"Rozmaryn" by Przemek Szczygielski
[ROZMARYN.TXT
| ROZMARYN.DOC]
Zanim pan wiedźmin usnął, zdążył jeszcze skląć go na czym świat stoi
i zdzielić głownią miecza. Nowy siniak. Dobrze, że pan upijał się tak
często. Inaczej siniaków byłoby więcej niż dni podróży. Zdarł koszulę i
usiadł w marnym południowym cieniu rosochatej wierzby masując obolałe
plecy. Gdyby nie wymknął się w porę dostałby po głowie. Już raz tak było -
zemdlał, a wiedźmin cucił go kopniakami swoich ciężkich butów. "Nasza
profesja to krew, pot i łzy" - zwykł mawiać - "A nie kobiety, wino i
śpiew". I wszystko się zgadzało. Krew, pot i łzy towarzyszyły chłopcu od
momentu, kiedy jego rodzinny dom znikł za pagórkiem, i wiedźmin po raz
pierwszy pokazał mu, kto tu jest panem. Nie było też kobiet, wina i
śpiewu. Zamiast tego stare dziwki, samogon i potoki przekleństw.
Otarł z policzka jedną bezsilną łzę i ruszył w kierunku wychudzonej
karej klaczy. Teraz była to jego jedyna towarzyszka niedoli - razem
znosili co dzień ból i upokorzenia, rozumieli się dobrze. Zwierzę
prychnęło radośnie na jego widok.
- Tak, moja droga. Obrywamy ostre cięgi - mamrotał głaszcząc
delikatniej jej grzywę - Ty i ja. Jaka szkoda, że nie umiesz mówić.
Moglibyśmy... Jak byś była moją klaczą, dałbym ci jakieś ładne imię. Wiem,
wiem. On wszystko zohydza. Do mnie nigdy nie mówi inaczej jak gówniarzu,
wiesz, prawda? Ale, że ciebie tak nazwał...
- A jak ją nazwał? - usłyszał za sobą dźwięczący głos.
Odwrócił się. To była córka karczmarza, na którą zezował ukradkiem,
podczas gdy pan się upijał. Kiedy wpadł pod stół, karczmarz wywlókł go na
zewnątrz aby zrobić miejsce nowym gościom. A dziewczyna... wysoka, z
rudo-złotymi lokami, osią talią i szerokimi biodrami, wydawała mu się tak
piękna, jak jakaś księżniczka z bajek, które nie tak dawno jeszcze
opowiadała mu mama. Niedawno? Ależ nie, bardzo dawno. Teraz jest już
mężczyzną, no... prawie.
- Rozumiesz, co mówię? - zaśmiała się widząc jego cielęce spojrzenie
- Jak się wabi?
- Eeee... Nazwał ją Kiła.
- A ty? Masz chyba jakieś imię.
- Moja mama... Moja przybrana mama mówiła do mnie Grześ.
- Jesteś sierotą... - kiwnęła poważnie głową - No cóż. Często
rozmawiasz z Kiłą?
- Nie mów tak o niej. To kochane zwierzę.
- Może kochane, ale długo już nie pociągnie. Chuda jak płotka.
- Żebyś wiedziała, jak płotka - poklepał klacz po pysku - Szkoda mu
miedziaków na owies, wszystko przepija.
- Znać ubił ostatnio jakiegoś potwora.
- Gdzie tam. Kazał mi okraść szkatułę ofiarną w świątyni. Jeśli nie
wypije, trzęsą mu się ręce, jeśli wypije, nie utrzyma miecza.
- Od dawna tak podróżujecie?
- Wydaje mi się, że od dawna. Pamiętam dzień kiedy zapukał do chaty,
zupełnie trzeźwy, gadając jakieś bzdury o przeznaczeniu i że szukał mnie
całe życie. Miałem zostać wiedźminem, pojechać do... Kermoren, czy tak
jakoś... i tak jedziemy już nie wiem ile.
- Powiedziałeś, że gdzie jedziecie?
- Do Kermoren... No, nie za bardzo potrafię to powiedzieć.
- A ty nadal chcesz być wiedźminem, po tym wszystkim, co tu cię
spotyka?
- No, nie wiem. Moja mama, ta przybrana, opowiadała mi tyle bajek o
wiedźminach którzy ratowali wioski, zabijali groźne bestie, mieli
niesłychaną siłę, srebrne miecze, pieniądze i potem brali za żonę
księżniczkę... A moi druhowie ze wsi, mówili, że wiedźmini mieli dużo... -
chłopiec uśmiechnął się głupio.
- Dużo kobiet, tak? I myślisz, że to tylko bajki?
- Nie wiem. Dlatego jadę tam, do twierdzy. Jeśli oni wszyscy są tacy
jak ten... Ucieknę od nich.
- Czy wiesz, gdzie jest to twoje Kermoren?
- No, nie wiem. Pytałem, odburknął, że jeszcze daleko, i że jak
dojedziemy, to się okaże.
- Okłamuje cię. Ja nie słyszałam żadnych bajek, ale widziałam już
kilku wiedźminów w swoim życiu. To mimo wszystko ludzie. Nie wszyscy są
tacy. Widzisz te szare szczyty na horyzoncie? W tych górach jest ich
twierdza - ledwie trzy dni drogi stąd. Pieszo.
Chłopak spojrzał niepewnie we wskazywanym przez nią kierunku.
- Konno dojechałbyś szybciej...
- Nie mam konia!
- Weź jego Kiłę. Mój ojciec trzyma w piwnicy owies, którym młynarzowa
zapłaciła kiedyś za długi męża. Możesz wziąć go na drogę dla swojej
klaczy. Nie patrz tak. Żal mi cię. Zobaczyłam w karczmie te twoje płowe
włosy nad posiniaczoną buzią i... postanowiłam ci pomóc. Dam ci prowiant
na drogę. Mógłbyś znaleźć prawdziwych wiedźminów.
- No...
- Nie marudź. Nie chcesz chyba żeby ten moczymorda obijał cię do
czasu aż mu zgnije wątroba? Widziałam go wcześniej, woził innych
chłopców...
- Nie jestem już chłopcem! - oburzył się wypinając dumnie wątłą
pierś.
- Oczywiście - zaśmiała się mrużąc zielone oczy - woził chłopców,
kazał im kraść, żebrać, i bóg wie co jeszcze. Co roku kręcił się tu z
innym. Wiem, że niektórych wtrącono do lochu, jednemu obcięto ręce.
Ludziska mówią też że innego sprzedał jako niewolka, gdy bardzo go
suszyło. Spakuję ci prowiant i przywiozę porządne portki.
To mówiąc odwróciła się na pięcie i w podskokach pobiegła w stronę
karczmy.
Chłopiec zastanawiał się chwilę, po czym ruszył do miejsca, w którym
zostawił uprząż. Siodło i derka leżały pod drzewem. Przerzucił je przez
ramię i zagwizdał na klacz, która uniosła pysk znad trawy i widząc znajome
wędzidło smętnie poczłapała w jego stronę.
- Spokojnie - powiedział - Jeśli nie chcesz uprzęży założę tylko
siodło. Nie chciałbym spaść...
Chwilę po tym gdy wszystko znalazło się na swoim miejscu, nadeszła
córka karczmarza ciągnąc nieduży lniany worek, ze sporym koszem pod pachą.
- To dla was - z tymi słowy ściągnęła z kosza coś, co z początku
wydawało się kawałkiem sukna, a co okazało się być całkiem przyzwoitymi
portkami - Załóż je. Lepiej nadają się do jazdy konnej i nie są podarte.
Nie będzie widać twojego tyłka. No, już - zobaczyła, że się waha -
Wstydzisz się? Wiesz, kiedy już będziesz wiedźminem i będziesz miał wiele
kobiet, zdejmowanie przed nimi portek będzie konieczne, ha, ha!
- Nie rozumiem.
- Nie rozumiesz? Twoi druhowie gadali, ale nigdy nie powiedzieli ci,
co znaczy mieć kobietę?
- No, myślałem, że mieć, to mieć. Tak jak ma się pieniądze. Albo ich
się nie ma.
- No, to ściągaj portki wiedźminie. Bez tego się nigdy nie dowiesz.
I zrobił jak kazała. Był piękny ciepły dzień, i chyba nie można sobie
wyobrazić lepszego miejsca na tego typu lekcje niż cień samotnej wierzby
na wielkiej łące. Była cierpliwą i dokładną nauczycielką, i kiedy już
stwierdziła, że nic więcej tego dnia ze swojego ucznia nie wyciśnie,
ubrali się i czule pożegnali.
Wskoczył dziarsko w kulbakę i spojrzał na nią błyszczącymi i nieco
rozmarzonymi oczyma.
- Powiedz - mrugnęła okiem - Obiecasz mi coś?
- No!
- Obiecaj mi, że jako wiedźmin nigdy nie weźmiesz w nagrodę ręki
królewny i pół królestwa.
- Dlaczego?
- No, wiesz. Wiejskie dziewczyny też potrzebują wiedźminów!
- Ach, tak! Obiecuję. Słowa dotrzymam - zaśmiał się i jeszcze raz
schylił się, by ją pocałować.
- Będę cię zawsze pamiętał, twoje rude włosy, piegi i zielone oczy.
- Tak, z pewnością... Tu mi rozmaryn wyrośnie...
- Bywaj zdrowa! - zawołał i stuknął klacz piętami.
- Ach! Jeszcze jedno! - zawołała za nim - Nie jesteś już chłopcem,
tylko mężczyzną. Od dziś jesteś Geraltem!
Zaśmiał się i mocniej ścisnął łydki.
- Szybciej, Płotko! Do Kermoren!
Przemek Szczygielski
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl