"Raaszida" by Zbowid
[RAASZIDA.TXT]
Upał był niemiłosierny. Zmęczone konie stawiały kopyta na
kamienistych zboczach w znudzonej pokorze. Tylko świerszcze pochowane w
chłodnych szczelinach skalnych trzeszczały i zgrzytały na dobre.
Wiedźmin jechał w milczeniu. Spływający pot znaczył na jego
przyszarzonej skalnym pyłem twarzy jaśniejsze smugi. Czasem tylko brzęknął
któryś metalowy element uprzęży.
Bucefał parsknął z cicha, z wyrzutem.
Jaskier sapał, jakby to on niósł konia i siodło, a nie odwrotnie.
- Geralt, czy my musimy jechać w taki upał? - jęknął.
- Musimy. Chyba że wolisz nocą. Znasz drogę przez te piargi? Ja nie.
- Tak tylko pytam - zasapał poeta. Wcale nie uśmiechało mu się
błądzenie po nocach pośród wysuszonych jak pieprz gór. I jeszcze ci dziwni
mieszkańcy, jacyś ciemni, czarnowłosi, zawsze w długich do ziemi
błękitnych jeela-ba, o zasłoniętych często twarzach, o małych,
całkowicie czarnych jak dno chłodnej, omszałej studni oczach bez źrenic.
Stanowczo wolał się pocić raczej z powodu upału niż...
Jechali tak już trzeci dzień. Przez suche, pozbawione jednego krzaka
góry Attalaas, przez piarżyska przecinane wąwozami, przez które musiała
kiedyś wartko płynąć woda, przez czerwonobrunatne doliny pocięte głębokimi
bruzdami, niczym szramami pozostawionymi przez pazury smoków. Smoki. A
właściwie jeden. Smoczyca.
Sam nie wiem gdzie Geralt usłyszał tę głupią legendę, pomyślał
Jaskier, o księżniczce zaklętej w smoka, czy jakoś tak. Pies ją kąsał.
Ale podobno wiedziała jak pomóc Yennefer, jak ją wyleczyć z... Wiedźmin
uczepił się tego jak giez końskiego tyłka.
Rankiem minęli ostatnią osadę, Tirmill, pełną jedynie smętnych
dzieciaków i jeszcze smętniejszych czarnych kóz.
Koło południa przebili się przez mleczną mgłę. Byli nad linią chmur.
Jeśli to w ogóle możliwe, zrobiło się jeszcze goręcej. Bezlistne,
pokręcone kikuty drzew gdzieniegdzie dawały namiastkę cienia. Zbliżali się
do Bel Tupkal, Najwyższego w języku Babaarów.
Nagle z pokręconej mgły u ich stóp wyłoniły się złocone pomarańczowym
słońcem skrzydła. Czarne skrzydła. Dokładnie, błoniaste skrzydła czarnej
smoczycy.
- Raaszida - wyszeptał wiedźmin - smoczyca z legendy.
- A ja naiwny, zwykłego bobołaka czy innej kikimory miałem się
spodziewać! Smoki - Jęknął trubadur starając się bezskutecznie nadrabiać
miną i powstrzymywać drżenie łydek. Ech, wilkołaki, wampiry, dawne
spokojne czasy...
Raaszida majestatycznie złożyła skrzydła przysiadając na sąsiedniej
turni, pośród kłębiącej się mgły. Zachodzące słońce błysnęło w jej
wielkich, migdałowych oczach. I jakby smutnych.
* * *
Mrok już gęstniał, gdy smoczyca odezwała się po raz ostatni.
- Żaden z was, zakutych łbów, taszczących kilogramy żelastwa na ten
szczyt, nie potrafi zrozumieć najprostszego. Miłość i cierpienie. Zło i
dobro. Mrok i jasność. Dwa końce miecza. Czy jedno da się pokonać drugim?
Zastanów się nad tym, Bałowłosy-bez-łuski. Zrozumiesz, pomożesz sobie,
jej i mnie.
- Tylko nie zrozum zbyt gwałtownie... Często przelatuję nad tymi
wąwozami.
* * *
Długo później, u stóp Mahakamu, Wiedźmin zrozumiał.
Migdałowooka Raaszida nie spadła.
Yen i Geralt żyli dość długo i burzliwie.
I często prawie szczęśliwie.
I tylko Bel Tupkall, Najwyższy, jest jeszcze bardziej suchy i pusty.
* * *
Zbowid
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl