AS ZONE:

FANFICTION
"Jaja jaskółki" by Jakub Gwóźdź
[JAJA.TXT]


Jaja jaskółki
[© 1997 by Jakub Gwóźdź (gwozdziu@rpg.pl)]

                (pisane przed przeczytaniem "Wieży Jaskółki")

        fanom :-) i fankom ;-* sagi o Wiedźminie, a szczególnie sobie.

                                    * * *

       Iola   Druga   podeszła  do  Jarre'a  rozmontowującego  wóz  Nenneke.
  Arcykapłanka skarżyła się, że przy szybszej jeździe "coś tam tak stuka, no
  wiesz,  drogi chłopcze, o co chodzi, prawda?". Jarre lubił majstrować przy
  wszelakiej  maści  mechanizmach.  Od  pół roku... Pół roku temu zaczął się
  jąkać, śmiertelnie przestraszony przez dziewczęta ze szkoły Nenneke, które
  dla zakładu chciały go zbiorowo zgwałcić. Od razu stało się jasne, że jako
  jąkała  nie  ma  szans  zostać  kapłanem.  Postanowił  wtedy poświęcić się
  karierze mechanika.
       Iola  Druga  popatrzyła  na  umorusanego  drogiego  chłopca  z udanym
  zachwytem i zatrzepotała rzęsami.
       - Cześć, co robisz?
       - Nie wi... wii... widzisz, żże rrorozbieram?
       - Co? A... no tak, głupie pytanie... Cóż mógłby rozbierać Jarre?
       - Szyy..yyszydzisz, czczczy podziwia..asz?
       Na  takie  dictum  Iola  Druga  nie  była  przygotowana. Zresztą jako
  patentowana  blondynka  nie  była  przygotowana  na  żaden  tekst, którego
  wcześniej  nie  przećwiczyła  z  koleżankami... Co najmniej trzy razy. Nie
  wiedząc  co  odpowiedzieć,  postanowiła  przekazać wiadomość od Nenneke, z
  którym  tu  przyszła.  Cholera...  jak  to szło? Iola Druga była zdolna do
  zapamiętania  tylko  jednej  rzeczy  na  raz. A w tej chwili szumiał jej w
  głowie  tylko nowy tekst Jarra: "Szyy..yyszydzisz, czczczy podziwia..asz?"
  Co on chciał przez to powiedzieć? Będzie musiała przekazać to analityczkom
  ze  szkoły,  niech  coś  wymyślą,  to  następnym razem będzie wiedziała co
  odpowiedzieć.
       - Wiesz  co?  Nenneke  coś  od ciebie chciała,  ale już nie pamiętam,
  co...  Najlepiej  przejdź się do niej sam i zapytaj - rzekła, i na wszelki
  wypadek znowu zatrzepotała rzęsami.
       Jarre  westchnął. Miał nadzieję, że nie chodziło o żaden z żartów, na
  które  ostatnio  sobie  pozwalał  za  namową  chłopaków z bandy, do której
  chciał zostać przyjęty...

                                    * * *

       Nenneke  rozparła  swe  grube  cielsko w fotelu i spojrzała ciężko na
  Jarre'a. Ten aż się skulił od tego ciężaru.
       - Drogi chłopcze, musimy chyba porozmawiać.
       -  Tototo nie ja! Naprawdę. Tototo one. Zmumumusiły mnie - na wszelki
  wypadek  zaczął  się  bronić  Jarre.  Wiedział  już,  że ma przesrane. Nie
  wiedział  jeszcze,  jaka  go  spotka  kara,  ale  w  myślach  już  układał
  testament.  Bogowie  przebaczają,  Nenneke  nigdy. I znana jest z ciężkiej
  ręki.
       - Drogi chłopcze. Masz szczęście. Wyjeżdżasz.
       - Do...ookk...kąd? - Odzyskał już zimną krew. Jakkolwiek nie wierzył,
  na wszelki wypadek, w owo szczęście...
       -  Na północ. Do Koviru. Myszowór potrzebuje pomocy mechanika. Chodzi
  o  jakieś  lokalne  wierzenia...  Wyjaśni  ci  na  miejscu. Acha - jeszcze
  jedno.  Musimy  ustalić  jakieś  hasło,  które  prześlę  pocztą  kapłańską
  druidowi, żeby wiedział, że ty to ty... Ale nie mam żadnych pomysłów...
       Jarre  spojrzał na kilka czarnych ptaków lecących za oknem. Po chwili
  usłyszał  plaśnięcie  ptasiego  gówna o marmurowe schody przed świątynią i
  głośne przekleństwa sprzątaczki, przy których niejeden szewc zapadł by się
  ze wstydu pod ziemię...
       - Moo.. ooże jajajaskółki?
       - Jaja jaskółki? Eeee. Bez sensu.
       Nenneke uważała się za jedyną istotę z jajami na terenie świątyni, co
  z  jej  mentalnością  przeciętnego  sierżanta  wojskowego  i  cnotliwością
  głównego  (i  jedynego)  mechanika  było  bardzo prawdopodobne. Umiejętnie
  podsycała  też  to  wrażenie  w  swoich  akolitkach - pomagało to utrzymać
  jako taki mir... Przydałoby się jeszcze coś ekstra, jakaś szrama na twarzy
  albo tatuaż...
       - Dobra, niech będzie. Leć się spakować, ja muszę jeszcze coś zrobić.
  Jeszcze jedno: lepiej, żebym nie musiała się za ciebie wstydzić.
       Gdy  drogi  chłopiec  wyszedł,  arcykapłanka  sapiąc wstała z fotela,
  wyjęła  z  szuflady biurka mały nożyk i wyszła ze świątyni. Skierowała się
  do  najgorszej  knajpy w całym mieście. Knajpy w Ellander nie cieszyły się
  dobrą  reputacją,  a  "Pod  rozjuszonym  wałachem"  stanowiła klasę samą w
  sobie...  Nenneke  wróciła późnym wieczorem, z sześcioma szwami na czole i
  ośmioma na policzku. Przemilczmy liczbę biednych drwali, kowali i zwykłych
  przechodniów, którzy pewnie już nigdy nie wrócą do pełni zdrowia...
       Nie  da się stwierdzić, czy stała się przez to bardziej męska. Z całą
  stanowczością   trzeba   jednak   powiedzieć,   że  nic  nie  straciła  na
  sexappealu,  którego  miała już i tak w ilości odpowiadającej skrzyżowaniu
  żyrytwy ze średniej urody meduzą.

                                    * * *

       -   Hasło!  -  Yarpen  poderwał  się  na  nogi  widząc  nadchodzącego
  niesamowicie   przystojnego  młodego  mężczyznę.  Krasnolud  przez  chwilę
  podziwiał  wspaniałą  sylwetkę przybysza. Mięśnie jak postronki - taaak, z
  tym  to  mógłby  się  zabawić...  Facet  na  pewno  by  długo wytrzymał...
  Najpierw  oszpeciłbym  mu  twarz,  później  wyrwał...  No nieważne. Yarpen
  Zigrin  był  utalentowanym sadystą i czuł się powołanym do kariery mistrza
  małodobrego.
       - Jajjjaajajajaskółki!
       - No  co  ty?  Nie  rób  se  jaj!  Chodź  tu i mów! Ktoś ty?  Adresy,
  nazwiska, kontakty! No już!
       - Krrrrrwa  mać!  -  zaskrzeczał  Feldmarszałek  Duda,  papuga, którą
  Yarpen wygrał w karty od swojego ziomka, Zoltana Jakiegośtam.
       Krzyki  obudziły  Ciri, która wyjrzała przez okno sypialni. Przetarła
  oczy  nie  wierząc  w to co zobaczyła. Po chwili była już na dole, razem z
  połową Drużyny.
       - Jarre!
       - Ccciri?
       - Tak  się  okropecznie  cieszę,  że  cię  widzę!  Ale się zmieniłeś!
  Wyprzystojniałeś, że ojej...
       Jarre  chciałby  to  samo  powiedzieć  o Ciri, ale ponieważ nie umiał
  przekonywująco kłamać, wolał zachować milczenie.
       - Cieszę się, naprawdę! - Ciri dalej obskakiwała gościa, paplając bez
  przerwy  -  Też  przyjechałeś  walczyć  o  moją  rękę?  Mam  nadzieję,  że
  wygrasz, wiesz? Myślałam o tobie cały czas, naprawdę. Ach jej...
       Jarre  znowu  postanowił  nic  nie  mówić,  bo  myślał o Ciri tylko w
  chwilach  poświęconych  walce  z  opryszczką, niejako ku przestrodze. A to
  było dawno i nieprawda, uczeni dowiedli.
       Szybko przywitał się z resztą Drużyny. I równie szybko wyszło na jaw,
  że  charakter  Jarre'a  wcale  się  nie  zmienił. Jak go nie było, tak nie
  ma...

                                    * * *

       Myszowór  czknął.  Od  rana  leczył wczorajszego kaca... Powstałego w
  wyniku  leczenia  kaca  przedwczorajszego.  Druid  był  wiecznie  zalany w
  sztok,  ale  nie  przeszkadzało  mu  to udzielać drużynie dobrych rad. Jak
  mawiał - dobre rady, hep, zawsze w cenie.
       Wyjaśnił  Jarrowi  o  co  chodzi.  My  też  to  zrobimy, ale w wersji
  skróconej,  gdyż  pytania  Jarra,  jakkolwiek  bogate  w fofofooormie, ani
  razu   nie  wniosły  nic  nowego,  podobnie  zagmatwane,  hep,  odpowiedzi
  druida...  Otóż  Ciri  chciała  wyjść  za  mąż, za króla Koviru. Niestety,
  król ów był dość sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, co zakończyło się
  przewrotem  pałacowym.  Kandydat  na  męża  wraz  z  dotychczasową  żoną i
  większością  żyjących  członków  klanu Thyssenidów wziął i umarł, w nie do
  końca   wyjaśnionych  okolicznościach.  Drużyna  postanowiła  posadzić  na
  tronie  własnego  króla  (którego  poźniej  i  tak  się otruje), najlepiej
  bogatego.   Kandydata   znaleźli   w   sąsiednim  Poviss,  był  to  Artek,
  kurduplowaty  syn lokalnego biznesmena, którego tatuś miał zbyt wygórowane
  ambicje.
       Jednak  kovirska  ordynacja wyborcza jasno mówiła, że królem zostanie
  ten,  kto  wyjmie miecz uwięziony w skale przy jeziorze. Niestety nikt nie
  wiedział,  o  które jezioro chodzi, a tym bardziej o jaką skałę. Szukano w
  całym kraju, oczywiście bezskutecznie. A Ciri zaczynała tracić cierpliwość
  i  trzeba  było  coś wymyśleć. Myszowór wpadł więc na pomysł spreparowania
  własnego kamienia, z mieczem w środku - problem polegał na tym, że miał go
  wyjąć  tylko i wyłącznie odpowiedni człowiek. I tym właśnie miał się zająć
  wychowanek arcykapłanki chramu Melitele, znany później jako Niekompetentny
  Mechanik Jarre. Ale nie uprzedzajmy faktów.

                                    * * *

       - Gogogotowe!
       Myszowór  przyjrzał  się  mechanizmowi skonstruowanemu przez Jarre'a.
  Urządzenie  przypominało  miecz  uwięziony w imadle opakowanym w kamień. W
  istocie  był  to  miecz  uwięziony  w  imadle  opakowanym  w kamień. Jarre
  zademonstrował  działanie  -  od  spodu  kamienia  wystawał sznurek, który
  trzeba było pociągnąć, aby imadło się rozwarło i wypuściło miecz.
       - Sprytne! Hep. Jak tego dokonałeś?
       - Tytytymi rę...ęcacacami i i i tymimi papapalccyma...
       - Musimy to oblać! Chodźmy do Regisa.
       Regis,   postać   nie  tyle  barwna,  co  śmierdząca  był  drużynowym
  chemikiem,  parającym  się  co  jakiś  czas  alchemią  - kampania wyborcza
  (łapówki  etc)  pożerała  ogromne ilości gotówki, a przyszłej królowej nie
  wypadało  zbyt  często  ograbiać  podróźnych na traktach. Prawdziwa jednak
  przydatność  Regisa  dla  Drużyny polegała na tym, że umiał on mistrzowsko
  preparować  przeróżne  napoje  orzeźwiające z zawartością środka, który on
  sam  nazywał  cedwahapięćoha,  a  który  cała  reszta  świata  nazywała...
  inaczej.  Regis  w  ogóle  był  dziwny.  Bardzo się mądrzył i używał słów,
  których   mało   kto  rozumiał.  Gdyby  nie  jego  niezaprzeczalnie  ważne
  zdolności, już dawno wyleciałby z Drużyny na zbity pysk.
       Chemik jak zwykle nie był zadowolony z wizyty.
       - Co?  Znowu?  Czy  wam  się  wydaje,  że rektyfikacja to taka prosta
  sprawa?  Że  nie  mam  tu  nic lepszego do roboty? - Nie. Zdecydowanie był
  niezadowolony.  Jak  zwykle.  I  jak  zwykle  dał druidowi butelkę domowej
  roboty berbeluchy.
       - A co to jest, to fioletowe w tej butelce tam? Pitne?
       - Szkoda  na  to  twoich  oczu...  A  w  ogóle  to  wynoś mi sie,  bo
  przeszkadzasz!
       -  Dzięki.  Bywaj,  Regis.  Hep!  - Myszowór nie czekał na odpowiedź,
  wyszedł, otworzył butelkę i z miejsca wypił ćwiartkę.

                                    * * *

       Do  wieczora  kamień  z  imadłem  był  już  ustawiony  przy pobliskim
  jeziorze,  a  wici  rozesłane.  Jutro będzie wielki dzień... Niestety, nie
  wszystko  poszło  po myśli Drużyny. A w szczególności nie poszedł po myśli
  służący, który dosypał czegoś do kielicha przeznaczonego na ostatnie wolne
  miejsce  przy  okrągłym  stole  w  sali  biesiadnej.  Miejsce, które zajął
  cnotliwy  Jarre.  W połowie biesiady mechanik wziął kielich w swoje ręce i
  pociągnął  łyk...  Pięć  sekund  później złapał się za brzuch i pobiegł do
  wychodka. Wszyscy spojrzeli ze zgrozą. Trucizna? Znowu?!?
       Po  chwili drzwi do sali się otwarły i stanął w nich Jarre, z wyrazem
  błogiej  ulgi  na  twarzy.  Spokojnym krokiem ruszył w kierunku stołu. Był
  już  w  połowie drogi, gdy szarpnęło nim konwulsyjnie, złapał się znowu za
  brzuch i pędem wybiegł z powrotem...
       Regis podszedł do kielicha Jarre'a, powąchał, posmakował, pomlaskał i
  rzekł:
       - Dwuoctan oksyfenitazyny. Chłopak ma przesrane.
       - Krrrwa mać! - Skwitował Feldmarszałek Duda.
       - Łapajcie  go!  -  Krzyknęła  Milva  pokazując  palcem  uciekającego
  służącego, po czym sama rzuciła się za nim.
       Geralt  poderwał  się na nogi. To była fantastyczna okazja, aby młoda
  wiedźminka mogła się znowu czegoś nauczyć.
       - Ciri, jaką należy w takiej sytuacji zastosować taktykę?
       - Może zły wiedźmin i dobry wiedźmin?
       - Źle, bez sensu w tych ciemnościach... Myśl, głupia dziewczyno!
       Milva  nie  słyszała  reszty  dyskusji,  wybiegła  na  dwór. Było już
  ciemno,  ledwo  widziała  znikającą  w mroku sylwetkę uciekiniera. Napięła
  łuk. Nie patrząc nawet w kierunku celu wypuściła strzałę.
       Milva  nie  była  dobrą  łuczniczką.  Normalnie nie trafiłaby nawet w
  stodołę  z  odległości  dziesięciu  kroków.  Wszystkie sukcesy strzeleckie
  zawdzięczała  czarodziejskim grotom typu "wystrzel i zapomnij" kupowanym u
  znajomego maga Stingera.
       Gdy  Geralt  sapiąc  i  dysząc  w  końcu  wypadł na dwór, było już po
  krzyku.
       - Starzejesz  się,  wiedźminie.  -  Łuczniczka  spojrzała na niego  z
  wyrzutem.
       - Ty  też  -  odparował Geralt. - Celny cios - a'la Andrew  Golota...
  Milva popatrzyła na niego z nienawiścią, ale nic nie powiedziała.
       Trupa  znaleźli  dość  szybko  - strzała przeszła przez środek serca.
  Wiedźmin  oderwał  rękawy  bluzy  sabotażysty.  No  tak,  były - tatuaże z
  napisem "Na pochybel przybłendom"...

                                    * * *

       Nadszedł dzień... Jarre niestety wypadł z gry - całą noc przesiedział
  w kiblu i teraz spał snem człowieka sprawiedliwego.
       Już  dwudziestu  rosłych  mężczyzn próbowało wyciągnąć miecz, w końcu
  przyszła  pora  na  Artka.  Ale  Jarre  spał. Głupio było budzić chłopaka,
  więc  Myszowór  powiedział,  że  on,  hep,  sam  wie  jak,  hep, uruchomić
  ustrojstwo.
       Podszedł  do  kamienia  i  wytrzeźwiał  ze  zgrozy. Były dwa sznurki!
  Czerwony i niebieski! A na dodatek w środku coś cykało!
       Artek się zirytował:
       - No,  co  tak stoisz, ja chcę już! Już już już! No, szybko!  Ja chcę
  chcę chcę - kandydat wydzierał się i tupał nogami.
       Geraltowi  najwyraźniej  nie  przyszło  do  głowy,  że kandydatów nie
  należy traktować z glana... Nieważne.
       - Co jest, Myszowór?
       - Są dwa sznurki...
       Wiedźmin nie zastanawiał się długo.
       - No cóż, kwestia szczęścia...
       Szarpnął  za  niebieski.  Aaaale był huk... Jarre, który się obudził,
  przypomniał  sobie  w  tym  momencie  o  zabezbieczeniu przed niepowołanym
  użyciem... O, zaraza...

                                    * * *

       - Myszowór, khe, khe, żyjesz?
       - Tia, chyba khyyy khy... Co się stało?
       - Znowu  mi  się  popieprzyło  niebo  z  gwiazdami  odbitymi  nocą na
  powierzchni stawu...

                          ciąg dalszy nastąpi (może)


       Słowniczek trudniejszych terminów:

       wóz  Nenneke  -  czarna  karoca  marki Mercedes, model 666 Pullman. W
  środku  pełne  wyposażenie:  barek,  telew...  to jest szklana kula, drugi
  barek,  etc.  Oczywiście  najnowszej  klasy zawieszenie, ABS, moc czterech
  koni.

       "Pod  rozjuszonym  wałachem" - knajpa, w której głównymi bywalcami są
  drwale,  kowale  i  inni popularni bandyci występujący w książkach fantasy
  jako stali bywalcy barów zaczepiający podróżnych.

       opryszczka - takie coś na twarzy Ciri, było tego dużo i straszyło.

       biznesmen  -  uczciwy  lichwiarz,  nie  mylić  z kupcem. Biznesmenami
  nazywano równierz przeróżnych lokalnych mafiozów.

       cedwahapięćoha  - etanol, popularny środek przeciwbólowy, pozwalający
  zapomnieć o doczesnych problemach.

       dwuoctan  oksyfenitazyny - laxigen, równe popularny środek, ale za to
  przysparzający  doczesnych  problemów.  Problemów,  który  trzeba było się
  szybko  pozbywać,  najlepiej  w  odosobnionym  miejscu  (podobno niektórzy
  pozbywali się owych problemów do spodni...)

       zły   wiedźmin  i  dobry  wiedźmin  -  jedna  z  taktyk  walki  bandy
  wiedźminów, polegająca na naprzemiennym straszeniu i przepraszaniu ofiary.
  Wymaga jednak, aby ofiara widziała, co się dzieje, jest więc nie do użycia
  w ciemnościach.

       "wystrzel  i  zapomnij"  -  gatunek  magicznych  grotów,  kierujących
  strzałę  do  najsilniejszego  źródła  ciepła.  Nie  używać  przy  ognisku.
  Najpopularniejszymi producentami byli A.A.Stinger i A.G.Maverick.

       "na  pochybel  przybłendom"  -  credo  lokalnego ruchu oporu. Ruch ów
  składał  się  głównie  z lokalnych chłopów i kupców, nawiedzanych co jakiś
  czas przez Drużynę w celu pobrania opłaty za "ochronę".

       zabezpieczenie  przed  niepowołanym  użyciem  -  znane  później  jako
  "autoalarm" - zazwyczaj coś robiące dużo huku i dymu.

       niebo  -  coś,  co  wiedźmini  zwykli  mylić  ze  świecącymi  ciałami
  niebieskimi   (które,   nawiasem   mówiąc,   świeciły  na  biało,  nie  na
  niebiesko), odbitymi nocą na powierzchni [stawu|bagna|kałuży|szamba].

    Jakiekolwiek podobieństwa osób występujących w rzeczywistości do osób
   występujących w podręczniku do historii dla klasy I licealnej są z całą
  pewnością dziełem przypadku. Co innego, gdyby do tego podręcznika dołączyć
  to opowiadanie... Natomiast żaden z bohaterów tego tekstu nie identyfikuje
           się z jego autorem, mimo próśb i gróźb tego ostatniego.

                                   27-IX-97
                                 Jakub Gwóźdź
                             gwozdziu@rpg.pl


[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl