AS ZONE:

FANFICTION
"Jak to się mogło stać?" by Sajgon
[JAKTOSIE.TXT]


Jak to się mogło stać?
[© 1998 by Sajgon alias Zbyszek Warakomski]

       Wiszące  pod  ścianami kaganki rzucały migotliwe światło na posadzkę,
  ściany,  sklepienie pokryte starymi, malowanymi zapewne jeszcze przez elfy
  freskami. Kobieta mówiła coraz głośniej, w końcu poderwała się od stołu.
       - Jak  to  się  mogło  stać? - czarodziejka  miała wypieki na twarzy,
  trzęsły jej się ręce - jak mogłyśmy przeoczyć coś tak istotnego?
       Już  żadna  z  obecnych  w podziemnej sali czarodziejek należących do
  Loży  nie  siedziała  na  należnym jej fotelu przy stole. Wszystkie prawie
  chodziły nerwowo, ciskały piorunami z oczu.
       - Tyle  czasu  uganiałyśmy  się  za  bękartem?  To  dla  niej zginęła
  Yennefer  z Vengerbergu! I wszystko nadaremnie! Jeśli Vilgefortz się o tym
  dowie ...

                                    * * *

       - Jak ma się nasz wspólny znajomy? - dwa wieloryby skrzyżowały się na
  kaszalocie.
       - Od  nieszczęśliwego  wypadku,  mój... były - mężczyzna  z oszpeconą
  oparzeniem twarzą zaakcentował ostatnie słowo - mistrz nie bardzo może się
  w ogóle mieć ... niestety, niech mu ziemia - tu Rience zawahał się - lekką
  będzie. Uśmiechnął się krzywo.
       Dijkstra  lekko  uniósł  brwi. Zdziwić go, to nie było łatwe zadanie.
  Podrzędny  czarodziej  był  pierwszym, któremu od kilku ładnych lat się to
  udało.  Szpieg miał jednak długoletnią praktykę w nieokazywaniu uczuć, nie
  zdradził  żadnym  gestem  czy ruchem jak bardzo nie spodziewał się takiego
  obrotu rzeczy.
       - Ach tak? - nie bardzo wiedział co powiedzieć, zdecydował się na grę
  dyplomatyczną.  Miał  nadzieję,  że Rience będzie chciał się sam pochwalić
  swym osiągnięciem. Nie mylił się.
       - Vilgefortz   przestał  płacić  zgodnie   z   moimi  oczekiwaniami -
  czarodziej  zaczął  swój wywód - nie pracowałem dla niego z żadnych innych
  pobudek  -  chodziło  mi jedynie o pieniądze, chciałem... -  Światło lampy
  stojącej  na  biurku  w  komnaty  szefa służb specjalnych Redanii padło na
  oblicze czarodzieja.
       - Widzę, że zapowiada się dłuższa opowieść, usiądź Rience.
       Mężczyzna  podszedł  do  stołu,  z  trudem  odsunął od niego krzesło,
  ciężko   usiadł.   Na  jego  twarzy  widać  było  ślady  zmęczenia.  Kilka
  nieprzespanych  nocy,  trudy  teleportacji  zostawiły  piętno,  które zmyć
  mógłby  tylko  tydzień  odpoczynku.  Taka  przyjemność  nie  była jednak w
  niczyich planach. A szczególnie w planach Dijkstry.
       - Nie  interesuje  mnie  polityka,  eksperymenty   prowadzone   przez
  Vilgefortza  mnie nie pociągały - Rience wzdrygnął się na samo wspomnienie
  zimnego  lochu,  widoku  foteli,  które  musiał konstruować, a nad których
  przeznaczeniem  wolał  się  nawet  nie zastanawiać - chodziło mi jedynie o
  pieniądze   na  własną  pracownię,  na  odczynniki.  Chciałem  zacząć  się
  dokształcać,   pracować...   Dijkstrę   zaczynały  już  nudzić  zwierzenia
  czarodzieja,   doszedł   do  wniosku,  że  skieruje  rozmowę  na  bardziej
  interesujący go temat ...
       - Mogę  mowić wprost? - zapytał, i nie czekając  odpowiedzi rzekł   -
  Rozumiem, że zlikwidowałeś Vilgefortza?
       Rience wyrwany z monologu podniósł zdziwiony wzrok na szpiega.
       - Tak... mogę to udowodnić - czarodziej lekko się ożywił
.
       - Nie  musisz  -  Dijkstra zdecydowanie nie chciał  oglądać tego dnia
  obciętych  palców,  nosów  czy  innych,  pokazywanych  zwykle  jako  dowód
  zabójstwa,  części  ciała  -  o tym, czy mówisz prawdę dowiem się najdalej
  jutro rano. Jeśli mówisz prawdę i... - tu Dijkstra zawahał się - ...będzie
  nam  ona  na rękę to może wyjdziesz stąd w jednym kawałku, a... może nawet
  coś  skapnie  ci z Redańskiego skarbca...
       Szpieg  skinął  głową  w  kierunku  strażników stojących w cieniu pod
  drzwiami.
       - Zabierzcie go!

                                    * * *

       - Królewna  Pavetta  puściła  się  z wiedźminem!  To się w głowie nie
  mieści! Tak długo badałyśmy próbki! Nie wykryłyśmy, że ojcem dzieciaka nie
  był Duny, tylko ten ... pieprzony wiedźmin!
       - Przez kogo pieprzony, przez tego pieprzony... - powiedziała  cicho,
  z lekkim przekąsem któraś z obecnych.
       - Tyle lat! I nikt nie wykrył czegoś tak oczywistego!
       Większość kobiet obecnych na zjeździe loży nie ukrywała zakłopotania,
  prawie  każda  z  nich miała jakiś wkład w badania nad genem Lary. Każda z
  nich  mogła  zwrócić  uwagę  na  pewne nieścisłości. Jednak żadna tego nie
  zrobiła...
       Wreszcie po chwili namysłu odezwała się najstarsza.
       - Niech...

                                    * * *

       - ...to zostanie między nami Ciri...proszę. - wiedźmin opuścił głowę,
  białe,  niczym  nie  spięte  włosy  opadły  mu  na  twarz.  Dziewczynka, a
  właściwie  młoda  kobieta,  siedziała  na ciężkim, obitym czerwonym suknem
  tronie.  -  teraz  już rozumiesz... dlatego nie mogę zostać twoim mężem...
  wiedz,  że chciałbym być zawsze z tobą, kocham cię .. ale jako ojciec... -
  Geralt otarł łzę z twarzy młodej królewny
       - Ja  nie  chcę  być  koronowana...  dlaczego  nie  możesz  zostać na
  ceremonii?
       - Geralt ja się boję... nie, wiedźminka nie powinna się bać!
       Wiedźmin poruszył się niespokojnie. Zrobił głeboki wdech.
       - Powiem  ci, powinnaś wiedzieć... Oddanie cię  na wychowanie do Kaer
  Morhen  to był pomysł twej babki, Lwicy Calanthe... nie chciała aby to się
  rozeszło,  dlatego wymyśliła całą intrygę z Dzieckiem Niespodzianką, tobą,
  w  roli  głównej.  Miała  nadzieję,  że  jak  większość młodych wiedźminów
  zaginiesz gdzieś na szlaku... bez świadków... jako zwykły... ktoś...
       Wiedźmin  westchnął.  Ciężko  mówiło  mu się o tak trudnych sprawach.
  Znacznie  lepiej  znał  się na przeznaczeniu, w które w gruncie rzeczy nie
  wierzył.
       - Zostaniesz  królową  -  stwierdził  z  trudem  -  będziesz spała na
  szerokim  łożu  z  baldachimem... nie zapomnij tylko proszę jak to jest na
  szlaku...  poprowadź  Cintryjczyków  przeciw  Nilfgaardowi!  Zrób  to! Jak
  najszybciej  Ciri!  Twój  naród  w  ciebie  wierzy!  -  Już dawno odrzucił
  apolityczność i zasadę nie mieszania się...
       - Nie  zapomnę  Geralt  ja... nigdy nie  zapomnę szlaku... - przyszła
  królowa niepodległej Cintry otarła kolejną łzę z oka.
       - A  co będzie jeśli ktoś dowie się o  moim pochodzeniu? - zapytała z
  nutą wyczekiwania w głosie.
       - Nikt  się o tym nie dowie... wiedziała o tym tylko Calanthe,  nawet
  Pavetta nie była pewna... obie nie żyją...

                                    * * *

       Mury zatrzęsły się, ze sklepienia posypał się tynk z elfimi freskami.
  Zza   obitych   ciężką  blachą  drzwi  rozległy  się  uderzenia  tarana...
  Nieprzytomna czarodziejka odbiła się od świeżo otwartego teleportu.
       - Co  się  dzieje!  Nilfgaard?  - w komnacie obecna była  prawie cała
  Loża.
       - Nie   chcemy   chyba  tak  zginąć?  Otoczyli   nam   zamek  blokadą
  antyteleportacyjną!  Ktoś  nas zdradził! - Okrzyki mieszały się z łoskotem
  spadająych kamieni, hukiem taranu. Mury zaczynały pękać...

                                    * * *

       Ciri  otworzyła  oczy,  przyjrzała  się  dogasającej  na sekretarzyku
  lampce.  Pieprzę  to,  pomyślała.  Niech  sobie  znajdą  kogoś  innego  do
  dowodzenia  wojskiem,  przyjmowania  poselstw...  Lampka  zgasła,  komnatę
  królewską  zalała  całkowita  ciemność.  Przez  okno  nie  wpadało światło
  księżyca - noc była chmurna i parna, zapowiadało się burzliwe Zrównanie.
       Cirilla,  królowa Cintry, przystosowała wzrok do ciemności. Otworzyła
  dębową  skrzynię  stojącą  w rogu. Wyjęła z niej bluzę, skórzane spodnie i
  dwa  miecze - meteorytowy i srebrny. Stanęła przed lustrem. Już nie jestem
  podlotkiem,  ale kobietą - przemknęło jej przez myśl. Podniosła trzymany w
  ręku miecz, przyłożyła go do szyi...
       - Tak  będzie  lepiej - powiedziała głośno,  do siebie. Westchnęła. -
  Stanowczo, tak będzie wygodniej i łatwiej...
       Pukle włosów zaczęły spadać na podłogę...
       Szybko  ubrała  się  w  strój  rzucony wcześniej na łoże. Podeszła do
  sekretarzyka.  Z  hebanowego puzdra wyjęła medalion. Założyła go na szyję.
  Wybity na nim wizerunek wilczycy rozjarzył się delikatnym światłem...
       - Wybacz Yenna... na darmo pomogłaś otworzyć mi ostatnie drzwi... nie
  będę  królować... Teraz przeznaczenie jest tylko w moich rękach... jeszcze
  raz  wybacz...  - jej głos dźwięczał smutno w pustej komnacie. Podeszła do
  okna.
       - Trzydzieści stóp. Nic to dla wiedźminki... - skoczyła...

                                    * * *

       - Bandyta!  Ukradł konia! - królewskiemu stajennemu udało  się wypluć
  knebel  z  ust... Było już znacznie za późno żeby dopędzić kogoś szybkiego
  jak cień, kogoś kto zaszedł go od tyłu, uderzył czymś tępym....
       - Zabrał  królewskiego konia! - tępy ból odezwał się w tyle głowy.  W
  zamku  zaczynały  zapalać  się światła. Nagle zaczęły bić dzwony, odezwały
  się trąby alarmowe
       - Alarm! Królowa znikła!

                                    * * *

                                                                      Sajgon

                                                          Zbyszek Warakomski

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl