"Jaja jaskółki" by Jakub Gwóźdź
[JAJA.TXT]
(pisane przed przeczytaniem "Wieży Jaskółki")
fanom :-) i fankom ;-* sagi o Wiedźminie, a szczególnie sobie.
* * *
Iola Druga podeszła do Jarre'a rozmontowującego wóz Nenneke.
Arcykapłanka skarżyła się, że przy szybszej jeździe "coś tam tak stuka, no
wiesz, drogi chłopcze, o co chodzi, prawda?". Jarre lubił majstrować przy
wszelakiej maści mechanizmach. Od pół roku... Pół roku temu zaczął się
jąkać, śmiertelnie przestraszony przez dziewczęta ze szkoły Nenneke, które
dla zakładu chciały go zbiorowo zgwałcić. Od razu stało się jasne, że jako
jąkała nie ma szans zostać kapłanem. Postanowił wtedy poświęcić się
karierze mechanika.
Iola Druga popatrzyła na umorusanego drogiego chłopca z udanym
zachwytem i zatrzepotała rzęsami.
- Cześć, co robisz?
- Nie wi... wii... widzisz, żże rrorozbieram?
- Co? A... no tak, głupie pytanie... Cóż mógłby rozbierać Jarre?
- Szyy..yyszydzisz, czczczy podziwia..asz?
Na takie dictum Iola Druga nie była przygotowana. Zresztą jako
patentowana blondynka nie była przygotowana na żaden tekst, którego
wcześniej nie przećwiczyła z koleżankami... Co najmniej trzy razy. Nie
wiedząc co odpowiedzieć, postanowiła przekazać wiadomość od Nenneke, z
którym tu przyszła. Cholera... jak to szło? Iola Druga była zdolna do
zapamiętania tylko jednej rzeczy na raz. A w tej chwili szumiał jej w
głowie tylko nowy tekst Jarra: "Szyy..yyszydzisz, czczczy podziwia..asz?"
Co on chciał przez to powiedzieć? Będzie musiała przekazać to analityczkom
ze szkoły, niech coś wymyślą, to następnym razem będzie wiedziała co
odpowiedzieć.
- Wiesz co? Nenneke coś od ciebie chciała, ale już nie pamiętam,
co... Najlepiej przejdź się do niej sam i zapytaj - rzekła, i na wszelki
wypadek znowu zatrzepotała rzęsami.
Jarre westchnął. Miał nadzieję, że nie chodziło o żaden z żartów, na
które ostatnio sobie pozwalał za namową chłopaków z bandy, do której
chciał zostać przyjęty...
* * *
Nenneke rozparła swe grube cielsko w fotelu i spojrzała ciężko na
Jarre'a. Ten aż się skulił od tego ciężaru.
- Drogi chłopcze, musimy chyba porozmawiać.
- Tototo nie ja! Naprawdę. Tototo one. Zmumumusiły mnie - na wszelki
wypadek zaczął się bronić Jarre. Wiedział już, że ma przesrane. Nie
wiedział jeszcze, jaka go spotka kara, ale w myślach już układał
testament. Bogowie przebaczają, Nenneke nigdy. I znana jest z ciężkiej
ręki.
- Drogi chłopcze. Masz szczęście. Wyjeżdżasz.
- Do...ookk...kąd? - Odzyskał już zimną krew. Jakkolwiek nie wierzył,
na wszelki wypadek, w owo szczęście...
- Na północ. Do Koviru. Myszowór potrzebuje pomocy mechanika. Chodzi
o jakieś lokalne wierzenia... Wyjaśni ci na miejscu. Acha - jeszcze
jedno. Musimy ustalić jakieś hasło, które prześlę pocztą kapłańską
druidowi, żeby wiedział, że ty to ty... Ale nie mam żadnych pomysłów...
Jarre spojrzał na kilka czarnych ptaków lecących za oknem. Po chwili
usłyszał plaśnięcie ptasiego gówna o marmurowe schody przed świątynią i
głośne przekleństwa sprzątaczki, przy których niejeden szewc zapadł by się
ze wstydu pod ziemię...
- Moo.. ooże jajajaskółki?
- Jaja jaskółki? Eeee. Bez sensu.
Nenneke uważała się za jedyną istotę z jajami na terenie świątyni, co
z jej mentalnością przeciętnego sierżanta wojskowego i cnotliwością
głównego (i jedynego) mechanika było bardzo prawdopodobne. Umiejętnie
podsycała też to wrażenie w swoich akolitkach - pomagało to utrzymać
jako taki mir... Przydałoby się jeszcze coś ekstra, jakaś szrama na twarzy
albo tatuaż...
- Dobra, niech będzie. Leć się spakować, ja muszę jeszcze coś zrobić.
Jeszcze jedno: lepiej, żebym nie musiała się za ciebie wstydzić.
Gdy drogi chłopiec wyszedł, arcykapłanka sapiąc wstała z fotela,
wyjęła z szuflady biurka mały nożyk i wyszła ze świątyni. Skierowała się
do najgorszej knajpy w całym mieście. Knajpy w Ellander nie cieszyły się
dobrą reputacją, a "Pod rozjuszonym wałachem" stanowiła klasę samą w
sobie... Nenneke wróciła późnym wieczorem, z sześcioma szwami na czole i
ośmioma na policzku. Przemilczmy liczbę biednych drwali, kowali i zwykłych
przechodniów, którzy pewnie już nigdy nie wrócą do pełni zdrowia...
Nie da się stwierdzić, czy stała się przez to bardziej męska. Z całą
stanowczością trzeba jednak powiedzieć, że nic nie straciła na
sexappealu, którego miała już i tak w ilości odpowiadającej skrzyżowaniu
żyrytwy ze średniej urody meduzą.
* * *
- Hasło! - Yarpen poderwał się na nogi widząc nadchodzącego
niesamowicie przystojnego młodego mężczyznę. Krasnolud przez chwilę
podziwiał wspaniałą sylwetkę przybysza. Mięśnie jak postronki - taaak, z
tym to mógłby się zabawić... Facet na pewno by długo wytrzymał...
Najpierw oszpeciłbym mu twarz, później wyrwał... No nieważne. Yarpen
Zigrin był utalentowanym sadystą i czuł się powołanym do kariery mistrza
małodobrego.
- Jajjjaajajajaskółki!
- No co ty? Nie rób se jaj! Chodź tu i mów! Ktoś ty? Adresy,
nazwiska, kontakty! No już!
- Krrrrrwa mać! - zaskrzeczał Feldmarszałek Duda, papuga, którą
Yarpen wygrał w karty od swojego ziomka, Zoltana Jakiegośtam.
Krzyki obudziły Ciri, która wyjrzała przez okno sypialni. Przetarła
oczy nie wierząc w to co zobaczyła. Po chwili była już na dole, razem z
połową Drużyny.
- Jarre!
- Ccciri?
- Tak się okropecznie cieszę, że cię widzę! Ale się zmieniłeś!
Wyprzystojniałeś, że ojej...
Jarre chciałby to samo powiedzieć o Ciri, ale ponieważ nie umiał
przekonywująco kłamać, wolał zachować milczenie.
- Cieszę się, naprawdę! - Ciri dalej obskakiwała gościa, paplając bez
przerwy - Też przyjechałeś walczyć o moją rękę? Mam nadzieję, że
wygrasz, wiesz? Myślałam o tobie cały czas, naprawdę. Ach jej...
Jarre znowu postanowił nic nie mówić, bo myślał o Ciri tylko w
chwilach poświęconych walce z opryszczką, niejako ku przestrodze. A to
było dawno i nieprawda, uczeni dowiedli.
Szybko przywitał się z resztą Drużyny. I równie szybko wyszło na jaw,
że charakter Jarre'a wcale się nie zmienił. Jak go nie było, tak nie
ma...
* * *
Myszowór czknął. Od rana leczył wczorajszego kaca... Powstałego w
wyniku leczenia kaca przedwczorajszego. Druid był wiecznie zalany w
sztok, ale nie przeszkadzało mu to udzielać drużynie dobrych rad. Jak
mawiał - dobre rady, hep, zawsze w cenie.
Wyjaśnił Jarrowi o co chodzi. My też to zrobimy, ale w wersji
skróconej, gdyż pytania Jarra, jakkolwiek bogate w fofofooormie, ani
razu nie wniosły nic nowego, podobnie zagmatwane, hep, odpowiedzi
druida... Otóż Ciri chciała wyjść za mąż, za króla Koviru. Niestety,
król ów był dość sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, co zakończyło się
przewrotem pałacowym. Kandydat na męża wraz z dotychczasową żoną i
większością żyjących członków klanu Thyssenidów wziął i umarł, w nie do
końca wyjaśnionych okolicznościach. Drużyna postanowiła posadzić na
tronie własnego króla (którego poźniej i tak się otruje), najlepiej
bogatego. Kandydata znaleźli w sąsiednim Poviss, był to Artek,
kurduplowaty syn lokalnego biznesmena, którego tatuś miał zbyt wygórowane
ambicje.
Jednak kovirska ordynacja wyborcza jasno mówiła, że królem zostanie
ten, kto wyjmie miecz uwięziony w skale przy jeziorze. Niestety nikt nie
wiedział, o które jezioro chodzi, a tym bardziej o jaką skałę. Szukano w
całym kraju, oczywiście bezskutecznie. A Ciri zaczynała tracić cierpliwość
i trzeba było coś wymyśleć. Myszowór wpadł więc na pomysł spreparowania
własnego kamienia, z mieczem w środku - problem polegał na tym, że miał go
wyjąć tylko i wyłącznie odpowiedni człowiek. I tym właśnie miał się zająć
wychowanek arcykapłanki chramu Melitele, znany później jako Niekompetentny
Mechanik Jarre. Ale nie uprzedzajmy faktów.
* * *
- Gogogotowe!
Myszowór przyjrzał się mechanizmowi skonstruowanemu przez Jarre'a.
Urządzenie przypominało miecz uwięziony w imadle opakowanym w kamień. W
istocie był to miecz uwięziony w imadle opakowanym w kamień. Jarre
zademonstrował działanie - od spodu kamienia wystawał sznurek, który
trzeba było pociągnąć, aby imadło się rozwarło i wypuściło miecz.
- Sprytne! Hep. Jak tego dokonałeś?
- Tytytymi rę...ęcacacami i i i tymimi papapalccyma...
- Musimy to oblać! Chodźmy do Regisa.
Regis, postać nie tyle barwna, co śmierdząca był drużynowym
chemikiem, parającym się co jakiś czas alchemią - kampania wyborcza
(łapówki etc) pożerała ogromne ilości gotówki, a przyszłej królowej nie
wypadało zbyt często ograbiać podróźnych na traktach. Prawdziwa jednak
przydatność Regisa dla Drużyny polegała na tym, że umiał on mistrzowsko
preparować przeróżne napoje orzeźwiające z zawartością środka, który on
sam nazywał cedwahapięćoha, a który cała reszta świata nazywała...
inaczej. Regis w ogóle był dziwny. Bardzo się mądrzył i używał słów,
których mało kto rozumiał. Gdyby nie jego niezaprzeczalnie ważne
zdolności, już dawno wyleciałby z Drużyny na zbity pysk.
Chemik jak zwykle nie był zadowolony z wizyty.
- Co? Znowu? Czy wam się wydaje, że rektyfikacja to taka prosta
sprawa? Że nie mam tu nic lepszego do roboty? - Nie. Zdecydowanie był
niezadowolony. Jak zwykle. I jak zwykle dał druidowi butelkę domowej
roboty berbeluchy.
- A co to jest, to fioletowe w tej butelce tam? Pitne?
- Szkoda na to twoich oczu... A w ogóle to wynoś mi sie, bo
przeszkadzasz!
- Dzięki. Bywaj, Regis. Hep! - Myszowór nie czekał na odpowiedź,
wyszedł, otworzył butelkę i z miejsca wypił ćwiartkę.
* * *
Do wieczora kamień z imadłem był już ustawiony przy pobliskim
jeziorze, a wici rozesłane. Jutro będzie wielki dzień... Niestety, nie
wszystko poszło po myśli Drużyny. A w szczególności nie poszedł po myśli
służący, który dosypał czegoś do kielicha przeznaczonego na ostatnie wolne
miejsce przy okrągłym stole w sali biesiadnej. Miejsce, które zajął
cnotliwy Jarre. W połowie biesiady mechanik wziął kielich w swoje ręce i
pociągnął łyk... Pięć sekund później złapał się za brzuch i pobiegł do
wychodka. Wszyscy spojrzeli ze zgrozą. Trucizna? Znowu?!?
Po chwili drzwi do sali się otwarły i stanął w nich Jarre, z wyrazem
błogiej ulgi na twarzy. Spokojnym krokiem ruszył w kierunku stołu. Był
już w połowie drogi, gdy szarpnęło nim konwulsyjnie, złapał się znowu za
brzuch i pędem wybiegł z powrotem...
Regis podszedł do kielicha Jarre'a, powąchał, posmakował, pomlaskał i
rzekł:
- Dwuoctan oksyfenitazyny. Chłopak ma przesrane.
- Krrrwa mać! - Skwitował Feldmarszałek Duda.
- Łapajcie go! - Krzyknęła Milva pokazując palcem uciekającego
służącego, po czym sama rzuciła się za nim.
Geralt poderwał się na nogi. To była fantastyczna okazja, aby młoda
wiedźminka mogła się znowu czegoś nauczyć.
- Ciri, jaką należy w takiej sytuacji zastosować taktykę?
- Może zły wiedźmin i dobry wiedźmin?
- Źle, bez sensu w tych ciemnościach... Myśl, głupia dziewczyno!
Milva nie słyszała reszty dyskusji, wybiegła na dwór. Było już
ciemno, ledwo widziała znikającą w mroku sylwetkę uciekiniera. Napięła
łuk. Nie patrząc nawet w kierunku celu wypuściła strzałę.
Milva nie była dobrą łuczniczką. Normalnie nie trafiłaby nawet w
stodołę z odległości dziesięciu kroków. Wszystkie sukcesy strzeleckie
zawdzięczała czarodziejskim grotom typu "wystrzel i zapomnij" kupowanym u
znajomego maga Stingera.
Gdy Geralt sapiąc i dysząc w końcu wypadł na dwór, było już po
krzyku.
- Starzejesz się, wiedźminie. - Łuczniczka spojrzała na niego z
wyrzutem.
- Ty też - odparował Geralt. - Celny cios - a'la Andrew Golota...
Milva popatrzyła na niego z nienawiścią, ale nic nie powiedziała.
Trupa znaleźli dość szybko - strzała przeszła przez środek serca.
Wiedźmin oderwał rękawy bluzy sabotażysty. No tak, były - tatuaże z
napisem "Na pochybel przybłendom"...
* * *
Nadszedł dzień... Jarre niestety wypadł z gry - całą noc przesiedział
w kiblu i teraz spał snem człowieka sprawiedliwego.
Już dwudziestu rosłych mężczyzn próbowało wyciągnąć miecz, w końcu
przyszła pora na Artka. Ale Jarre spał. Głupio było budzić chłopaka,
więc Myszowór powiedział, że on, hep, sam wie jak, hep, uruchomić
ustrojstwo.
Podszedł do kamienia i wytrzeźwiał ze zgrozy. Były dwa sznurki!
Czerwony i niebieski! A na dodatek w środku coś cykało!
Artek się zirytował:
- No, co tak stoisz, ja chcę już! Już już już! No, szybko! Ja chcę
chcę chcę - kandydat wydzierał się i tupał nogami.
Geraltowi najwyraźniej nie przyszło do głowy, że kandydatów nie
należy traktować z glana... Nieważne.
- Co jest, Myszowór?
- Są dwa sznurki...
Wiedźmin nie zastanawiał się długo.
- No cóż, kwestia szczęścia...
Szarpnął za niebieski. Aaaale był huk... Jarre, który się obudził,
przypomniał sobie w tym momencie o zabezbieczeniu przed niepowołanym
użyciem... O, zaraza...
* * *
- Myszowór, khe, khe, żyjesz?
- Tia, chyba khyyy khy... Co się stało?
- Znowu mi się popieprzyło niebo z gwiazdami odbitymi nocą na
powierzchni stawu...
ciąg dalszy nastąpi (może)
Słowniczek trudniejszych terminów:
wóz Nenneke - czarna karoca marki Mercedes, model 666 Pullman. W
środku pełne wyposażenie: barek, telew... to jest szklana kula, drugi
barek, etc. Oczywiście najnowszej klasy zawieszenie, ABS, moc czterech
koni.
"Pod rozjuszonym wałachem" - knajpa, w której głównymi bywalcami są
drwale, kowale i inni popularni bandyci występujący w książkach fantasy
jako stali bywalcy barów zaczepiający podróżnych.
opryszczka - takie coś na twarzy Ciri, było tego dużo i straszyło.
biznesmen - uczciwy lichwiarz, nie mylić z kupcem. Biznesmenami
nazywano równierz przeróżnych lokalnych mafiozów.
cedwahapięćoha - etanol, popularny środek przeciwbólowy, pozwalający
zapomnieć o doczesnych problemach.
dwuoctan oksyfenitazyny - laxigen, równe popularny środek, ale za to
przysparzający doczesnych problemów. Problemów, który trzeba było się
szybko pozbywać, najlepiej w odosobnionym miejscu (podobno niektórzy
pozbywali się owych problemów do spodni...)
zły wiedźmin i dobry wiedźmin - jedna z taktyk walki bandy
wiedźminów, polegająca na naprzemiennym straszeniu i przepraszaniu ofiary.
Wymaga jednak, aby ofiara widziała, co się dzieje, jest więc nie do użycia
w ciemnościach.
"wystrzel i zapomnij" - gatunek magicznych grotów, kierujących
strzałę do najsilniejszego źródła ciepła. Nie używać przy ognisku.
Najpopularniejszymi producentami byli A.A.Stinger i A.G.Maverick.
"na pochybel przybłendom" - credo lokalnego ruchu oporu. Ruch ów
składał się głównie z lokalnych chłopów i kupców, nawiedzanych co jakiś
czas przez Drużynę w celu pobrania opłaty za "ochronę".
zabezpieczenie przed niepowołanym użyciem - znane później jako
"autoalarm" - zazwyczaj coś robiące dużo huku i dymu.
niebo - coś, co wiedźmini zwykli mylić ze świecącymi ciałami
niebieskimi (które, nawiasem mówiąc, świeciły na biało, nie na
niebiesko), odbitymi nocą na powierzchni [stawu|bagna|kałuży|szamba].
Jakiekolwiek podobieństwa osób występujących w rzeczywistości do osób
występujących w podręczniku do historii dla klasy I licealnej są z całą
pewnością dziełem przypadku. Co innego, gdyby do tego podręcznika dołączyć
to opowiadanie... Natomiast żaden z bohaterów tego tekstu nie identyfikuje
się z jego autorem, mimo próśb i gróźb tego ostatniego.
27-IX-97
Jakub Gwóźdź
gwozdziu@rpg.pl
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl