AS ZONE:

ARTYKUŁY
Świat ASa, a świat realny


Wiedźmin, potwory i ludzie
Magiczny świat Andrzeja Sapkowskiego dziwnie przypomina prawdziwy
[Polityka 3 (2124), 17 stycznia 1998]

       Saga o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, której czwarty (a doliczając
  zbiory  opowiadań  -  szósty)  tom  ukazał się właśnie na rynku, to źródło
  nieczęstej w naszej literaturze czytelniczej frajdy. To prestidigitatorska
  żonglerka   rozmaitymi   motywami   z  przygodowych  fabuł,  wyobracanymi,
  zdawałoby  się,  do  granic  banału,  a  tu  za pomocą kilku renowacyjnych
  zabiegów przywracanymi do pełnego blasku.


       Sapkowski   ma  fenomenalny  dar  narracji;  wymyślania  sensacyjnych
  wydarzeń;   tworzenia   sugestywnego   nastroju,   stopniowania  napięcia.
  Tudzież  olśniewające,  z  lekka  cyniczne  poczucie  humoru:  trzeźwiące,
  pozwalające  tropić  mniej lub bardziej zakamuflowane kpinki; odniesienia,
  cytaty.  Świat  epiki Andrzeja Sapkowskiego to kraina marzeń dla młodych w
  każdym wieku, lubiących dla zdrowia pogimnastykować nieco własną fantazję.
  I  kraina  niedostępna  dla  porządnisiów  (również  w  każdym wieku), dla
  których  jedynym  dopuszczalnym  modelem  lekkiej  lektury jest solennie i
  konwencjonalnie  opowiedziana  historia  o  nim,  o  niej i tym trzecim ze
  łzami, nieszczęściem i happy endem.
       Czy  poważny  człowiek  - wzruszą ramionami porządnisie - może chcieć
  tracić  czas  na  czytanie  książek  pełnych  walk  ze strzygami, smokami,
  bazyliszkami,  wampirami?  I  co  właściwie ma być powabnego i zabawnego w
  tym,  że na klasycznie bajkowe, królewskie wezwanie o pomoc (kto odczaruje
  mą  córkę,  dostanie nagrodę i pół królestwa, i uratowaną za żonę!) zjawia
  się nie piękny rycerz, tylko białowłosy zabijaka ze szramami na policzku i
  zmęczonym   spojrzeniem.   Wyzbyty   kawalerskich   manier.   "Nie  jestem
  zainteresowany  królewną"  -  powiada  zimno.  I  upewnia się, spokojnie i
  rzeczowo, profesjonalnie: "Napisane jest: trzy tysiące orenów nagrody?"
       A   takie   właśnie   entree   funduje   Sapkowski   swemu  głównemu,
  oryginalnemu bohaterowi. Geralt to na pierwszy rzut oka samotny jeździec z
  westernów, romantyczny naprawiacz zła. Ale to jednocześnie heros diabelnie
  mało  heroiczny. Wiedźmin, mutant. Eliksirami, narkotykami, wszechstronnym
  wykształceniem  i morderczym treningiem przerabiano go niegdyś w ustronnym
  zamczysku  w  automat  o  nadludzkiej  sprawności, mający służyć zbawianiu
  ludzi  od  potworów,  wobec  których  ci  są  bezsilni: właśnie od smoków,
  bazyliszków;  wampirów,  strzyg. Mutacja miała przy okazji zabić w adepcie
  zdolność  odczuwania uczuć, które w każdej rzeczywistości utrudniają życie
  profesjonalistom;  tego  celu  wszakże  nie  osiągnięto.  Błąd  w  sztuce?
  Niedoskonale  zmutowanego  wiedźmina  posłano  jednak  w świat z magicznym
  amuletem  na  piersi  tudzież  etycznym  kodeksem wbitym do głowy i kazano
  wiedźmińskim fachem zarabiać na życie. Ubijać straszydła za pieniądze.
       Nasz  Geralt więc to przedziwne stworzenie. Do połowy błędny rycerz z
  wielkim  mieczem  przewieszonym  przez  plecy. A od połowy - stary cudowny
  Philip  Marlowe  z trudem wyciągający z naprawiania występków świata swoje
  "czterdzieści  dolarów  dziennie  plus  koszta". Pogardzany przez możnych,
  bity,   pozbawiony   złudzeń,   frajersko   uwiązany   do  swego  kodeksu.
  Przenikliwy,  trzeźwo  rozpoznający  naturę zdarzeń - a jednocześnie wciąż
  naiwny  i  za  tę  naiwność biorący gęsto w łeb. Obserwujący i komentujący
  życie   z   tak   smakowicie   przypomnianym  chandlerowskim  sarkazmem, z
  łobuzerską drwiną, z mądrością podlaną goryczką autoironii.
       A  świat,  którego  rycerzowi  z duszą gorzkiego detektywa przychodzi
  doświadczać na własnej skórze, jest; owszem, bajkowy, lecz baśń ta kiepsko
  nadaje  się  na  dobranocki.  Potwory,  które  Geralt  likwiduje po części
  mieczem,  po  części  magią,  są uciążliwe i niebezpieczne, lecz z biegiem
  narracji  coraz  wyraźniej  widać,  że to relikty, stworzenia na wymarciu;
  Sapkowski   prezentuje   nawet,   nie  bez  lekkiego  chichotu,  działaczy
  ekologicznych  walczących  o  wzięcie  pod  ochronę  ostatnich  latających
  widłogonów czy wiwerny. Głównym ziemskim potworem rychło okazuje się - jak
  zawsze  -  człowiek.  Zachłanny,  sprzedajny,  podły,  nader łatwo łamiący
  zasady,  które  sam  przed  chwilą ustanowił. Walczący o byt i ze smutkiem
  rozkładający  ręce: cóż miałem zrobić? Z reguły poziomem cynizmu bijący na
  głowę inne istoty; z którymi dzieli ziemię.
       Albowiem  na  ziemi  bytują  nie tylko ludzie. Także elfy; które były
  ongiś  jej  suwerenami,  a  dziś,  zepchnięte  w  góry  i  puszcze probują
  beznadziejnej   wojny   o   dawne   domeny:   Także   krasnoludy  -  żadne
  Koszałki-Opałki:  brodaty,  krępy  lud, dobrzy wojownicy, górnicy i twórcy
  sieci krasnoludzkich banków, działających sprawnie we wszystkich miastach.
  Większość  nieludzi  zasymilowała się: poznajemy krasnoludów w królewskiej
  służbie,  elfich  mieszańców, śledzimy interesy pewnego szanowanego kupca,
  niziołka (a są to przekręty, których spółka Art-B by się nie powstydziła).
  Z  olśniewającą  fantazją  sytuacje  znane dobrze z życia i z przygodowych
  fabuł  Andrzej Sapkowski wprowadza między gnomy, driady i czarodziejki, co
  przydaje  im  swoistego  efektu  obcości.  Parodiuje  celnie  i  smacznie:
  zwiedzamy  modelowo  rozwiązły campus w Oxenfurcie, wzorowy kantor bankowy
  krasnoluda  Giancardiego,  podejrzaną  kancelarię  adwokacką  Codrighera i
  Fenna,   magiczną  wieżę  lokalnego  czarodzieja-rezydenta;  dyplomatyczne
  gabinety  i  sale  balowe królów i ministrów, chłopskie chaty prezentowane
  bez  należnego  ludowej mądrości szacunku, niezliczone karczmy, podejrzane
  hoteliki  i  urzędy podatkowe. Pisarz stwarza pełnię życia, bliźniaczego w
  gruncie  rzeczy  w  stosunku  do  znanych  nam  skądinąd  doświadczeń, ale
  odbijającego je w krzywym zwierciadle pastiszu, budzącego uśmiech.
       Uśmiech   gasnący   jednak,   gdy   przychodzi   czytać  o  pogromach
  zasymilowanych  nieludzi  w  burzących się miastach. Gdy do głosu dochodzi
  polityka  i  jej  przedłużenie:  wojna.  W początkowych opowiadaniach była
  jeszcze  na  dalekim planie; w ramach sagi właściwej staje się ona tematem
  podstawowym i spycha na margines smoki i królewny.
       Podobno  w  Internecie ktoś narysował dokładną mapę opisywanego przez
  Sapkowskiego  świata.  Nie widziałem jej; na własny użytek wyobrażam sobie
  powieściowe   terytorium   jako   Europę   z   amputowanym  basenem  Morza
  Śródziemnego.   Tak   sugeruje  toponomastyka:  w  nazwach  geograficznych
  dźwięczą  tony  celtyckie,  nordyckie, ugrofińskie, germańskie, galijskie,
  flamandzkie,  także  słowiańskie.  Tyle  że  tę  Europę  trzeba  obrócić o
  dziewięćdziesiąt stopni. Gdzieś w połowie mapy płynie równoleżnikowo rzeka
  Jaruga,  dziwnie  podobna  do  Łaby  sprzed  paru  lat.  Na północ od niej
  znajdują   się   rozmaite   królestwa;  niewielkie,  po  trosze  powiązane
  niepewnymi  sojuszami, skoligacone dynastycznymi mariażami, bogacące się i
  zadłużające,  kultywujące swoją wolność, wchodzące w incydentalne zatargi.
  Na  południe  od  Jarugi  leży  olbrzymi Nilfgaard, pragmatyczne cesarstwo
  wcielające  w  życie  zasadę:  cel uświęca środki. Skuteczne, bezwzględne,
  totalitarne.
       Wśród  licznych  talentów  Andrzeja Sapkowskiego jednym z najbardziej
  olśniewających   jest  umiejętność  jasnego  i  klarownego  przedstawiania
  rozmaitych   mechanizmów   życia:   psychologicznych,  społecznych.  Także
  mechanizmu  historii.  W opisie nilfgaardzkiego podbijania świata mieszczą
  się bodaj wszystkie podstawowe chwyty wojenno-polityczne ludzkości, staro-
  i      nowożytne,      ze      szczególnym      uwzględnieniem      wkładu
  napoleońsko-bismarckowsko-hitlerowsko-   stalinowskiego.  Dyplomacja  jest
  oczywistym uzupełnieniem (lub wyprzedzeniem) kroków militarnych, rozwijane
  są  agentury  wpływu,  tajne  służby  przygotowują prowokacje i przewroty.
  Dyplomatów  nilfgaardzkich  nie  powstydziłby  się  Wiaczesław M., agentów
  Ławrientij  B.  Przy  czym  wojna  Północy z Południem bynajmniej nie jest
  starciem  uciśnionych  niewinności  z  potworem;  królowie Północy próbują
  także  sięgnąć  po broń agresora: uruchamiać agentów; stosować prowokacje,
  nawet  prewencyjnie  uderzyć.  Są  jednak  słabsi,  gorzej  zorganizowani,
  gnuśniejsi.  Z  góry  ustawieni na gorszych pozycjach niż Nilfgaard, który
  poddanych  trzyma  żelazną  ręką  i rozwija (na skądinąd imponującą skalę)
  wyłącznie  te  dziedziny  życia,  które  służą  podbojowi. O czym boleśnie
  przekonuje  się nilfgaardzka czarodziejka, po wieloletniej izolacji po raz
  pierwszy  wyjeżdżająca  na  kongres  magików na Zachód, pardon, na Północ.
  Zawodowo  przygotowana  jest  całkiem  nieźle,  ale  kosmetyki i ciuchy ma
  kompromitująco niemodne.
       Czarodzieje  przez  wieki  tworzyli  coś  w  rodzaju ponadpaństwowej,
  apolitycznej   międzynarodówki;  ich  wiedza,  podobnie  jak  wiedźmińskie
  umiejętności,  była  stricte  profesjonalna.  Służyli jako doradcy królów,
  możnowładców,  mieszczan. Złamali neutralność wspierając zjednoczony front
  królestw  Północy przeciw pierwszej agresji Nilfgaardu; od tej chwili było
  jasne,  że  cesarstwo  za  wszelką  cenę  spróbuje rozbić ich cech. Co też
  dzieje się w drugim tomie sagi podczas puczu na wyspie Thanedd; w jednej z
  najwspanialszych  sekwencji  cyklu.  Sapkowski  łączy  tu sensacyjną akcję
  godną Kena Folleta z przewrotnym kpiarstwem: Kongres zaczyna się wystawnym
  rautem;  na  którym  wszyscy sączą sobie do ucha dyplomatyczne bąknięcia i
  szpile,   polityka  miesza  się  z  męsko-damską  zazdrością,  coś  wisi w
  powietrzu.   Nocą   eleganckie   czarodziejki-intelektualistki   wdziewają
  rewolucyjne  bluzy  i  wyzwalają  z  siebie  nieoczekiwane pokłady dzikiej
  agresji. Po czym przestaje być zabawnie.
       Wojna nie ma w sobie nic rycerskiego, jest wyniszczającą, bezcelową i
  bezrozumną  rzezią,  hodującą  apatię  bezbronnych  i aktywność wszelakich
  ludzkich  hien.  Sapkowski  nie szczędzi okropności, ale nie epatuje nimi,
  raczej  nie ukrywa swego obrzydzenia. Pozwala - rzecz bodaj bez precedensu
  w literaturze popularnej - by ofiarą padł główny bohater. Geralt wprawdzie
  nie  ginie,  ale  z  górującego  nad wszystkimi sprawnością i eksperiencją
  zwycięzcy  staje  się  apatycznym;  zagubionym  włóczęgą,  co  jakiś  czas
  wyładowującym złość wymordowaniem paru opryszków. Ogrom rozpętanego zła go
  przerasta,  traci  wiedźmińskie  atrybuty!  Wzrasta  rola  innych postaci:
  zakochanej  w  Geralcie  burzliwą  miłością,  daleką  od uczuć z bajek dla
  grzecznych dziewczynek czarownicy Yennefer i osieroconej księżniczki Ciri,
  mocą    przeznaczenia   przybranej   córki   wiedźmina.   Ta   maksymalnie
  nieortodoksyjna "rodzina" rozrzucona po całym powieściowym świecie usiłuje
  opierać się ścigającym ich oprawcom i okrutnym wyrokom przeznaczenia.
       Przeznaczenie  jest  u  Sapkowskiego  czynnikiem  prawodawczym. Można
  nawet  zaryzykować  twierdzenie, że pełni zastępcze funkcje metafizyczne w
  tym  świecie  par excellence pogańskim, gdzie kult poszczególnych bogów ma
  co  najwyżej  lokalny  charakter  i  nie  jest  traktowany  przez autora z
  przesadną  powagą  (może  poza  jedną sceną na wyspach Skellige w czwartym
  tomie).   Przeznaczenie  przemawia  przez  przepowiednie  znane  kapłanom,
  czarodziejom,  wiedźminom i innym wiedzącym, przez znaki na niebie i ziemi
  nasilające   się  w  określonych  porach  roku,  przez  halucynacyjne  sny
  identyczne  w  wielu głowach jednocześnie. Przepowiednie, jak zwykle bywa,
  są  złe.  Na szczęście ich determinizm nie jest bezwzględny; tyle już razy
  zapowiadano śmierć głównej trójki, a oni wciąż żyją.
       Zbliża  się  jednak  pora rozstrzygnięć: czekamy na ostatni tom sagi;
  który  będzie się nazywał "Pani jeziora" i będzie wieńczył losy bohaterów.
  Prognozy  nie są miłe: przepowiednia Ithiny wieszczy bezwzględnie, iż Ciri
  nosi  w  sobie  płomień,  który zniszczy świat. Koniec świata Sapkowskiego
  poprzedzony  jest,  jak chcą reguły, ogólną degrengoladą: wszystko psieje,
  niszczy się i kurwi. Zaiste długą drogę przeszła opowieść o wiedźminie: od
  Marlowe'owskiego  cynicznego  sarkazmu  po  tony nieledwie apokaliptyczne.
  Wielką  umiejętnością  autora  jest  jednak  harmonijne splatanie tonów: w
  najpoważniejszych  sekwencjach Sapkowski umie wsunąć rozładowujące słówko,
  przypomnieć  filuternie:  nie  przejmujcie się tak; to tylko zabawa. Gdyby
  czynił  to zbyt często lub ostentacyjnie, cisnęłoby się książkę w kąt, ale
  on,  szelma,  dokładnie  zna  proporcję.  W jaki sposób splecie w ostatnim
  tomie  logikę  akcji  z  regułami  gatunku, który raczej nie lubi klęski w
  finale?
       Jedno  jest  pewne:  nie  ma  dziś  drugiego obok Geralta książkowego
  bohatera,  na  którego  dalsze losy czekałaby żarłocznie tak pokaźna grupa
  czytelników.  Ciekawe,  czy  ta niecierpliwość nie przypomina tej sprzed z
  górą  stu  lat,  gdy  kupowało  się "Słowo" i drżącymi palcami przerzucało
  strony, by poznać nowe losy Skrzetuskiego, Kmicica i Zagłoby?


                                                             Jacek Sieradzki

                                                     Wklepała: Joanna Słupek

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl