Parowski o adaptacji komiksowej opowiadań ASa
Podobno dobre filmy powstają na podstawie złych książek. Z jakich
książek, opowiadań, powstają dobre komiksy?
Trudno jednoznacznie powiedzieć. To zresztą nie jest mój problem. Nie
lubię adaptacji w komiksie, uważam za Irzykowskim, że scenariusze
powinno się pisać pod wpływem odrębnego natchnienia (Irzykowski mówił tu o
kinie) i wtedy, zaledwie będą dobre na ekran. Przy adaptacji zawsze coś
musi przepaść, jakieś uroki prozy, a jednocześnie literacki oryginał wiąże
ręce scenarzyście, rysownikowi (bądź reżyserowi). To nie musi być gra
warta świeczki. Lepiej od nowa i bez podkładki wymyślić sobie Funky
Kovala, Thorgala, Supermana (został w 1992 roku przez twórców
definitywnie zabity), Batmana, Tytusa, Romka i A'Tomka. Po co wozić za
sobą cudzy literacki bagaż, do którego czytelnik bardzo się przywiązał i
chce go potem w całości zobaczyć w komiksie. A w całości nie da rady.
Tak więc to Bogusław Polch, nie ja, uległ pierwszy plastycznej
fascynacji światem Wiedźmina, Geralta z Rivii, bohatera jedenastu już
opowiadań Andrzeja Sapkowskiego. Mnie wystarczały satysfakcje literackie.
Ale Bogusław byt zakochany i zdecydowany, chciał ten świat zrobić i
zobaczyć na komiksowej planszy. Też oczywiście myślałem, że może to być
interesujące. Ale od początku przewidywałem kłopoty. Nawet pisałem o tym w
"Fantastyce" z grudnia 1991. Wiedźmin jest owocem bardzo szczególnej gry
literackiej; wyrasta wiedzą, morale, intelektem ponad standardowy świat.
W wielu jego przygodach, w jego wypowiedziach napotykamy bardzo
współczesne nuty. Chwilami jest tak, jakby Wiedźmin poruszał się nie w
świecie archaicznym, przeszłym, lecz raczej przyszłym - może to nie
baśniowa kraina tylko nasz świat po atomowym pogromie? Świat wtórnie
zdziczały, w którym porusza się ludzkość, mająca niejasną świadomość
minionych osiągnięć i zaprzeszłych grzechów. Sam Wiedźmin też jest
nieokreślony, sklejony ze zbyt wielu mitów, zbyt różnorodnych doświadczeń
i emocji, zbyt różnorodnych konwencji - taką postać można sobie mgliście
wyobrażać podczas rozkosznej wieczornej lektury. Jak ją rysować?
Bogusław Polch zderzył się z tym problemem wcześniej ilustrując
opowiadanie "Granica możliwości" dla "Nowej Fantastyki". Wiedźmin jest
białowłosy, ale nie może być stary, przecież mieczem wywija i staje w boju
nadto zręcznie. Zbyt często poczyna sobie jak mędrzec, filozof i
moralista, więc nie pasuje doń twarz - maska kulturysty
Conana-Schwarzeneggera. Nie koniec na tym - naszkicowany w spodniach
przypominał urzędnika; z gołymi kolanami i łydkami widział się
ilustratorowi niepoważnie... Trochę podśmiewałem się z tych kłopotów,
twierdząc że prawdziwa literatura to jest właśnie to, co się ciężko
rysuje. Potem okazało się, że spadną te kłopoty częściowo i na mnie.
Zgodziłem się być współadaptatorem Wiedźmina, bo - tak czy owak - zajęcie
wyglądało na ambitne.
Zadanie adaptatora, zadanie scenarzysty komiksu, polega na wymyśleniu
około trzystu komiksowych klatek, które opowiedzą pełną ruchu i przygód
komiksową historię. Klatki mają być tak pomyślane, tak zestawione na
planszy, żeby nie czuło się skoków. I ma się z nich ułożyć nie tylko
płynna historia, nie tylko plastyczny wizerunek bohatera, lecz także
spójna i fascynująca wizja świata, w którym się dzieją przygody. A
powiedziałem, że świat Sapkowskiego jest nieuchwytny, jego tożsamość (jego
ontologia) jest niejednoznaczna. Zaś w rysunku trzeba coś wybrać. Nie
można rysować tego i tego. W scenariuszu spadłem więc na cztery łapy
opowieści realistycznej o świecie prehistorycznej, baśniowej
przeszłości. Ale chciałem też, żeby i w tym świecie zagrała historia
bardzo współczesnej, a zrelacjonowanej w "Mniejszym źle", opowieści o
disneyowskiej Śnieżce. U Sapkowskiego jest na ten temat napomknienie,
zdanie lub dwa. Musiałem to w scenariuszu przerobić na wyraziste
rysunkowo sceny. Myślę, że to akurat zupełnie nieźle mi wyszło.
W różnych opowiadaniach Sapkowskiego różne oryginalne postacie
wchodzą na scenę. Raz jest to strzyga, kiedy indziej smok, w innym
opowiadaniu - Vrany i Bobołaki, w jeszcze innym zaklęty człowiek-jeż bądź
mantikora. Sapkowski wyciąga bohaterów i potwory jak prestidigitator
króliki z kapelusza, tyle że na jego literackiej scenie nigdy nie
występują one wszystkie na raz. Ale w świcie, bądź na scenie komiksu - jak
tu powinno być? Czy tajemniczy smok, czy kolega Wiedźmina czarownik
Myszowór, mają się Pojawiać tylko w jednej opowieści, a potem znikać na
zawsze? W komiksie można Przecież dopisać im rodowód, zapoznać ich z
czytelnikiem, może powinni poruszać się gdzieś w tle, również tych
opowieści, które nie są im poświęcone? Udzieliłem sobie na to pytanie
odpowiedzi twierdzącej. I tak, ku mojej uldze, okazało się, że nie tylko
ogałacamy opowiadania Sapkowskiego z literackich piękności, że nie tylko
upraszczamy jego świat, pokazując jedynie to, co widzialne i ruchome,
ale możemy także coś doń dodać. Możemy kontynuować niektóre wątki i
wydłużać czas obcowania czytelników-widzów z niektórymi postaciami.
Adaptowanie prozy na komiks? Hm, najciekawsza, najprzyjemniejsza
część tej roboty ma miejsce wtedy, kiedy adaptator nie podąża dokładnie po
śladach pisarza. Kiedy szuka (i znajduje) obrazkowe ekwiwalenty dla jego
słów i pomysłów. Kiedy dopisze do opowieści pisarza jakieś puenty,
dalsze ciągi, jakieś wstępy czy wprowadzenia, których u autora nie było.
Najgorzej czułem się wtedy, kiedy w scenariuszu leciało dokładnie tak,
jak w opowiadaniu - wsiedli na konie, zsiedli, powiedzieli to lub tamto,
wyjęli miecz, podpalili chałupę lub pochodnię. Tutaj Polch miał dużo
więcej radości niż ja. Natomiast czułem się wyśmienicie, kiedy przy pomocy
montażowych sztuczek, przy pomocy ruchu komiksowej kamery nie tyle
przekładałem prozę na obrazki, co raczej opowiadałem po swojemu
(komiksowemu) jego historię. I odsłaniałem nie nazwane w opowiadaniu
aspekty jego świata.
Bardzo dużo zupełnie innych problemów do rozstrzygnięcia zostało dla
rysownika. Wybór konwencji rysunkowej, wybór scenografii, rekwizytów,
precyzyjna choreografia większości walk. W pierwszym podejściu, także w
warstwie językowej, nie tylko rysunkowej, obsunęła się nam robota w
siermiężny świat kmiotków i gwary ludowej. Z przerażeniem spostrzegliśmy,
że lądujemy w okolicach "Starej Baśni". A przecież świat Wiedźmina to
kosmos tajemniczy, magiczny, groźny i wcale nie swojski. I rysownik i ja
musieliśmy więc się cofnąć, zrobić poprawki, podretuszować pewne rzeczy.
To zupełnie jak w kinie - kręci się scenę i dopiero kiedy się ją zobaczy,
widać, że jest albo sztuczna albo niewłaściwa. I trzeba kręcić od nowa.
Najważniejsze na zakończenie. Wzięliśmy na warsztat opowiadanie
"Droga, z której się nie wraca". Opowiadanie jest wyraziste, mamy tu i
walki, i czary, i miłość, i potwora; obok Visenny i Korina jest galeria
niezłych postaci drugoplanowych. No i jest żelazny w kinie, w prozie
bitników - motyw drogi. Ale - uwaga! - nie ma Wiedźmina. I - uwaga po raz
drugi! - akcji opowiadania, nawet po montażowych sztuczkach, po użyciu
wyrafinowanej komiksowej maszynerii starczało na jakieś 30-32 plansze. A
więc opowiadanie było za krótkie. Na szczęście... Brakujących
kilkanaście plansz zapełniłem po swojemu. Dopisałem Sapkowskiemu nową
puentę, wymyśliłem parę scen dodatkowych strzeliłem zakończeniem
dramatycznym, udało się nawet pokazać samego Wiedźmina; znalazło się
miejsce na delikatną scenę miłosną, która u Sapkowskiego pozostaje w
niedopowiedzeniu. I byłem bardzo dumny, miałem rozbudowane poczucie
wyłącznego autorstwa, wręcz własności do tych kilkunastu plansz, dopóki
nie spostrzegłem jednego - właśnie te plansze są klimatem najbliższe
Sapkowskiemu. To, co w nich fajne, to przetworzone w komiksową formę
wnioski, pomysły, żarty z innych jego opowiadań. Oddaliłem się od litery
prozy Sapkowskiego, żeby zbliżyć się do jego metody, do jego filozofii,
do jego świata.
Pytanie - czy Sapkowski nie mógł zrobić tego sam, bez mojej pomocy?
Zapewne mógłby, choć proszę pamiętać, że komiks ma swoje warsztatowe
sekrety, których się trzeba nauczyć. Czy warto, by Andrzej zagłębiał się w
to wszystko, skoro od komiksu ma Bogusława i mnie, a do napisania i
wymyślenia zostało tyle jeszcze smakowitych opowiadań. Sapkowski nie
powiedział jeszcze ostatniego słowa, a Geraltowi z Rivii daleko do
ostatniej przygody. I literackiej. I komiksowej.
Maciej Parowski
[Wklepała: Joanna Słupek]
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl