"Torcha" by Krzywa
[TORCHA.TXT
| TORCHA.DOC]
Na brudnym, klejącym się od piwa blacie zabrzęczały dwie złote monety
przerywając głośne rozmowy klientów. Karczmarz rozdziawił gębę i z
wyraźnym trudem wyartykułował:
- C.. o podać?
Postać w szarej opończy odezwała się cicho zza kaptura
- Szukam noclegu. Tylko na dziś.
- Taa...k, panie, proszę za mną, za mną.. - karczmarz bełkotał
nieskładnie gnąc się w ukłonach.
- Mój koń... - powiedziała postać
- Proszę się o nic nie martwić, zaraz się nim zajmiemy.. Pavel!
Oporządź pańskiego konia, owsa mu daj i przynieś juki do pokoju! Jazda!
Proszę, proszę za mną..- z obleśnym, służalczym uśmiechem karczmarz zaczął
się wspinać na schody, co musiało być niebywałą sztuką dla kogoś o jego
tuszy. Postać posłusznie podążyła za nim.
Drzwi otworzyły się, skrzypiąc od lat nie oliwionymi zawiasami,
ukazując wnętrze pokoju. Dobrze już wysłużony siennik leżał w kącie na
czymś, co prawdopodobnie miało uchodzić za łóżko. Inne nieliczne sprzęty
nie były godne uwagi.
- Oto i pokój.. - karczmarz zerknął dyskretnie na miecz przytoczony
do boku postaci. Wyglądał solidnie - Proszę wybaczyć nieporządek, aleśmy
się nie spodziewali tak dostojnych gości..
- Możesz wyjść - przerwała postać siadając na łóżku i zabierając się
do zdejmowania butów - No, już! A na wieczór proszę mi tu przynieść
wieczerzę. Tylko porządną - głowa w kapturze uniosła się, ciemne oczy
popatrzyły podejrzliwie.
- Tak, tak panie..- Bochejka wyszedł z pokoju plącząc się w
zapewnieniach. Gdy zamknął drzwi oparł się ciężko o ścianę i otarł pot z
szerokiego ciemienia. Otrząsnął się, wciąż czując na sobie wzrok
tajemniczego bogacza. Szybko zszedł na dół, do gwaru, do ludzi, uciekając
przed nieprzyjemnym wrażeniem.
Gdy tylko za karczmarzem zamknęły się drzwi, siedząca na łóżku postać
zrzuciła kaptur szybkim, zniecierpliwionym ruchem. Kasztanowe włosy
wysypały się spod skórzanej przepaski. Kobieta odetchnęła głęboko, z
przyjemnością wyciągając obolałe od jazdy nogi. Pas z mieczem odrzuciła w
kąt i z ulgą zapadła się w siennik. Po chwili słychać było już tylko jej
równy, jednostajny oddech.
Było już późno, gdy Bochejka oderwał się od fascynującego zajęcia,
jakim było podszczypywanie wiejskich dziewcząt, i przypomniał sobie o
swoim kliencie. Karczma wyludniła się, przy brudnych stołach siedziało już
tylko kilku miejscowych entuzjastów etanolu oraz rzeźnik, głośno
ubolewający nad odejściem swojej Maryny. Karczmarz, niezauważony przez
nikogo wspiął się na schody, stękając przy tym ciężko i balansując
chwiejnie trzymaną w ręce tacą. Odchrząknął, splunął w kąt i zapukał do
pokoju. Gdy odpowiedziało mu milczenie wzruszył ramionami i popchnął
drzwi.
Pogrążona dotychczas w półśnie kobieta poderwała się na równe nogi,
stając naprzeciw karczmarza. Bochejka zachłysnął się, upuszczona taca z
brzękiem potoczyła się po podłodze. Jej twarz, doskonale widoczna w
świetle wpadającego przez okno księżyca, wykrzywił nieładny, zły grymas.
Błyskawicznie schyliła się po leżący na podłodze miecz i ze świstem
przecięła nim powietrze. Ostrze wpiło się głęboko w usta karczmarza,
przekłuwając mózg i z chrupnięciem przeszywając na wylot czaszkę. Upadł
ciężko na bielone deski, nie zdążywszy nabrać powietrza do krzyku. Torcha
stanęła nad trupem, wytarła klingę o jego fartuch i zaklęła szpetnie.
Splunęła z wściekłością na ciało, sprawnym ruchem wsunęła miecz do pochwy
i przeklinając swoją głupotę wyskoczyła przez okno, prosto w objęcia nocy.
Niosąca tacę z brudnymi kuflami dziewka nagle krzyknęła histerycznie.
Wizg przeszył stęchłe powietrze karczmy. Taca wypadła jej z rąk, gliniane
kufle pękły z głuchym trzaskiem. Wzrok miała utkwiony w rosnącej powoli na
klepisku czerwonej kałuży. Z sufitu kapały jednostajnie pełne, purpurowe
krople krwi.
* * *
W zadymionej izbie ratusza unosił się zapach potu, koni, piwa, czyli
zwykła woń nieodmiennie pojawiająca się w miejscach, gdzie zebrało się
wielu mężczyzn żywiących niechęć do mydła. Bogato ubrany człowieczek o
czerwonej, nalanej twarzy walił pięścią w stół żądając ciszy. W końcu
rozmowy przycichły, aby ustać zupełnie i wiele par oczu skierowało się na
burmistrza.
- Tak, ehm, ehm, - burmistrz odkaszlnął i wsadził kciuki za pas, z
trudem opinający się na wydatnym brzuchu.
- Zapewne ciekawi was, po co was tu zebrałem. - gwar na sali
potwierdził jego słowa - Wszyscy tu obecni, jesteście słynnymi łowcami
nagród, wasze umiejętności szermiercze są znane w całym kraju, a niejeden
na wasz widok robi w portki. - Chóralny wybuch śmiechu na chwilę przerwał
jego wypowiedź.
- Zadanie, jakie mam dla was, jest nie lada wyzwaniem. To, jak zwykle
polowanie na człowieka. Ale o wiele trudniejsze, niż zwykle. Chodzi o
Torchę.
Na sali zapadła nie przerywana niczym cisza. Tuzin mężczyzn o
pooranych twarzach, z mieczami, toporami i sztyletami u boku słuchał w
napięciu.
- Zapewne nie jeden raz słyszeliście to imię. Ostatnimi czasy to ona
stała się postrachem kupieckich karawan. Do miasta przyjeżdża niewiele
wozów, wszystkim trzęsą się tyłki na samo wspomnienie o niej. Od czasu,
gdy w Dotren załatwiła nasłaną na nią kupę zbrojnego chłopa wyżynając ich
jednego po drugim wprost na placu ratuszowym, nikt nie podjął się jej
schwytania. Wszystkim równie dobrze znana jest rzeź z Parkimov, którą już
teraz straszą niegrzeczne dzieci. Torcha urosła do miary legendy, ale nie
zapominajmy, że to tylko dobrze wyćwiczona baba. Jej działalność na
szlakach znacznie zmniejszyła dochody miasta. Krótko mówiąc, wyznaczam
nagrodę za jej głowę: pięć tysięcy wenów. - Gdzieś z izby odezwał się
gwizd zdumienia.
- To nie powinna być zbyt niska suma. -burmistrz rozejrzał się po
sali czekając na słowa protestu - Pieniądze otrzyma ten, który przywiezie
ją tutaj, do Berviken, całą lub w kawałkach, to nie ma znaczenia. Liczę na
was i jestem pewien, że nie będę długo czekał na wasz powrót. Od tej
chwili uważam polowanie za otwarte - zakończył burmistrz i dostojnie
wyszedł z sali.
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, podniósł się gwar. Łowcy
rozprawiali głośno między sobą i nikt nie zauważył postaci, która
natychmiast po wyjściu burmistrza wstała i skierowała się do drzwi. Nie
była jednak osamotniona. Po chwili ktoś jeszcze chyłkiem opuścił salę.
Korvin zajęty był siodłaniem, gdy usłyszał jakiś szelest.
Znieruchomiał i dyskretnie sięgnął po sztylet. Znienacka zza zadu konia
wychyliła się znajoma czapka z orlim piórem, a za nią roześmiana twarz
Rodolva przyozdobiona spiczastą, brązową bródką.
- Cześć stary rozbójniku! - krzyknął radośnie klepiąc Korvina po
ramieniu. - Jak się masz, co?
- Rodolv, stary pryku.- Korvin zaśmiał się chrapliwie. -Nic się nie
zmieniłeś.
- Ty jak widzę też - Rodolv komicznie wykrzywił twarz. - Ładnie to
tak wymykać się cichcem a mnie zostawiać z tymi nieopierzonymi
żółtodziobami?
- Przesadzasz jak zwykle - uśmiechnął się Korvin, przeczesując
palcami gęstą, ciemną czuprynę.- Dobrze pamiętam szczęśliwe czasy, kiedy
polowaliśmy razem. Żaden uciekinier nam nie umknął, byliśmy postrachem
szlaków. Twój łuk niezawodny jak zwykle, co?
- Wciąż mogę zestrzelić muchę z odległości stu jardów - Rodolv
poprawił kołczan na ramieniu.
- Jak widzę, napaliłeś się na tą zdzirę, Korvin.- powiedział łucznik.
- Suma jest niebagatelna - odpowiedział zapinając popręg. - Może
mógłbym osiąść gdzieś na stałe, ożenić się..
- Ty?! - łucznik wybuchnął śmiechem - Chyba żartujesz, ty jesteś
dzieckiem szlaku, wytrzymał byś na miejscu może kilka dni, a potem rzucił
byś wszystko w diabły i wrócił na trakt.
- Masz rację, jak zwykle. To nie zmienia faktu, że gotówka się
przyda.
- A co byś powiedział na wspólne polowanie? - zapytał Rodolv
oglądając z udawanym zainteresowaniem połamane od naciągania bełtu
paznokcie.
Korvin na chwilę zaprzestał szperania w jukach.
- Mówisz serio? Jak kiedyś? To by były łowy. - powiedział z
rozmarzeniem.
- No to załatwione. - łucznik uśmiechnął się rozbrajająco.
- A gdzie twój koń? - spytał Korvin. - Ci tam to faktycznie
półgłówki, ale w końcu się połapią co jest grane.. nie mamy czasu.
Rodolv gwizdnął cicho i z podwórca odpowiedziało mu rżenie.
- Jak zawsze myślisz o wszystkim - zaśmiał się łowca. - W drogę więc!
- krzyknął wskakując na konia i wyjeżdżając ze stajni.
Rodolv gwizdnął przeszywająco, wskoczył na wierzchowca w biegu i w
dwójkę ze śmiechem i świstem pocwałowali w noc. Burmistrz wyjrzał z okna
izby i na widok kurzu za odjeżdżającymi pomyślał z przyjemnością o
przyszłym awansie.
* * *
Jakieś zwierzę zaszeleściło w krzakach. Torcha nawet nie odwróciła
wzroku od struganej w szpic gałęzi. Wciąż była wściekła na siebie. Nie
mogła sobie wybaczyć lekkomyślności. Widywała zawieszone po traktach
kawałki koźlej skóry z nagrodą pod jej podobizną. Wiedziała, jak ryzykuje,
a ta świadomość rozwścieczała ją jeszcze bardziej.
- Karczmy mi się zachciało. - zaklęła pod nosem. - miękkiego
siennika, tak? Jajecznicy, do jasnej cholery. Było mi siedzieć cicho w
lasach a nie pakować się znowu w kłopoty. Mało mi było Parkimov. -
wrzuciła do ogniska kawałek drewna, sprawdzając przy okazji, czy piekąca
się nad ogniem kuropatwa jest już gotowa. Była.
Smak świeżego mięsa przywrócił jej dobry humor. Pomyślała o
jutrzejszym dniu. Pobyt w gospodzie miał chociaż jeden plus, zapewnił jej
najnowsze informacje. Z Kantiron wyruszyła niewielka karawana kupiecka.
Sprawa wydawała się być warta zachodu, wozy miały być pełne towarów na
odbywający się za kilka dni wielki kiermasz w Terriken. Torcha miała
nadzieję na kruszec, może kamienie. W każdym razie nie wyjdzie z pustymi
rękoma.
Ziewnęła rozdzierająco i zerknęła na konia, który pasł się spokojnie
nieopodal. Zagrzebała się więc w prowizoryczne legowisko z suchych paproci
i z utęsknieniem wspomniała miękkość siennika. Zaraz zbeształa się za
głupotę i zaśmiała się cicho. Gdy z ogniska pozostał tylko żar, już spała.
* * *
Jednostajny stukot końskich kopyt na ubitej powierzchni traktu
usypiał. Ferkin co chwilę ocierał pot z czoła, rozmazując na całej twarzy
szaro-żółty kurz drogi. Wóz kolebał się na boki pokonując z trudem dziury
i koleiny. Woźnica po raz nie wiadomo który przeklął okoliczne władze i
splunął celnie pomiędzy końskie zady.
Konie przyspieszyły, koła zaturkotały raźniej.
- Hej, Stegomir, gdzie tak pędzisz? -dobiegł go okrzyk z tyłu.
- Dom czują - zaśmiał się - niech lecą jak chcą, co ja je będę
hamować.
Zakręt pokonali już w pełnym galopie, gdy nagle konie stanęły dęba,
szarpnęły się w uprzęży, zatańczyły, rzucając się na boki. Wóz zakolebał
się niebezpiecznie, przechylił mocno na jedną stronę, deski zajęczały i
zaskrzypiały. Gdy już, już się wydawało, że wróci do poprzedniej pozycji,
z głośnym trzaskiem złamała się oś. Wóz osiadł twardo na ziemi, wzbijając
tumany kurzu.
- Stegomir, nic ci nie jest? - krzyknął kupiec zeskakując z kozła i
biegnąc ku kamratowi, który w ciągu całej tej kotłowaniny przytomnie
zeskoczył z wozu i odturlał się na bok.
- Choheha - wystękał Stegomir, plując dookoła krwią i kurzem -
Choheha, żeby sze chyba wybiłem...
- Chodź no lepiej tutaj.
Stegomir podniósł się ciężko, macając uzębienie. Jeden się ruszał.
Zaklął z niebywała fantazją i podszedł do koni. Kilka centymetrów od ich
kopyt leżał omszały, gruby pień drzewa.
- Podejrzanie mi to wygląda...- powiedział oglądając kloc. - tak się
sam z siebie zwalił?
- Ano tak - odparł Forik, po pas w krzakach. -Sam obacz, spróchniałe
to to było, zawalił się w końcu. Pech chciał, że na nas..
- Ano, pech - Stegomir pomasował rozbite ramię. - No i co teraz
robimy?
Woźnica wylazł z krzaków i przystąpił do oględzin złamanego koła..
- Nie ma co dumać, - oświadczył wstając i otrzepując portki - oś
poszła, pękła na dwie części. Trzeba będzie nowe koło z miasta przywieść i
tu zakładać...
- A do tego czasu co - prychnął Stegomir - czekać se tu będziem na
łaskę niebios?
Forik podrapał się w czuprynę.
- Ano, -powiedział w końcu - do miasta nie tak znów daleko.
Przeprawię się tu przez las, dookoła, a potem wrócę na trakt. Tobie ino
poczekać na mnie. Wrócę jutrzejszym dnieniem z paroma kamratami, zdążymy
naprawić przed kiermaszem.
- Nie w smak mi to - skrzywił się Stegomir - ale prawdę mówisz.. co
mi tam, poczekam.
Forik wskoczył na kozła drugiego wozu, smagnął konie lejcami i
poprowadził je w otaczające trakt zarośla. Po chwili poganiając opierające
się zwierzęta pokazał się z drugiej strony zwalonego drzewa.
- Bywaj! I wracaj prędko! - pomachał mu Stegomir.
- Wrócę! - odkrzyknął Forik i odjechał rączym kłusem.
Kupiec wyprzągł konie, wygrzebał z pod worków kawał suszonej
kiełbasy, i uwalił się w trawę osłaniając oczy czapką przed ostrym
słońcem. Tętent końskich kopyt ucichł w oddali i cały świat zamarł w
upalnym bezruchu.
Nie na długo.
Na drogę z dzikim rżeniem wpadł ciemny wierzchowiec, niosący jeźdźca
z obnażonym mieczem. Torcha krzyknęła dziko i rzuciła się na leżącego
kupca.
Stregomir zerwał się na równe nogi, chwytając przypasany do boku
miecz. Wiedział, że póki kobieta jest na koniu miał szansę. Czekał więc,
nabierając impetu do szerokiego zamachu w końską pierś.
Torcha zobaczyła, do czego się zamierzał. Zrozumiała, że konno ma
zbyt małe pole manewru, a nie chciała narażać klaczy. Zeskoczyła, zwinnie
wybijając się z siodła i lądując w miękkim półobrocie. Zgrabną paradą
ochroniła się przed ciosem kupca, cięła nisko, płasko, mierząc w kolana.
Stegomir zdążył sparować, z trudem. Sądził, że zdąży wrócić do pozycji,
ochronić szyję.
Torcha była szybsza.
Jej krótkie, oszczędne cięcie rozorało mu tętnice. Krew bluzgnęła
wokół, szeroką falą ciągnąc się za ciosem. Stregomir padł ciężko na drogę.
Kurz osiadł mu na ubraniu, krew zaczęła wsiąkać w wysuszoną glebę. Torcha
stała jeszcze chwilę z wzniesionym mieczem, po czym wyprostowała się,
wytarła ostrze o trawę i zgrabnie wsunęła do pochwy. Nie namyślając się
dłużej, skierowała się w stronę wozu.
Jak podejrzewała, ładunek był wart szukania wystarczająco
spróchniałego drzewa, żeby jego upadek nie spowodował podejrzeń, trudnego
i wymagającego od niej i od konia wysiłku naginania go tak długo, aż pień
nie wytrzymał, a w końcu długich godzin czajenia się w krzakach na
karawanę. Patrząc na baryłki korzennych przypraw, małe, pękate szkatułki o
żelaznych okuciach pełne kruszcu, naszyjniki, apaszki, perfumy i inne
luksusy, w których lubią pławić się bywające na kiermaszach bogate panie
uśmiechała się z satysfakcją. Bez chwili zwłoki zabrała się do napychania
juków.
* * *
Podkowy głucho dźwięczały o bale mostu, gdy Korvin i Rodolv wjeżdżali
do Terriken. Był dzień dorocznego wielkiego kiermaszu. Pod nogami
spłoszonych hałasem wierzchowców pętały się gromady umorusanych
dzieciaków, z każdej strony słychać było nawoływania przekupek,
sprzedawców lubczyków i afrodyzjaków czy obłąkanych głoszących koniec
świata.
Łowcy zsiedli z koni, tłum zrobił się tak gęsty, że przejechać było
niemożliwością. Rodolv czuł się trochę spłoszony, nie lubił miast;
żebraków czepiających się jego zielonego kubraka, wiecznego smrodu
brudnych uliczek i ogłuszającego gwaru tłumu. Przepychał się przez ciżbę,
zniecierpliwiony.
- Korvin - odezwał się z prośbą w głosie - wracajmy na szlak,
przyjdziemy jutro, kiedy będzie mniej.. ludzi.
- Daj spokój - parsknął Korvin - Wyglądasz, jakbyś wolał mierzyć się
ze zbrojnym oddziałem niż zostać tu chociaż chwilę dłużej. Wiesz przecież,
że teraz jest najlepsza okazja na dowiedzenie się czegoś o naszej dobrej
znajomej.
- Wiem - westchnął Rodolv - Ale poszukajmy tych informacji może w
jakiejś karczmie, co? Jest tu taka jedna...
- "Złoty kogut", wiem. - uśmiechnął się Korvin - Słynie z dobrego
piwa.. i nie tylko.
- No to na co czekamy - poweselał łucznik - dalejże, do Złotego
koguta!
Korvin zaśmiał się gromko i podążył za przyjacielem.
"Złoty Kogut" był zapchany do granic możliwości. Łowcy stanęli w
wejściu trochę zdezorientowani. Na widok dwóch klientów karczmarka
odepchnęła od siebie jakiegoś pijaczynę, wytarła ręce w fartuch i
zamachała do nich zachęcająco.
- Dzień dobry, co podać - zapytała, gdy już przepchnęli się do niej
poprzez liczny tłum.
- Dwa piwa, i ...-Korvin rozejrzał się po sali - i stolik.
- Gorinka! - ryknęła karczmarka zadziwiająco głośno jak na swój
niewielki wzrost - Znajdź szlachetnym panom stolik!
Do łowców podszedł ogromny mężczyzna o niezbyt inteligentnym wyrazie
twarzy, zmierzył salę uważnym spojrzeniem, po czym jednym ciosem potężnej
ręki zwalił z ławy spitego do granic możliwości wieśniaka. Wieśniak wstał
z trudem i skierował się chwiejnym krokiem do drzwi, widocznie
przyzwyczajony już do tego precedensu.
Ledwo przyjaciele zdążyli usiąść, a już karczmarka stawiała przed
nimi dwa ociekające pianą kufle, a liczni niezbyt trzeźwi osobnicy zaczęli
zagadywać ich nachalnie. Rodolv ignorował ich sącząc piwo, a Korvin zajął
się "zbieraniem informacji".
- Jak się żyje ostatnio w Terriken? - zagadnął sąsiada.
- Ja tu tylko przejezdny jestem, panie, na kiermasz przyjechałem. -
odpowiedział jegomość z bujnym, siwym wąsem. - Obyczaj przedstawić się
każe, jestem Timer, kupiec, miło mi. - przedstawił się jegomość.
- Korvin. - skłonił lekko głowę.
- Jak tam idzie praca, panie Timer. - spytał łowca pozornie niedbale.
- Oj, ciężko, panie, ciężko teraz. Niebezpieczne czasy nastały. Po
drogach bandy grasują, rabusie i inne zołzy, tylko czatują na uczciwych
ludzi, takich jak pan...- tu zerknął na potężny miecz u boku Korvina -i
ja. A najgorsza to już ta baba, co to jej się miecza zachciało.
- Torcha? - podsunął Korvin.
- A tak, właśnie ta. - kiwnął głową Timer i przytknął do ust kufel.
- I co z tą bandytką? - popędził go łowca.
- Więc, jak mówiłem - kupiec otarł usta z piany - ona to jest
najgorsza ze wszystkich. Słyszał pan szanowny na pewno o rzezi w Parkimov,
tak, tam się krew lała, oj lała. Myślał by kto, że siędzie w lasach i
będzie rany lizać, ale to nie. Ledwo przycichło po rozróbie, a babsko się
znów pokazało.
- A ja myślałem, że ją kto ukatrupił. - zdziwił się uprzejmie Korvin.
- Ją? - Timer zaśmiał się piskliwie. - Na nią to by trzeba wszystkich
wojów królewskich, a i to za mało. To czarownica, żeby ktoś tak mieczem
wywijał to nie zgodne z naturą. - Timer spojrzał za żalem na dno kufla.
Korvin bez słowa podsunął mu swój.
- O czym to ja..? - beknął kupiec - A, tak. No więc, znów się
pokazała. Nie dalej niż wczoraj na karawanę napadła. A jak bezczelnie,
prawie że pod murami miasta. Pułapkę zastawiła, przemyślną że ho ho, kto
by się spodziewał takiego pomyślunku po dziewce.
- Skąd wiadome, że to ona? Mało to band grasuje? - spytał się łowca.
- No jak, przecie jak jest kupa chłopa, to się nie boją niczego, nie?
A ona czekała, aż jeden ino ostanie, żeby go zakatrupić. Widać, że się
ostrożniejsza stała, jak ją ranili w Parkimov to się teraz boi. Nie łacno
jej widać znowu być kon.. kontuzyjowaną. No i nic nie paliła, jak to
zawsze robią, zostawiła co mniej cenne i odjechała. Widać, że pakowała ino
tyle, co się na jednego konia mieści. A i spieszno jej było, bo ruch na
drodze, wszyscy na kiermasz ciągnęli.
Korvin odwrócił się do Rodolva.
- Musi być niedaleko. Wczoraj napadła tu karawanę. Znajdziemy ją
migiem, pewnie sprzedała już łup i teraz zechce gdzie zaszaleć. Założę
się, że jest w mieście.
- Nie będzie łatwo znaleźć ją w tym tłumie. - Rodolv zamyślił się -
gdzie byś poszedł, gdybyś nie chciał być rozpoznany, a chciał się dobrze
zabawić?
- Dzielnica portowa.- Korvin kiwnął głową. - Ale słuchaj, ona jest
sprytna. Musimy mieć plan, jak się tu za nią zabierzemy, to się spłoszy i
tyle ją widzieli.
- Racja. - przytaknął łucznik. - Mam pomysł. Będziemy już na nią
czekali.
* * *
Nad rzeką unosił się mocny odór ryb. Torcha zmarszczyła nos i
wyminęła kupę rybich szkieletów. Nie miała kaptura i bez lęku przechadzała
się między ludźmi. Tu i tak nikt jej nie pozna, wszyscy albo zalani, albo
mało ich to obchodzi. Jedyną zaletą mieszkania w dzielnicy portowej, nad
brudną i śmierdzącą rzeką Redną było to, że nikt się tobą nie interesował.
Dlatego właśnie tu można było znaleźć najgorszych zabijaków.
Już od godziny krążyła w tej dzielnicy. Oprócz kilku rzeczy, które
musiała kupić, trzymała ją tu jeszcze jedna sprawa. Tak długo była na
szlaku sama. Szukała kogoś na tę noc.
Zmierzchało już, gdy skierowała się do najpodlejszej w okolicy
tawerny. Gdy weszła, uderzył w nią ciężki zaduch, dym z komina i hałas
rozmów. Prawie natychmiast rzucił jej się w oczy ciemnowłosy mężczyzna
siedzący w kącie. Powoli sączył piwo i w jakiś sposób odstawał od tłumu.
Zręcznie lawirując między ludźmi skierowała się w jego stronę.
- Można się przysiąść? - spytała z miłym uśmiechem.
- Proszę. - ciemnowłosy okazał się być dżentelmenem, wstał i podsunął
jej krzesło.
- Dzięki. - usiadła i zamówiła piwo.
Gdy piła z przyjemnością zimny trunek, nieznajomy zaczął rozmowę.
- Nie strach tak ci samej po nocy włóczyć się w takim miejscu? -
zapytał.
- Mi? - zaśmiała się - Strach? Nie, ja się nie boję. Powinni się bać
ci, którzy chcą na mnie napaść. - uśmiechnęła się drapieżnie. Piwo
uderzyło do głowy i nie zależało jej na dyskrecji.- Jestem Torcha.
- Ta Torcha? Torcha postrach szlaków? - spytał czarnowłosy zdziwiony.
- Ta. Przeszkadza ci to? - rzuciła zaczepnie.
- Nie. - uśmiechnął się - Nie za bardzo. Właściwie, próbuje się na
tobie wzorować, jak na razie z miernym skutkiem. Jestem Korvin.
- Nie słyszałam o tobie. - pociągnęła jeszcze trochę piwa.
- No właśnie - skrzywił się komicznie.
Torcha zaśmiała się.
- Szczerze mówiąc - powiedział Korvin przyglądając się jej badawczo -
spodziewałem się kogoś innego.
- To znaczy? - Torcha poczuła z zaskoczeniem, że rumieni się pod jego
taksującym wzrokiem. Dziękowała bogom za półmrok izby.
- Cóż, zgodnie z opowiadaniami Torcha powinna być ogromnym babskiem z
obnażonym mieczem, przypominającym bardziej zabijakę z północy niż
kobietę. - uśmiechnął się do niej. - Nie jesteś podobna do tych wyobrażeń.
Na szczęście.
Torcha poczuła jego zręczną dłoń na swoim kolanie.
- Czy w tej nędznej knajpie można wynająć pokój - zamruczała.
- Po co - szepnął z szelmowskim uśmiechem. - już jeden mamy.
Wstał i delikatnie pociągnął ją za rękę. Stanęła naprzeciw niego i
dłużej nie czekając skierowała się w stronę wynajmowanych izb. Nie były z
pewnością to izby luksusowe, ale miały łóżka, a to im akurat wystarczyło.
Korvin otworzył oczy. Przez chwilę leżąc nieruchomo zastanawiał się,
co go obudziło. Hałas powtórzył się, ostrożne pukanie do drzwi. Łowca
delikatnie zdjął ze swojej piersi dłoń Torchy. Spała, ufnie wtulona w jego
bok. Kosmyk kasztanowych włosów leżący jej na twarzy unosił się w rytm
oddechu. Korvin odgarnął go z czułością i powoli, uważnie wstał. Podszedł
do drzwi niezgrabnie naciągając spodnie. Na korytarzu stał Rodolv.
- Nareszcie - syknął - Już myślałem, że nigdy nie skończycie. Co ty
wyrabiasz idioto?
- Czego chcesz? - Korvin zamknął drzwi do pokoju. - Przecież wszystko
jest pod kontrolą.
- Bogowie, tyś zwariował - stwierdził łucznik patrząc na Korvina i
znacząco pukając się w czoło. - Miałeś ją tylko zwabić do pokoju, zawołać
mnie i byśmy ją mieli z głowy. A ty co robisz? Gzisz się z tą zdzirą
zapominając o naszej umowie, a potem jeszcze zasypiasz snem niemowlaka.
Mogła cię zabić już dziesięć razy!
- Tragizujesz - powiedział łowca szeptem - Nic nie mogła mi zrobić.
- Akurat. A zresztą nie ważne. - Rodolv wzruszył ramionami. - Mamy ją
teraz na patelni, dwa ciachnięcia mieczem i po wszystkim.
- Chcesz ją zabić? Tu i teraz?
- No a jak to sobie wyobrażasz - łucznik spojrzał na przyjaciela
podejrzliwie - Burmistrz wyznaczył jednakową nagrodę za żywą lub martwą, a
co ja się mam z nią jeszcze szarpać.
- Nie o to chodzi! - powiedział Korvin. - Nie możemy zabić jej tutaj!
- A dlaczego nie? Masz jakiś racjonalny powód - Rodolv uśmiechnął się
- Oczywiście, oprócz tego, że masz ochotę na powtórkę gimnastyki na
sienniku.
Korvin spojrzał Rodolvowi w oczy i nie powiedział nic.
- No to na co czekamy? Masz. - łucznik wcisnął Korvinowi w rękę
kościany sztylet. - Idź tam i zasłuż na nagrodę.
Korvin spojrzał na nóż w swojej ręce, jak gdyby dziwił się, skąd on
się tam wziął. Potem popatrzył jeszcze na przyjaciela, otworzył drzwi i
wszedł do izby. W środku panował mrok, po omacku zbliżył się do posłania.
Dźgnął nożem w miejsce, gdzie powinna była znajdować się szyja Torchy.
Sztylet przeszedł lekko przez siennik. Nie było jej tam. Tak, jak ubrania
i miecza bandytki. Łowca poczuł na plecach chłód. Odwrócił się, i zobaczył
gwiazdy patrzące na niego przez otwarte na oścież okno.
Torchę zbudził ruch Korvina. Leżała jednak spokojnie, nie zdradzając
się z tym, że nie śpi i z przyjemnością poddając się jeszcze raz jego
delikatnemu dotykowi. Gdy wstał otworzyła oczy i zobaczyła, że z kimś
rozmawia. Nie interesowało jej to. Ale nie chciała go narażać na
niebezpieczeństwo nią spowodowane. Zerwała się na nogi, gdy tylko zamknęły
się za nim drzwi. Ubrała się błyskawicznie, przypasała miecz. Odwróciła
się jeszcze na chwilę słysząc podniesione głosy, po czym z uśmiechem
wyskoczyła na bruk ulicy. Lądując podparła się miękko, poprawiła ubranie i
puściła się równym biegiem w kierunku bram. Świt był blisko, niebo na
wschodzie nabierało odcieni szarości, a ona chciało opuścić miasto gdy
tylko otworzą bramy. Przyspieszyła.
Korvin podbiegł do okna i wyjrzał na ulicę. Nie było jej nigdzie
widać. Rodolv wpadł do pokoju, w jednej chwili zrozumiał co się stało i
rzucił Korvinowi ubranie.
- Ty cholerny durniu! Rusz się! - wrzasnął - Wszystko słyszała!
Możemy ją jeszcze dogonić!
- Idzie w stronę stajni przy bramach. - powiedział niewyraźnie Korvin
nakładając koszulę - O świcie jest tam pełno ludzi, nie będziemy jej mogli
tam złapać, zbyt duże ryzyko.
- Dorwiemy ją na szlaku! - łucznik już przesadzał parapet. Korvin
skoczył za nim. Natychmiast zerwał się do biegu, prześcigając przyjaciela.
Wsłuchał się w pracę mięśni, skupił na oddechu. Musiał być tam pierwszy.
Może nie wszystko stracone.
Gdy dotarła do stajni, żołnierze na murach już się gotowali do zmiany
warty. Osiodłała konia i dołączyła się do grupy czekających pod bramą na
otwarcie wrót. Odwróciła się nagle, słysząc kroki biegnącego człowieka.
Ulicą nadbiegał Korvin. Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała z
satysfakcją, że widocznie nawet po wielu dniach na szlaku robi dobre
wrażenie. Zeskoczyła z konia i czekała, aż nadbiegnie. Twarz perliły mu
krople potu.
- Torcha - wydyszał - słuchaj, to nie tak.
- Co nie tak? - uniosła brwi w zdziwieniu.
- Moja.. rozmowa z przyjacielem..- wydyszał.
- Daj spokój - przerwała mu - nie obchodzi mnie żadna rozmowa.
Posłuchaj - uśmiechnęła się mile - to była wspaniała noc i żałuje, że nie
będziemy mieli okazji jej powtórzyć, ale jestem kim jestem. Bywaj zatem. -
ucałowała go w spocony policzek i wskoczyła na konia.
- Czekaj! - chwycił ją za rękę. - Pozwól mi jechać z tobą. Jeśli mi
nie pozwolisz, pojadę i tak. Nie zostawisz mnie tutaj
Popatrzyła na niego zdziwiona. Widziała, że jest zdecydowany. Nie
chciała znów być sama na szlaku. Korvin zachowywał się jak zakochany
młodzik, a to podbiło jej serce. Chyba mogła mu zaufać.
- Gdzie masz konia? - uśmiechnęła się do niego - zaraz otwierają
bramy.
Korvin w rekordowym tempie wpadł do stajni, po czym wyprowadził z
niej zgrabnego gniadosza. Wskoczył na konia i stanął strzemię w strzemię z
Torchą. Słońce jak na komendę wychyliło się zza horyzontu, na murach
zagrały rogi. Krata ze zgrzytem uniosła się w powietrze, wypuszczając całą
gromadę oczekujących poza mury miasta. Zaczynał się nowy dzień na szlaku.
Rodolv wbiegł na plac przed bramą czerwony, spocony i zdyszany.
Ciężko oparł się o ścianę domu, otarł pot zalewający mu oczy i rozejrzał
się dookoła. W powietrzu cichł dźwięk rogów. Brama stała otworem. Plac był
jasny, cichy i .. pusty
* * *
Torcha nie miała sprecyzowanego planu, więc po prostu zagłębili się w
rzadko używane ścieżyny. Jechali bok w bok, a ona cieszyła się jego
obecnością, zapachem, głosem. On obserwował ją uważnie, łowił
najdrobniejszy ruch zachwyconymi oczyma. Torcha zauważyła to i
zarumieniła jak podlotek. Korvin miał ochotę dotknąć jej policzka,
przytulić, ale zdusił tą chęć w sobie. Jechał, marząc o postoju i o niej.
W końcu ściemniło się na tyle, że mógł zaproponować popas nie
wzbudzając jej podejrzeń. Mimo jego swobodnego tonu uśmiechnęła się,
przejrzawszy jego zamiary. Rozkulbaczyła konia i zebrała gałęzie na
ognisko. Nie przeszkadzał jej, sam zagłębił się w las i po godzinie wrócił
z królikiem.
Ogień płonął równym, spokojnym płomieniem. Torcha wyswobodziła się z
objęć Korvina i poprawiła włosy.
- Spaliliśmy królika - powiedziała z uśmiechem.
- Kto by się przejmował - odpowiedział Korvin przeciągając się -
Zbrakło nam czasu na uważanie na niego. - mrugnął do niej szelmowsko.
Gdy usiedli, już najedzeni, przy ognisku Torcha wierciła się przez
chwil w jego objęciach, po czym zapytała:
- Dlaczego się do mnie przyłączyłeś? Przecież wiedziałeś, kim jestem.
- Wiedziałem. - przytaknął. - Ale to, kim jesteś, nie ma nic do
rzeczy. A dlaczego? - zapatrzył się w niebo - Sam nie wiem. Chce być z
tobą. To wszystko.
Torcha milczała długo. Ogień kładł cienie na jej twarzy, igrał na
pobliskich drzewach. W końcu Torcha odezwała się, bardzo cicho.
- Ja.. - zaczęła z trudem - ja też chcę być z tobą. Bardzo chcę. Było
wielu.. mężczyzn w moim życiu ale żaden.. żaden tak jak ty. Rozumiesz?
Korvin kiwnął głową, chciał coś powiedzieć, ale położyła mu rękę na
ustach. Siedzieli w ciszy, zasłuchani w wiatr. Torcha odwróciła się i
spojrzała mu w oczy.
- Kochaj mnie, Korvin.
W głębokim lesie, gdzie nie mógł ich znaleźć nikt prócz światła
gwiazd, spełnił jej prośbę.
Wyruszyli wczesnym rankiem, kiedy ptaki dopiero przygotowywały się do
porannego chóru. Torcha zaproponowała wczoraj udanie się do niewielkiego
miasteczka odległego o dwadzieścia mil. Miasteczko o nazwie Ramtuz było
dobrze znaną siedzibą wszelkich szubrawców i bandytów jacy pokazywali się
na szlakach.
- Możemy tam czuć się spokojni - podkreśliła Torcha - Żaden łowca
nagród nie próbował by się tam zapuścić.
Zadrżała nagle, jak gdyby pod wpływem niemiłego wspomnienia.
- Nienawidzę łowców - zaczęła powoli, z trudem - Kiedyś, kiedy byłam
młodsza, należałam do wspaniałej hanzy. Rozpadła się, gdy napuszczono na
nas oddział łowców. Wyrżnęli połowę grupy. Moich przyjaciół. Uciekłam, gdy
zobaczyłam, jak zabijają. A zabijali strasznie, okrutnie, przerażająco.
Nienawidzę łowców, Korvin. - schyliła głowę w bezbronnym geście. Nie
powiedział nic. Jechali dalej.
Dotarli do Ramtuza następnego dnia. Wjechali do miasteczka stępa,
paradując główną drogą. Torcha co chwilę odpowiadała na pozdrowienia
licznych znajomych, parających się tą samą profesją. Korvin siedział w
siodle spięty i niepewny. Rozglądając się poznawał twarze znane z listów
gończych. Poorana szramami twarz Wielkiego Gohra, rębajły za pieniądze.
Przebiegłe oczka w szczurzej twarzyczce Zifa, szpiega i mordercy.
Srebrzysty śmiech Toromeny, zwanej Piękną Śmiercią. I wielu, wielu innych.
Zadrżał na myśl, co by się mogło stać, gdyby wiedzieli, kim jest.
Torcha skierowała konie wprost do sklepu płatnerza. Chciała obejrzeć
nowe towary, i naostrzyć swój miecz. Stwierdziła, że lekko się stępił,
kiedy na jednym z postojów nie przecięła pięciocalowego pniaka.
Przytulona do ramienia Korvina przebierała w towarze, gdy ktoś
brutalnie chwycił ją za ramię. Odwróciła się zwinnie, błyskawicznie
wyciągając miecz. Raantar patrzył na nią z obleśnym uśmiechem. Korvin
poznał go natychmiast po skórzanej kurcie i bliźnie zniekształcającej
wargę, od której zwano go Wąsaczem.
- Zjawiłaś się, Torcha. - powiedział nieprzyjemnym, gardłowym głosem.
- Wiedziałem że się zjawisz prędzej czy później.
- Załatwmy to od razu - powiedziała Torcha balansując mieczem. -
jestem pewna, że długo na to czekałeś.
- Faktycznie, długo - Raantar zmrużył oczy. - ale poczekam jeszcze
trochę. Spotkajmy się w południe, na placu. Będę tam.
- I ja przyjdę. - powiedziała Torcha spokojnie, chowając miecz do
pochwy. - Czekaj więc tam, a teraz zejdź mi z oczu. Mam zamiar spędzić
przyjemnie kilka godzin bez widoku twojej parszywej mordy.
- Twoje ostatnie kilka godzin - zaśmiał się - Bywaj.
Wąsal odwrócił się i z kilkoma druhami o równie parszywym wyglądzie
wtopił się w tłum.
- Czego on chce od ciebie? - zapytał Korvin, gdy tylko Raantar
zniknął z pola widzenia.
- Stare porachunki - odparła Torcha niechętnie - Kiedyś pożarliśmy
się o coś, tutaj, w Ramtuzie, a ja zabiłam jego kamrata, jego raniłam.
Poprzysiągł mi zemstę. Ale nie martw się - uśmiechnęła się do niego - Taki
z niego szermierz jak ze mnie baletnica.
- Zabił niejednego człowieka - odparł Korvin zimno - Nie będę się
biernie przyglądać, jak cię morduje.
- Ani mi się waż wtrącać - syknęła wściekle - to prywatna sprawa,
między mną i nim. Nic ci do tego.
Zamilkła na chwilę, zawstydzona.
- Przepraszam - mruknęła - nie powinnam była tego mówić. Doceniam
twoje poświęcenie, ale tym razem daj mi działać samej.
Kiwnął głową na znak, że rozumie. Torcha pocałowała go w usta i
pociągnęła do kolejnego straganu.
Gdy słońce zbliżyło się do zenitu, na placu zaczęli zbierać się
ludzie. Wieść o pojedynku rozeszła się szybko. Sława Raantara, tak jak i
Torchy, sięgała daleko. Na placu stanęło wielu morderców i najemników,
przewidując pokaz prawdziwego kunsztu.
Gdy pojawiła się Torcha, Wąsacz już na nią czekał.
- Zaraz wracam. Nie martw się. - pocałowała Korvina w policzek i
weszła na środek placu. Dobyła miecza. Zamachała nim kilka razy na próbę,
świeżo naostrzone ostrze gwizdnęło. Poruszyła ramionami, sprawdzając, czy
nic nie krępuje jej ruchów. Zrobiła dwa kroki i przyjęła pozycje. Zmrużyła
groźnie oczy. Twarz skrzywiła się w wyzywającym grymasie.
- Tańcz, Raantar! - syknęła, i rzuciła się wprost na niego.
Był gotowy na jej skok. Torcha zaczęła łatwo, trzema kroczkami,
obronił bez trudu. Metal zgrzytnął o metal. Wyrwała się z jego parady,
cięła mocno, ze skrętu bioder. Sparował, odskoczył, czekał wirując.
Torchę denerwowały jego uniki, niechęć do skrzyżowania mieczy.
Pozwoliła ponieść się wściekłości, adrenalina załomotała w skroniach.
Skoczyła do niego z sykiem, niczym dzika kotka. Miecz błysnął trudnym do
dostrzeżenia ruchem. Złość dodała jej sił.
Miecze migały w oszołamiającym tempie. Cios, parada, parada, odskok,
cios. Raantar nie był przyzwyczajony do takiej walki. Był najemnikiem,
zwykle walczył w tłumie, gdzie plecy i boki chronili inni. Teraz szybkie
tempo wycieńczało go. Zaczynał tracić siły, nie mógł sobie pozwolić na
przedłużanie tej gry. Zaatakował, mierząc w tętnice. Torcha była zajęta
parowaniem jego poprzedniego cięcia, szyja była doskonale odsłonięta.
Wciąż jeszcze szła za ciosem miecza, nie miała prawa zdążyć.
Zdążyła.
Nie czekała, aż ochłonie z zaskoczenia. Cięła od dołu, celując w
pachwinę. Długie cięcie rozorało go głęboko, od krocza aż po mostek.
Wąsacz upuścił miecz, złapał się za wylewający się brzuch. Krzyknął
rozdzierająco. Torcha stanęła nad nim i szybkim ciosem ucięła mu głowę.
Krzyk ucichł.
Ze zgrzytem wsunęła miecz do pochwy. Otarła twarz z krwi i potu.
Wytarła zakrwawione ręce o spodnie i odwróciła się do tłumu. Było cicho
- No, co tak stoicie! - powiedziała z uśmiechem - Kto postawi mi
piwo?
Odpowiedział jej wybuch śmiechu i oklasków. Wąsacz był średnio
lubiany w zbójeckiej społeczności, zaraz więc zjawiło się wielu chętnych
do pogratulowania. Torcha wyrwała się im i podeszła do Korvina.
- Mówiłam ci, że to fraszka. - powiedziała patrząc mu w oczy.
Uśmiechnął się i pocałował ją, aby uciszyć tłukące się po głowie myśli.
Oderwała się od jego ust i pociągnęła do karczmy. Poszedł, bezwolny jak
szmaciana lalka.
W uszach dzwonił mu nieludzki krzyk Raantara.
W karczmie zrobiło się tłoczno. Po walce tu przyszli wszyscy
przebywający w mieście bandyci, aby poprzechwalać się, napić i posłuchać
opowieści. Swoją gadkę snuł właśnie Wielki Gohr, a koło zasłuchanych osób
czyniło spustoszenie w karczmarskich zasobach alkoholu.
Korvin usiadł z boku, nie interesował się soczystymi opisami. Piwo,
które przyniosła mu Torcha nim wtopiła się w tłum, stało nienaruszone.
Korvin myślał.
Scena na placu wstrząsnęła nim. Nie chodziło o sam akt śmierci, ani
też o sposób, w jaki zabijała Torcha, a zabijała okrutnie. Chodziło o nią.
Przez te kilka spędzonych razem dni utwierdzał się w przekonaniu, że
to właśnie ona. Że jest tą jedyną, tą, na która czekał cale życie. Była
czuła, szczera, piękna i wrażliwa, a również silna, inteligentna, sprytna
i zdecydowana. Chciał być z nią, na zawsze. Nie zastanawiał się głębiej
nad tym, kim ona jest. Zdawał się nie przyjmować do wiadomości jej
profesji, która wrosła w jej naturę i stała się częścią jej. Do dziś.
Gdy zobaczył ją, jak walczy na placu, w pierwszej chwili poczuł dumę.
Dumę, że oto jest z kobietą tak wspaniała, że potrafi nawet zadbać o
siebie. Ale gdy zaczęła zabijać, przestał o niej myśleć jak o swojej
kobiecie. Przez głowę przeleciały mu obrazy dziesiątków zabitych osób,
zasztyletowanych, zarąbanych mieczem, wykrwawiających się na drogach, w
domach, w tawernach. Zobaczył płonące domy, błagających o litość kupców
ginących od beznamiętnego cięcia, rozszerzone strachem źrenice, lament
kobiet, gdy ich mężów i synów przywożono martwych na wozach. Słyszał ich
płacz, i czuł się winny. Widział ich łzy, i czuł się winny. Czuł się winny
samolubstwa, pychy, ślepoty na rzeczy oczywiste. I wtedy zobaczył w niej
nie kobietę, ale potwora. Mordercę. Bandytę. Zabójcę. Gdy podeszła do
niego miał ochotę odsunąć się, strząsnąć z siebie jej ramiona ze wstrętem.
Ale powstrzymał się. Przypomniał sobie, po co tu jest. Zdecydował się grać
dalej rolę, w którą sam się uwikłał, skontaktować się z Rodolvem i zabić
ją. Zabić.
* * *
Rodolv już drugi dzień koczował pod Ramtuzem zachodząc w głowę, co
też się stało Korvinowi. Pokiwał smętnie głową nad właśnie czyszczonym
siodłem. Nie ma co, wyraźnie coś mu strzeliło. Zakochał się. Ten to ma
fart, zamiast w jakiejś miłej dziewczynie to właśnie w niej. Miejmy
nadzieję, że to przejściowe. Zerwał się, zaalarmowany szelestem.
Błyskawicznie wymierzył łuk w źródło hałasu. Z krzaków wyłonił się Korvin.
- Nie wygłupiaj się - skrzywił się wyciągając z włosów gałęzie - To
tylko ja.
- Widzę, że ty - Rodolv opuścił łuk - Pan szanowny raczył się zjawić.
Cóż to, czyżby cię rzuciła twoja ukochana?
- Zamknij się - Korvin podniósł oczy - Nie wiem, co mi się wtedy
stało. Ale teraz to nieważne. Bądź cicho i słuchaj.
- Wyjeżdżamy dziś po południu. Torcha załatwiła tu.. pewne
porachunki, i zdobyła nowe informacje. Ma zamiar wraz ze mną napaść konwój
barona Tothermana. Nie śmiej się! Nie moja wina, że ma takie porąbane
nazwisko.
- Nie z tego się śmieję - parsknął łucznik - "Ze mną", "my",
doprawdy, rościsz sobie do niej wszelki prawa!
- Już? Przeszło? - Korvin zmroził go wzrokiem - Dziękuję. Więc na
pierwszy postój staniemy o dwadzieścia mil stąd na zachód, w wąwozie.
Znajdziesz nas bez trudu. Jak uśnie, zabijemy ją i z głowy. Jasne?
- Jasne - kiwnął głową Rodolv. - Podoba mi się twój fachowy ton.
Nareszcie zachowujesz się jak prawdziwy zawodowiec.
Korvin popatrzył na niego. W oczach miał pustkę. Nie mówiąc ani słowa
odwrócił się i zagłębił w las.
Rodolv otrząsnął się, wciąż czując na sobie jego wzrok.
- Nie ma co - mruknął - Dziwaczeje mi kompan na starość.
Chwycił szmatkę i wrócił do czyszczenia siodła.
Rozbili się na noc w cienistym wąwozie. Atmosfera między nimi była
napięta, Korvin na pytania odpowiadał półsłówkami, a próby nawiązania
rozmowy ignorował. W końcu Torcha zniechęciła się i siedziała cicha i
zamyślona.
Gdy rozpalał ognisko podeszła do niego i przytuliła się do jego
pleców. - Korvin.. -szepnęła - ja nie mogę tak dłużej.. Wiesz, że jesteś
dla mnie kimś najważniejszym. Ja cię kocham Korvin. Powiedz, co się stało?
Czemu jesteś zły? Jeśli chcesz to nawrzeszcz na mnie, zbij, ale nie
zamykaj się w sobie, nie zacinaj..
- To nie twoja wina - pocałował ją w czoło - Wcale nie twoja. Idź
spać.
Torcha westchnęła ukradkiem, oderwała od jego pleców. Zgarbiona
podeszła do posłania i zakopała się w derkę. Korvin położył się obok,
wsłuchując się w szmer jej oddechu. Gdy stał się równy i spokojny uniósł
się na łokciach i gwizdnął cicho. W świetle ogniska ukazał się Rodolv.
Korvin wstał i podszedł do niego. Stali przez chwilę obróceni tyłem
do Torchy. Ta chwila wystarczyła jej, żeby zerwać się z ziemi i stanąć w
pozycji z obnażonym mieczem. Korvin odwrócił się błyskawicznie. Stali
naprzeciw siebie po dwóch stronach ogniska.
- Torcha - zaczął - to wcale nie tak, jak myślisz..
- A jak?! - krzyknęła, zawirowała mieczem - A jak?! To wszystko
oszustwo, mistyfikacja, kłamstwo! Okłamałeś mnie! - po twarzy ciekły jej
łzy. - Udawałeś wszystko! Po co?! Nie lepiej było zabić mnie od razu, w
oberży? Bawiłeś się mną! Nie daruję ci tego! - krzyknęła przeszywająco i
rzuciła się na niego z mieczem, oślepiona przez łzy.
Korvin odbił jej uderzenie podświadomie. Nie czuł, nie myślał, był
bezlitosną maszyną. Wszystkie ruchy wykonywały się same. Widział kilka
razy odsłonięte miejsca, choć Torcha walczyła jak uosobienie furii. Rodolv
też je widział.
- Zabij ją! - krzyknął - Na co czekasz?! To twoja jedyna szansa!
Torcha krzyczała. Ciosy waliły się na niego jak grad. Parował je
jednak bez trudu, były słabe i bezsilne. Torcha walczyła już tylko
determinacją. Nagle zatrzymała się, odrzuciła miecz, skrzyżowała ręce na
piersi.
- Tnij! - krzyknęła przez łzy - Tnij!
Wszystko stało się zupełnie bez jego udziału. Korvin czuł, jakby
opuścił swoje ciało i przyglądał się z boku, bezstronnie . Wszystko działo
się jak w zwolnionym tempie. Jej drżące usta. Jej łzy na policzkach. Jego
miecz. Jego cięcie. I jej krew. Jej krew na rękach. I ona, upadająca,
rzężąca na ziemi, buchająca krwią, drąca paznokciami darnie. I jej
bezruch. Jej szkliste oczy wpatrzone w gwieździste niebo. Jej krew
wsiąkająca w ziemię. Jej śmierć.
Rodolv podszedł do Korvina klęczącego na ziemi, zaciskającego palce
na rękojeści miecza.
- Nic ci nie jest? - zapytał, delikatnie kładąc mu rękę na ramieniu.
- Ona nie żyje. - głucho powiedział łowca.
- Tak, nie żyje. Już po wszystkim. To już koniec.
- Tak, masz rację. - Korvin podniósł na niego oczy pełne rozpaczy. -
To już koniec.
Przybyli do Berviken następnego dnia. Korvin prowadził za uzdę konia,
przez którego grzbiet przewiesili ciało Torchy. Szybko utworzył się za
nimi pochód złożony z gapiów i ciekawskich. Szemrali między sobą, nie
mogąc się nadziwić, że ta młoda, i, wydawałoby się, słaba kobieta to
naprawdę osławiona Torcha.
Dotarli do ratusza i Rodolv załomotał w drzwi.
- Burmistrzu! - zawołał - Przywieźliśmy ci Torchę!
Burmistrz z trudem przecisnął się przez drzwi, a na widok trupa
Torchy zaśmiał się jowialnie i zaklepał dłońmi po brzuchu.
- Proszę proszę! - uśmiechnął się obleśnie. - Nasza legenda, słynna
rozbójniczka, Torcha, postrach szlaków, przyjeżdża do naszego ślicznego
miasteczka nieco już nieruchawa!
Tłum zarechotał posłusznie.
- Pięknie się spisaliście, pięknie. Tylko szkoda, że jest martwa,
szkoda. - poklepał się po brzuchu. - Ale to nic. I bez tego urządzimy z
jej ciałem zabawę, co, chłopy? Łeb trzeba na ostrokole zawiesić, jak to
się mówi, na przestrogę. Ha?
Tłum przytaknął zgodnie.
- A co z zapłatą? - wtrącił się Rodolv.
- Aa, zapłata, tak, zapłata. Hej, który tam, przynieście panom
zapłatę.
Z drzwi wyłonił się barczysty mężczyzna, członek Rady miejskiej,
niosący pokaźny worek pieniędzy. Tłum zafalował.
- Naści - burmistrz zmrużył oczy. - Wasze pieniądze.
Rodolv oblizał wargi.
- Zrzuć z konia to ciało - powiedział do Korvina nie odrywając oczu
od worka. - Ładujemy mamonę.
Korvin zdjął Torchę delikatnie z siodła i położył na bruku. Nie
czekając, aż Rodolv upora się z nagrodą, wsiadł na konia i odjechał.
Łucznik pokiwał głową i podążył za nim razem z workiem. Tłum ruszył dalej.
Rodolv dogonił w końcu łowcę i zaciągnął do karczmy.
- To trzeba oblać! - wykrzyknął i wepchnął go do środka.
- Stawiam wszystkim! - krzyknął upuszczając na ziemię dźwięczący
monetami worek. Karczma w jednej chwili zapełniła się ludźmi.
Korvin stał obojętnie, ale gdy Rodolv sięgnął po pieniądze, chwycił
jego rękę i warknął:
- Zostaw.
- Co ci odbiło? - łucznik spojrzał na niego zdumiony, wyswobadzając
dłoń - Pieniądze są wspólne, uczciwie na nie zapracowaliśmy.
Łowca nie powiedział nic, tylko chwycił worek na plecy i skierował
się ku wyjściu, celnie rozdając ciosy próbującym go zatrzymać mieszczanom.
- Wracaj tu! - darł się łucznik - Co ty sobie wyobrażasz! Oddawaj!
Korvin więcej już nie słyszał bo zatrzasnęły się za nim drzwi izby.
Wrota do rzeźni wyłamano z zawiasów z ogłuszającym trzaskiem. Do
środka wszedł Korvin. Zobaczył leżącą na stole do ćwiartowania mięsa
Torchę, rzeźnika w skórzanym, upapranym krwią fartuchu, burmistrza, beczkę
soli i piłę. Przegotowywali się do dzielenie zdobyczy.
- Pan łowca! - uśmiechnął się burmistrz - Co za niespodzianka. Ale
można było zapukać - dodał z naganą.
- Zamknij się. - powiedział Korvin zmęczonym głosem. - A ty,
sukinsynu, zostaw ją.
- Ależ panie łowca! - oburzył się burmistrz - Tak się nie godzi!
Zapłaciliśmy wam za dostarczenie ciała Torchy, to, co się z nią potem
stanie powinno was mało obchodzić.
- Ale obchodzi. Tu macie swoje zasrane pieniądze - rzucił worek na
stół - A ją oddajcie mi.
- Ależ panie łowca... - zaczął burmistrz, ale nie skończył, bo pięść
Korvina wylądowała prosto na jego ustach. Burmistrz usiadł z rozmachem,
oszołomiony uderzeniem i z namaszczeniem zaczął wypluwać zęby.
Rzeźnik próbował stawić opór, ale Korvin zręcznym cięciem dobytego
błyskawicznie miecza pozbawił go większej części ręki. Nie chciał zabijać.
Chciał tylko, żeby zostawili jego i ją w spokoju. Chwycił jej ciało
delikatnie, wziął ją na ręce i wyniósł z izby. Burmistrz patrzył za nim
otępiałym wzrokiem.
Korvin mijał domy, ludzi, ulice, ale nie zatrzymywał się nigdzie, nie
rozglądał się. Nie zwracał uwagi na wściekłe wrzaski Rodolva ani na
rzucane z wielu ust obelgi. Gdy dotarł do swojego konia posadził na siodle
ciało Torchy, sam siadł za nią i odgalopował w kierunku mrocznego lasu.
Gdy był już pewny, że nikt tego miejsca nie znajdzie, że jest dość
daleko od siedzib ciekawskich ludzi przyhamował konia i położył Torchę na
mchu. Wykopanie grobu nie trwało długo, ziemia była miękka i chętna.
Długo klęczał przy niej, szepcząc słowa nie zrozumiałe dla innych.
Przepraszał za wszystko teraz, kiedy było już za późno. Żałował
wszystkiego, czego nie zdążył zrobić, czego nie zdążył jej pokazać,
powiedzieć. Przeklinał bogów i błagał ich o wybaczenie. Patrzył na jej
zamknięte na zawsze oczy. Jego łzy widział tylko księżyc.
Rodolv znalazł go następnego dnia rankiem. Trafił tu nie bez trudu,
Korvin wiedział jak się poruszać, by nie pozostawiać śladów. Ale w końcu
go odnalazł. Siedział przy świeżo zasypanym grobie nie reagując na jego
wołania. W końcu podniósł na łucznika oczy stuletniego starca,
przepełnione bólem i rozpaczą.
- Jedźmy, Korvin - szepnął na ten widok łucznik - Zapomnisz.
- Jedźmy. - powtórzył głucho łowca i wstał powoli, wyprostował się. -
Jedźmy.
* * *
Końskie kopyta wybijały jednostajny rytm na ubitej drodze traktu.
Rodolv jechał przygnębiony milczeniem przyjaciela. Korvin nie mówił nic. W
końcu łucznik odezwał się.
- Kim ona była dla ciebie? - zapytał.
- Światem.- w głosie łowcy dźwięczała czułość - Słońcem. Niebem.
Radością. Wszystkim.
- Zapomnisz - powiedział łucznik. - Będą inne. Zapomnisz.
- Nie, Rodolv. - zaprzeczył Korvin łagodnie - Nie zapomnę.
Wiatr delikatnie czochrał gałęzie drzew. Ptaki śpiewały. Rosa
wysychała na liściach paproci. Zaczął się nowy dzień.
* * *
Krzywa
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl