AS ZONE:

FANFICTION
"Rozmaryn" by Przemek Szczygielski
[ROZMARYN.TXT | ROZMARYN.DOC]


Rozmaryn
[© 1998 by Przemek Szczygielski]

       Zanim  pan wiedźmin usnął, zdążył jeszcze skląć go na czym świat stoi
  i  zdzielić  głownią  miecza.  Nowy  siniak. Dobrze, że pan upijał się tak
  często.  Inaczej  siniaków  byłoby więcej niż dni podróży. Zdarł koszulę i
  usiadł  w  marnym  południowym  cieniu  rosochatej wierzby masując obolałe
  plecy. Gdyby nie wymknął się w porę dostałby po głowie. Już raz tak było -
  zemdlał,  a  wiedźmin  cucił  go  kopniakami swoich ciężkich butów. "Nasza
  profesja  to  krew,  pot  i  łzy"  - zwykł mawiać - "A nie kobiety, wino i
  śpiew".  I  wszystko się zgadzało. Krew, pot i łzy towarzyszyły chłopcu od
  momentu,  kiedy  jego  rodzinny  dom znikł za pagórkiem, i wiedźmin po raz
  pierwszy  pokazał  mu,  kto  tu  jest  panem.  Nie było też kobiet, wina i
  śpiewu. Zamiast tego stare dziwki, samogon i potoki przekleństw.
       Otarł  z  policzka jedną bezsilną łzę i ruszył w kierunku wychudzonej
  karej  klaczy.  Teraz  była  to  jego  jedyna  towarzyszka niedoli - razem
  znosili  co  dzień  ból  i  upokorzenia,  rozumieli  się  dobrze.  Zwierzę
  prychnęło radośnie na jego widok.
       - Tak,  moja  droga.  Obrywamy  ostre  cięgi  -  mamrotał   głaszcząc
  delikatniej  jej  grzywę  -  Ty  i  ja.  Jaka szkoda, że nie umiesz mówić.
  Moglibyśmy... Jak byś była moją klaczą, dałbym ci jakieś ładne imię. Wiem,
  wiem.  On  wszystko zohydza. Do mnie nigdy nie mówi inaczej jak gówniarzu,
  wiesz, prawda? Ale, że ciebie tak nazwał...
       - A jak ją nazwał? - usłyszał za sobą dźwięczący głos.
       Odwrócił  się.  To była córka karczmarza, na którą zezował ukradkiem,
  podczas  gdy pan się upijał. Kiedy wpadł pod stół, karczmarz wywlókł go na
  zewnątrz  aby  zrobić  miejsce  nowym  gościom.  A dziewczyna... wysoka, z
  rudo-złotymi  lokami, osią talią i szerokimi biodrami, wydawała mu się tak
  piękna,  jak  jakaś  księżniczka  z  bajek,  które  nie  tak dawno jeszcze
  opowiadała  mu  mama.  Niedawno?  Ależ  nie,  bardzo dawno. Teraz jest już
  mężczyzną, no... prawie.
       - Rozumiesz, co mówię? - zaśmiała się widząc  jego cielęce spojrzenie
  - Jak się wabi?
       - Eeee... Nazwał ją Kiła.
       - A ty? Masz chyba jakieś imię.
       - Moja mama... Moja przybrana mama mówiła do mnie Grześ.
       - Jesteś  sierotą...  -  kiwnęła  poważnie  głową  -  No cóż.  Często
  rozmawiasz z Kiłą?
       - Nie mów tak o niej. To kochane zwierzę.
       - Może kochane, ale długo już nie pociągnie. Chuda jak płotka.
       - Żebyś  wiedziała, jak płotka - poklepał klacz po  pysku - Szkoda mu
  miedziaków na owies, wszystko przepija.
       - Znać ubił ostatnio jakiegoś potwora.
       - Gdzie  tam. Kazał mi okraść szkatułę ofiarną w świątyni.  Jeśli nie
  wypije, trzęsą mu się ręce, jeśli wypije, nie utrzyma miecza.
       - Od dawna tak podróżujecie?
       - Wydaje mi się, że od dawna. Pamiętam dzień kiedy zapukał  do chaty,
  zupełnie  trzeźwy,  gadając jakieś bzdury o przeznaczeniu i że szukał mnie
  całe  życie.  Miałem  zostać  wiedźminem, pojechać do... Kermoren, czy tak
  jakoś... i tak jedziemy już nie wiem ile.
       - Powiedziałeś, że gdzie jedziecie?
       - Do Kermoren... No, nie za bardzo potrafię to powiedzieć.
       - A  ty  nadal  chcesz  być  wiedźminem, po tym wszystkim,  co tu cię
  spotyka?
       - No,  nie wiem. Moja mama, ta przybrana,  opowiadała mi tyle bajek o
  wiedźminach   którzy   ratowali  wioski,  zabijali  groźne  bestie,  mieli
  niesłychaną  siłę,  srebrne  miecze,  pieniądze  i  potem  brali  za  żonę
  księżniczkę... A moi druhowie ze wsi, mówili, że wiedźmini mieli dużo... -
  chłopiec uśmiechnął się głupio.
       - Dużo kobiet, tak? I myślisz, że to tylko bajki?
       - Nie wiem. Dlatego jadę tam, do twierdzy.  Jeśli oni wszyscy są tacy
  jak ten... Ucieknę od nich.
       - Czy wiesz, gdzie jest to twoje Kermoren?
       - No,  nie  wiem.  Pytałem,  odburknął,  że jeszcze daleko,  i że jak
  dojedziemy, to się okaże.
       - Okłamuje  cię.  Ja  nie słyszałam żadnych bajek,  ale widziałam już
  kilku  wiedźminów  w  swoim życiu. To mimo wszystko ludzie. Nie wszyscy są
  tacy.  Widzisz  te  szare  szczyty  na  horyzoncie? W tych górach jest ich
  twierdza - ledwie trzy dni drogi stąd. Pieszo.
       Chłopak spojrzał niepewnie we wskazywanym przez nią kierunku.
       - Konno dojechałbyś szybciej...
       - Nie mam konia!
       - Weź jego Kiłę. Mój ojciec trzyma w piwnicy owies, którym młynarzowa
  zapłaciła  kiedyś  za  długi  męża.  Możesz  wziąć  go na drogę dla swojej
  klaczy.  Nie  patrz  tak. Żal mi cię. Zobaczyłam w karczmie te twoje płowe
  włosy  nad  posiniaczoną buzią i... postanowiłam ci pomóc. Dam ci prowiant
  na drogę. Mógłbyś znaleźć prawdziwych wiedźminów.
       - No...
       - Nie  marudź.  Nie  chcesz  chyba żeby ten moczymorda  obijał cię do
  czasu   aż  mu  zgnije  wątroba?  Widziałam  go  wcześniej,  woził  innych
  chłopców...
       - Nie  jestem  już  chłopcem!  -  oburzył się wypinając  dumnie wątłą
  pierś.
       - Oczywiście  -  zaśmiała  się mrużąc zielone oczy - woził  chłopców,
  kazał  im  kraść,  żebrać,  i  bóg wie co jeszcze. Co roku kręcił się tu z
  innym.  Wiem,  że  niektórych  wtrącono  do  lochu,  jednemu obcięto ręce.
  Ludziska  mówią  też  że  innego  sprzedał  jako  niewolka,  gdy bardzo go
  suszyło. Spakuję ci prowiant i przywiozę porządne portki.
       To  mówiąc  odwróciła  się na pięcie i w podskokach pobiegła w stronę
  karczmy.
       Chłopiec  zastanawiał się chwilę, po czym ruszył do miejsca, w którym
  zostawił  uprząż.  Siodło  i derka leżały pod drzewem. Przerzucił je przez
  ramię i zagwizdał na klacz, która uniosła pysk znad trawy i widząc znajome
  wędzidło smętnie poczłapała w jego stronę.
       - Spokojnie  -  powiedział  -  Jeśli nie chcesz  uprzęży założę tylko
  siodło. Nie chciałbym spaść...
       Chwilę  po  tym  gdy wszystko znalazło się na swoim miejscu, nadeszła
  córka karczmarza ciągnąc nieduży lniany worek, ze sporym koszem pod pachą.
       - To  dla  was  -  z tymi słowy ściągnęła z kosza coś, co  z początku
  wydawało  się  kawałkiem  sukna, a co okazało się być całkiem przyzwoitymi
  portkami  -  Załóż je. Lepiej nadają się do jazdy konnej i nie są podarte.
  Nie  będzie  widać  twojego  tyłka.  No,  już  -  zobaczyła, że się waha -
  Wstydzisz  się? Wiesz, kiedy już będziesz wiedźminem i będziesz miał wiele
  kobiet, zdejmowanie przed nimi portek będzie konieczne, ha, ha!
       - Nie rozumiem.
       - Nie rozumiesz? Twoi druhowie gadali, ale nigdy nie  powiedzieli ci,
  co znaczy mieć kobietę?
       - No, myślałem, że mieć, to mieć. Tak jak ma się pieniądze.  Albo ich
  się nie ma.
       - No, to ściągaj portki wiedźminie. Bez tego się nigdy nie dowiesz.
       I zrobił jak kazała. Był piękny ciepły dzień, i chyba nie można sobie
  wyobrazić  lepszego  miejsca na tego typu lekcje niż cień samotnej wierzby
  na  wielkiej  łące.  Była  cierpliwą  i dokładną nauczycielką, i kiedy już
  stwierdziła,  że  nic  więcej  tego  dnia  ze swojego ucznia nie wyciśnie,
  ubrali się i czule pożegnali.
       Wskoczył  dziarsko  w  kulbakę i spojrzał na nią błyszczącymi i nieco
  rozmarzonymi oczyma.
       - Powiedz - mrugnęła okiem - Obiecasz mi coś?
       - No!
       - Obiecaj  mi,  że  jako  wiedźmin nigdy nie weźmiesz  w nagrodę ręki
  królewny i pół królestwa.
       - Dlaczego?
       - No, wiesz. Wiejskie dziewczyny też potrzebują wiedźminów!
       - Ach,  tak!  Obiecuję.  Słowa dotrzymam - zaśmiał się i  jeszcze raz
  schylił się, by ją pocałować.
       - Będę cię zawsze pamiętał, twoje rude włosy, piegi i zielone oczy.
       - Tak, z pewnością... Tu mi rozmaryn wyrośnie...
       - Bywaj zdrowa! - zawołał i stuknął klacz piętami.
       - Ach!  Jeszcze  jedno! - zawołała za nim - Nie jesteś  już chłopcem,
  tylko mężczyzną. Od dziś jesteś Geraltem!
       Zaśmiał się i mocniej ścisnął łydki.
       - Szybciej, Płotko! Do Kermoren!

                                                        Przemek Szczygielski

[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl