AS ZONE:

FANFICTION
"Łza" by Marcin Wierzyński
[LZA.TXT | LZA.DOC]


ŁZA
[© 1998 by Marcin Wierzyński (tedwan@polbox.com)]

       Krasnolud  walczył  tak jak tylko krasnoludy potrafią. Łączył pasję z
  nieukrywaną  satysfakcją.  Ciężki,  bojowy  topór  ciął  powietrze  z taką
  prędkością, że trudno było za nim nadążyć wzrokiem. Brak finezji nadrabiał
  szybkością.  Z  powodzeniem.  Położył  dwóch  czarnych  zanim  zdążyli się
  poruszyć.  Trzeciemu zgruchotał czaszkę nim ten odepchnął ciało pierwszego
  nieszczęśnika, które zwaliło się na niego.
       Wzrokiem  szukał  Ciri.  Yarpen  wiedział,  że  w takim tłoku powinni
  walczyć blisko siebie. Osłaniać swoje plecy.
       Wtedy być może mieli by jakąś szansę...

       Ciri walczyła jak wściekła kotka. Z oszałamiającą szybkością zadawała
  ciosy  co  chwilę zmieniając pozycję. Na parowanie uderzeń nie było czasu.
  Jednak  robiło  się  to  coraz  trudniejsze. Wrogie ostrza cięły powietrze
  coraz  bliżej.  Czuła  ich  podmuchy  na  policzkach. Powoli opuszczały ją
  siły  a  przeciwników  nie  ubywało.  Postanowiła  przedrzeć się do drzew.
  Udała,  że robi wypad po czym błyskawicznie obróciła się na pięcie i cięła
  płasko.  Krew  z  rozciętej  tętnicy  buchnęła jej prosto w twarz. Ten był
  blisko.  Bardzo blisko. Nie miała czasu by zetrzeć posokę z oczu. Skoczyła
  na pamięć. Prostu w walącego się trupa.
       Pierwsze ciosy dosięgły ją zanim jeszcze upadła na ziemię.

       Ryk  triumfu  dotarł  do  uszu  krasnoluda.  Wiedział  co  to znaczy.
  Dopadli... ją. Zasiekli malutką.
       Wykrzywił  twarz  w  takim  grymasie,  że  atakujący zatrzymali się w
  półkroku. Na moment zapanowała śmiertelna cisza.
       - No  psie  syny! - wychrypiał - Zanim mnie zaciupiecie,  potańcujemy
  sobie jeszcze trochę... I rzucił się tam gdzie było ich najwięcej.

       - Kapitanie jesteś ranny!
       - Ja umieram durniu! - Dowódca oddziału nie krył rozdrażnienia. Leżał
  oparty  głową  o  stary  dąb  w kałuży krwi. Jakieś pół metra od odrąbanej
  ręki.   Humoru   nie  poprawiało  mu  również,  że  ten  młodzik,  którego
  przydzielono  do  jego  oddziału  dzisiaj  rano, nie byˆ nawet zadraśnięty
  (chyba  jako  jedyny) - Ma szczęście skurwiel, taki młody a już oficer. Ze
  stolicy.  Pewnie skończył akademię dzięki protekcji bogatego tatusia. A ja
  od  samego  dołu...  Tyle  bitew,  tyle  pięknych  potyczek a przyjdzie mi
  szczeznąć   w  tej  zasranej  dziurze,  zabity  przez  jakiegoś  szalonego
  kurdupla.  -  Myśli  stawały  się  coraz  wolniejsze, coraz mniej składne.
  Ostatkami sił zebrał się w sobie i rzekł:
       - Słuchaj  szczeniaku...  pojedziesz  do... Puszczyka.  Powiesz mu...
  Powiesz "droga wolna", on... zrozumie...
       Głowa  bezwładnie osunęła się na ziemię. Mały strumyczek krwi pociekł
  mu z ust. Skonał.

       Noc spowiła polanę.
       Stare dęby wydawały się jeszcze wyższe i groźniejsze niż zwykle.

       - Spóźniłem się...
       Geralt  spojrzał  w  niebo. W złotej poświecie księżyca zalśniła łza,
  powoli  spływająca  po  szorstkim  policzku.  Nie spodziewał się tego. Nie
  wierzył,  że  po  tym wszystkim co widział w ciągu swojego długiego życia,
  będzie jeszcze kiedyś płakał. A jednak. Jego oczy były mokre.

       Śmiertelną  ciszę przerwał jęk. Trwał, nabrzmiewał, rósł by po chwili
  przerodzić   się   w  krzyk.  Krzyk  dziki,  niepohamowany  i  zły.  Krzyk
  śmiertelnie  zranionego  zwierzęcia, krzyk osoby, która wie, ze nie ma już
  nadziei, która straciła wszystko co mogła stracić.
       Krzyk,  który  na  koniec  był  rykiem  pełnym  furii i bezgranicznej
  nienawiści.

       I znów zapanowała cisza.

       Bezsilnie  opadł  na kolana. Z ciągle rozwartych ust pociekła strużka
  śliny. Przymknął oczy.
       Czuł,  że  jeszcze  chwila  a  oszaleje.  Nie!  Nie  może sobie na to
  pozwolić.  Jeszcze  nie... Najpierw musi pochować ciała. Później odnajdzie
  tych, którzy to zrobili.
       Tych, którzy zarąbali Yarpena, wesołego krasnoluda. Przyjaciela.
       Tych,  którzy  zasiekli  Ciri  i zrobili z nią to czego nie zrobiłyby
  nawet zwierzęta. Nawet te najgorsze.
       A później ich zabije.

                                                           Marcin Wierzyński

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl