AS ZONE:

FANFICTION
"Trzeba jakoś żyć" by Eryk Remiezowicz
[TRZEBA.TXT]


Trzeba jakoś żyć
[© 1998 by Eryk Remiezowicz]

       - Nazwisko!
       - Geralt z Rivii.
       Urzędnik popatrzył na wiedźmina spode łba.
       - Czegoś  takiego jak Rivia nie ma. Pochodzisz z Raevenhe,  prowincji
  tak  nilfgaardzkiej  jak samo stołeczne miasto Nilfgaard. Wbij to sobie do
  głowy, białowłosy cudaku.
       Wiedźmin  pominął  obelgę  milczeniem.  Z  mantikorą  można wygrać. Z
  biurokracją - nie. Miał wprawdzie tajną broń, ale nie chciał jej używać.
       - Jestem Geralt z Raevenhe.
       - Już lepiej. Chociaż imię też masz jakieś dziwne. Geraint, Gaheris -
  to są imiona dla Nilfgaardczyka. Miłościwie nam panujący cesarz Emhyr - tu
  urzędnik  spojrzał nabożnie na wiszący na ścianie portret - zezwala jednak
  na takie dziwactwa.
       Mały   biurokrata   spojrzał  znowu  w  papiery.  Podniósł  wzrok  na
  wiedźmina:
       - Chcesz  więc dostać zezwolenie na stały pobyt  w mieście Nilfgaard.
  Co  więcej  chcesz  się  tu  również  zameldować. Powiem ci uczciwie - nie
  dostaniesz ani jednego, ani drugiego. Choćbyś miał najlepsze ze wszystkich
  powody.  Dość  jest  w  naszym pięknym mieście przybłędów, którzy potrafią
  jedynie machać mieczem.
       Malec  wyraźnie rozkoszował się swoją władzą. Na policzki wystąpił mu
  rumieniec, po czole ściekał pot. Geralt spróbował się bronić:
       - Mam stopień sierżanta w oddziałach zwiadowczych...
       - No  to co? Pod koniec wojny każdy z was,  Nordlingów przechodził na
  służbę cesarza. Ja tu mam pułkowników.
       Tak,  to  była  wyraźnie zemsta. Uwięziony za biurkiem urzędnik mścił
  się.  Wylewał na Geralta swoje długoletnie żale. Mścił się za niską płacę,
  obelgi   przełożonych  i  wieloletnią  nudę.  Geralt  postanowił  przerwać
  bezcelową rozmowę:
       - Zobacz, u kogo mam mieszkać.
       - A co to mnie obchodzi! - zapluwał się urzędas. - Tu jest Nilfgaard,
  tu jesteśmy bezstronni i uczciwi.
       W  papiery  jednak  zajrzał. Zbladł. Zarumienił się. Znów zbladł. Pot
  zaczął mu skapywać z podbródka.
       - Niedługo się pobieramy - Geralt postanowił wziąć odwet.
       - Wasza  miłość,  ja nie wiedziałem.  Załatwimy wszystko natychmiast.
  Błagam o wybaczenie panie.
       Płaszczący  się  urzędnik był jeszcze gorszy od wściekłego urzędnika.
  Geralta zdjęło obrzydzenie.
       - Już zapomniałem. Podpisz co trzeba i daj mi spokój.
       - Tak  jest  wasza  miłość.  Już  się robi.  Jeszcze raz najpokorniej
  przepraszam. Nie mogłem przecież wiedzieć.
       "Nie mogłeś" - pomyślał wiedźmin. "Skąd mogłeś wiedzieć, że Fringilla
  Vigo,  pierwsza  doradczyni cesarza Emhyra, Przełożona Loży Magów wychodzi
  za  mąż  za cudzoziemskiego przybłędę." Wychodząc Geralt zastanowił się co
  by  było  gdyby urzędnik wiedział, kim była kiedyś dla Geralta Zireael Ard
  Rhena, Pani i Cesarzowa. Ale do tej znajomości nie chciał się przyznawać.

                                    * * *

       - Oboje  wiemy,  że  musimy  ich zaprosić. - Fringilla  była wyraźnie
  znużona przeciągającą się dyskusją. - Nie wiem jak ty to sobie wyobrażasz.
  Mam  zaprosić  wszystkich  oprócz  Cesarza  i  jego  żony? Wiesz, co to by
  oznaczało?
       - W  najlepszym przypadku niełaskę - wiedźmin miał tak  samo dość tej
  dyskusji.  -  Zrozum Fringilla, ja po prostu nie mogę na nią patrzeć. Boję
  się, że zrobię coś głupiego.
       - Będziesz patrzył na mnie kochanie - Fringilla szepnęła.  Była w tym
  szepcie  pewna  nuta,  która  mówiła wiedźminowi, że przegrał. Że Cesarz i
  Cesarzowa  będą  na jego ślubie. A on będzie musiał spojrzeć w oczy Ciri -
  nie,  w  oczy  Zireael. Pocieszało go jedynie to, że ona cierpi tak jak on
  sam. Choć do końca nie był tego pewien.
       Fringilla dotknęła jego ramienia. Obrócił się i pocałował ją. A potem
  nic już nie było ważne. Zatopił się w niej i zapomniał o reszcie świata.

                                    * * *

       Ślub był wydarzeniem towarzyskim miesiąca. Dopiero na ślubie wiedźmin
  uświadomił  sobie  pozycję jego żony. Wiedział, że była wysoko, ale nie że
  aż   tak.  Stawili  się  wszyscy.  Obecny  był  każdy,  kto  liczył  się w
  Nilfgaardzie.  Złoto,  kamienie szlachetne, rzadkie futra. Wyrafinowanie w
  każdym calu. Śmierć w jednym niewłaściwie wypowiedzianym słowie. Ceremonia
  trwała  krótko.  Wysoki  szczupły  kapłan  ominął zręcznie wszystkie mniej
  ważne  elementy  nabożeństwa.  Nie mógł dopuścić do tego, żeby jego goście
  się  nudzili.  Po  rytualnym  nacięciu  obu  nadgarstków kamiennym nożem i
  połączeniu  krwi,  przyszedł  czas  na  gratulacje.  Pierwszy był cesarz z
  cesarzową.
       - Gratuluję Geralt. - Emhyr wyraźnie był zadowolony. - Cieszę się gdy
  przyjaciołom dobrze się wiedzie. I pamiętaj o mojej propozycji.
       Emhyr nawet o ślubie pamiętał o cesarstwie. Propozycja była z gatunku
  "nie  do  odrzucenia".  Miał  zaprowadzić  cesarskich  do Kaer Morhen. Tam
  cesarscy  czarodzieje  stworzyliby  nową kastę wojowników. Takich, których
  nie  zdołałyby  powstrzymać nawet kovirskie armie. Wiedział, że będzie żył
  i  cieszył  się  cesarską łaską niezależnie od tego co powie, wiedział też
  komu  to  zawdzięcza. Ale nie chciał tego długu. Paradoksalnie, to właśnie
  jego poczucie honoru mogło przyprowadzić go do zdrady.
       Nagle  zobaczył  jej  twarz.  Twarz znaną od tak dawna. Nawet ciąża i
  poród  nie  zdołały zatrzeć ostrości jej rysów. Nie powiedziała ani słowa.
  On też milczał.
       Zireael  przeszła  życzyć  Fringilli. Obie uściskały się i ucałowały.
  Była  między  nimi  jakaś  dziwna  przyjaźń.  Coś możliwego tylko pomiędzy
  ludźmi, którzy zabijali razem.

                                    * * *

       Przyjęcie  było,  oczywiście,  sukcesem. Jeżeli nawet ktoś był w złym
  humorze,  to  starannie  to  ukrywał.  Cesarz nie znosił ludzi, którzy nie
  umieją się bawić.
       Ku swojemu zdumieniu Geralt bawił się dobrze. Fringilla miała rację -
  nie  mógł  od  niej  oderwać  oczu.  Do  jej zwykłej czarnoksięskiej urody
  doszedł  rumieniec  szczęścia.  Geralt znów zaczął się zastanawiać, co też
  ona w nim widzi. Raz nawet zapytał, ale odpowiedzią był jedynie śmiech.
       Nagle  brzęknęła  szyba.  Do  środka  wpadł kamień owinięty w kartkę.
  Strażnicy   wybiegli   szybko  szukać  sprawcy.  Geralt  podniósł  kamień,
  odwinął  kartkę i przeczytał. Nie na głos rzecz jasna. Nikt z obecnych nie
  miał ochoty tego słuchać. On jednak czytał.

       Śmierć ludobójcom!

       Dwa  lata  temu  podbiliście Północ. Rok temu zagłodziliście Mahakam.
  Ale  my  żyjemy  i  jesteśmy wszędzie. Przyjdzie dzień kiedy zapłacicie za
  wszystko.  Za każde z królestw Północy i każdy z krasnoludzkich klanów. Za
  każdy  masowy  mord,  za każdy obóz przesiedleńczy, który zlikwidowaliście
  razem z mieszkańcami, za nasz dzisiejszy głód.
       Przygotujcie się bo nadchodzimy!

                                                           Mściciele Północy

       Ktoś  wyrwał  mu kartkę z ręki. Emhyr, oczywiście. Popatrzył na niego
  badawczo:
       - Żałujesz swojej decyzji?
       Decyzji,  powiada.  Emhyr  nie wiedział jakim sposobem Geralt znalazł
  się w nilfgaardzkiej armii.
       Nie  wiedział,  że  po  prostu  wpadli  w zasadzkę temerskiej lekkiej
  jazdy.  Że  pierwsza  strzała  strąciła  z  siodła Jaskra. Że Milva, kiedy
  skończyły  się  jej  strzały  rzuciła się z nożem na Temerczyków. Bała się
  gwałtu.  Regis  pojechał  za nią. Czemu to zrobił - Geralt nie wiedział do
  dziś.  Podejrzewał,  że  uczucia  wampirów wyższych były znacznie bardziej
  skomplikowane    niż   podawały   to   wiedźmińskie   księgi.   Temerczycy
  zakotłowali  się  na  moment.  Ten  moment  pozwolił  Cahirowi i Geraltowi
  pojechać  na  szczyt  wzgórza.  Spotkali tam ukryty oddział nilfgaardzkiej
  jazdy.  Rozwścieczeni śmiercią najbliższych ruszyli razem z Nilfgaardem na
  Temerczyków.  Walczyli  tak  dobrze, że zaproponowano im przyłączenie się.
  Zgodzili  się. Dla zemsty. Kilka miesięcy później Cahir umarł w najgłupszy
  na  świecie  sposób.  Wykończyła  go  zwykła,  obozowa  biegunka. A Geralt
  awansował aż do stopnia sierżanta. Wtedy znalazła go Fringilla. Ona jedyna
  wiedziała dlaczego Geralt przybrał nilfgaardzkie barwy.
       Emhyr  wyraźnie  zdenerwował  się jego zamyśleniem. Cesarze nie lubią
  czekać. Na szczęście Geralt w porę zorientował się.
       - Nie żałuję wasza wysokość. Nigdy nie żałowałem.
       Emhyr  wyraźnie poczuł się usatysfakcjonowany odpowiedzią. Odpłynął w
  drugi koniec sali zbierać hołdy. Wiedźmina szybko przejęła Fringilla.
       - Coś taki zamyślony?
       - Przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie.
       To  była randka. Geralt niedawno pochował Cahira. Zaczynał się powoli
  zastanawiać  nad  dezercją. Czas był najwyższy, bo mieli właśnie wracać do
  Nilfgaardu.  Tam  znalazłby  go  wszechmocny wywiad wojskowy. Na szczęście
  (lub  nieszczęście  -  Geralt  nie  był  pewien)  Fringilla  odnalazła  go
  pierwsza.
       -  Romantyczny  jesteś  -  czarodziejka  przytuliła się do niego. Jej
  ciepło  i  zapach  znów  odegnały  złe myśli. Wiedźmin mógł znów zająć się
  gośćmi i zabawą. A przede wszystkim nią - Fringillą Vigo, najpiękniejszą z
  kobiet świata.
       Niestety,  przyszedł  moment,  w  którym  Fringilla musiała odejść do
  innych gości.
       - Geralt,  nie  możesz wiecznie uciekać - znajomy głos  zabrzmiał zza
  pleców.
       Geralt  zadrżał wewnętrznie. Wiedział, kto do niego mówi. Obrócił się
  powoli.   Chciał   nadać   swej  twarzy  wyraz  niechęci,  ale  nie  mógł.
  Cesarzowej nie robi się publicznych afrontów.
       - Oswój się z tym. Jestem Cesarzową. Matką następcy tronu.
       Najpotężniejszą  kobietą  na  świecie.  Nie  jestem  małą Ciri z Kaer
  Morhen.
       - To nie o to chodzi - każde słowo bolało.
       - A o co? Ach tak, wiem - teraz Zireael patrzyła na  niego z gniewem.
  - Chodzi ci o Yennefer.
       - Tak, o Yennefer. Nie musiałaś jej zabijać.
       - Musiałam zabić ją. Musiałam zabić Avallacha i Vilgefortza. Musiałam
  zabić  wszystkie  czarodziejki  z  loży.  Nikt  nie mógł wiedzieć o Starej
  Krwi.
       - A Fringilla?
       - Emhyr  jej  ufa.  Poza  tym  jest  niezbędna  do wychowania  małego
  Kardaina.  On  potrzebuje  nauczyciela  magii. Kogoś, kto będzie dla niego
  bardziej surowy niż ja.
       - A dlaczego ja żyję?
       Cesarzowa zawahała się. Kilka razy głębiej odetchnęła.
       - Nie  było  powodu,  aby  cię  zabić.  Nie wiesz dość.  Poza tym, po
  wyeliminowaniu loży nie ma nikogo, kto mógłby korzystać z twojej wiedzy.
       - Nie ma innego powodu?
       - Kocham cię. Jesteś moim jedynym ojcem.
       Oczy Zireael wypełniły się łzami. Mówiła jednak dalej:
       - Tak jak Yennefer była moją matką. Ale musiałam to zrobić.  Nikt nie
  może wiedzieć kim jest Kardain. Ciebie mogłam jednak ocalić.

                                    * * *

                                                            Eryk Remiezowicz


[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '98 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl