AS ZONE:

FANFICTION
"Dużo wody" by Marcin "Akira" Myszka
[WODA.TXT]


Dużo wody
[© 1997 by Marcin "Akira" Myszka]

                                      I

       Strugi  deszczu,  niczym  łzy  szarego  nieba  pogrążonego w wiecznym
  smutku,  uderzały  w twarde, kamienne ulice, znaczone szlakami śpieszących
  się  ludzi. Mieszkańców miasta, próbujących uciec do swych ciepłych domów,
  odciąć się od pogody przypominającej im ich własny smutek.
       Tylko  jeden  człowiek,  spośród  setek,  szedł  wolno,  niewzruszony
  tysiącami  kropel zmieniającymi jego płaszcz w coś przypominającego błoto,
  tak,  jakby  zdążał  donikąd.  Przemierzał  potoki  wody,  która już dawno
  wyrwała się z ram przepełnionych kałuż.
       Zdawał  się nie zauważać przechodniów, którzy w swym pośpiechu raz po
  raz  potrącali  go,  nie  słyszeć  rzucanych przez nich krótkich, surowych
  przeprosin.   Stojący  na  progu  jednego  z  domów,  przemoczony  kot  na
  nastroszył  się  na  jego  widok i pierzchnął w ciemny korytarz. Mężczyzna
  skierował  się  do karczmy. Nazwa ^ÄPod baranim łbem" doskonale pasowała, w
  szczególności  do  jej  właściciela  Ferdyego  Buckla,  który nie był zbyt
  biegły,  jeśli  chodziło  o  myślenie.  Zwłaszcza  zaś o wydawanie reszty.
  Potrafił wydać prócz należnego, jeszcze całą zapłaconą kwotę, a że bywalcy
  karczmy  nie  należeli  do  najuczciwszych  interes  ten  często przynosił
  deficyt.
       Kiedy  tylko drzwi karczmy otworzyły się, wszystkie oczy zwróciły się
  na  nowo  przybyłego.  Nie zainteresował on najwyraźniej gawiedzi, gdyż po
  chwili wszyscy powrócili do przerwanych czynności, nie wyłączając kłótni i
  nielicznych  bójek.  Mężczyzna  zamówił  piwo i stek, po czym zaszył się w
  najciemniejszym  kącie.  Nagle,  jego  uszu  dobiegł  znajomy głos, nucący
  właśnie jedną z pretensjonalnych, delikatnie mówiąc, piosenek, spotykanych
  na  ogół  w  karczmach.  Przerywany licznymi krzykami i śmiechami, a także
  oklaskami  występ dawał właśnie słynny na całe królestwo trubadur Jaskier.
  Ni  stąd, ni zowąd przerwał mu gruby głos, dochodzący z jednego z bocznych
  stolików:
       - Jak  śmiesz,  nędzny  kundlu,  wyśpiewywać tak plugawe rzeczy  przy
  mojej  żonie  !  -  krzyczącym okazał się tęgi jegomość, odziany w zbroję,
  spożywający  właśnie  dość pokaźną wieczerzę, mocno zakrapianą winem. Przy
  jego  boku  siedziała nieco podchmielona niewiasta. Poeta, słysząc obelgę,
  nie zawahał się odpowiedzieć.
       - Tak śmiem, żem jest trubadur, do tego sławny imć Jaskier i  nikt mi
  nie   zabroni.   -  w  jego  głosie  również  można  było  wyczuć  solidne
  przedawkowanie napojów wyskokowych.
       - Ja zabronię ! - ryknął czerwony ze zdenerwowania jegomość w  zbroi.
  Jaskier,  udając,  że  nie  słyszy zaczął ze zdwojoną siłą śpiewać kolejną
  zwrotkę   wcześniej   rozpoczętej   pieśni.  To  rozsierdziło  przeciwnika
  plugawych  piosenek,  który  łapiąc drewniany stołek, który mu się właśnie
  nawinął, skoczył na jaskra z okrzykiem:
       - Ja z waści kotlety mielone zrobię !
       - To  mi  przypomina, żem od tego śpiewania tęgo zgłodniał. -  odparł
  Jaskier bezczelnie. - Szynkarzu, wrzuć cosik na ruszt !
       Tego  już  było  za  wiele dla obrońcy niewinnych niewiast, rzucił on
  stołkiem  w  poetę, który odsuwając się potrącił jakiegoś pijanego chłopa,
  który  z kolei upadł, prosto w talerz z zupą kostropatego zbira. Po chwili
  cała  karczma  stała  się teatrem wojennym. Poszły w ruch dzbanki, stołki,
  talerze,  a nawet stoły. Nikt nie patrzył, czy wróg, czy przyjaciel, tylko
  lał, gdzie popadło.
       Siedzący  w  kacie mężczyzna miał już tego dość. Wstał, z niesamowitą
  szybkością dobył miecza i ryknął:
       - Jeśli  mi  tu zaraz nie będzie spokoju, nie zawaham się go użyć,  a
  zapewniam, jest ostry jak brzytwa ! - to mówiąc wskazał na swój oręż.
       Ludziska  stanęli  jak  wryci,  niektórzy  trzymali  jeszcze w rękach
  różnorakie  sprzęty  gospodarstwa domowego, mające posłużyć jako narzędzia
  do pacyfikacji, inni na czele z szynkarzem kryli się pod stołami.
       - Widzieliśta, jak szybko miecza dobył ? - zapytał ktoś.
       - Ani chybi, wiedźmin. - odpowiedział ktoś inny.
       Podchmielona  niewiasta, siedząca przy sprawcy zamieszania, krzyknęła
  i  zemdlała,  nikt  nie  ruszył  się,  by jej pomóc. Ktoś inny miał rację,
  mężczyzna  był  wiedźminem  i  nazywał  się Geralt z Rivii. Geralt właśnie
  przeklinał  w  myśli swój pomysł z uciszeniem bójki. Nie lubił rozgłosu, a
  właśnie go sobie zapewnił.
       - Pomóżcie  kobiecie,  -  powiedział  -  a  ty Jaskier chodź ze  mną.
  Jaskier,  wybawiony z rąk duszącego go tęgiego jegomościa w zbroi, nie dał
  się  prosić  drugi  raz  i za chwilę obaj byli kilka przecznic od karczmy.
  Geralt,  zdenerwowany całym zdarzeniem milczał. Jaskier zaś nadrabiał miną
  i starał się przekonać wiedźmina, że właśnie miał zamiar przetrzepać skórę
  atakującemu go zbirowi.
       - Gdyby  nie  ty, marny byłby jego los, - mówił - jeszcze teraz  ręce
  mnie świerzbią, żeby mu przylać w tę parszywą gębę.
       - Jaskier,  co  ty  pieprzysz  ? - warknął wiedźmin.- A jego ręce  na
  twojej  szyi,  to  niby  gest  poddania  ?  Dlaczego  ty zawsze musisz się
  wpakować w jakieś gówno ?
       - No  dobrze  już,  dobrze,  ale, jako renomowany trubadur,  musiałem
  stanąć w obronie poezji.
       - Znalazł się, bohater. Pasujesz ty do tej swojej poezji, nie  ma co,
  tylko sprośności ci w głowie.
       - Sprośności,  nie  sprośności,  ale  to zawsze poezja. Nie mogę  bez
  przerwy opiewać bohaterskich czynów szlachetnych rycerzy. To jest dobre na
  dwory  królewskie,  ale  nie  do  karczmy.  Poza  tym, nie ma się nad czym
  rozwodzić, lepiej powiedz, co ty tutaj robisz ?
       - W  dole  rzeki coś zabija rybaków, dają wysoką nagrodę.  Mam zamiar
  popłynąć  tam  kajakiem,  lub  czymś w tym rodzaju. Po ostatnich deszczach
  drogi  zamokłe,  wszędzie  jedno  wielkie  bagno, płynąc zaoszczędzę wiele
  czasu.
       - Masz  szczęście,  właśnie  nie mam co robić i chętnie  dotrzymam ci
  towarzystwa w twoim spływie.
       Tego  właśnie wiedźmin się obawiał, Jaskier zawsze przyczepiał się do
  niego, niby rzep do psiego ogona, nastręczając masę kłopotów.
       - Jaskier,  ja  nie  potrzebuję  pomocników, przecież wiesz,  że taka
  wyprawa może być niebezpieczna. - powiedział.
       - Śmiesz wątpić w moją odwagę? - oburzył się poeta. - Pewnie nie masz
  jeszcze żadnego środka transportu?
       - Nie, ale...
       - Żadnych ale, znam człowieka który zajmuje się tymi sprawami. To mój
  stary  przyjaciel,  może spuści trochę z ceny. - na ustach Jaskra zagościł
  głupi uśmieszek.
       Wiedźmin,  który  rzeczywiście  nie miał jeszcze żadnej łódki, chcąc,
  nie chcąc, zgodził się na uciążliwe towarzystwo trubadura.
       - Sprawa  załatwiona. - powiedział rozpromieniony Jaskier. -  A teraz
  poszukajmy jakiejś innej karczmy, od tego gadania zaschło mi w gardle.


                                     I I

       Lin  Sumowąs był dumny z wspaniałej kanadyjki, którą właśnie skończył
  budować.  Zawsze  zastanawiał  się  nad  nazwą,  pochodzącą jakby z innego
  świata,  w  żadnym  dialekcie  bowiem  - ludzkim, czy nieludzkim, nie było
  takiego  słowa.  To  jednak  teraz  się  nie  liczyło.  Szkutnik podziwiał
  subtelne  kształty kanadyjki, wzorowane na łodziach elfów. Zrobiona była z
  warstwy  drewna,  pokrytej  smołą  i skórą jelenia. To była pierwsza łódź,
  której  Lin poświęcił tyle czasu. Usiadł, zagryzając grubą pajdę razowca i
  popijając  piwem.  Patrzył na dzieciaki, beztrosko pluskające się w wodzie
  tuż przy przystani.
       Nagle,  jedno  z  nich  krzyknęło  i  zniknęło  pod  wodą. Serce Lina
  zamarło.  Po chwili porwany chłopczyk wynurzył się niedaleko, przeraźliwie
  krzycząc  coś  o potworze. Szkutnik porwał stojącą obok siekierę i skoczył
  na  ratunek  chłopcu.  To  co  zobaczył  przeraziło  go  jeszcze bardziej.
  Trzymający  chłopca  stwór  miał  niesamowicie  długie  szczęki, z których
  wystawały  setki,  ostrych  jak  szpilka kłów, sponad szczęk spoglądało na
  niego  dwoje  wyłupiastych  oczu.  Lin  nie  wahając  się zdzielił potwora
  siekierą  prosto  między  wyłupiaste  ślepia.  Szczęki  trzymające chłopca
  rozwarły się, omdlałe dziecko popłynęło z prądem w dół rzeki. Stwór jednak
  szybko otrząsnął się po uderzeniu, które nawet nie drasnęło jego pancerza,
  rzucił się na Lina i w jednej chwili zmiażdżył trzymaną w rękach siekierę.
  Lin  już szykował się na śmierć od następnego uderzenia potwornych szczęk,
  gdy  wtem nadeszła niespodziewana pomoc. Mężczyzna z mieczem rzucił się do
  wody i błyskawicznym ruchem ciął potwora. Lin zauważył, że włosy mężczyzny
  były mlecznobiałe, to było wszystko co zapamiętał, po czym zemdlał.
       Obudził  się  leżąc  na  własnym łóżku, przy którym krzątała się jego
  żona,  przy  stole  siedziały  dzieci, zaś na fotelach pod ścianą lekarz i
  dwóch nieznajomych. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jeden z nich to
  trubadur  Jaskier,  którzy  grał  kiedyś  na  jego  weselu,  drugi  zaś to
  mężczyzna  z  mleczno  białymi  włosami,  który pomógł mu w rzece. Jedno z
  dzieci,   chłopiec,  brat  złapanego  przez  potwora,  widząc,  że  ojciec
  oprzytomniał rzucił się do niego i zaczął opowiadać.
       - Mówię  ci  tatu,  gdybyś  ty  to  widział,  ten  wiedźmin co to cię
  uratował, tak potwora zasiekł, że szkoda gadać. Jak skoczył ci na pomoc to
  maznął  mieczem  tego  stwora,  aż  się  tamten krwią zieloną zalał. A jak
  chciał  na wiedźmina skoczyć, ten wywinął piruet, aż miło i jeszcze raz go
  zdzielił,  wtedy  stwór zwisł na wodzie i przestał wierzgać. A Maćka tośmy
  sami wyciągnęli.
       - Leszko, nie mąć tacie w głowie. - zestrofowała chłopca matka. -  On
  spokoju potrzebuje, tak doktór radził.
       Trójka  mężczyzn  podeszła do łóżka, doktor zbadał Lina, i orzekł, że
  wszystko w porządku. Poszkodowany zaczął dziękować wiedźminowi za ratunek.
       - To  był  gżdacz,  miał  pan szczęście,  że byłem w pobliżu - odparł
  wiedźmin.
       - Byłeś  bardzo  dzielny,  Lin.  - pochwalił Jaskier. - Dzięki  tobie
  Maćko jeszcze dycha.
       - I to prawda.- poparł poetę Geralt.
       - Panie  szlachetny,  jak  ja  się  panu  odwdzięczę?  -  spytał  Lin
  wzruszony.
       - Jużeś  się  odwdzięczył,  żeś  dziecko  wyratował.  -  odpowiedział
  wiedźmin.
       - Właściwie, to możesz się nam odwdzięczyć, - wtrącił się  Jaskier, -
  zamierzamy płynąć w dół rzeki, a nie mamy łodzi.
       - Bierzcie tą, co przed chatą stoi, dopiero co zrobiona,  lepszej nie
  znajdziecie. - zaoferował Lin.
       - Wielceśmy  zobowiązani. - podziękował Jaskier i oboje  z wiedźminem
  ruszyli ku wyjściu.
       - Zostańcie choć na obiad. - poprosiła pani domu.
       - Właściwie, to musimy już ruszać... - oznajmił Geralt.
       - ...Ale z chęcią coś zjemy - dokończył jak zwykle głodny Jaskier.


                                    I I I

       Niziołek  Blibo  Schuttelmeier  obserwował  uważnie zanurzony w rzece
  spławik.  Wybrał  się  na ryby żeby odpocząć od swojego kramu z zabawkami,
  który  otwierał  co  dzień  o  tej  samej  porze.  Postanowił zrobić sobie
  wakacje.  Łowił  ryby od samego ranka, było już popołudnie lecz nie złowił
  ani  jednej.  Nagle spławik drgnął, zaczął się powoli zanurzać i wynurzać.
  Niziołek  popluł sobie na ręce i chwycił opartą o gałąź wędkę. ^Ä Teraz cię
  mam  !" - pomyślał. Spławik zataczał kółka na wodzie, ustawicznie znikając
  pod  wodą i pojawiając się na powierzchni. Po chwili całkowicie zniknął, a
  Blibo  poczuł  miły  ciężar na końcu żyłki. Zaciął z całej siły i ku swemu
  zdziwieniu usłyszał krzyk. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie był
  to  krzyk  rybi, właściwie wcale nie był to krzyk, tylko śpiew, dochodzący
  zza  zakrętu  rzeki.  Po  upływie  kilku sekund wyłoniła się stamtąd łódź.
  Siedziało  w  niej  dwóch jegomości, z których jeden wiosłował, drugi zaś,
  znajdujący  się  w  pozycji  horyzontalnej, śpiewał, przygrywając sobie na
  lutni.  Śpiewak  zaczął krzyczeć do niziołka, pytając o przebieg połowu. W
  tym  momencie  Blibo  przypomniał  sobie  o rybie, lecz było już za późno,
  spłoszona krzykiem zerwała się z haczyka i uciekła.

                                    * * *

       - Co  myślisz o wędkarzach, Geralt ? - spytał Jaskier. - Ten  ostatni
  był dość dziwny, zwymyślał mnie, jakbym mu matkę zabił, nie uważasz ?
       - Pewnie  spłoszyłeś  mu  rybę,  - stwierdził Geralt, - oni tego  nie
  lubią.
       - Nie  lubią,  nie  lubią,  -  żachnął  się poeta, - ale po co  zaraz
  wyzywać  od  ryczących  bawołów  i do tego mnie, sławnego Jaskra. Nie mają
  dziś szacunku dla sztuki i poetów.
       - Przestań  się  skarżyć  i  zacznij  wiosłować.  -  zdenerwował  się
  wiedźmin. - Musimy znaleźć jakieś dogodne miejsce na biwak. Nie zamierzasz
  chyba płynąć nocą ?
       - Nie, szczególnie po tej przygodzie z gdaczem, czy jak mu tam było.
       - Gżdaczem, to bardzo rzadki stwór, nie wiem, jak się tam znalazł,  z
  reguły występuje na bagnach. Ten szkutnik miał prawdziwe szczęście, bestia
  była niesamowicie szybka.
       Jaskier  zatrząsł się, nie wiadomo, z zimna, czy ze strachu, ale było
  dość  ciepło.  Płynęli  przez lesiste tereny, czasem korony drzew tworzyły
  nad  nimi  jakby  dach z milionów liści. Czuli, że przebywają w prawdziwym
  pałacu,  stworzonym przez przyrodę. Woda była nieco mętna, zapewne skażona
  ściekami z miasta, powoli jednak zaczynała się przeczyszczać.
       Wkrótce  znaleźli  dogodne  miejsce  do  biwakowania,  na  śródleśnej
  polance. Wyciągnęli łódź na brzeg i nazbierali drewna na ognisko. O dziwo,
  Jaskier  przy  okazji  znalazł  trochę  grzybów, wyciągnęli więc z tobołów
  patelnię,  przyrządzili  je  i  zjedli wespół z suszonym mięsem i chlebem,
  ofiarowanym  im  na  odchodnym przez żonę Lina Sumowąsa. Płomienie ogniska
  wesoło tańczyły na rozpalonym chruście.
       - Przydałaby się gorzałka. - powiedział smutno Jaskier.
       - Ano przydałaby się. - stwierdził smętnie Geralt.
       - Mogliśmy poprosić szkutnika. - kontynuował Jaskier.
       - Ano mogliśmy. - wtórował mu Geralt.
       - Wiesz  co,  Geralt, tak sobie myślę, że z drugiej strony,  tu wcale
  nie jest tak źle.
       - Ano nie jest.
       - Ty znowu z tym "ano", ano to, ano tamto. Powiedziałbyś coś mądrego.
       - Ano  powiedziałbym,  ino mi się nie chce. - zażartował  wiedźmin. -
  Zgaśmy  już  to  ognisko  i  chodźmy spać, jutro czeka nas ostra przeprawa
  przez bystrza.
       - Mnie tam bystrza nie straszne. - odpowiedział hardo poeta. - Pójdę,
  przyniosę  wody do gaszenia... - Ciszę przerwało przeciągłe wycie wilka. -
  ...może jednak ty przynieś, Geralt. Geralt ?
       Wiedźmin jednak spał już w najlepsze.
       - Aa, niech się pali, samo zgaśnie. - stwierdził Jaskier i ułożył się
  obok wiedźmina.


                                     I V

       W  bystrzu  zwanym  przez  elfy  Mael'strom,  co  znaczy  "wir", woda
  kotłowała  się niczym zupa w wielkim garnku. Płynąc po spadzistym terenie,
  rozbryzgiwała  się na głazach, którymi bystrze było usiane, na samym końcu
  tworząc  olbrzymi wir. Miejsce to było nadzwyczaj niedostępne, gdyż po obu
  stronach rzeki piętrzyły się potężne, granitowe skały.
       Jaskrowi  zrzedła  mina, gdy zobaczył zbliżające niczym kamienne kły,
  głazy  Mael'strom.  Wiedźmin,  trzymając  wiosło w pogotowiu, krzyknął, by
  poeta przygotował również swoje. Prąd niósł ich z niesamowitą siłą, prosto
  w  paszczę  Mael'strom,  w  paszczę Wiru. Kiedy wpłynęli w kamienny wąwóz,
  zaczęli  z  całych sił wiosłować do tyłu, starając się choć trochę zwolnić
  niesioną  prądem  kanadyjkę.  Gdy  zobaczyli  stojące  im na drodze głazy,
  wiedźmin  starając się przekrzyczeć szum wodospadu, wrzeszczał nieustannie
  do  Jaskra,  wskazując mu, w którą stronę ma wiosłować. Nieustannie czuli,
  jak  ukryte pod wodą głazy ocierały się o dno łódki. Każda inna, już dawno
  miałaby  przedziurawione dno, lecz budując tę łódź Lin Sumowąs wiedział co
  robi.  Nagle  tuż  przed  nimi  wyłonił  się potężny głaz. Jaskier stracił
  wszelką  nadzieję  na ratunek, lecz wiedźmin nakazał mu wiosłować z całych
  sił  w  jedną  ze  stron.  Sam, skontrował, wiosłując do tyłu z przeciwnej
  strony. Cudem wyszli z opresji, ale to nie był koniec. Teraz mknęli prosto
  w  środek wielkiego wiru. Wytężając wszystkie siły, nieustannie wynurzając
  i zanurzając pióra wioseł, przeszli tuż obok, lecz teraz płynęli prosto na
  granitową  ścianę.  Wiedźmin, próbował wiosłem odepchnąć się od niej, lecz
  wiosło  nie  wytrzymało  i  pękło jak zapałka. Błyskawicznie dobył miecza,
  wsadził  ostrze  w  jakąś  szczelinę, i odepchnął z całej siły. Udało się,
  jednak  miecz  na  zawsze pozostał w szczelinie skalnej wąwozu Mael'strom.
  Kiedy  opuścili  bystrze,  natychmiast  przybili do brzegu. Nogi każdego z
  nich były, jak z waty. Oboje legli w trawie.
       - Było blisko. - przerwał ciszę wiedźmin.
       - Ano było. - stwierdził dla odmiany Jaskier, dysząc niczym parowóz.
       - Będę  musiał  poszukać sobie innego miecza,  na szczęście został mi
  jeszcze srebrny.
       - Masz szczęście, żeś tam głowy nie zostawił.
       - Ano mam. - odpowiedział Geralt i oboje zaczęli się śmiać,  szczerym
  śmiechem wybawionych od śmierci.


                                      V

       Płynęli  już niecały tydzień. Rzeka stawała się coraz szersza i coraz
  łatwiej  się  nią płynęło. Napotykali jeszcze zawałki drzewne, przez które
  trzeba  było  łódkę  przenosić,  lecz  pojawiały  się  one coraz rzadziej.
  Największą zmorą nie było samo przenoszenie, lecz mrówki, które nadzwyczaj
  upodobały  sobie  przewrócone  drzewa,  robiąc  z  nich nadwodne mrowiska.
  Podczas   przenoszenia   łodzi,  kąsały  zawzięcie  w  bose  stopy  obydwu
  spływowiczów.
       - Psie krwie, kąsają jakby rok nic w rzuwaczkach nie miały. - oburzał
  się Jaskier.
       Nie  ruszało  to jednak "krwiożerczych" mrówek, które najspokojniej w
  świecie kontynuowały swój kąśliwy proceder.
       Przepływali  przez  drobne  osiedla ludzkie, było to zawsze okazją do
  zebrań   miejscowych   dzieci,   które   biegnąc  brzegiem  i  wykrzykując
  najróżniejsze  rzeczy, nie wyłączając obelg. Niewiasty, siedzące na brzegu
  zazwyczaj prały bieliznę lub czyściły ryby.
       - Zauważyłeś,  Geralt,  że ilekroć mijamy osiedle,  woda brudnieje? -
  zagadnął wiedźmina Jaskier.
       - Ludziska nie liczą się z przyrodą. - odpowiedział zagadnięty.
       - Gdyby  to  jaki  druid  zobaczył,  to by chyba zawału dostał,  albo
  wszystkich tych ludzi na tamten świat posłał.
       - Druidzi są pacyfistami, oni nie zabijają.
       - Pies  ich tam wie, takiego bzika na punkcie przyrody mają,  że może
  coś głupiego któremuś do głowy strzelić.
       Na  takich  rozmowach  upływał  im  czas.  Kiedy  zaś  nie gawędzili,
  podziwiali   wspaniałą,   nadrzeczną   przyrodę.   Majestatyczne   drzewa,
  kłaniające  im  się  koronami,  ptaki  buszujące w nadrzecznych szuwarach,
  obdarzające  ich  słodyczą  swojego  śpiewu  i  ryby  po  ruszające  się w
  krystalicznie czystej miejscami rzece.
       Nie  brakowało  też  komicznych  przygód.  Pewnego  razu  zbudził ich
  potworny  ryk.  Zerwali się chwytając, Geralt za miecz, Jaskier za lutnię,
  nie  mając  pojęcia  z jakim piekielnym stworem przyjdzie im się zmierzyć.
  Okazał  się  nim  być  podchmielony nieco chłop, któremu nie spodobali się
  obcy  na  jego ziemi, grożący kompanom widłami. Jednak widząc miecz szybko
  spuścił z tonu i ulotnił się, klnąc przy tym pod nosem.
       Tak upływały im beztroskie dni na rzece.


                                     V I

       - Nie  wypływaj  dziś  na połów. - prosiła Gerda swego  narzeczonego,
  Piotra. - Mam złe przeczucia.
       - Nie  martw  się,  Gerduś,  -  starał się ją uspokoić  Piotr, - dziś
  płynie z nami ten białowłosy wiedźmin, on poczwarę wytropi i zabije.
       - Nie ufaj za bardzo w jego siły, a co, jak potwór jego ukatrupi ?
       - Nie  ukatrupi,  on takie poczwary codzień wykańcza,  sama możesz go
  spytać.
       - Dobrze, ale bądź ostrożny.
       Piotr  wybiegł  z  chaty  i  pospieszył  do przystani. Kiedy przybył,
  wszystko  było  już  gotowe.  W  jednej  łodzi siedział wiedźmin, ze swoim
  przyjacielem,  grajkiem  Jaskrem,  który  poprzedniej  nocy  dał wspaniały
  występ  dla  rybackiej  gawiedzi.  Rybacy  wypłynęli  na morze, do którego
  wpływała rzeka.
       Był  wczesny  ranek.  Rybacy  zarzucali  sieci,  a  wiedźmin, uważnie
  obserwując morskie fale gawędził z Jaskrem.
       - Jak myślisz, co tu siedzi ? - spytał jaskier.
       - Pies wie, może być wszystko, od przerośniętego rekina, po morskiego
  smoka. - odpowiedział Geralt.
       W  tym  momencie na jednej z łodzi podniósł się krzyk. Geralt nakazał
  rybakowi płynąć tam.
       - Panie, - powiedział jeden z rybaków, - to tu jest,  o dno łodzi nam
  się łobtarło.
       - Wyjść z łodzi, przejdźcie do naszej, - zakomenderował wiedźmin.
       Sam  przeszedł  do  pustej  już  łodzi. Wtem drewniane dno pękło, a z
  dziury wyłoniła się głowa osadzona na długiej szyi.
       - Wąż  morski.  -  stwierdził  Geralt,  dobył  miecza i ciął w  szyję
  stwora. Miecz ześlizn[A1]ął się po twardej łusce gada, a ten uderzył łbem,
  wytrącając wiedźmina z równowagi. Upadł on na dno łodzi i zaklął głośno. W
  tym  momencie  jeden  z  rybaków  chwycił  harpun  i  rzucił nim w stwora,
  trafiając  w  środek  paszczy.  Rozsierdziło  to stwora, który zostawiając
  Geralta,  porwał za ramię nieszczęsnego rybaka. Był to Piotr. Na szczęście
  wiedźmin  był  już  na  nogach,  wziął  potężny zamach i odrąbał potworowi
  głowę,  z  kawałem szyi. Szczęki, zatrzaśnięte na ramieniu rybaka zwolniły
  chwyt. To był koniec.

                                    * * *

       - Dzięki, za uratowanie mego przyszłego męża. - powiedziała Gerda  do
  Geralta.
       - Podziękuj mu za uratowanie mnie. - odrzekł wiedźmin.
       Dziewczyna ucałowała Geralta i zaraz potem Piotra.
       - Będzie z nich dobra para. - wzruszył się Jaskier.
       - Ano będzie. - opowiedzieli chórem i znów zaczęli się śmiać.




                                  Od autora
       Łaskawco,  który  to czytasz. Tekst, może trochę za bardzo przypomina
  mistrza  Sapka, ale o to mi chodziło. Przepraszam za ewentualne powielenie
  niektórych   zdań   oraz  ewentualne  błędy,  zapewniam,  że  zrobiłem  to
  nieświadomie. Jeśli ci się spodoba wyryj coś pod adres (nie mam dostępu do
  internetu, proszę o kawał papira :)

                                    Marcin Myszka ul. B. Malinowskiego 5a\13
                                                                87-100 Toruń


[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
-----------=====-----------
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl