "Przenicowanego świata" i gigantów z "Non stopu", i Dwukolorowych z "Sennych zwycięzców". Niektórzy z nich próbują naprawić szkody, jakich narobili; inni nie - i z tymi Geralt walczy. Nie tylko z metafizycznie pojmowanym Złem, nie tylko z malowniczymi potworami. Także taką interpretację, jak sądzę, można przykleić do opowiadanek Sapkowskiego. W jednym tylko Perrij Tex nie ma racji. Oczywiście - Geralt JEST PAPIEROWY. To jego chwała i specyfika. Jest zbyt niedopowiedziany; jest sklejony ze zbyt wielu mitów, zbyt różnych doświadczeń i emocji, zbyt różnorodnych konwencji i nadto zaawansowanej wiedzy, by był postacią, której bogactwo można oddać inaczej niż za pomocą słów zanotowanych na papierze.
Pan Prowok pyta, skąd się wziął Geralt. To mu odpowiadam: ano z życia. (...) Mówi Pan: hybryda? Zgoda, ale mu wszyscy jesteśmy po trosze hybrydami. Czy Tolkiena również zaatakuje Pan za tworzenie hybryd? (...) Wszystkie wady, jakie ma według Pana Geralt, są dla mnie jego zaletami. (...) Rekapitulując: to nie Geralt jest papierowy, raczej jego tło już się zużyło. Perrij Tex z Leśmierza "Nowa Fantastyka" nr 11/91
Wiedźmin na celuloidzie? Wiedźmin w ołówku bądź tuszu? Widzę duże kłopoty, czekające na tych, którzy spróbują dokonać tej sztuki. I tak wracamy do punktu wyjścia - prawdziwa literatura to jest to, co się ciężko rysuje i trudno filmuje. Opowiadania Sapkowskiego w kolejności powstawania: (1) Wiedźmin, "Fantastyka" nr 12/86 (2) Droga, z której się nie wraca, "F" nr 8/88 (3) Ziarno prawdy, "F" nr 3/89 (4) Mniejsze zło, "F" nr 3/90 (5) Kwestia ceny, "Nowa Fantastyka" nr 3/90 (6) Granica możliwości, "NF" nr 9-10/91 W tomiku "Wiedźmin" Agencji "Reporter" (Warszawa 1990), za który teoretycznie odpowiadam, pomieszczono pierwszą piątkę niezgodnie z chronologią. Ani autor, ani ja nie mamy pojęcia, dlaczego. Wydawca, jak zwykle w takich wypadkach, udziela odpowiedzi wymijających.
Maciej Parowski [Wklepała: Joanna Słupek] Dwie uwagi porządkowe (Joanny Słupek): * Don Rumata to główny bohater "Trudno byc bogiem" Strugackich, w "Przenicowanym świecie" był Maksym Kammerer; * "Ziarno prawdy" i "Mniejsze zło" na pewno nie zostały wydrukowane w tym samym numerze "F". Sprawdzając spisy treści "F" i "NF" od 1989 do 1991 "Mniejszego zła" nie znalazłam wcale...

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl