AS ZONE:

FANFICTION
"Kwestia szczęścia dwa" by Michał Rybiński
[KS2.TXT]


Kwestia szczęścia II
czyli czyje piwo dostało w zęby
[© 1997 by Michał Rybiński, zainspirowany twórczością MacKanacKa i Negativa]

       Siedział  teraz nad parującym mięsiwem i kuflem piwa, rozkoszując się
  ciepłem  promieniującym od buzującego w kominku ognia. Był jednym z wielu,
  którzy  znaleźli  schronienie  w  tej  karczmie  położonej  na malowniczym
  wzgórzu  na  skraju  miasteczka  przed  nadciągającą ulewą. Już od poźnego
  popołudnia  ołowiane  chmury  zbierały  się  na  niebie,  szykując  się do
  frontalnego ataku na ziemię, zasnuwając całą okolicę mrokiem nadającym jej
  wygląd  miejsca,  do  którego  Bóg  rzeczywiście rzadko spoziera zza swych
  niebiańskich  uciech. Większość klientów to byli stali bywalcy, mieszkańcy
  miasteczka  i  przyległych  wiosek  i  gospodarstw.  Sama  karczma stała w
  połowie wysokiego wzgórza  z pojedynczym drzewem na szczycie, co miało swe
  odzwierciedlenie w jej nazwie - "W pół drogi do nieba".
       Dosiadł  się  do  niego  -  nawet  nie  pytając o zgodę - mężczyzna w
  czarnym,  skórzanym  ubraniu  i białymi włosami spiętymi z tyłu. Na piersi
  miał   dziwny,  srebrny  medalionik  przedstwaiający  głowę  wilka.  Blask
  błyskawicy  uderzającej  z wielkim rumorem gdzieś niedaleko oświetlił jego
  twarz,  powodując,  że  jego  oczy  zwężyły  się  niczym  u  kota.  Rodhin
  postanowił  nie  zadawać pytań ani nie odpędzać go od stołu - karczma była
  pełna  ludzi.  A  z  resztą  kto  wie,  co  siedzi  w  głowie  człowiekowi
  mieszkającemu w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc...
       W  pewnej  chwili z samego środka karczmy rozległ się przeciągły syk.
  Wszyscy  zamilkli  i  spojrzeli  po  sobie  dziwnym wzrokiem. Izbę zaczęły
  wypełniać  opary  pachnące  siarką.  Trwało to przez dłuższą chwilę. Potem
  gryzący  dym  znikł  w oka mgnieniu. Rodhin sprawdził czy miecz szybko się
  wyjmuje i sięgnął po kufel. Zatrzymał jednak rękę w połowie ruchu, patrząc
  na  niezwykłe  zjawisko  stojące w samym środku pomieszczenia. Stał tam ni
  mniej  ni  więcej wielki, czerwonoskóry potwór. Miał kozie nogi, a w pysku
  lśniły  śnieżnobiałe  kły,  których nie powstydziłby się żaden wilk. Palce
  były   zakończone   wielkimi   szponami.  Na  nosie  tkwiły  duże  okulary
  przeciwsłoneczne,  a  na  sobie miał luźną szatę z niezrozumiałym napisem.
  Niespiesznym krokiem podszedł do barmana. Rodhin podniósł w końcu kufel do
  ust i przechylił go mocno.
       - Witaj Butch, jak się miewasz? - powiedział człowiek za  kontuarem i
  podał  bez  obawy rękę potworowi. Ludzie wrócili do swoich rozmów i zajęć.
  Potwór  uśmiechnął  się  makabrycznie i uścisnął dłoń mężczyzny, zdejmując
  lustrzanki, po czym dudniącym głosem oznajmił:
       - Świetnie,  Dubo, nie mogłoby być lepiej.  Kolejka dla wszystkich! A
  jak  się  kręci  interes ? - ostatnie pytanie utonęło we wrzawie radosnych
  głosów  ludzi  dziekujących demonowi i zapewniających go o swojej sympatii
  dla  niego, poklepując go poufale po plecach. Rodhin zakrztusił się piwem,
  prychając   dokoła  na  wszystko  i  wszystkich.  Kilku  oburzonych  gości
  spojrzało  na niego, ale nikt nic nie powiedział. "Koniec końców, co by tu
  się nie działo, mam zadanie do wypełnienia" - pomyślał i wstał sięgając do
  miecza. Wtedy poczuł jak jego nadgarstek coś ściska. Białowłosy nieznajomy
  w czarnej skórze o bezosobowym wzroku mruknął cicho:
       - Zostaw. Nie warto.
       Chwilę  potem rozległ się niesamowity warkot, trzaski i łomoty, które
  zbliżały  się  do  karczmy. Zatrzymały się tuż przed nią. Ponownie zapadła
  cisza, jednak atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można by ją nożem kroić.
  Drzwi  otwarły  się z wielkim trzaskiem, zapewne kopnięte. Wszystkie głowy
  zwróciły  się  w  stronę  wejścia.  Stanął  w  nim wysoki, piękny i dobrze
  zbudowany  mężczyzna  bez  śladu jakiegokolwiek zarostu na twarzy. Miał na
  sobie  czarną,  błyszczącą skórzaną kurtkę i takież spodnie. Powoli wszedł
  do  środka,  a  za  nim  ruszyło kilku takich jak on. Wszyscy mieli z tyłu
  otwory,  przez  które  wystawały  skrzydła. Również z tyłu była wymalowana
  trupia czaszka i wyszyty napis "Hell Angels".
       Rodhin ze zdumieniem wpatrywał się w przybyszów.
       W sali zapadła śmiertelna cisza. Słowa anioła brzmiały więc niezwykle
  wyraźnie:
       - Ile razy mam ci powtarzać, Butch? Nie chcę, żebyś tu przychodził. A
  przy  tym  nie  znoszę  przemocy  -  powiedział  z  udawanym  przejęciem i
  smutkiem, przechodząc wzdłuż stołów w kierunku demona.
       Rodhinowi opadła szczęka.
       - Ale  niestety  pewne  rzeczy można wpoić tylko  siłą - kontynuował,
  ścigany  nienawistnymi  spojrzeniami  posłaniec Niebios. W tej chwili stał
  obok  stołu,  przy  którym  siedział  Rodhin i nieznajomy. W pewnej chwili
  gwałtownym  ruchem  przewrócił  wielką  i  ciężką ławę, wywracając kufle z
  piwem.  Jego  piwem.  Złocisty  trunek  rozlał się szerokim strumieniem po
  klepisku. Jego piwo. JEGO PIWO!!!
       Tego  już było za wiele. Wstał i mrucząc "Anioł czy nie, to było MOJE
  piwo" przyłożył wielkim sierpowym bezczelnemu rozrabiace. Po chwili kolega
  tego  ostatniego  rzucił  się na niego. Rodhin jeszcze kątem oka zauważył,
  jak  demon rusza ku niezwykłym przybyszom, a ludzie porywają się za stołki
  i  świat  zawirował  mu  w  oczach,  po czym osunął  się w bezpieczny mrok
  nieświadomości.
       Obudziło  go  chluśnięcie  jakiś  płynem  w  twarz.  Zatroskana twarz
  nieznajomego pochylała się nad nim.
       - Dobrze się czujesz? - zapytał.
       - O rany... chyba tak - odpowiedział Rodhin, macając się po szczęce -
  Daj  mi piwa proszę... jak mi mówili, że tu nawet od świętego można dostać
  w mordę, to nie uwierzyłem...

                                    EPILOG

       - Kwestia szczęścia - odpowiedział wiedźmin, pomagając mu wstać.
       
                                 
                                                            Michał Rybiński

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl