"Wiedźmin Geralt strikes back" by Lestat & Bierdol
[HIHOT.TXT
| HIHOT.DOC]
Geralt stanął u wrot małego grodka tulącego się do podnóża góry, jak
szczęnie do suki. Wściekły, bo głodny i nieumyty, a białe włosy zaczęły
pokrywać się łupieżem, kopnął obutą w glana stopą w zamknięte odrzwia.
- Qrffffaaaa, otwierać natychmiast!!!! Jam Geralt Wiedźmin!!!
Wrota drgnęły i zaczeły się powoli rozsuwać.
Lestat
Zaleciało łajnem i spalenizną, w szparze ukazał się obśliniony i
ujadający pysk wychudłego psa, zaraz po nim, trochę wyżej wyjrzała twarz,
trochę tylko mniej obśliniona ale nie mniej wystraszona i wychudła.
- Wszelki duch... wiedźmin... - wybełkotala twarz, ta wyżej.
- A kogo sie spodziewaliście? Ducha? Noc się zbliża, zjeść coś chcę i
napić czego, kawałek dachu nad głową, to wszystko czego mi trzeba,
zapłacę.
- Prosiemy, prosiemy ... po wójta nynie skoczę, prosiemy...
Wrota rozwarły się szerzej, pies zniknął zmieciony silnym zamachem
gołej stopy. Smród spalenizny nasilił się.
- Pożar jakiś mieliście?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi, kmiot już pędził do jedynej w
grodzie chaty o murowanych ścianach.
Bierdol
Wiedźmin trochę nerwowo rozejrzał się dookoła.
- Shit, znowu mnie autor pakuje w jakieś gówno - zamruczał pod nosem.
Medalion na jego piersi wydał słaby pisk aprobaty. Tymczasem od
strony chałupy podążał już w kierunku Geralta wójt Znikeron kłaniając mu
się w pas już z daleka.
- Witajcie mości panie, witajcie, ran waszych, tfu..., stóp waszych
nie godzien całować, czegóż szukacie w naszych niskich progach? -
płaszczył się Znikeron.
- Żrec! - krótko i po żołniersku wyraził swoje pragnienia wiedźmin.
- Natychmiast! - raźno odpowiedział wójt, klasnął w dłonie i przed
Geraltem pojawił sie Stolik, Ktory Sam Sie Nakrył.
Przez moment patrzyli na niego w milczeniu, wiedźmin z dezaprobatą,
wójt z paniką w oczach.
- Wrrrrróć! - warknął Geralt - To nie ta bajka, a poza tym on się
miał nakryć żarciem, a nie kopytami!
- Wybaczcie miłościwy panie, wczoraj kto inny o mnie pisał, wszystko
mi sie pieprzy, zapraszam do siebie na wieczerzę - zaczął się tłumaczyć
główny kmiotek.
- Dobra, dobra, no to idziemy, ale powiedzcie co tu tak smierdzi, co?
Wójt szybko odwrócił oczy.
Lestat
- Nie ma to tamto że boli, przed wami, wiedźminie to się nic nie
ukryje. - Wzdechnął wójt, a zapach jego "wzdecha" już nasunął Geraltowi
pewną myśl.
- Ten dym i "bardaszany cap" to tylko kamuflaż? - z uśmiechem rzucił
Geralt.
- Jaki tam "karmuflasz", Panie - rzucił wójt - bylo tak, zima idzie,
mróz ściska, że koty pierdzą, trochę zajzajeru trza bylo nagotować. A to
żeby plecy natrzeć, a to na syfy na mordach..., no wiecie jak jest,
światowy z was człek.
Opowiesc przerwal niecodzienny widok. Z pomiędzy chat dwóch chłopów
wyciągnęło za rece wyrywajacą się dziewuchę. Na widok wójta i obcego naraz
ją puścili i pogwizdujac z rękami splecionymi na plecach i wzrokiem
utkwionym w nieobecne na niebie ptaki odeszli pomiędzy chałupy.
Dziewka podbiegła do wójta i poczęła wrzeszczeć.
- Wójcie, wójcie, znowu rury zapchało! Szybko!!!
Chwilę potem rozległ się poteżny huk BUUUUUMMMMMMM!!!!!
- No tak... - pokiwał głową posmutniały jeszcze bardziej wójt -
kolejny kibel poszedł w eter... kolejne balony zacieru poszły się
je... zuuuu! Jak my tą zimę przetrzymiem?! - lamentował Znikeron.
- A wszysto przez te ślamdziungwy, panie wiedźminie, uwziuny się na
nas!
No tak, znowu... - pomyślał Geralt - niech ja kiedy dorwę tych
maniaków co to z nudów wymyślają te historie...
Bierdol
...a w dodatku ślamdziungwy! Co to qrna jest?!?! Zaklął szpetnie pod
nosem i sięgnął do swojego wiedźmińskiego plecaczka ze skaju, z którego
wydobył specjalną, numerowaną, 12-tomową edycję dzieła "Potwory Dla
Opornych", noszącą ślady częstego używania. Troszkę czasu zabrało mu
znalezienie tomu zawierającego potwory na ś (zawsze miał kłopoty z
ś,ć,ż,ł,ą,ę,ó ponieważ książka była napisana w ISO8859-2, a on dekodował z
definicji w Starej Mowie), ale już za chwilę wodził paluchem po właściwych
wersach. "ślamdziungwa - (w Starej Mowie - ślamdziungwa) - a bo my wiemy
co to jest, sam se sprawdź!!!"
- Taaaa, to by było na tyle jeśli chodzi o źródła - westchnął
wiedźmin.
Tymczasem wójt Znikeron wpatrywał się tępo w książkę trzymaną przez
Geralta.
- Ccccco ttto? - wyjąkał.
- To? Książka - padła odpowiedź.
- Książka?!?! Ależ panie! Słyszałem o książkach, ale mam w chałupie
kompika ze stałym podpięciem do sieci. Tam wszystko znajdziecie!
- Eeee, nie wierzę w te wynalazki - sceptycznie odniósł się do
błogosławieństwa internetu wiedźmin - Dobra! Co proponujecie za pozbycie
się ślamdziungw, cokolwiek by to nie bylo?
- No to chodźmy obgadać sprawę przy wieczerzy - rzekł Znikeron,
szerokim gestem zapraszając wiedźmina do chaty i lekkim kopnięciem
odpychając dziewkę, która probowała wleźć do wnętrza razem z nimi.
Lestat
W chacie wójta też "jechało" jak gnomowi z pępka ale cap ten łamał
się z bardziej przyjaznym aromatem podgardła wędzonego z syropem klonowym
na papryce kandyzowanej.
- Ot, kuchnia regionalna, no to dawajcie wójcie tę michę. A zasmażki
dajcie z bitą śmietaną dużo!
Geralt rozsiadł się za ławą i kątem oka zauważył ruch, właściwie
tylko ruchu cień, a właściwie to chyba nic nie widział tylko z glodu
postacie z kreskówek mu przed oczami latały, pomiędzy czarnymi plamkami,
zręcznie je omijajac.
- Nie, tam coś jest - pomyślał - może to ta ślamdziungwa co to
wężownice od bibrowni zapycha, zaraz się przekonamy...
Szybkim rzutem ciała znalazł się w rogu izby, ale po chwili
zorientował się, że to nie ten róg, wiec tygryskiem przeskoczył pod
przeciwległy.
- Ech, starzeję się... - pomyślał i zamknął na oślep dłonie na tym
czymś chowającym się w cieniu.
- Pomiłujcie Panie!!! Nie bijcie! Wytłumaczcie!!! Laboga! Matulu,
Tatulu! Wiedźmuch mnie ucapiiiiiillll!!!!
Wrzask zmroził Geraltowi krew w żyłach - Zamknij ryja! Kiego się
drzesz?! Krzywdy ci nie zrobię, wychodź z kąta!
Najpierw z ciemności pokazała się twarzyczka, chyba dziecięca ale to
należało raczej do domysłów zważywszy na plątaninę kłaków i grubą warstwę
brudu, sadzy i (chyba) resztek owsianki.
- Jam wójtowy syn, Misiomor ... - z drżeniem wyszeptała twarzyczka -
a wy jesteście wiedźmuch co dzieci porywa i je potworzy?
- Kto ci takich pierdół naopowiadał? Czy ja wyglądam na potwora?
Powiedz mi lepiej, smarku, co tu u was się dzieje? ... I mordę wytrzyj bo
na razie tylko z imienia wnoszę żeś chłopcem.
- ŚLAMDZINGWY Panie, nas opadły, Burka mi zeżarły, tatulowi ynteresa
psowaja a matuli pachnidła wypijają. Kowalową pono wydydkały, hi hi hi, i
wygudki nam wybuchlyyyyy - jednym tchem wyrecytował smarkacz i adekwatnie
do swego miana zakończył wypowiedź taaaaaakim pociągnięciem nosa że chyba
jednocześnie pięty sobie odszlamił...
Bierdol
- No dobra - mruknął wiedźmin - cho no teraz do stołu.
- Gdzie! Do stołu?!?! On juże jadł w tym tygodniu, wystarczy! -
zawarczał Znikeron.
Wieczerza przebiegła spokojnie, aczkolwiek Geralt musiał momentami
korzystać ze swoich wiedźmińskich zdolności aby złapać kawałki mięsa chyżo
spieprzające z talerza. Po kolacji wójt wskazał Geraltowi jego izbę i
wiedźmin uwalił się na spoczynek.
- Jeszcze tylko papierosek przed snem - westchnął błogo - a jutro z
rana wezmę się za te ślamdziungwy.
Wiedzmin właśnie zaczynał śnić cyfry jakie wypadną w najbliższym
losowaniu CML-u (Cesarski Monopol Loteryjny), kiedy poczuł, że ktoś mu się
gramoli do wyra.
- Kto tu? Co tu? - wrzasnął - wyciągając spod poduszki miecz, dwa
sztylety i UZI.
- A cichojcie, to ja, wójtowa - dobiegł go szept.
- A wy tu czego?
- U nas taki zwyczaj - łgała baba - gościowi oferuje się wszystko co
gospodarz ma w domu, jak u tych..., nooo... Seksimosow.
- To czego mam byc cicho?
- A bo małżonek jakiś nieprzekonany do tego zwyczaju - gadała kobieta
majstrując Geraltowi przy rozporku.
- Zara, zara - wiedźmin westchnął i odsunął wójtową od siebie - nic z
tego nie będzie.
- Dlaczego? Co wy panie, jakiś nie tegeś?
- Tegeś, tegeś, ale widzicie... ja... hmm.. ja.. eee... tylko z
czarodziejkami mogę.
- Tylko?!??!
- No tak, taka dola. Słyszeliście, żeby kiedy wiedźmin się zabawiał z
jakąś prostą kobietą z ludu? Nie? No właśnie. I to nie dlatego, że nie
chcem, tylko konstrukcja taka. Nie ma magii, nie stoi! No chyba żeby jakiś
miły chłopaczek - rozmarzył się nieoczekiwanie wiedźmin.
- Bez magii nie da rady, mówicie? - zmartwiła się kobiecina - ale ja
podobno wręcz magicznie robię laskę.
- A co mi po waszej lasce - zdenerwował się Geralt - laskawczyni się
znalazła!!! - zaburczał.
- Laskę, nie l(/)askę robie magicznie!!!! Rozumiecie co się do was
mowi??? Laskę!! - dla odmiany wkurzyła się wójtowa.
- Hmmm.. no dobra, spróbujemy - zgodził się l(/)askawie wiedźmin.
(He, he, nic z tego zboczeńcy.......)
Geralt obudził się o świcie. Z niesmakiem wspomniał wydarzenia
ostatniej nocy i po raz n-ty przeklął swoje wiedźminskie pochodzenie -
Żeby normalny wiedźmin nie mógł z gołą babą w win... łóżku...... -
zaszlochał bezgłośnie, ale zaraz przerwał bo to co pomyślał wydało mu się
skądś znajme. Chwilę szukał źródła w pamięci, ale w końcu to olał.
- Dobra, idę wytłuc te ślamdziungwy, przynajmniej w tym jestem niezły
- pocieszył się i zaczął przygotowywać się do walki. Umył i uczesał włosy,
podcieniował sobie oczy, pociągnął pomadką po ustach i umalował paznokcie.
- Jestem ready!!!! - gromko zakrzyknął wychodząc z chaty na podwórze
i malowniczo wypieprzył się prosto w wielką kałużę zaraz za progiem.
Lestat
* * *
- Dżizus, mój łeb... - szept dobiegał jakby z oddali, poprzez szarą
mgiełkę oparów Burbozura, najmocniejszego gatunku krasnoludzkiego piwa.
Spod sterty kapot i waciaków ktoś zaintonował:
Jontek się wypreeeeeeżył!
gumka mu strzeliiiiiła!
gacie mu opaaaaaaadły!
niczego tam niiiii ma!
- Laskier! Jak cię zara lunę to sie glutem owiniesz! Zamknij się!
Sterta odzieży się poruszyła. Niczym ślimak z muszli wypełzł Laskier,
wokalista ludowej kapeli "Szaza und Przeraza Bend", aktualnie na urlopie,
to znaczy przymusowym urlopie, a raczej w trakcie ucieczki przed innymi
członkami grupy. Cóż, dobrym charakterem się cechował i nikomu nie
potrafił odmowić, tym bardziej pięknej Mariannie "co lubi w wannie",
przodownicy pracy Kółka Ladacznic Miejskich... i cała wspólna kiesa poszła
się je... jeszcze do tego wrócimy.
- Ech, wy leszcze barowe - odrzekł Laskier, przeciągając się w
akompaniamencie trzasku stawów i eksplozji gazów. - I to ma być wesele?
Piąta rano a tu wszystko leży zdedowane jak po jakim pomorze. Hańba to dla
mnie śpiewać na takich weselach, mi, któremu królowie i książęta ucha
nadstawiali. No, ale lubie Was i doceńcie to. Trza mi zapłatę odebrać i w
drogę ruszać. Gdzie jest gospodarz?
- Jaką zapłatę?! - odezwał się gospodarz, czyli ojciec pana młodego -
chyba żeście się, bardzie, przez ścianę z głupim macali. Umawialiśmy sie
na 100 dudlikow, a przeżarliście i przechlaliście ze 300 albo i lepiej. O
nadwyrężonej opinii druhny i jej matki nie wspomnę!
- No dobra, spoko, jakoś się dogadamy. Kopsnijcie pięćdziesiątkę i
będziemy kwita, och, za dobry jestem, tak dać się wykorzystywać...
- O wykorzystywaniu to mi lepiej nic nie wspominajcie. Bo mi o
wykorzystywaniu okazji i gwałcie na nieletnim to mój młodszy syn coś
napominał, alem do szkół nie chodził i ni kuta go nie rozumiem, ale minę
miał nietęgą, okrakiem chodził i ze strachem za toba wypatrywał.
- Eeee... no to miło było, szacuneczek, co złego to nie ja, Hvala
liepa i bywajcie.
Nim gospodarz zdążył jeszcze wspomieć o swojej kozie co od rana na
widok każdego człowieka w czerwonych rajstopach na dupę siada, Laskier był
już na trakcie. Jeszcze tylko przez chwilę przez zarośla, drzewa i tumany
traktowego pyłu, oczy ojca pana młodego wyławiały mignięcia czerwieni
Lasierowych rajstop.
Bierdol
* * *
Gromadka wiejskich dzieci grających w scrable w pobliżu chaty wójta,
na widok wiedźmina lądującego w kałuży zawyła beztroskim śmiechem.
- Ja wam dam podśmiechujki - pomyślał wściekłe Geralt gramoląc się z
błota.
Wyciągnął UZI i pociągnął krótką serią po bachorach. Ku jego
sytysfakcji śmiech ucichł na dobre.
- O żesz w mordę... - krzywił się Geralt ścierając błoto z twarzy -
cały makijaż poszedł się zajączkować, jak ja się ludziom na oczy pokażę.
Pozbierał się w końcu jednak jakoś do kupy i poszedł w kierunku
najbliższej studzienki kanalizacyjnej, cwanie kombinując, że tą drogą
najłatwiej dotrze do legowiska śląmdziungwy. Już po chwili odsuwał właz i
powoli, nieufnie opuścił się w półmrok kanału.
- Jest tu kto? - zawałał na próbe, głównie dlatego, że nic innego mu
do głowy nie przychodziło. Postąpił naprzód, wodząc lufą pistoletu
maszynowego po oślizgłych ścianach. Nie podobało mu się to miejsce. Oj
nie. Przed oczyma stanęła mu piwnica w rodzinnym domu w Indiana, gdzie
ojczym zamykał go za karę, kiedy łapał go na ogladaniu pornograficznych
drzeworytów.
Coś zabulgotało w płytkiej cieczy przez która stąpał. Drgnął, po
plecach przebiegł mu dreszcz niczym stado prusaków o drugiej rano przez
podłogę kuchni w akademiku. Szybko przeleciał w myślach dostępne
uzbrojenie. Miecz świetlny, kusza, dwa Stingery i samobieżne działko
przeciwlotnicze "Szylka". Nieeeee, zdecydował, że chwilowo zostanie przy
małym i poręcznym UZI. Nagle medalion na jego piersi drgnął i zagadał.
- Spierdalaj.
- Co?
- No spierdalaj z tego miejsca łosiu, bo stoisz pod wójtowym kiblem i
Znikeron ci zaraz nasra na te białe pióra - z lekkim zniecierpliwieniem
wyskrzeczał medalion.
Dramatyczny skok Geralt wykonał w ostatniej chwili.
- Ufff, blisko bylo....
Posunął się jeszcze parę metrów do przodu.
Lestat
* * *
Tam na poooolu kole stoga
Dziewczę seeee urąga
Zara miła cię pocieeeeeszę
Przy pomocy drąga!
A jak skrzyyyyykniesz koleżanki
Z ichnimi matkaaaami
To urzoooooondzim widowisko
Grupenseks z fotkami!
- Co jest? Co za cholera?!
Balladę rzewno-drastyczną przerwała Laskierowi zjawa wyłaniająca się
z pobliskich krzaków. A zjawa to była iście zjawliwa, na wpół
przezroczysta, sunąca stopę nad powierzchnią traktu.
- Laskier, trzymaj się ty i twoje zwieracze. - Upomniał siebie i nie
tylko siebie bard. Nagle zjawa przemówiła.
- Laskier, ty ciućmodruchu zapowietrzony, ty ciulu huculski, ty
berbeluchu żołędny...
- Ja też cię witam uniżenie zjawo, i takoż o zdrowie pytam.
- Jakie zdrowie jełopie? Nie wierzyłam jak mi opowiadano o twej
tępocie, ale przyznać muszę, że nie przesadzili. Jak można pytać zjawę,
czyli ducha o zdrowie???
- Noooo, ja tak z grzeczności, w końcu jestem wykształ...
- Milcz i słuchaj! - Przerwała mu zjawa. - Gdzie jedźiesz?!
- Ja?
- No Ty! Ty! Przecież z twoim koniem nie rozmawiam, tylko z tobą!
Pewnie z nim by łatwiej było... Jeszcze raz pytam, dokąd jedziesz?
- Ja?... Eeee... to znaczy do Łódźbergu jadę, tak, do Łódźbergu!
- Po kiego grzyba ?
- No jak to? Na Festiwal Pieśni Bitewnych "Sztacheta Miting"
- Daj se spokój, masz misję dziejową, nie będę tłumaczyła dlaczego
akurat ty, bo sama nie wiem i szczerze podziwiam odwagę tego co tym całym
bałaganem na tym padole kręci. Padło na ciebie i już. Pojedziesz na
rozstaje dróg, za stojącym tam GS-em (Gospoda Samostojąca) skręcisz w
lewo, pojedziesz dwa i pół dnia prosto jak źrebak nasikał, potem kole
"Trupiego Dola" skręcisz w prawo, nadążasz? Notuj sobie bo nie będę
powtarzać, zaraz znikam. Jak już skręcisz to zaraz pewnie, sieroto,
wpadniesz w zasadzkę Zbója-Kluja. Uratuje Cię z jego łap i lędźwi nadobna
Krycha-Zdzicha Dwojga Imion Co Pod Okiem Nosi Limon, też bandytka
niespożyta o obyczajach od puchu lżejszych, ale z nią się jakoś dogadasz.
- Ale jak mam się z nią dogadać? Słyszę, że wszystko z góry
przewidziane to mi powiedz!
- Siedz cicho i słuchaj jak trawa rośnie! Jak mam napisane tak
czytam! Powtarzam "z nią się jakoś dogadasz". Ona wskaże ci drogę do
wiedźmina Geralta i już razem będziecie świrować coby świat ocalić i
wstydu nie przynieść. A to się ma stać na wniosek autorów, bo im głupio
pisać tak oddzielnie. No dobra, to ja spadam a ty wdyrdy ruszaj bo
przygody czekają na cię!
I... zjawa jak się zjawiła tak znikła, o!
Laskier po chwili pokręcił głową rozpraszając złe myśli, co mu były
do łba przyszły i ruszył dalej podśpiewując.
Miła moooooja kochaneczko
Dajże mi swej moooordki
A ja dam Ci co inneeeeego
Tylko zdejmę portki.
Bierdol
* * *
Prosty do tej pory korytarz skręcił ostro w lewo i przeobraził się w
obszerną grotę wypłukaną przez nieczystości przepływające tędy w przeciągu
ostatnich paru wieków. Nooo... paru dziesiatków lat, noooo... niech
będzie, że w przeciągu ostatnich kilku lat. Wiedźmin minął zakręt i jego
oczom ukazał się środek pieczary
- Jeeeeeee.....khhhhh... - zatkało go - khhhh...!!!!! To musi byc ta
ślamdziungwa!!! - pomyślał gorączkowo.
W centrum groty stało COŚ. Wielkie i brzydkie. Wyglądało jak
skrzyżowanie ośmiornicy z autobusem Jelcz. Spokojnie piło wodę wypływającą
cienką stróżką z podłoża.
- Samiec - stwierdził Geralt, spoglądając z lekką zazdrością w niższe
partie stwora. Nie myśląc wiele, jak zwykle zresztą, wygarnął w cielsko
cały magazynek. Pociski nieszkodliwie odbiły się od grubej skóry potwora.
Ślamdziungw leniwie odwrócił głowę w kierunku przybyłego.
- Pojebało cię? Wody się nie można spokojnie napić? - zahuczał
łagodnie.
- Eeeee.... sorki, noooo... ale..... - zaczął się plątać wiedźmin.
- Ty jakiś nietutejszy? - kontynuował ośmiornicoautobusowaty - chcesz
mieć problemy z Zielonymi, albo z Greenpeace? Jakiś nieszcześliwy jesteś.
- zakończył z niesmakiem.
- Ja jestem wiedźmin Geralt!!! Mam na ciebie zlecenie - zdobył się na
odwagę Geralt.
- Pokaż.
- Niby co?
- No, zlecenie pokaż, chcę zobaczyć, kto wydał, kto potwierdził, a
poza tym twoje pozwolenie na broń i świadectwo niekaralności.
- Teraz to chyba ciebie pojebało - złość w wiedźminie przełamała
strach i zaskoczenie - kto by się tam w papierki bawił... A w ogóle to
powiedz jak mam się do ciebie zwracać, bo głupio tak bezosobo...
bezpotworowo - dokończył.
- A przepraszam, gdzież moje maniery - potwór wyraźnie się spłoszył i
choć to prawie niemożliwe, lekko się zaczerwienił - Jowyga Ruchama jestem,
ale mów mi Jowy, jak wszyscy.
- No to słuchaj Jowy, wójt Znikeron wydał na ciebie wyrok, a ja muszę
go wykanać - twardo rzekł wiedźmin sięgajac do plecaczka po stingera.
- Zara, moment, nie masz papierka to powiedz chociaż za co, a tak
nawiasem mówiąc to tego stingera możesz sobie w rzyć wsadzić, jestem
zimnokrwisty, nie dasz rady namierzyć się na źródło ciepła - ostudził
zapał Geralta Jowy.
- Zarzutów było sporo, ale głównie to mu chodziło o to, że
bimbrownice im szlag przez ciebie trafia. - wyłuszczył wiedźmin, z żalem
rezygnując z rakiety.
- Taaa, cholera, wiedziałem że się w końcu do tego dopieprzą. -
zacukał się stwór - A myślisz, że w tym syfie to tak łatwo o suchym pysku
wytrzymać?
- No, ale nie musisz chyba wszystkiego rozwalić, podebrałbyś trochę,
to może nawet by nie zwrócili uwagi i miałbyś spokój.
- To niechcący, myślisz że tymi łapami - Jowy zamachał kończynami,
które pacnęły o podłoże z ohydnym mlaśnięciem - wiele można zdziałać?
- Co robimy? - twarz Geralta przybrała rzadki u niego wyraz
zamyślenia charakteryzujący się wytrzeszczem oczu i pofałdowaniem czoła w
głębokie bruzdy.
- Zrobimy tak... - powiedział Jowy, zwalniając tym samym wiedźmina z
niewdzięcznego zajęcia.
Lestat
* * *
- Hej! Jest tamuj kto?! - Laskier zaczynał się już z lekka wkurzać.
- Hej! Otwierać kmioty jedne!!! No tak, artysta przyjechał, a
chamstwo pewnie pijane w barłogach leży. No żesz kurza wasza twarzycha!
Laskier stał przestępując z nogi na nogę przed bramą podupadłego
grodka, choć zastanawiał się czy ta kupa belek i szmat kiedykolwiek miała
dni świetności... Laskier, piewca koronowanych głów, rezydent na dworach
królewskich, wykładowca Pieśni Barowych na Akademii Muzycznej stał
obdarty, posiniaczony i CHCIAŁO MU SIĘ! A przecież nie pójdzie w byle
krzaki, nieee?!!!
- A narobię wam tu, zobaczycie, wy cwoki z gnojem na łydkach! I
wszędzie rozgłosze, że... Nie dokończył gdyż wrota przeraźliwie
skrzypnęły i poczęły się otwierać...
- Won!!! Krzyknął potrącając coś szarego i kosmatego, wbiegł na
dziedziniec i począł się panicznie rozglądać za budowlą o znajomych
kształtach z wyciętym serduszkiem na drzwiach.
- Jest!!! Konia rozkulbaczyć! Wiadro browca i golonka z chrzanem! -
zaordynował w biegu.
...
- Ooooooooo... Taaaaaa... - Rozchylił powieki z błogim uśmiechem na
twarzy - Co ja takiego żarłem???
Pociągnął nosem i mało się nie zwalił z podestu, a pająk konsumujący
właśnie tłustą muchę nad Laskierową głową, w agonii podkurczył odnóża i
krzyknął po pajączemu.
- "Nie przy jedzeniuuuuuu... ggghhhhhhh...."
Czego oczywiście nasz dzielny bard nie usłyszał...
Oprocz dobrze znanych odgłosów do uszu Laskiera dotarły dźwięki
cokolwiek odmienne, nie pasujące do okoliczności, a dobiegające spod
niego.
"Co robimy?"
"Zrobimy tak..."
Laskier zbladl...
- Co, a raczej kogo ja zezarlem...
Bierdol
W tym momencie mocno nadwyrężone deski sraczyka nie wytrzymały i
pękły z przerażającym trzaskiem. Na nic zdały się desperackie próby
Laskiera utrzymania się na górze za pomocą paznokci wbitych w boczne
ścianki wygódki i okręcenia języka wokół haczyka do drzwi. Siła
przyciągania ziemskiego jest nieubłagana i bard miał przekonać się o tym
na własnej skórze.
Natomiast Geralt nigdy nie miał sie dowiedzieć jak Jowy wyobrażał
sobie rozwiązanie problemu tyczącego się wioskowych zapasów bimbru na
zimę. W momencie kiedy potwór już miał podzielić się z nim swym
błyskotliwym, niewątpliwie pomysłem, ze stropu jaskini dobiegł ich
najpierw okrutny smród, później straszny trzask, łomot i przeszywający
uszy wrzask. Tego serce 247 letniego Jowy'ego Ruchamy nie wytrzymało. Nie
pomógł nawet rozrusznik, który kiedyś magister Rel Igiusz z Akademii
Medycznej w Kopydłowie Dolnym, wymontował w przyplywie dobroci ze
swojego, prawie nowego, 14 letniego trabanta i wstawił stworowi. Jowy
zatrzepotał odnóżami, smarknął, beknął, no po prostu wziął i wykitował.
Geralt nie wykitował tylko dlatego, że ze strachu zapomniał jak sie to
robi. Po chwili (jakiś 15 minutach) otrząsnął się jednak deko i na
drżących nogach podszedł do tego czegoś co raczyło (ta myśl zaczęła mu
właśnie świtać) załatwić kontrakt za niego. Zbliżył się ostrożnie,
spojrzał, nie uwierzył, spojrzał jeszcze raz.
- Laskier?!?!?!?!
Delikatnie wymierzył cucącego kopa w śliczny pysk barda, zupełnie
nieświadomie przeżywając drżenie rozkoszy na myśl, o chociaż lekkim
uszkodzeniu tej ślicznej buźki.
- Laskier?!?!?! Ty miałki waflu, to na prawdę ty?!?!?!?! - nie mógł
uwierzyć wiedźmin.
- Ja chyba umarłem - myślał gorączkowo Laskier - i trafiłem prosto do
piekła czy innego Hadesu, ja znam ten głos, to ten błazen Geralt, qrna,
przepowiednia zjawy niby była, ale miałem go spotkać po jakiś tam
przygodach, a nie za pierwszą potrzebą skorzystania z kibla. Ja nie kcem,
buuuu.........
- Wstawaj ciećwierzu, przeca widzę, że dychasz - Geralt poczuł się
zdecydowanie pewniej - co ty tutaj robisz, do stu par parchatych
bierdronek, tfu, biedronek. Ostatnio widziałem cię ze dwa miechy temu w
knajpie w Warszogrodzie.
- Taaaaaaa!!!!! W Warszogrodzie!!!!! Ty blaszany odbycie!!!!! - bard
błyskawicznie doszedł do siebie - Ty łachmyto kopany, ty glizdawcu robiony
na parapecie, zostawiłeś mnie tam z niezapłaconym rachunkiem za oberżę i
jeszcze mi, świnio garbata, konia podpieprzyłeś.
- Oooo tam, ale ty jesteś pamiętliwy i małostkowy - obruszył się do
żywego wiedźmin - musiałem szybko spadać z miasta, bo jakieś kmiotki
wymyśliły sobie, że wziąłem kasę za załatwienie wampira, a się niby nie
wywiązałem.
- A wywiązałeś się?!?!?!
- No nie, co ja, jakiś gupi jestem? Okazało się że jest Wyższego
Rzędu, jeszcze nie zwariowałem, żeby z takim zaczynać. Siedliśmy,
pogadaliśmy, popiliśmy, miło było - odpowiedział Geralt.
- Co piliście - nieufnie spytał bard.
- Aaa taaam, nieważne...
- No dobra, a to, to co tam leży? - Laskier wskazał na ciało
Jowy'ego.
- To, to moja ostatnia zdobycz. Właśnie się z nim rozprawiłem, kiedy
zdydowałeś się tu do nas zawitać - zełgał wiedźmin bezczelnie.
Lestat
- Wcale mi spieszno nie było, jeeeej, chodźmy stąd... a ja myślałem
że to tam na górze capi...
Ogien wesoło trzaskał, równie przyjemnie jak tłuszcz z piękącego się
nad nim łosia, którego Geralt powalił na kolację znakiem runiczno-bojowym
ZUKH (Zarąbiaszczy Uścisk Klanu Hihota). Była pogodna, ciepła i
gwiaździsta noc.
- Ćwoku... - zagaił wiedźmin.
- Czego? - spytał bard domyślając się o kogo chodzi.
- Zostało jeszcze trochę "winka" w bukłaku?
Pieknym łukiem pojemnik z łatwopalnym płynem poszybował nad
ogniskiem.
- Dajcie i mnie, trochę się odwodniłam.
- Kto to powiedział - zaniepokoil się Laskier - Geralt, to ciebie tak
pogięło?
- To nie ja, myślałem że to ciebie muli, trochę już wypiłeś. Skoro to
nie ty ani nie ja... - szare komórki Geralta poszły w ruch, jedna
pobudziła drugą, ta zaś bzykła prądem trzecią, trzecia z kolei... pierwszą
bo czwarta zeżarta była już alkocholem.
- To ja, mośki plamiste, wasz łosiu, wieczerza wasza, gorąco tu.
- Ja bierdolę, gadający łosiu! Geralt, trzepnij go, bo ja go później
do ust nie wezmę!
- Wigilia była, no dajcie łyka... A w ogóle to jak już siedzimy... to
znaczy wy siedzicie, a ja wiszę przy wspólnym ognisku, to może brudzia? -
z pewną taką nieśmiałością spytał łosiu.
- Ja z jedzeniem się nie bratam, co, ja jakiś fetyszysta??? A w ogóle
to po jakiego grzyba sie odzywasz i apetyt psujesz. Nieeee no, Geralt,
trzepnij go!
Geralt się nie odzywał, nadal roztrząsał ważki problem o naturze
egzystencjonalnej "skoro to nie Laskier i nie ja... to kto", z zamyślenia
wyrwało go dopiero uderzenie w potylicę. Tu nie trzeba było myśleć,
zadziałał instynkt. Zerwał się na równe nogi, odchylił się w tył, złapał
rękami to coś co go uderzyło, wywalił z bani i... zwalił się na glebę.
- Ech, Geralt, pomyśl najpierw, a później wal z bani. Chciałeś zwalić
ze łba łosia? Pocieszny jesteś...- roześmial się Laskier.
W trakcie jak trwała szaleńcza gonitwa myśli w głowie wiedźmina,
łosiu sam zsunął się z rożna. Pragnąc zwrócić na siebie uwagę i rozproszyć
myśli Geralta, które groziły wylewem, puknął go porożem w czachę.
Zasiedli wszyscy kręgiem wokół ogniska. Dziwny to był zaiste widok,
wiedźmin jak zawsze skupiony i posępny, masujący głowę, bard z oczami jak
niezabudki i policzkami czerwonymi jak lampy burdelu oraz łosiu
oskórowany, podpieczony, spływający tłuszczem i całkiem... apetycznie
wygladajacy.
Pierwszy odezwał się łosiu.
- A widzisz Laskier, śmierdzielu? Mówilam, że się spotkasz z
Geraltem. Jestem zjawa Zjawlinka-Znikulinka, wcieliłam się w tego łosia
sposobem automagicznym by wam przekazać kolejne wyroki bogów. A nie
wystepuję w smojej normalnej postaci bo mnie znowu szarpidrucie olejesz...
- Ja Ciebie nie olałem wtedy na trakcie, tylko pomyślałem że może
mnie z kimś pomyliłaś. No wiesz... rozumiesz... ja się do takich przygód
nie nadaję. Najchętniej to bym się z tego opowiadania wypisał, ale autorzy
jakiegoś podania żądają, czy cuś takie...
- Laskier, jesteś postacią komiczną i moim zdaniem zbędną, zgadzam
się, ale jakiś palant zawsze musi być, dla kolorytu.
- Zaraz... - odezwał się wreszcie Geralt. - Ale o co właściwie
chodzi? Bo ja ni ku ku nie kumam ! (Też mi nowina...- autor). Jeżdżę se,
potwory szlachtuję, kase zgarniam, przepijam i... dalej se jadę. A tu
jakieś misje dziejowe? Światów ratowanie? A profit jakiś z tego będzie, a?
- Ty mi tu Geralt konwencji nie łam! Pozytywna postać jesteś!
- obruszył się łosiu, aż tłuszcz ochłapał naszych bohaterów.
- Laskier? - spytał wiedźmin barda. - Czy on.. to znaczy ona mnie
czasem nie obraża?
Leskier już spał, dosyć miał wrażeń jak na jeden dzień. Przykrył
głowę siodłem i przeniósł się w ramiona Morfeliny, patronki sennych
polucji.
- Ja Ci to zaraz wyłożę, Geralt, jest tak...
Bierdol
...ty to nie jesteś taki pierwszy lepszy wiedźmin. Jesteś
zdecydowanie gorszy, ale nie wiedzieć czemu zostałeś wybrany.
- Wybarany?! Przez kogo?!
- Oj, w dupę, a ja wiem przez kogo?!?!!? - zdżażnił się zjawo-łoś -
tak sie mówi, nie?
- A chociaż do czego, można wiedzieć? - wiedźminowi coraz mniej
podobało się to co słyszał.
- To nie jest taka prosta sprawa... - zjawa dramatycznie zawiesila
głos - słyszałeś kiedyś o Dziecku Niespodziance?
- Nieeeeeee, no nieeeeee, to na pewna to wiedźma... eee. czarodziejka
Renifer cię nasłała - Geralt zerwał się na nogi i nerwowo począł
przechadzać się wokół ogniska. - To suka, to małpa, a mówiła, że się
zabezpieczyła, że wszystko OK, a teraz mi psia mać z "niespodzianką"
wyjeżdża. Powiedz tej...., powiedz jej, że wała! Nie będę płacił. A proces
o ojcostwo to jej bokiem wyjdzie!! - wściekał się wiedźmin.
Losiu rozchichotał się tak, że podpieczona skóra zaczęła mu pękać na
brzuchu.
- Oj, nie mogę, buhahaha, ten mosiek myśli, że mógłby zrobić dziecko
czarodziejce, oj, hihihihi, nie dość, że Renifer do tej pory nie może
odżałować, że się tak schlała, że cię do wyra dopuściła, to ten jeszcze z
takimi teoriami wyjeżdża, hahahahaha - nie mogła się opanować zjawa.
- No co, no co - oburzył się Geralt dotknięty do żywego - Wcale nie
była taka pijana, no może troszkę...
- Trooooszke, trooooooooszke, hihihi, była tak nawalona, że pomyliła
cię z Księciem Niemcamii Her Kulesem. Jak ona mogła to zrobić, to ja nie
wiem naprawdę, nieważne, fartnęło ci się, sprawa jest inna. Dziecko
Niespodzianka to kryptonim ścisle tajnej operacji przeprowadzanej wspólnie
przez połączone siły wywiadów; cesarskiego (CIA - Cesarscy Informatorzy
Altruistyczni) i radwańskiego, naszego południowego sąsiada (KGB -
Kablowanie Gwarantuje Byt). Operacja wymierzona jest przeciwko najrzadszym
i najbardziej niebezpiecznym okazom fauny potworzastej zamieszkującej te
krainy. Ma być przeprowadzona na szeroką skalę, z użyciem oddziałów
wojska, gazów bojowych, itp, itd. Część stworów ma być odłowiona i
posprzedawana za grubą kasę za ocean, albo, też nie za darmo, pokazywana w
Ogrodach Potworologicznych, reszta - kaput. - łosiu zakończył, spojrzał na
swoje już ładnie przypieczone udko, odłamał kawałek i począł z apetytem
pałaszować.
- Ty, daj gryza, nic nie jadłem, bo zwiałeś z rożna - wypomniał mu
wiedźmin.
- A proszę cię uprzejmie, z prawego, z lewego?
- Z lewego - zaordynował Geralt, po czym, już wgryzając się w mięso
zapytał.
- A co mnie do tego wszystkiego?
- No co za głupek!!!!!! No nie mogę.... - zalamentowała zjawa -
przecież, matołku, jak ci potwory wybiją, to co będziesz robił, skąd forsę
na wódeczkę weźmiesz, co? Co prawda wiedźmin to z ciebie taki, jak koziej
dupy lódź podwodna, no, ale zawsze wiedźmin i jakieś kmioty cię tam od
czasu do czasy wynajmują.
- No, no!!! Wiedźmin ci ja!! Pełną gębą!!! Próbe Traw przeszedłem -
zaprotestwał oburzony Geralt.
- Aaaaa taaam, taką Próbe Traw ta ja z przyjaciółkami co tydzień
sobie robię. Też mi problem! Phi! Po skręcie na twarz wypalić. Ale
próba..... - z pogardą skomentowała zjawa odrzucając obgryzionego gnata i
zabrała się żeberka.
- Zaraz znikniesz - ostrzegł wiedźmin.
- Pewnie, że zniknę, w końcu na drugie mam Znikulinka, nie?
- Zaraz znikniesz, bo się zeżresz to ostatka.
- No tak, dobra, znikam tak czy tak, a ty rób co uważasz, pewnie się
jeszcze spotkamy, see you - zakończyla zjawa, a mocno nadjedzone truchło
łosia straciło pion i gruchnęło na ziemię przy ognisku.
- No i co ja mam, biedny żuczek, teraz robić? - rozczulił się nad
sobą Geralt - potwory mi wybiją, to zostanę bez roboty, a jak coś zacznę
kombinować przeciwko CIA to zostanę bez głowy.... A, w morde jeża,
najwyżej się przekwalifikuję.
Uspokojony tą myślą walnął się na ziemię przy Laskierze, przykrył
się, starym wiedźminskim zwyczajem, własnym koniem i zasnął snem
sprawiedliwego.
Lestat
- Geralt, gdzie my właściwie jedziemy?
- A ja wieeeem? Przed siebie. Ponoć i tak wszystko jest zapisane.
Mamy po prostu jechać a przygody same nas znajdą. Zamów jeszcze po calaku.
- Ehmmm! Karczmarzu! Cho no tu - zaordynował Laskier.
- Gówno się wyspałem, koń się całą noc wiercił, rżał przez sen, ech,
nareszcie wyśpimy się na porządnych łóżkach...
Karczmarz postawił przed nimi kolejne wiaderko siwuchy i podał
specjalność zakładu, migdałki łosiowe w sosie cudzym z kopytkami.
- Co to jest?! - zerwał się od stołu Geralt - Zabierz mi to! Chcę
mieć chwilę spokoju, jak mi to to znowu zacznie gadać...!
Karczmarz zdębiał, popatrzył wytrzeszczem na wiedźmina, po chwili
pokiwał głową i rzekł.
- No juz doooobrze, grzeeeeeczny wiedźminek, amciu teraz damy
wiedźminkowi, tak? O, jakie fajne kopytko, no, powiedz "aaaaa".
- Panie karczmarz, z nim jest wszystko OK. Tylko przygody mieliśmy no
wiecie... noooo... po prostu nie lubi łosiny.
- A co wam moja łosina nie smakuje?! - karczmarz począł już
czerwienieć ze złości - W ząbki miastowych kłuje?! To może sikorki w
śmietanie mam podać, coooo?! Łosiu pierwsza klasa, kopytka jak marzenie,
mordka jak malowana, zamówiony u samych Gucwińskich! Jak się nie podoba
to nie! Płacić za gorzałę i go home!
- No i kij ci w ryj, sam to żryj! Laskier płać temu chamowi i idziemy
- Geralt choć przywykły do sposobu bycia prowincjuszy, nie zwykł był
tolerować takiego chamstwa.
- No tego... karczmarzu, macie tu piękny zajazd - z uśmiechem począł
nawijać Laskier, a Geralt już wiedział co się święci. - A i klientela
zacna i widać wymagająca - Laskier powiódł wzrokiem po siedzących w kupce
kiziorach, co to mogliby grać w horrorze bez charakteryzacji. - To może
jakaś muzyka by się zdała coby podnieść jeszcze atrakcyjność tego lokalu?
Jakież wy, karczmarzu macie szczęście żeśmy tu stanęli! Bom jest Bard
Laskier!
- A w Polchacie bylista? Jakieś clipy nagralista?
- Moooowa. Cztery albumy nagrałem mych ballad w tym jeden patynowy!
No niech będzie, nie dam się już dłużej prosić, zaśpiewam! Jakoś się
rozliczymy... - z uśmiechem dodał Laskier.
Gdy karczmarz odszedł Geralt chwycił Laskiera za gardło, przyciągnął
do swej twarzy i wysyczał.
- Gdzieeeee ssssąąąąą naszszszseeee dudliki!?
Nie doczekał się odpowiedzi bo oto nastała cisza i kaprawe oczy
innych klientów tej nory, zwanej Karczmą "Ostatnia Wieczerza" (hmm..)
zwróciły się w ich stronę.
- No, bardzie, poginaj, ino radośnie - w głosie karczmarza dało się
wyczuć ostrzeżenie, że nazwa karczmy nie wzięła się z koziego popiardu.
Laskier zaintonowal, głośno i wyraźnie:
Cicho wszędzie, głucho wszędzie
Właśnie wieczór nastał
Flaszki stoją puste w rzędzie
Wacek wacka tastał...
Nagle szmer rozszedł się jak smród po zdjęciu gumiaka.
- Karczmarz ma na imię Wacek... zabiją nas - ze spuszczoną głową
wyszeptał wiedźmin.
- Eeeee... to moze cos innego...! - zaproponowal Laskier.
Jadnymi z gości była bardzo niegościnnie wygladająca grupa tutejszej
młodzieży zrzeszonej przy tutejszym hufcu ZHP (Zabijaki Humoru
Pozbawione), i to właśnie im coś karczmarz wyłuszczał spoglądając co i raz
wrogo na wiedźmina i barda.
Niewiele dolatywało do nich, z tego co karczmarz mówił, ale po chwili
doleciało coś bardziej materialnego - taboret.
No i się zaczęło...
Laskier spróbował starej sztuczki, przewrócił się na plecy, usztywnił
członki i udawał martwego, nawet z zapachu, przy czym wcale o ten zapach
nie musiał się starać... jakoś tak samo wyszło. Lecz szybko się okazało,
że maja przeciwko siebie wprawionych w walce rezunów i byle sztuczki nie
przejdą. Laskier zarobil kopa w "michę".
Geralt na skutek ociężałości denaturalnej przeoczył jednego
napastnika, który go zaszedł od tyłu i wykonał straszliwy chwyt zwany
"bananem dwufazowym", kto nie wie co to takiego to może i lepiej bo nie
będzie mu się po nocach śniło. Laskier w tym czasie podniósł się z polepy
i pięknym tygryskiem skoczył... przez okno, niestety, to nie było okno
tylko obraz olejny malarza Nieznanego Zenona "Fly on the Window", efekt?
Kolejne parę chwil nieobecności barda w realu.
Geraltowi szło trochę lepiej, wyciągnął z plecaka Pałę-Zabijałę,
niezawodną broń na krótki dystans. A Pała ta była iście straszliwa,
wystrugana z piszczela smoka Belfegora, z naciągniętym dla kamuflażu
wypatroszonym zajączkiem, ćwiekami nabijana, kevlarem przeplatana, ręcznie
stugana, w jabolu hartowana. No ale jak to mówią : "Nie pomoże i stu
chłopa jak dostaniesz w jaja kopa" tak i w końcu pod wiedźminem ugieły się
nogi, choć stawał dzielnie i pozbawił dwóch napastników mitręgi przy
porannym myciu zębow.
Bierdol
Ach, cóż to była za walka. Pióro tego nie opisze, klawiatura nie
wystuka. Przeszła później do legend i pieśni, do bajd, podań i klechd
domowych. Jej echa pobrzmiewają w twórczosci Andersena, Prousta, Platona,
Tołstaja i tego... no.... Sapkowskiego. Pamięć o szaleńczej odwadze i
nieskażonym męstwie naszych bohaterów przetrwała wieki. Ale cóż, nie na
wiele się to zdało. Już po kilkudziesięciu sekundach od momentu przelotu
pierwszego taboretu leżeli, niezbyt wygodnie, w kałuży gnoju przed
karczmą, a w uszach dźwięczały im jeszcze pogodne słowa pożegnania
wypowiedziane przez gospodarza.
- I żebym was już tu w życiu nie oglądał, pa-alanty pla-amiste -
raczył się lekko na koniec zaciąć karczmarz Wacek.
Geralt uniósł głowę, wypluł górną, lewą czwórkę, którą widać uznał
już za zbędną i wściekle zasyczał do Laskiera.
- Ty..... - nie znalazł słów - ty.... ykhh..... - zapowietrzył się.
- Nie bij, nie bij!!! - Laskier ze strachu wsadził łeb z powrotem do
gnoju. - gul...bul bul...gul, gul.
- Mów po ludzku, bo zatłukę - wiedźmin szarpnął barda za kark i
wydobył jego organ głosowy z powrotem na powierzchnię - To wszystko twoja
wina, już drugi raz w tym opowiadaniu ląduję w kałuży, fatum jakieś, czy
co? Coś zrobił z pieniędzmi, które dostałem za wykończenie ślamdziungwa,
no co?!?!?!
- Na zbożny cel...... - wydusił Laskier.
- Na zbożny cel?!?!!? Na dziwki, wódę czy prochy???? Czekaj, no ty
fiutku mały....
- Nie, naprawdę na zbożny, jak poszedłeś się odlać, to przyszły
dzieci..
- Taaa...?
- No. Dzieci przyszły. Orkiestra jakaś gra, czy coś. Dzieci
kwestowały na rzecz innych dzieci, nadgryzionych przez potwory, no i
dałem, takie słodkie były.
- To trzeba było je zeżreć, jak były takie słodkie!!! Co za
sentymentalny baran z ciebie.
Wiedźmin wstał, ochlapał się trochę przy korycie, wsiadł na swoją
ulubioną klacz, imieniem Szprotka. Spojrzał z góry na Laskiera, dalej
biwakującego w kałuży.
- Wstawaj w końcu, jedziemy.
Laskier podniósł się z trudnością, spojrzał z obrzydzeniem po sobie i
wsiadł na swojego wałacha Ten obrzucił go równie zniesmaczonym
spojrzeniem, po czym puscił pawia w trawę.
Ruszyli wolno w kierunku brodu na Jarudze. Bard przeprawiał się
pierwszy, a wiedźmin odwrócił się ku karczmie, ku słońcu zachodzącemu nad
nię wściekłą czerwienią. Rysy mu stwardniały, krwawe słonce zamigotało w
rozszerzonych źrenicach.
- I'll be back - szepnął w przestrzeń nieprzyjemnym głosem.
T H E K O N I E C
pl.rec.hihot XII'97 / I'98
Copyright by Lestat & Bierdol
współpraca niezamierzona A. Sapkowski
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl