"Łza" by Marcin Wierzyński
[LZA.TXT
| LZA.DOC]
Krasnolud walczył tak jak tylko krasnoludy potrafią. Łączył pasję z
nieukrywaną satysfakcją. Ciężki, bojowy topór ciął powietrze z taką
prędkością, że trudno było za nim nadążyć wzrokiem. Brak finezji nadrabiał
szybkością. Z powodzeniem. Położył dwóch czarnych zanim zdążyli się
poruszyć. Trzeciemu zgruchotał czaszkę nim ten odepchnął ciało pierwszego
nieszczęśnika, które zwaliło się na niego.
Wzrokiem szukał Ciri. Yarpen wiedział, że w takim tłoku powinni
walczyć blisko siebie. Osłaniać swoje plecy.
Wtedy być może mieli by jakąś szansę...
Ciri walczyła jak wściekła kotka. Z oszałamiającą szybkością zadawała
ciosy co chwilę zmieniając pozycję. Na parowanie uderzeń nie było czasu.
Jednak robiło się to coraz trudniejsze. Wrogie ostrza cięły powietrze
coraz bliżej. Czuła ich podmuchy na policzkach. Powoli opuszczały ją
siły a przeciwników nie ubywało. Postanowiła przedrzeć się do drzew.
Udała, że robi wypad po czym błyskawicznie obróciła się na pięcie i cięła
płasko. Krew z rozciętej tętnicy buchnęła jej prosto w twarz. Ten był
blisko. Bardzo blisko. Nie miała czasu by zetrzeć posokę z oczu. Skoczyła
na pamięć. Prostu w walącego się trupa.
Pierwsze ciosy dosięgły ją zanim jeszcze upadła na ziemię.
Ryk triumfu dotarł do uszu krasnoluda. Wiedział co to znaczy.
Dopadli... ją. Zasiekli malutką.
Wykrzywił twarz w takim grymasie, że atakujący zatrzymali się w
półkroku. Na moment zapanowała śmiertelna cisza.
- No psie syny! - wychrypiał - Zanim mnie zaciupiecie, potańcujemy
sobie jeszcze trochę... I rzucił się tam gdzie było ich najwięcej.
- Kapitanie jesteś ranny!
- Ja umieram durniu! - Dowódca oddziału nie krył rozdrażnienia. Leżał
oparty głową o stary dąb w kałuży krwi. Jakieś pół metra od odrąbanej
ręki. Humoru nie poprawiało mu również, że ten młodzik, którego
przydzielono do jego oddziału dzisiaj rano, nie by nawet zadraśnięty
(chyba jako jedyny) - Ma szczęście skurwiel, taki młody a już oficer. Ze
stolicy. Pewnie skończył akademię dzięki protekcji bogatego tatusia. A ja
od samego dołu... Tyle bitew, tyle pięknych potyczek a przyjdzie mi
szczeznąć w tej zasranej dziurze, zabity przez jakiegoś szalonego
kurdupla. - Myśli stawały się coraz wolniejsze, coraz mniej składne.
Ostatkami sił zebrał się w sobie i rzekł:
- Słuchaj szczeniaku... pojedziesz do... Puszczyka. Powiesz mu...
Powiesz "droga wolna", on... zrozumie...
Głowa bezwładnie osunęła się na ziemię. Mały strumyczek krwi pociekł
mu z ust. Skonał.
Noc spowiła polanę.
Stare dęby wydawały się jeszcze wyższe i groźniejsze niż zwykle.
- Spóźniłem się...
Geralt spojrzał w niebo. W złotej poświecie księżyca zalśniła łza,
powoli spływająca po szorstkim policzku. Nie spodziewał się tego. Nie
wierzył, że po tym wszystkim co widział w ciągu swojego długiego życia,
będzie jeszcze kiedyś płakał. A jednak. Jego oczy były mokre.
Śmiertelną ciszę przerwał jęk. Trwał, nabrzmiewał, rósł by po chwili
przerodzić się w krzyk. Krzyk dziki, niepohamowany i zły. Krzyk
śmiertelnie zranionego zwierzęcia, krzyk osoby, która wie, ze nie ma już
nadziei, która straciła wszystko co mogła stracić.
Krzyk, który na koniec był rykiem pełnym furii i bezgranicznej
nienawiści.
I znów zapanowała cisza.
Bezsilnie opadł na kolana. Z ciągle rozwartych ust pociekła strużka
śliny. Przymknął oczy.
Czuł, że jeszcze chwila a oszaleje. Nie! Nie może sobie na to
pozwolić. Jeszcze nie... Najpierw musi pochować ciała. Później odnajdzie
tych, którzy to zrobili.
Tych, którzy zarąbali Yarpena, wesołego krasnoluda. Przyjaciela.
Tych, którzy zasiekli Ciri i zrobili z nią to czego nie zrobiłyby
nawet zwierzęta. Nawet te najgorsze.
A później ich zabije.
Marcin Wierzyński
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl