"Nie można inaczej" by Hubert H. Wołoszyn
[NIEMOZNA.TXT
| NIEMOZNA.DOC]
Wiedźmin starannie wygładził kurtkę, za pas wetknął rękawice nabijane
srebrnymi ćwiekami a przez plecy przewiesił sihill w pochwie z laki, który
służył mu dobrze przez tak wiele lat.
Z komódki wyjął kawałek czarnego jedwabiu, rozwinął go ostrożnie, by
nie pognieść zawartości. W środku był malutki bukiecik zasuszonych
fiołków. Rzucił je na posłanie, na przetarty atłas i złotogłów, na skórę
niedźwiedzią, wyleniałą nieco, lecz nadal ciepłą, puszystą, na poduszki
obszyte gronostajami i adamaszkiem. Kwiaty rozsypały się dookoła Niej,
kruche, delikatnie. Tak do Niej nie pasujące kiedyś i teraz.
Odkąd Jaskółka odeszła przez Tor Zireael zabierając ze sobą Moc nic
nie było takie jak przedtem. Księżniczka Cirilla, Dziecko Przeznaczenia,
genetyczna krzyżówka, Szczurzyca Falka. Wieloma ją zwano imionami, lecz
dla niego zawsze była Ciri, jego córką. Córką, która tak bardzo
odmieniła cały świat. Tak bardzo odmieniła życie jegi i Yen.
Miał przed oczami obraz czarodziejki, kiedy zdała sobie sprawę, że
już nigdy nie użyje Mocy, nie rzuci zaklęcia, że jej inwokacje pozostaną
bez odzewu. Nawet wtedy nie zapłakała, choć wiedział jak bardzo lękała się
przyszłości. Zwyczajności.
I żyli zwyczajni, oni, dla których dawniej tak niewiele rzeczy było
niemożliwych, których się bano i podziwiano ze względu na ich niezwykłość.
Ale mieli siebie, swą miłość, dotyk ust, muśnięcia, słowa, spojrzenia
które nigdy zwykłe nie były. Nigdy.
Niestety, ostatnio było coraz gorzej. Dziesiątki lat przez które
oszukiwali Czas mściły się teraz. Boleśnie odzywały się stare rany,
połamane kości nieomylnie przepowiadały pogodę a drżenia rąk nie sposób
było ukryć. Nie sposób było również ukryć czerwonych plam na chusteczce,
którą Yen tak często trzymała przy ustach.
Tego ranka wszystko się skończyło. Znalazł ją zimną i martwą. Obok
leżała kartka z jednym zdaniem, skreślonym kształtnymi, spokojnymi runami.
"Wybacz, ale nie mogę inaczej."
Pierwszy raz targnęła się na życie jako dziecko, niechciane,
zrozpaczone, wyszydzane. Odratowano ją. Teraz nie było na to szans. Geralt
wiedział, że miała rację. Nie można inaczej, już nie.
Wyszedł przed dom. Wiatr świstał w koronach jabłoni i moreli,
rozwiewał włosy, kręcił liśćmi w ogrodzie. Szła jesień.
Poklepał konie po pyskach, otworzył ogrodzenie. Stały zdziwione, nie
rozumiejące dlaczego ten siwowłosy, tak często dający im marchewkę, owies
i suchy chleb, każe im odejść. Dlaczego złości się na nie i wyrzuca,
chociaż nic złego nie zrobiły.
Poszły wreszcie, poganiane poklepywaniem po zadach i przeczuciem
każącym znaleźć się jak najdalej. Płotka ostatnia, obróciła się, zarżała
cicho, spojrzała na Geralta, ale ten stał nieruchomy. Trąciła go pyskiem,
przejechała językiem po włosach. Wiedźmin uderzył ją lekko w chrapy.
- Idź, Płotka, tak trzeba.
Nie starał się być finezyjny. Po prostu wziął belę siana i cisnął na
środek izby. Sam zbudował ten dom i ciężko mu było się z nim rozstawać,
ale przecież musiał to zrobić. Po prostu. Odgarnął włosy za uszy,
drżącymi, powykręcanymi rękami zawiązał skórzana opaskę.
Uderzył krzesiwem raz, drugi, ale iskry nie było. Uśmiechnął się
smutno. Do wspomnień. Dawniej mógłby.
Złożył palce w Znak Igni, odpalił. Ogień buchnął jasno, szybko
ogarniając stos. Zdziwiony potarł palce o kurtkę. Swędziały. Jak kiedyś.
Dopiero teraz zauważył, że w dłoni kurczowo ściskał obsydianową gwiazdę
Yen. Już nie pulsowała, zatopione w niej diamenciki nie poruszały się, nie
mrugały.
Ponownie bez krzty finezji rozrzucił siano po domu. Ogień
przeskakiwał błyskawicznie liżąc coraz to nowe miejsca, nadgryzając
książki, ubrania, ciężkie zasłony.
Czekał przed drzwiami. Krótką chwilę. Zjawiła się nie wiadomo skąd.
Miała na sobie miękki kubraczek haftowany w fiołki. W Jej kwiaty.
- Witaj ponownie, Wilku - powiedziała z uśmiechem.
- Pani - ukłonił się lekko Geralt, przykładając pięść do piersi
rycerskim obyczajem.
- Dawno się nie widzieliśmy.
- Nie tęskniłem.
- Ależ tak, Wilku - nadal się uśmiechała - Tęskniliście oboje. Tak,
Wilku, nie zapominaj że spotkałam się już kiedyś z Janką. Jakże się
zmieniła od tamtego czasu. Dziś szła z podniesioną głową, z fioletowym
ogniem w oczach, naprawdę byłam z niej dumna. Ale nie powtarzaj jej tego,
przecież mi nie wypada mieć uczuć.
Stali długo w milczeniu, patrząc jak ogień trawi resztki chaty.
Geralt odezwał się pierwszy.
- Czy tym razem zechcesz wsiąć mnie za rękę?
- Wiesz przecież wiedźminie, że po to tu jestem. By trzymać cię za
rękę i byś nie był sam. Mówiłam ci, pamiętasz?
- Nie sposób cię zapomnieć, Pani - tym razem on się uśmiechnął.
Zważywszy na to, co miało się stać był to uśmiech wcale szczery.
- Va'en, Gwynbleidd. N'ess a tearth - wyciągnęła do niego dłoń - Esse
creasa.
- Wiem, wiem, że tak trzeba - palce miała długie, miękkie i zimne jak
to Śmierć - A i bać się już nie mam czego. Prowadź, Pani.
I poszli razem przez łąkę, w mgłę zimną i mokrą, za towarzystwo mając
ciemność, krzyk i siebie. A ci, którzy twierdzą, że dalej nie ma już nic
mylą się ogromnie.
H.
10.02.1998.
* * *
Wszelkie podobieństwo do postaci znanych nam wszystkim jest
nieprzypadkowe, aczkolwiek zamysłem moim nie było łamanie prawa
autorskiego.
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl