AS ZONE:

FANFICTION
"Wiedźmin Geralt a reforma administracyjna" by m00se
[REFORMA.TXT]


Wiedźmin Geralt a reforma administracyjna
[© 1998 by m00se]

       Wiedźmin  Geralt stał w kompletnym bezruchu oparty plecami o wilgotną
  ścianę.  Wokół  panował  mrok tak gęsty, że nawet jego wiedźmiński wzrok z
  trudem  wyodrębniał  zarysy  ścian korytarza. Geralt nasłuchiwał. Gdzieś w
  oddali   rozległ   się   spazmatyczny,  raptownie  urwany  krzyk.  Odgłos,
  zwielokrotniony   przez   echo,   zamierał  powoli,  aby  ustąpić  miejsca
  zbliżającemu  się  tupotowi  stóp.  Wiedźmin  nawet  nie  drgnął,  gdy zza
  najbliższego  zakrętu korytarza wypadł ogromny, przygarbiony potwór. Nawet
  wszechogarniające  ciemności  nie  były  w  stanie  ukryć brzydoty stwora.
  Długie,  sięgające  podłogi  łapy,  świecące  chorobliwym  blaskiem oczy i
  obezwładniający  odór  nie  pozostawiały cienia wątpliwości - ghul. Potwór
  zbliżał  się  powoli  w  stronę przyczajonego Geralta. Wiedźmin zareagował
  błyskawicznie  i  pewnie:  dwa  szybkie  kroki,  półpiruet,  unik  i świst
  srebrnego ostrza zlały się niemal w jedno.
       Yennefer zdegustowana wyłączyła telewizor.

                                    * * *

       Ogłuszające  dudnienie  basu  wprawiało  ściany  budynku  w  wyraźnie
  wyczuwalne  wibracje.  Jednakże  nikt  z podrygującego pośrodku sali tłumu
  zdawał  się  tego  nie  zauważać.  Wręcz  przeciwnie  każda  z  ubranych w
  plastik  postaci  kołysała  się  w  miejscu  z  wyrazem  twarzy, jaki może
  zapewnić  tylko  zaawansowana  choroba  psychiczna  lub  starannie dobrana
  mieszanka  alkoholu  i  narkotyków.  Geralt  ostrożnie  lawirował pomiędzy
  tańczącymi   kierując   się   w   kierunku   odległej   ściany.  Zgodnie z
  oczekiwaniami znalazł tam półleżącego Jaskra. Trubadur był tak naćpany, że
  nawet  energiczne  potrząsanie  nie  zdołało  skłonić  go do zogniskowania
  spojrzenia. Geralt skrzywił się zarzucił, poetę na plecy i westchnął.
       - Za stary już na to jestem, za stary.

                                    * * *

       - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Geralt! Zostaw tego ćpuna i spójrz na
  mnie.  Mówię  do  ciebie  do  cholery!  Gdybyś  chociaż raz zadał sobie tę
  odrobinę  trudu  i  zrobił  tak,  jak  ci  radzę, nie byłbyś teraz na moim
  utrzymaniu.  No co się tak gapisz? Ja temu wierszoklecie nie dam złamanego
  grosza.  Tak,  wiem,  że  to  twój  przyjaciel. Co z tego? Mówię ci po raz
  ostatni:  podaj  ich wreszcie do sądu. "Wiedźmin Geralt wstępuje do NATO",
  "Wiedźmin  Geralt i reforma administracyjna" - za każdy odcinek powinni ci
  płacić tantiemy. Milczysz. Czy ta twoja cholerna duma nie pozwala ci nawet
  zdobyć pieniędzy na utrzymanie? Ech zaraza, ty mnie nawet nie słuchasz.

                                    * * *

       Geralt szedł samotnie ulicą. Jego krótko przystrzyżone, ufarbowane na
  zielono włosy, fosforyzowały lekko w świetle nielicznych czynnych latarni.
  Od  zachodu  powiał  zimny,  nocny  wiatr  niosąc  ze sobą zapach spalin i
  dźwięki  pijackiej  burdy.  Wiedźmin  westchnął  ciężko  i wbił zaciśnięte
  pięści w kieszenie spodni ozdobionych trzema gustownymi paskami. Yennefer,
  jak  zwykle  zgodziła się przenocować Jaskra, dopóki ten nie wytrzeźwieje.
  Nogi same niosły go w kierunku najbliższego pubu. Geralt dokonał w pamięci
  szybkiej  oceny pozostałych mu funduszy, uśmiechnął się paskudnie i pchnął
  odrapane  drzwi.  W  środku  gęste  chmury  papierosowego  dymu skutecznie
  utrudniały  nielicznym  żarówkom  oświetlenie  lokalu.  Geralt usiadł przy
  barze  i  przez  dłuższą  chwilę  zastanawiał  się  czym się dzisiaj upić.
  Wiedział,  że jest w trudnej sytuacji: jego organizm sztucznie uodporniony
  na  różne  jady  i trucizny skutecznie opierał się działaniu alkoholu. Aby
  się  porządnie  schlać  Geralt  potrzebował  dużej  ilości mocnej wódki, a
  najlepiej  spirytusu.  Wiedźmin  zadumał  się  nad  możliwościami zdobycia
  napitku.  W  stojącym  na  końcu  kontuaru telewizorze białowłosy mięśniak
  jedną  ręką  obejmował  cycatą  blondynę,  a  drugą zbrojną w niewątpliwie
  plastikowy  miecz  oganiał  się  od  chmary  oślizgłych  potworów.
       Geralt  zrezygnowany  wstał  i  ruszył w kierunku wyjścia. W drzwiach
  niemalże  zderzył  się z wchodzącą Ciri. Dziewczyna obrzuciła go cokolwiek
  zamglonym  spojrzeniem i krzywiąc się niemiłosiernie splunęła mu pod nogi.
  Geralt potulnie wyszedł na ulicę.

                                    * * *

       Cirilla  nie  odzywała  się do niego już od ponad dwóch lat, kiedy to
  Geralt  okrutnie  pochlastał  ówczesnego chłopka Ciri, pisarczyka Jarre'a.
  Jarre  spędziwszy  dwa  miesiące  w stanie śpiączki wylizał się jakoś, ale
  Ciri  zapałała  do wiedźmina gorącą nienawiścią. Z początku Geralt myślał,
  że  gdy  Ciri trochę ochłonie sama stwierdzi, że Jarre nie jest najlepszym
  partnerem i puści mu te chwile popędliwości w niepamięć.
       Ciri  rzeczywiście rzuciła Jarre'a, ale wiedźmina na zawsze skreśliła
  z  listy  mile  widzianych  osób.  Jaskier  twierdził, że to z powodu zbyt
  długiego  obcowania  z  Yennefer,  chociaż  nigdy  nie  mówił  tego  w jej
  obecności. Właściwie to wszystkie kłopoty Geralta zaczęły się mniej więcej
  w   tamtym   okresie.  Pozostali  wiedźmini  zakładali  korporacje,  które
  niechętnie  spoglądały  na  działających na ich terenie wolnych strzelców.
  Ich  niechęć  była  tak  daleko posunięta, że zmusiła Geralta do czasowego
  opuszczenia  miasta i radykalnej zmiany wyglądu. Geralt ufarbował włosy na
  zielono  zaczął  nosić  pomarańczowe  okulary  i  ubierać  się w ortalion.
  Potencjalni klienci dostawali na widok wiedźmina niekontrolowanych napadów
  śmiechu.
       Jednakże  dopiero  dosyć żywiołowa reakcja Yennefer dała Geraltowi do
  myślenia,  zwłaszcza, że czarodziejka umiała przedstawić swoje argumenty w
  sposób niezwykle przekonywujący i stanowczy. W rezultacie Geralt rozpoczął
  poszukiwania  budynku  dostatecznie  wysokiego, by skok z niego okazał się
  śmiertelny nawet dla kogoś o jego wytrzymałości.
       Na  szczęście  Yennefer  przełamała  swój  upór  zanim  Geralt zdołał
  znaleźć  odpowiedni  wieżowiec.  Po  tych  przeżyciach  Geralta nie było w
  stanie  wzruszyć nawet ogłoszenie, jakie Jaskier zamieścił w prasie w jego
  imieniu:  "AAAAaaaaaaaaaaaaaaaaa  potwory tępię zawodowo, skutecznie. Tel.
  grzeczn. 345-5212-5767.

                                    * * *

       Przeszedłszy  kilka przecznic Geralt zorientował się, że zapuścił się
  w  okolice,  w  które  zdecydowanie  nie  powinien  się  zapuszczać.  Jego
  spostrzeżenie  okazało  się  tyleż  trafne,  co  spóźnione,  gdyż  dookoła
  wiedźmina  zmaterializowała  się  grupa podpitych typków odzianych w dresy
  tylko  trochę bardziej zniszczone niż jego własny. Przez chwilę wiedźmin i
  przywódca  dresiarzy  mierzyli  się  wzrokiem.  Wreszcie  ten  ostatni nie
  wytrzymał  i  zaatakował  trzymanym w ręku kijem paskudną fintą z dexteru.
       Geralt zareagował zupełnie odruchowo, wyuczone w ciągu wiedźmińskiego
  treningu   ruchy   wykonywały   się   same,   bez   udziału   świadomości.
  Błyskawiczny  piruet  ustawił  Geralta  w  doskonałej pozycji na przyjęcie
  zadanego  z tyłu ciosu. Bardziej poczuł, niż usłyszał uderzenie metalowych
  ogniw łańcucha o własną czaszkę.

                                    * * *

       - Wynocha ochlapusie! WON!
       Jaskier  nie  czekając  na  kolejne  uderzenie  patelnią  przepięknym
  szczupakiem pokonał odległość dzielącą go od drzwi. Yennefer przez dłuższą
  chwilę nie mogła dojść do siebie.
       - Ten mały pederasta zarzygał mi cała łazienkę.

                                    * * *

       Geralt otworzył lewe oko. Było ciemno. Po chwili otworzył drugie oko.
  Nadal było ciemno. Wciągnął głęboko powietrze i natychmiast skrzywił się z
  bólu.  Chciał  zakląć, ale uniemożliwiły mu to rozbite i spuchnięte wargi,
  więc tylko wypluł zalegający pod językiem ząb.
       - Dolna lewa piątka. - Wymamrotał z trudem.
       Humor  wiedźmina  szybko  się  poprawił,  gdyż okazało się, że oprócz
  połamanych  żeber  i  ręki  lekko  wyrwanej  ze stawu nie odniósł dalszych
  obrażeń  i  będzie mógł iść o własnych siłach. Najwyraźniej dresiarze byli
  na  tyle  zniechęceni,  że nawet nie chciało im się skatować go porządnie.
  Jednakże   zniechęcenie   nie  przeszkodziło  im  w  opróżnieniu  kieszeni
  wiedźmina.
       - Yennefer mnie zabije. - pomyślał Geralt zanim stracił przytomność.

                                    * * *

       Yennefer  czuła,  że dnia rozpoczętego pozbyciem się natrętnego poety
  nie  należy  marnować.  Upewniła  się,  że  drzwi  są  dobrze  zamknięte i
  przezornie  zasłoniła  okno.  Potem  spod  łóżka  wyciągnęła  gruby zeszyt
  obłożony  w  plakat  z  podobizną  Antonio  Banderasa,  który  swego czasu
  zwędziła  Triss  Merigold. Jej najlepsza przyjaciółka do dziś nie odkryła,
  co stało się z jej idolem. Yennefer podeszła do biurka i otworzyła zeszyt.
  Na  pierwszej  stronie  widniało  kilka  przekreślonych  tytułów  i  jeden
  napisany  ze  szczególną  starannością  i  do  tego  zielonym  atramentem:
  "Wiedźmin Geralt ocala świat od zagłady". Zeszyt pachniał bzem i agresetm.

                                    * * *

                                                                      m00se

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl