"Kwestia szczęścia dwa" by Michał Rybiński
[KS2.TXT]
Siedział teraz nad parującym mięsiwem i kuflem piwa, rozkoszując się
ciepłem promieniującym od buzującego w kominku ognia. Był jednym z wielu,
którzy znaleźli schronienie w tej karczmie położonej na malowniczym
wzgórzu na skraju miasteczka przed nadciągającą ulewą. Już od poźnego
popołudnia ołowiane chmury zbierały się na niebie, szykując się do
frontalnego ataku na ziemię, zasnuwając całą okolicę mrokiem nadającym jej
wygląd miejsca, do którego Bóg rzeczywiście rzadko spoziera zza swych
niebiańskich uciech. Większość klientów to byli stali bywalcy, mieszkańcy
miasteczka i przyległych wiosek i gospodarstw. Sama karczma stała w
połowie wysokiego wzgórza z pojedynczym drzewem na szczycie, co miało swe
odzwierciedlenie w jej nazwie - "W pół drogi do nieba".
Dosiadł się do niego - nawet nie pytając o zgodę - mężczyzna w
czarnym, skórzanym ubraniu i białymi włosami spiętymi z tyłu. Na piersi
miał dziwny, srebrny medalionik przedstwaiający głowę wilka. Blask
błyskawicy uderzającej z wielkim rumorem gdzieś niedaleko oświetlił jego
twarz, powodując, że jego oczy zwężyły się niczym u kota. Rodhin
postanowił nie zadawać pytań ani nie odpędzać go od stołu - karczma była
pełna ludzi. A z resztą kto wie, co siedzi w głowie człowiekowi
mieszkającemu w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc...
W pewnej chwili z samego środka karczmy rozległ się przeciągły syk.
Wszyscy zamilkli i spojrzeli po sobie dziwnym wzrokiem. Izbę zaczęły
wypełniać opary pachnące siarką. Trwało to przez dłuższą chwilę. Potem
gryzący dym znikł w oka mgnieniu. Rodhin sprawdził czy miecz szybko się
wyjmuje i sięgnął po kufel. Zatrzymał jednak rękę w połowie ruchu, patrząc
na niezwykłe zjawisko stojące w samym środku pomieszczenia. Stał tam ni
mniej ni więcej wielki, czerwonoskóry potwór. Miał kozie nogi, a w pysku
lśniły śnieżnobiałe kły, których nie powstydziłby się żaden wilk. Palce
były zakończone wielkimi szponami. Na nosie tkwiły duże okulary
przeciwsłoneczne, a na sobie miał luźną szatę z niezrozumiałym napisem.
Niespiesznym krokiem podszedł do barmana. Rodhin podniósł w końcu kufel do
ust i przechylił go mocno.
- Witaj Butch, jak się miewasz? - powiedział człowiek za kontuarem i
podał bez obawy rękę potworowi. Ludzie wrócili do swoich rozmów i zajęć.
Potwór uśmiechnął się makabrycznie i uścisnął dłoń mężczyzny, zdejmując
lustrzanki, po czym dudniącym głosem oznajmił:
- Świetnie, Dubo, nie mogłoby być lepiej. Kolejka dla wszystkich! A
jak się kręci interes ? - ostatnie pytanie utonęło we wrzawie radosnych
głosów ludzi dziekujących demonowi i zapewniających go o swojej sympatii
dla niego, poklepując go poufale po plecach. Rodhin zakrztusił się piwem,
prychając dokoła na wszystko i wszystkich. Kilku oburzonych gości
spojrzało na niego, ale nikt nic nie powiedział. "Koniec końców, co by tu
się nie działo, mam zadanie do wypełnienia" - pomyślał i wstał sięgając do
miecza. Wtedy poczuł jak jego nadgarstek coś ściska. Białowłosy nieznajomy
w czarnej skórze o bezosobowym wzroku mruknął cicho:
- Zostaw. Nie warto.
Chwilę potem rozległ się niesamowity warkot, trzaski i łomoty, które
zbliżały się do karczmy. Zatrzymały się tuż przed nią. Ponownie zapadła
cisza, jednak atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można by ją nożem kroić.
Drzwi otwarły się z wielkim trzaskiem, zapewne kopnięte. Wszystkie głowy
zwróciły się w stronę wejścia. Stanął w nim wysoki, piękny i dobrze
zbudowany mężczyzna bez śladu jakiegokolwiek zarostu na twarzy. Miał na
sobie czarną, błyszczącą skórzaną kurtkę i takież spodnie. Powoli wszedł
do środka, a za nim ruszyło kilku takich jak on. Wszyscy mieli z tyłu
otwory, przez które wystawały skrzydła. Również z tyłu była wymalowana
trupia czaszka i wyszyty napis "Hell Angels".
Rodhin ze zdumieniem wpatrywał się w przybyszów.
W sali zapadła śmiertelna cisza. Słowa anioła brzmiały więc niezwykle
wyraźnie:
- Ile razy mam ci powtarzać, Butch? Nie chcę, żebyś tu przychodził. A
przy tym nie znoszę przemocy - powiedział z udawanym przejęciem i
smutkiem, przechodząc wzdłuż stołów w kierunku demona.
Rodhinowi opadła szczęka.
- Ale niestety pewne rzeczy można wpoić tylko siłą - kontynuował,
ścigany nienawistnymi spojrzeniami posłaniec Niebios. W tej chwili stał
obok stołu, przy którym siedział Rodhin i nieznajomy. W pewnej chwili
gwałtownym ruchem przewrócił wielką i ciężką ławę, wywracając kufle z
piwem. Jego piwem. Złocisty trunek rozlał się szerokim strumieniem po
klepisku. Jego piwo. JEGO PIWO!!!
Tego już było za wiele. Wstał i mrucząc "Anioł czy nie, to było MOJE
piwo" przyłożył wielkim sierpowym bezczelnemu rozrabiace. Po chwili kolega
tego ostatniego rzucił się na niego. Rodhin jeszcze kątem oka zauważył,
jak demon rusza ku niezwykłym przybyszom, a ludzie porywają się za stołki
i świat zawirował mu w oczach, po czym osunął się w bezpieczny mrok
nieświadomości.
Obudziło go chluśnięcie jakiś płynem w twarz. Zatroskana twarz
nieznajomego pochylała się nad nim.
- Dobrze się czujesz? - zapytał.
- O rany... chyba tak - odpowiedział Rodhin, macając się po szczęce -
Daj mi piwa proszę... jak mi mówili, że tu nawet od świętego można dostać
w mordę, to nie uwierzyłem...
EPILOG
- Kwestia szczęścia - odpowiedział wiedźmin, pomagając mu wstać.
Michał Rybiński
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl