Dla mnie problem zaczął się od rozmowy z Polchem. Bogdan zakochany w
Sapkowskim zaklepał sobie zilustrowanie "Granicy możliwości", by raptem
stwierdzić, że nie wiadomo, jak Geralt z Rivii powinien wyglądać. Jest
białowłosy, ale nie może być stary; przecież mieczem wywija i staje w
boju nader zręcznie. Zbyt często poczyna sobie jak mędrzec, filozof i
moralista, więc nie pasuje doń twarz-maska kulturysty
Conana-Schwarzeneggera. Nie koniec na tym - naszkicowany w spodniach
przypominał urzędnika; bez spodni widział się ilustratorowi niepoważnie.
"Boguś - zareagowałem wyniośle - literatura to jest właśnie to, co się
ciężko rysuje". Czułem jednak, że to dopiero początek i że udzielam
Bogdanowi bardzo ogólnikowej odpowiedzi.
Kłopoty z Geraltem mogą być bardzo podobne do tych, jakie mamy z
Chandlerowskim Marlowem. Drugi nie powinien być prywatnym detektywem i
dyskutować o prozie Hemingwaya z brutalnymi policjantami. Pierwszy okazuje
na co dzień zbyt wiele godności, by włóczyć się z mieczem po smrodliwych
karczmach i piaszczystych gościńcach. Obaj zostali wrzuceni z woli autorów
w barwne światy, są postaciami umownymi, są maszynami do przeżywania
przygód, pokonywania zła i wygłaszania mądrych morałów.
Powieściowy detektyw prywatny jest tworem wyobraźni, który zachowuje
się i mówi jak autentyczny człowiek. Może być całkowicie realny pod każdym
względem prócz jednego - w znanym nam życiu taki człowiek nie mógłby być
detektywem prywatnym. (...) Robiąc go detektywem prywatnym, omija się
konieczność usprawiedliwiania jego przygód.
"Mówi Chandler";
tłumaczyła Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, str. 281
Niestety, stwierdzenie, że Geralta można traktować jako porte parole
autora, to żadne odkrycie ani demaskacja. W dodatku wiedźmin jest
postacią bardziej zagadkową niż Sapkowski. Wiemy, że zabrano Geralta z
domu rodziców, bo tak kazało Prawo Niespodzianki (5). Możemy
podejrzewać, że nawet nie zna swojej matki, bo taką obelgę rzuca mu w
twarz jeden z terrorystów, wspólników deklasowanej księżniczki Renfri
(4). Tamże mowa o Geralcie jako wybryku natury. Geralt zna tajemnice
magii, choć Visenna i Fregenal (2), Nivellen (3), Stregebor (4),
Yennefer i Dorregaray (6) są w niej lepsi, a Myszowór (5) swobodnie mu
dorównuje. O niektórych z tych postaci wiadomo, że są długowieczne,
potrafią się odmładzać. Geralt używa za to tajemniczych eliksirów, które
zwiększają siłę, odporność i refleks; dyskutuje ze znajomością rzeczy na
temat mutantów (2, 4, 6) i o dziedziczeniu z przeskokiem (5). Jego rodowód
jest więc zamazany, a wiedza nadmierna - nie na tamte czasy.
Howardowski Conan był inny, ale Sapkowski, co wiemy z wywiadu
Ziemkiewicza ("Rozpędzam się", "F" 8/88), nie cierpi Howarda. Wiedźmin
wbrew pierwszemu wrażeniu porusza się zresztą w zupełnie innym świecie niż
Conan. Jaki to świat?
Istnieje na ten temat parę nieporozumień. "Brakowało mi czystej,
klasycznej fantasy (...) dysponujemy materiałem nie gorszym niż
mitologia celtycka czy normańska" - powiedział Sapkowski Ziemkiewiczowi,
więc skwapliwie uznano, że doczekaliśmy się w Sapkowskim animatora
polskich baśni.
Guzik prawda! Polski był Zmorski i jego Strzyga (1). Potem przyszła
kolej na braci Grimm (3, 4, 5), na aluzje do Andersenowskiej
"Księżniczki na ziarnku grochu" i Disneyowskiej Śnieżki (4), na dyskretne
odwołania do Kopciuszka (5). Dopiero niedawno (6) wrócił Sapkowski do
uchodzącego za polskiego, choć nie w Polsce wymyślonego smoka (tego
znajdziemy już w biblijnej "Księdze Daniela"). Dzielny szewczyk Skuba u
Sapkowskiego zastąpiony został pogardy godnym Kozojedem, a całość leży
bliżej "Polowania na smoka z falkonetem" Buzzatiego niż polskich baśni.
W liścikach dołączanych do opowiadań deklaruje się Sapkowski jako
ten, który poda nam prawdziwą wersję wydarzeń w miejsce kanonicznych,
będących idealizacjami i przeinaczeniami. Ale sam też dopuszcza się
znaczących przeinaczeń. Jego świat jest pełen anachronizmów, źle
dopasowanych do reguł baśniowości, także w warstwie języka: koegzystencja,
broń konwencjonalna (6). Pełno tu scen i problemów, które bardziej kojarzą
się ze współczesnością niż ze światem fantasy. Albo - uwaga! - z naszą
przyszłością.
Skąd w tym świecie tylu mutantów, skąd tyle obcych istot - czyżby to
był nasz świat po kataklizmie podobnym do atomowego, a może po obcej
inwazji? Skąd dokładna wiedza, że mutanty muszą być sterylne (6)? W jaki
sposób funkcjonuje w takim świecie teoria Eltibalda (4), czyżby znano w
nim naukę? Skąd bardzo naukowy nawyk Stregebora sekcjonowania trupów, a
nawet wiwisekcjonowania żywych (4)? W tymże opowiadaniu o Czarnym Słońcu
mówi się jak o najzwyklejszym w świecie zaćmieniu (znają tam zaawansowaną
astronomię Kopernikańską?); napomyka się o artefakcie (tzn. sztucznie
wytworzonej strukturze), którym jest cudowne lustro niedobrej królowej
dybiącej na życie Śnieżki tzn. Renfri. Gnomy chrzci się tu bardzo
współcześnie mianem humanoidów, a o kikimorze wiadomo, że jest
skrzyżowaniem pająka z krokodylem. Może wiedźmin przeżywa swoje przygody
w Afryce? Albo był kiedyś w Afryce i tam widział krokodyla?
Takich dziwnych sygnałów znajdziemy tu więcej, choć faktem jest, że
nie zjawiły się tu od razu. Przybywa ich z każdym kolejnym opowiadaniem.
W "Wiedźminie (1) zwraca jedynie uwagę zdecydowana rezygnacja Geralta z
ręki księżniczki jako nagrody; w świecie baśni klasycznej korona miała
znacznie większą wartość niż u Sapkowskiego. W następnym opowiadaniu (2),
które de facto nie traktuje o Geralcie, ale nie wyłamuje się z cyklu, mowa
jest o dobrym Samarytaninie (przedtem i potem ani słowa o
chrześcijaństwie), zaś ciałem Bobołaka rządzą prawa całkiem różne od
ludzkich. Kim, do diabła, jest Bobołak - przybyszem z kosmosu!?
W zmodyfikowanej opowieści o smoku (6) czarownicy Yennefer i
Dorregaray oraz bard Jaskier i Geralt wiodą dysputy godne dzisiejszych
etnografów oraz kulturoznawców, ponadto znają wagę legend w życiu
ludzkości. Zupełnie jakby czytali Bettelheima i Junga. W dodatku
Dorregaray zachowuje się jak żywe wcielenie dzisiejszego "zielonego" i
ekologa - wszystkie smoki są dobre - więc chroni potwory co najmniej z
taką zaciekłością, z jaką my chronilibyśmy tury i daniele, gdyby powrót do
przeszłości był możliwy.
Powrót do przeszłości, może to jest dobry trop? Albo jeszcze inaczej
- świat Sapkowskiego to niby-przeszłość przeżywana powtórnie, w świecie
po kataklizmie, w którym ludzkość, zaczynając od nowa, ma jednak niejasną
pamięć minionych doświadczeń. I minionych grzechów! Czy terroryzm,
tridamskie ultimatum (4) był do pomyślenia w feudalnym świecie czystej
fantasy, kiedy życie plebsu nie znaczyło zbyt wiele?
Andrzej Sapkowski prowadzi z czytelnikiem grę bardziej przewrotną i
bardziej inteligentną niż to się wydaje na pierwszy rzut oka. "Mam ambicję
pisać dobrą literaturę rozrywkową i tyle" - kiedy wyznawał to Rafałowi,
nie dopracował jeszcze swojej metody i nie rozpoznał możliwości.
"Rozpędzał się". Do czego się rozpędził?
Meredith, Conrad, Henry James i Hardy wydmuchiwali wielkie, tęczowo
się mieniące bańki mydlane, i opisywane przez nich postaci ludzkie,
jakkolwiek naturalnie podobne do rzeczywistych ludzi, dopiero we wnętrzu
tych baniek uzyskują swoją pełną rzeczywistość.
Desmond McCarthy: "Portraits", Londyn 1931;
(w:) Rene Wellek, Austin Warren: "teoria literatury";
tłumaczył Maciej Żurowski, PWN 1976, str. 288
Do bardzo ciekawego świata, którego bohaterowie są postaciami z
legendy, właściwie różnych legend, niektórzy z nich w dodatku mają tego
świadomość. W przygotowywanej w "Fantastyce" do druku nowej opowieści
Sapkowskiego, "Maladie", drugoplanowe postacie legendy o Tristanie i
Izoldzie wiedzą, co ma się przydarzyć, ale postanawiają przeciwstawić się
losowi i wyszarpnąć mu swoją porcję szczęścia. Sapkowski nie tworzy
klasycznej fantasy; tasuje problemy, konwencje i epoki, gra z czytelnikiem
w nowoczesny seans postmodernistyczny. Wie, że wszystko już było, że
wszystko już przeczytaliśmy, więc proponuje nam starych bohaterów w nowych
sytuacjach, prześwietlonych rentgenem autorskiej i czytelniczej wiedzy.
Także samowiedzy. I pokazuje ich z punktu widzenia dzisiejszej
świadomości.
Na przykład opowieść o smoku (6) przepojona jest takim wstrętem do
plebejusza-szewca-truciciela, że napisanie podobnej noweli lat temu
czterdzieści miałbym za niemożliwe. Ze względów nie tyle nawet
cenzuralnych, ile mentalnych. Wtedy świat lewicował, Europa Zachodnia
bardziej może niż Wschodnia, i mit Marksowskiego świętego proletariusza
był wówczas bardzo silny. Duch Czasu stanowczo nie sprzyjał zmienianiu
morału starych bajek. Musiało przelecieć kilkadziesiąt lat doświadczeń z
realnym socjalizmem, by można było dzisiaj ów mit z pogardą obalać. I by
ujawniać silne tęsknoty za arystokratyzmem - jeśli nie rodowym, to w
każdym razie arystokratyzmem ducha.
Sapkowski rozpędzał się jeszcze do jednego. Do zabawy, do coraz mniej
skrywanego humoru, nawet do niejakiej frywolności. Chyba znam przyczyny
tego rozluźnienia.
Także przedtem, przed opowieścią o smoku (6), pijało się i jadało w
jego opowiadaniach oraz folgowało potrzebom seksualnym, ale dość
statecznie. Dopiero jednak jesienią '90 na olsztyńskim Polconie, kiedy
Sapkowski zjawił się po raz pierwszy wśród pisarzy i fanów SF, zobaczy,
jak daleko przesunięta jest w tym względzie ich "granica Możliwości".
Podejrzewam, że właśnie dzięki temu doświadczeniu możemy znaleźć w
"Granicy możliwości" erotyzm w balii i ucztę rozpasaną do rozmiarów
gargantuicznych. Podobnie, bez rozmów z pisarzami, zapewnie nie włożyłby
Sapkowski w usta Jaskra chełpliwego wyznania: "była o tym ułożona ballada,
ale nędzna, bo nie moja". Na Polconie Sapkowski zaprzyjaźnił się między
innymi z Inglotem, z Ziemkiewiczem, z dziesiątkami młodych autorów jednego
opowiadania. Zresztą, sami państwo rozumiecie, o bezwiedne
podpowiedzenie Sapkowskiemu tej kwestii podejrzanych może być wielu.
Wszystkie te składniki opowieści o Geralcie sprawiają, że Sapkowski
ma dziesiątki tysięcy zwolenników i miłośników na całym świecie. Jest
autorem, o którego najczęściej pytają zagraniczni tłumacze i redaktorzy;
choćby z tego wynika, że robi fantasy uniwersalną, a nie lokalną. Lecz
faktem jest też, że jego przeciwnicy podnoszą głowy, o czym świadczy
paszkwilancki list Starego Prowoka ("F" 6/91). Prowoka i jemu podobnych,
jak sądzę, niepokoi standardowość świata fantasy, w którym zdaje się
poruszać Geralt. Znaczących modyfikacji tego świata, rewolucji, jakiej
Sapkowski dokonał w jego konstrukcji i prezentacji - zauważyć nie
potrafią bądź nie chcą.
Postanowiłem dopomóc zwolennikom, choć niektórzy z nich radzą sobie z
obroną mistrza bardzo przytomnie ("F" 11/91). Najbliższy sedna wydaje mi
się Perrij Tex z Leśmierza. Zgadzam się z nim. Geralt rzeczywiście wziął
się z życia, ale - co pozwolę sobie dopowiedzieć - Z NASZEGO WSPÓŁCZESNEGO
ŻYCIA. Wiedźmin rzucony w zmodyfikowany świat fantasy wnosi weń nasze
problemy i nasz punkt widzenia. Zachowuje się w tamtym świecie jak
podróżnik w czasie i napotyka rzeczywistość zdeformowaną nie tylko w
sensie literackim. Być może jest to deformacja spowodowana zewnętrznym
kataklizmem. Albo, co również prawdopodobne, klęska, destrukcja,
deformacja przyszła w wyniku działań podobnych Geraltowi podróżników w
czasie. Takich jak Dorregaray, Visenna, Yennefer, Stregebor, Eltibald,
Fregenal. Wszyscy oni przypominają mi nieco Don Rumatę z "Przenicowanego
świata" i gigantów z "Non stopu", i Dwukolorowych z "Sennych zwycięzców".
Niektórzy z nich próbują naprawić szkody, jakich narobili; inni nie - i z
tymi Geralt walczy. Nie tylko z metafizycznie pojmowanym Złem, nie tylko z
malowniczymi potworami. Także taką interpretację, jak sądzę, można
przykleić do opowiadanek Sapkowskiego.
W jednym tylko Perrij Tex nie ma racji. Oczywiście - Geralt JEST
PAPIEROWY. To jego chwała i specyfika. Jest zbyt niedopowiedziany; jest
sklejony ze zbyt wielu mitów, zbyt różnych doświadczeń i emocji, zbyt
różnorodnych konwencji i nadto zaawansowanej wiedzy, by był postacią,
której bogactwo można oddać inaczej niż za pomocą słów zanotowanych na
papierze.
Pan Prowok pyta, skąd się wziął Geralt. To mu odpowiadam: ano z
życia. (...) Mówi Pan: hybryda? Zgoda, ale mu wszyscy jesteśmy po trosze
hybrydami. Czy Tolkiena również zaatakuje Pan za tworzenie hybryd? (...)
Wszystkie wady, jakie ma według Pana Geralt, są dla mnie jego zaletami.
(...) Rekapitulując: to nie Geralt jest papierowy, raczej jego tło już się
zużyło.
Perrij Tex z Leśmierza
"Nowa Fantastyka" nr 11/91
Wiedźmin na celuloidzie? Wiedźmin w ołówku bądź tuszu? Widzę duże
kłopoty, czekające na tych, którzy spróbują dokonać tej sztuki. I tak
wracamy do punktu wyjścia - prawdziwa literatura to jest to, co się ciężko
rysuje i trudno filmuje.
Opowiadania Sapkowskiego w kolejności powstawania:
(1) Wiedźmin, "Fantastyka" nr 12/86
(2) Droga, z której się nie wraca, "F" nr 8/88
(3) Ziarno prawdy, "F" nr 3/89
(4) Mniejsze zło, "F" nr 3/90
(5) Kwestia ceny, "Nowa Fantastyka" nr 3/90
(6) Granica możliwości, "NF" nr 9-10/91
W tomiku "Wiedźmin" Agencji "Reporter" (Warszawa 1990), za który
teoretycznie odpowiadam, pomieszczono pierwszą piątkę niezgodnie z
chronologią. Ani autor, ani ja nie mamy pojęcia, dlaczego. Wydawca, jak
zwykle w takich wypadkach, udziela odpowiedzi wymijających.
Maciej Parowski
[Wklepała: Joanna Słupek]
Dwie uwagi porządkowe (Joanny Słupek):
* Don Rumata to główny bohater "Trudno byc bogiem" Strugackich, w
"Przenicowanym świecie" był Maksym Kammerer;
* "Ziarno prawdy" i "Mniejsze zło" na pewno nie zostały wydrukowane w
tym samym numerze "F". Sprawdzając spisy treści "F" i "NF" od 1989 do
1991 "Mniejszego zła" nie znalazłam wcale...
|