AS ZONE:

FANFICTION
"Raaszida" by Zbowid
[RAASZIDA.TXT]


Raaszida
[© 1998 by Zbowid]

       Upał   był   niemiłosierny.   Zmęczone   konie   stawiały  kopyta  na
  kamienistych  zboczach  w  znudzonej pokorze. Tylko świerszcze pochowane w
  chłodnych szczelinach skalnych trzeszczały i zgrzytały na dobre.
       Wiedźmin   jechał   w  milczeniu.  Spływający  pot  znaczył  na  jego
  przyszarzonej skalnym pyłem twarzy jaśniejsze smugi. Czasem tylko brzęknął
  któryś metalowy element uprzęży.
       Bucefał parsknął z cicha, z wyrzutem.
       Jaskier sapał, jakby to on niósł konia i siodło, a nie odwrotnie.
       - Geralt, czy my musimy jechać w taki upał? - jęknął.
       - Musimy. Chyba że wolisz nocą. Znasz drogę przez te piargi? Ja nie.
       - Tak  tylko  pytam  -  zasapał  poeta.  Wcale nie  uśmiechało mu się
  błądzenie po nocach pośród wysuszonych jak pieprz gór. I jeszcze ci dziwni
  mieszkańcy,   jacyś   ciemni,  czarnowłosi,  zawsze  w  długich  do  ziemi
  błękitnych   jeela-ba,   o   zasłoniętych   często   twarzach,  o  małych,
  całkowicie  czarnych  jak dno chłodnej, omszałej studni oczach bez źrenic.
  Stanowczo wolał się pocić raczej z powodu upału niż...
       Jechali  tak już trzeci dzień. Przez suche, pozbawione jednego krzaka
  góry  Attalaas,  przez  piarżyska przecinane wąwozami, przez które musiała
  kiedyś wartko płynąć woda, przez czerwonobrunatne doliny pocięte głębokimi
  bruzdami,  niczym  szramami  pozostawionymi  przez pazury smoków. Smoki. A
  właściwie jeden. Smoczyca.
       Sam  nie  wiem  gdzie  Geralt  usłyszał  tę  głupią legendę, pomyślał
  Jaskier,  o  księżniczce  zaklętej  w smoka, czy jakoś tak. Pies ją kąsał.
  Ale  podobno  wiedziała  jak pomóc Yennefer, jak ją wyleczyć z... Wiedźmin
  uczepił się tego jak giez końskiego tyłka.
       Rankiem  minęli  ostatnią  osadę,  Tirmill,  pełną  jedynie  smętnych
  dzieciaków i jeszcze smętniejszych czarnych kóz.
       Koło  południa przebili się przez mleczną mgłę. Byli nad linią chmur.
  Jeśli  to  w  ogóle  możliwe,  zrobiło  się  jeszcze  goręcej.  Bezlistne,
  pokręcone kikuty drzew gdzieniegdzie dawały namiastkę cienia. Zbliżali się
  do Bel Tupkal, Najwyższego w języku Babaarów.
       Nagle z pokręconej mgły u ich stóp wyłoniły się złocone pomarańczowym
  słońcem  skrzydła.  Czarne skrzydła. Dokładnie, błoniaste skrzydła czarnej
  smoczycy.
       - Raaszida - wyszeptał wiedźmin - smoczyca z legendy.
       - A  ja  naiwny,  zwykłego  bobołaka  czy  innej kikimory  miałem się
  spodziewać!  Smoki  - Jęknął trubadur starając się bezskutecznie nadrabiać
  miną  i  powstrzymywać  drżenie  łydek.  Ech,  wilkołaki,  wampiry,  dawne
  spokojne czasy...
       Raaszida  majestatycznie  złożyła skrzydła przysiadając na sąsiedniej
  turni,  pośród  kłębiącej  się  mgły.  Zachodzące  słońce  błysnęło  w jej
  wielkich, migdałowych oczach. I jakby smutnych.

                                    * * *

       Mrok już gęstniał, gdy smoczyca odezwała się po raz ostatni.
       - Żaden  z was, zakutych łbów, taszczących kilogramy  żelastwa na ten
  szczyt,  nie  potrafi  zrozumieć najprostszego. Miłość i cierpienie. Zło i
  dobro.  Mrok i jasność. Dwa końce miecza. Czy jedno da się pokonać drugim?
  Zastanów  się  nad  tym,  Bałowłosy-bez-łuski. Zrozumiesz, pomożesz sobie,
  jej i mnie.
       - Tylko  nie  zrozum  zbyt  gwałtownie...  Często przelatuję nad tymi
  wąwozami.

                                    * * *

       Długo później, u stóp Mahakamu, Wiedźmin zrozumiał.
       Migdałowooka Raaszida nie spadła.
       Yen i Geralt żyli dość długo i burzliwie.
       I często prawie szczęśliwie.

       I tylko Bel Tupkall, Najwyższy, jest jeszcze bardziej suchy i pusty.

                                    * * *

                                                                      Zbowid

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl