"Dużo wody" by Marcin "Akira" Myszka
[WODA.TXT]
I
Strugi deszczu, niczym łzy szarego nieba pogrążonego w wiecznym
smutku, uderzały w twarde, kamienne ulice, znaczone szlakami śpieszących
się ludzi. Mieszkańców miasta, próbujących uciec do swych ciepłych domów,
odciąć się od pogody przypominającej im ich własny smutek.
Tylko jeden człowiek, spośród setek, szedł wolno, niewzruszony
tysiącami kropel zmieniającymi jego płaszcz w coś przypominającego błoto,
tak, jakby zdążał donikąd. Przemierzał potoki wody, która już dawno
wyrwała się z ram przepełnionych kałuż.
Zdawał się nie zauważać przechodniów, którzy w swym pośpiechu raz po
raz potrącali go, nie słyszeć rzucanych przez nich krótkich, surowych
przeprosin. Stojący na progu jednego z domów, przemoczony kot na
nastroszył się na jego widok i pierzchnął w ciemny korytarz. Mężczyzna
skierował się do karczmy. Nazwa ^ÄPod baranim łbem" doskonale pasowała, w
szczególności do jej właściciela Ferdyego Buckla, który nie był zbyt
biegły, jeśli chodziło o myślenie. Zwłaszcza zaś o wydawanie reszty.
Potrafił wydać prócz należnego, jeszcze całą zapłaconą kwotę, a że bywalcy
karczmy nie należeli do najuczciwszych interes ten często przynosił
deficyt.
Kiedy tylko drzwi karczmy otworzyły się, wszystkie oczy zwróciły się
na nowo przybyłego. Nie zainteresował on najwyraźniej gawiedzi, gdyż po
chwili wszyscy powrócili do przerwanych czynności, nie wyłączając kłótni i
nielicznych bójek. Mężczyzna zamówił piwo i stek, po czym zaszył się w
najciemniejszym kącie. Nagle, jego uszu dobiegł znajomy głos, nucący
właśnie jedną z pretensjonalnych, delikatnie mówiąc, piosenek, spotykanych
na ogół w karczmach. Przerywany licznymi krzykami i śmiechami, a także
oklaskami występ dawał właśnie słynny na całe królestwo trubadur Jaskier.
Ni stąd, ni zowąd przerwał mu gruby głos, dochodzący z jednego z bocznych
stolików:
- Jak śmiesz, nędzny kundlu, wyśpiewywać tak plugawe rzeczy przy
mojej żonie ! - krzyczącym okazał się tęgi jegomość, odziany w zbroję,
spożywający właśnie dość pokaźną wieczerzę, mocno zakrapianą winem. Przy
jego boku siedziała nieco podchmielona niewiasta. Poeta, słysząc obelgę,
nie zawahał się odpowiedzieć.
- Tak śmiem, żem jest trubadur, do tego sławny imć Jaskier i nikt mi
nie zabroni. - w jego głosie również można było wyczuć solidne
przedawkowanie napojów wyskokowych.
- Ja zabronię ! - ryknął czerwony ze zdenerwowania jegomość w zbroi.
Jaskier, udając, że nie słyszy zaczął ze zdwojoną siłą śpiewać kolejną
zwrotkę wcześniej rozpoczętej pieśni. To rozsierdziło przeciwnika
plugawych piosenek, który łapiąc drewniany stołek, który mu się właśnie
nawinął, skoczył na jaskra z okrzykiem:
- Ja z waści kotlety mielone zrobię !
- To mi przypomina, żem od tego śpiewania tęgo zgłodniał. - odparł
Jaskier bezczelnie. - Szynkarzu, wrzuć cosik na ruszt !
Tego już było za wiele dla obrońcy niewinnych niewiast, rzucił on
stołkiem w poetę, który odsuwając się potrącił jakiegoś pijanego chłopa,
który z kolei upadł, prosto w talerz z zupą kostropatego zbira. Po chwili
cała karczma stała się teatrem wojennym. Poszły w ruch dzbanki, stołki,
talerze, a nawet stoły. Nikt nie patrzył, czy wróg, czy przyjaciel, tylko
lał, gdzie popadło.
Siedzący w kacie mężczyzna miał już tego dość. Wstał, z niesamowitą
szybkością dobył miecza i ryknął:
- Jeśli mi tu zaraz nie będzie spokoju, nie zawaham się go użyć, a
zapewniam, jest ostry jak brzytwa ! - to mówiąc wskazał na swój oręż.
Ludziska stanęli jak wryci, niektórzy trzymali jeszcze w rękach
różnorakie sprzęty gospodarstwa domowego, mające posłużyć jako narzędzia
do pacyfikacji, inni na czele z szynkarzem kryli się pod stołami.
- Widzieliśta, jak szybko miecza dobył ? - zapytał ktoś.
- Ani chybi, wiedźmin. - odpowiedział ktoś inny.
Podchmielona niewiasta, siedząca przy sprawcy zamieszania, krzyknęła
i zemdlała, nikt nie ruszył się, by jej pomóc. Ktoś inny miał rację,
mężczyzna był wiedźminem i nazywał się Geralt z Rivii. Geralt właśnie
przeklinał w myśli swój pomysł z uciszeniem bójki. Nie lubił rozgłosu, a
właśnie go sobie zapewnił.
- Pomóżcie kobiecie, - powiedział - a ty Jaskier chodź ze mną.
Jaskier, wybawiony z rąk duszącego go tęgiego jegomościa w zbroi, nie dał
się prosić drugi raz i za chwilę obaj byli kilka przecznic od karczmy.
Geralt, zdenerwowany całym zdarzeniem milczał. Jaskier zaś nadrabiał miną
i starał się przekonać wiedźmina, że właśnie miał zamiar przetrzepać skórę
atakującemu go zbirowi.
- Gdyby nie ty, marny byłby jego los, - mówił - jeszcze teraz ręce
mnie świerzbią, żeby mu przylać w tę parszywą gębę.
- Jaskier, co ty pieprzysz ? - warknął wiedźmin.- A jego ręce na
twojej szyi, to niby gest poddania ? Dlaczego ty zawsze musisz się
wpakować w jakieś gówno ?
- No dobrze już, dobrze, ale, jako renomowany trubadur, musiałem
stanąć w obronie poezji.
- Znalazł się, bohater. Pasujesz ty do tej swojej poezji, nie ma co,
tylko sprośności ci w głowie.
- Sprośności, nie sprośności, ale to zawsze poezja. Nie mogę bez
przerwy opiewać bohaterskich czynów szlachetnych rycerzy. To jest dobre na
dwory królewskie, ale nie do karczmy. Poza tym, nie ma się nad czym
rozwodzić, lepiej powiedz, co ty tutaj robisz ?
- W dole rzeki coś zabija rybaków, dają wysoką nagrodę. Mam zamiar
popłynąć tam kajakiem, lub czymś w tym rodzaju. Po ostatnich deszczach
drogi zamokłe, wszędzie jedno wielkie bagno, płynąc zaoszczędzę wiele
czasu.
- Masz szczęście, właśnie nie mam co robić i chętnie dotrzymam ci
towarzystwa w twoim spływie.
Tego właśnie wiedźmin się obawiał, Jaskier zawsze przyczepiał się do
niego, niby rzep do psiego ogona, nastręczając masę kłopotów.
- Jaskier, ja nie potrzebuję pomocników, przecież wiesz, że taka
wyprawa może być niebezpieczna. - powiedział.
- Śmiesz wątpić w moją odwagę? - oburzył się poeta. - Pewnie nie masz
jeszcze żadnego środka transportu?
- Nie, ale...
- Żadnych ale, znam człowieka który zajmuje się tymi sprawami. To mój
stary przyjaciel, może spuści trochę z ceny. - na ustach Jaskra zagościł
głupi uśmieszek.
Wiedźmin, który rzeczywiście nie miał jeszcze żadnej łódki, chcąc,
nie chcąc, zgodził się na uciążliwe towarzystwo trubadura.
- Sprawa załatwiona. - powiedział rozpromieniony Jaskier. - A teraz
poszukajmy jakiejś innej karczmy, od tego gadania zaschło mi w gardle.
I I
Lin Sumowąs był dumny z wspaniałej kanadyjki, którą właśnie skończył
budować. Zawsze zastanawiał się nad nazwą, pochodzącą jakby z innego
świata, w żadnym dialekcie bowiem - ludzkim, czy nieludzkim, nie było
takiego słowa. To jednak teraz się nie liczyło. Szkutnik podziwiał
subtelne kształty kanadyjki, wzorowane na łodziach elfów. Zrobiona była z
warstwy drewna, pokrytej smołą i skórą jelenia. To była pierwsza łódź,
której Lin poświęcił tyle czasu. Usiadł, zagryzając grubą pajdę razowca i
popijając piwem. Patrzył na dzieciaki, beztrosko pluskające się w wodzie
tuż przy przystani.
Nagle, jedno z nich krzyknęło i zniknęło pod wodą. Serce Lina
zamarło. Po chwili porwany chłopczyk wynurzył się niedaleko, przeraźliwie
krzycząc coś o potworze. Szkutnik porwał stojącą obok siekierę i skoczył
na ratunek chłopcu. To co zobaczył przeraziło go jeszcze bardziej.
Trzymający chłopca stwór miał niesamowicie długie szczęki, z których
wystawały setki, ostrych jak szpilka kłów, sponad szczęk spoglądało na
niego dwoje wyłupiastych oczu. Lin nie wahając się zdzielił potwora
siekierą prosto między wyłupiaste ślepia. Szczęki trzymające chłopca
rozwarły się, omdlałe dziecko popłynęło z prądem w dół rzeki. Stwór jednak
szybko otrząsnął się po uderzeniu, które nawet nie drasnęło jego pancerza,
rzucił się na Lina i w jednej chwili zmiażdżył trzymaną w rękach siekierę.
Lin już szykował się na śmierć od następnego uderzenia potwornych szczęk,
gdy wtem nadeszła niespodziewana pomoc. Mężczyzna z mieczem rzucił się do
wody i błyskawicznym ruchem ciął potwora. Lin zauważył, że włosy mężczyzny
były mlecznobiałe, to było wszystko co zapamiętał, po czym zemdlał.
Obudził się leżąc na własnym łóżku, przy którym krzątała się jego
żona, przy stole siedziały dzieci, zaś na fotelach pod ścianą lekarz i
dwóch nieznajomych. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że jeden z nich to
trubadur Jaskier, którzy grał kiedyś na jego weselu, drugi zaś to
mężczyzna z mleczno białymi włosami, który pomógł mu w rzece. Jedno z
dzieci, chłopiec, brat złapanego przez potwora, widząc, że ojciec
oprzytomniał rzucił się do niego i zaczął opowiadać.
- Mówię ci tatu, gdybyś ty to widział, ten wiedźmin co to cię
uratował, tak potwora zasiekł, że szkoda gadać. Jak skoczył ci na pomoc to
maznął mieczem tego stwora, aż się tamten krwią zieloną zalał. A jak
chciał na wiedźmina skoczyć, ten wywinął piruet, aż miło i jeszcze raz go
zdzielił, wtedy stwór zwisł na wodzie i przestał wierzgać. A Maćka tośmy
sami wyciągnęli.
- Leszko, nie mąć tacie w głowie. - zestrofowała chłopca matka. - On
spokoju potrzebuje, tak doktór radził.
Trójka mężczyzn podeszła do łóżka, doktor zbadał Lina, i orzekł, że
wszystko w porządku. Poszkodowany zaczął dziękować wiedźminowi za ratunek.
- To był gżdacz, miał pan szczęście, że byłem w pobliżu - odparł
wiedźmin.
- Byłeś bardzo dzielny, Lin. - pochwalił Jaskier. - Dzięki tobie
Maćko jeszcze dycha.
- I to prawda.- poparł poetę Geralt.
- Panie szlachetny, jak ja się panu odwdzięczę? - spytał Lin
wzruszony.
- Jużeś się odwdzięczył, żeś dziecko wyratował. - odpowiedział
wiedźmin.
- Właściwie, to możesz się nam odwdzięczyć, - wtrącił się Jaskier, -
zamierzamy płynąć w dół rzeki, a nie mamy łodzi.
- Bierzcie tą, co przed chatą stoi, dopiero co zrobiona, lepszej nie
znajdziecie. - zaoferował Lin.
- Wielceśmy zobowiązani. - podziękował Jaskier i oboje z wiedźminem
ruszyli ku wyjściu.
- Zostańcie choć na obiad. - poprosiła pani domu.
- Właściwie, to musimy już ruszać... - oznajmił Geralt.
- ...Ale z chęcią coś zjemy - dokończył jak zwykle głodny Jaskier.
I I I
Niziołek Blibo Schuttelmeier obserwował uważnie zanurzony w rzece
spławik. Wybrał się na ryby żeby odpocząć od swojego kramu z zabawkami,
który otwierał co dzień o tej samej porze. Postanowił zrobić sobie
wakacje. Łowił ryby od samego ranka, było już popołudnie lecz nie złowił
ani jednej. Nagle spławik drgnął, zaczął się powoli zanurzać i wynurzać.
Niziołek popluł sobie na ręce i chwycił opartą o gałąź wędkę. ^Ä Teraz cię
mam !" - pomyślał. Spławik zataczał kółka na wodzie, ustawicznie znikając
pod wodą i pojawiając się na powierzchni. Po chwili całkowicie zniknął, a
Blibo poczuł miły ciężar na końcu żyłki. Zaciął z całej siły i ku swemu
zdziwieniu usłyszał krzyk. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie był
to krzyk rybi, właściwie wcale nie był to krzyk, tylko śpiew, dochodzący
zza zakrętu rzeki. Po upływie kilku sekund wyłoniła się stamtąd łódź.
Siedziało w niej dwóch jegomości, z których jeden wiosłował, drugi zaś,
znajdujący się w pozycji horyzontalnej, śpiewał, przygrywając sobie na
lutni. Śpiewak zaczął krzyczeć do niziołka, pytając o przebieg połowu. W
tym momencie Blibo przypomniał sobie o rybie, lecz było już za późno,
spłoszona krzykiem zerwała się z haczyka i uciekła.
* * *
- Co myślisz o wędkarzach, Geralt ? - spytał Jaskier. - Ten ostatni
był dość dziwny, zwymyślał mnie, jakbym mu matkę zabił, nie uważasz ?
- Pewnie spłoszyłeś mu rybę, - stwierdził Geralt, - oni tego nie
lubią.
- Nie lubią, nie lubią, - żachnął się poeta, - ale po co zaraz
wyzywać od ryczących bawołów i do tego mnie, sławnego Jaskra. Nie mają
dziś szacunku dla sztuki i poetów.
- Przestań się skarżyć i zacznij wiosłować. - zdenerwował się
wiedźmin. - Musimy znaleźć jakieś dogodne miejsce na biwak. Nie zamierzasz
chyba płynąć nocą ?
- Nie, szczególnie po tej przygodzie z gdaczem, czy jak mu tam było.
- Gżdaczem, to bardzo rzadki stwór, nie wiem, jak się tam znalazł, z
reguły występuje na bagnach. Ten szkutnik miał prawdziwe szczęście, bestia
była niesamowicie szybka.
Jaskier zatrząsł się, nie wiadomo, z zimna, czy ze strachu, ale było
dość ciepło. Płynęli przez lesiste tereny, czasem korony drzew tworzyły
nad nimi jakby dach z milionów liści. Czuli, że przebywają w prawdziwym
pałacu, stworzonym przez przyrodę. Woda była nieco mętna, zapewne skażona
ściekami z miasta, powoli jednak zaczynała się przeczyszczać.
Wkrótce znaleźli dogodne miejsce do biwakowania, na śródleśnej
polance. Wyciągnęli łódź na brzeg i nazbierali drewna na ognisko. O dziwo,
Jaskier przy okazji znalazł trochę grzybów, wyciągnęli więc z tobołów
patelnię, przyrządzili je i zjedli wespół z suszonym mięsem i chlebem,
ofiarowanym im na odchodnym przez żonę Lina Sumowąsa. Płomienie ogniska
wesoło tańczyły na rozpalonym chruście.
- Przydałaby się gorzałka. - powiedział smutno Jaskier.
- Ano przydałaby się. - stwierdził smętnie Geralt.
- Mogliśmy poprosić szkutnika. - kontynuował Jaskier.
- Ano mogliśmy. - wtórował mu Geralt.
- Wiesz co, Geralt, tak sobie myślę, że z drugiej strony, tu wcale
nie jest tak źle.
- Ano nie jest.
- Ty znowu z tym "ano", ano to, ano tamto. Powiedziałbyś coś mądrego.
- Ano powiedziałbym, ino mi się nie chce. - zażartował wiedźmin. -
Zgaśmy już to ognisko i chodźmy spać, jutro czeka nas ostra przeprawa
przez bystrza.
- Mnie tam bystrza nie straszne. - odpowiedział hardo poeta. - Pójdę,
przyniosę wody do gaszenia... - Ciszę przerwało przeciągłe wycie wilka. -
...może jednak ty przynieś, Geralt. Geralt ?
Wiedźmin jednak spał już w najlepsze.
- Aa, niech się pali, samo zgaśnie. - stwierdził Jaskier i ułożył się
obok wiedźmina.
I V
W bystrzu zwanym przez elfy Mael'strom, co znaczy "wir", woda
kotłowała się niczym zupa w wielkim garnku. Płynąc po spadzistym terenie,
rozbryzgiwała się na głazach, którymi bystrze było usiane, na samym końcu
tworząc olbrzymi wir. Miejsce to było nadzwyczaj niedostępne, gdyż po obu
stronach rzeki piętrzyły się potężne, granitowe skały.
Jaskrowi zrzedła mina, gdy zobaczył zbliżające niczym kamienne kły,
głazy Mael'strom. Wiedźmin, trzymając wiosło w pogotowiu, krzyknął, by
poeta przygotował również swoje. Prąd niósł ich z niesamowitą siłą, prosto
w paszczę Mael'strom, w paszczę Wiru. Kiedy wpłynęli w kamienny wąwóz,
zaczęli z całych sił wiosłować do tyłu, starając się choć trochę zwolnić
niesioną prądem kanadyjkę. Gdy zobaczyli stojące im na drodze głazy,
wiedźmin starając się przekrzyczeć szum wodospadu, wrzeszczał nieustannie
do Jaskra, wskazując mu, w którą stronę ma wiosłować. Nieustannie czuli,
jak ukryte pod wodą głazy ocierały się o dno łódki. Każda inna, już dawno
miałaby przedziurawione dno, lecz budując tę łódź Lin Sumowąs wiedział co
robi. Nagle tuż przed nimi wyłonił się potężny głaz. Jaskier stracił
wszelką nadzieję na ratunek, lecz wiedźmin nakazał mu wiosłować z całych
sił w jedną ze stron. Sam, skontrował, wiosłując do tyłu z przeciwnej
strony. Cudem wyszli z opresji, ale to nie był koniec. Teraz mknęli prosto
w środek wielkiego wiru. Wytężając wszystkie siły, nieustannie wynurzając
i zanurzając pióra wioseł, przeszli tuż obok, lecz teraz płynęli prosto na
granitową ścianę. Wiedźmin, próbował wiosłem odepchnąć się od niej, lecz
wiosło nie wytrzymało i pękło jak zapałka. Błyskawicznie dobył miecza,
wsadził ostrze w jakąś szczelinę, i odepchnął z całej siły. Udało się,
jednak miecz na zawsze pozostał w szczelinie skalnej wąwozu Mael'strom.
Kiedy opuścili bystrze, natychmiast przybili do brzegu. Nogi każdego z
nich były, jak z waty. Oboje legli w trawie.
- Było blisko. - przerwał ciszę wiedźmin.
- Ano było. - stwierdził dla odmiany Jaskier, dysząc niczym parowóz.
- Będę musiał poszukać sobie innego miecza, na szczęście został mi
jeszcze srebrny.
- Masz szczęście, żeś tam głowy nie zostawił.
- Ano mam. - odpowiedział Geralt i oboje zaczęli się śmiać, szczerym
śmiechem wybawionych od śmierci.
V
Płynęli już niecały tydzień. Rzeka stawała się coraz szersza i coraz
łatwiej się nią płynęło. Napotykali jeszcze zawałki drzewne, przez które
trzeba było łódkę przenosić, lecz pojawiały się one coraz rzadziej.
Największą zmorą nie było samo przenoszenie, lecz mrówki, które nadzwyczaj
upodobały sobie przewrócone drzewa, robiąc z nich nadwodne mrowiska.
Podczas przenoszenia łodzi, kąsały zawzięcie w bose stopy obydwu
spływowiczów.
- Psie krwie, kąsają jakby rok nic w rzuwaczkach nie miały. - oburzał
się Jaskier.
Nie ruszało to jednak "krwiożerczych" mrówek, które najspokojniej w
świecie kontynuowały swój kąśliwy proceder.
Przepływali przez drobne osiedla ludzkie, było to zawsze okazją do
zebrań miejscowych dzieci, które biegnąc brzegiem i wykrzykując
najróżniejsze rzeczy, nie wyłączając obelg. Niewiasty, siedzące na brzegu
zazwyczaj prały bieliznę lub czyściły ryby.
- Zauważyłeś, Geralt, że ilekroć mijamy osiedle, woda brudnieje? -
zagadnął wiedźmina Jaskier.
- Ludziska nie liczą się z przyrodą. - odpowiedział zagadnięty.
- Gdyby to jaki druid zobaczył, to by chyba zawału dostał, albo
wszystkich tych ludzi na tamten świat posłał.
- Druidzi są pacyfistami, oni nie zabijają.
- Pies ich tam wie, takiego bzika na punkcie przyrody mają, że może
coś głupiego któremuś do głowy strzelić.
Na takich rozmowach upływał im czas. Kiedy zaś nie gawędzili,
podziwiali wspaniałą, nadrzeczną przyrodę. Majestatyczne drzewa,
kłaniające im się koronami, ptaki buszujące w nadrzecznych szuwarach,
obdarzające ich słodyczą swojego śpiewu i ryby po ruszające się w
krystalicznie czystej miejscami rzece.
Nie brakowało też komicznych przygód. Pewnego razu zbudził ich
potworny ryk. Zerwali się chwytając, Geralt za miecz, Jaskier za lutnię,
nie mając pojęcia z jakim piekielnym stworem przyjdzie im się zmierzyć.
Okazał się nim być podchmielony nieco chłop, któremu nie spodobali się
obcy na jego ziemi, grożący kompanom widłami. Jednak widząc miecz szybko
spuścił z tonu i ulotnił się, klnąc przy tym pod nosem.
Tak upływały im beztroskie dni na rzece.
V I
- Nie wypływaj dziś na połów. - prosiła Gerda swego narzeczonego,
Piotra. - Mam złe przeczucia.
- Nie martw się, Gerduś, - starał się ją uspokoić Piotr, - dziś
płynie z nami ten białowłosy wiedźmin, on poczwarę wytropi i zabije.
- Nie ufaj za bardzo w jego siły, a co, jak potwór jego ukatrupi ?
- Nie ukatrupi, on takie poczwary codzień wykańcza, sama możesz go
spytać.
- Dobrze, ale bądź ostrożny.
Piotr wybiegł z chaty i pospieszył do przystani. Kiedy przybył,
wszystko było już gotowe. W jednej łodzi siedział wiedźmin, ze swoim
przyjacielem, grajkiem Jaskrem, który poprzedniej nocy dał wspaniały
występ dla rybackiej gawiedzi. Rybacy wypłynęli na morze, do którego
wpływała rzeka.
Był wczesny ranek. Rybacy zarzucali sieci, a wiedźmin, uważnie
obserwując morskie fale gawędził z Jaskrem.
- Jak myślisz, co tu siedzi ? - spytał jaskier.
- Pies wie, może być wszystko, od przerośniętego rekina, po morskiego
smoka. - odpowiedział Geralt.
W tym momencie na jednej z łodzi podniósł się krzyk. Geralt nakazał
rybakowi płynąć tam.
- Panie, - powiedział jeden z rybaków, - to tu jest, o dno łodzi nam
się łobtarło.
- Wyjść z łodzi, przejdźcie do naszej, - zakomenderował wiedźmin.
Sam przeszedł do pustej już łodzi. Wtem drewniane dno pękło, a z
dziury wyłoniła się głowa osadzona na długiej szyi.
- Wąż morski. - stwierdził Geralt, dobył miecza i ciął w szyję
stwora. Miecz ześlizn[A1]ął się po twardej łusce gada, a ten uderzył łbem,
wytrącając wiedźmina z równowagi. Upadł on na dno łodzi i zaklął głośno. W
tym momencie jeden z rybaków chwycił harpun i rzucił nim w stwora,
trafiając w środek paszczy. Rozsierdziło to stwora, który zostawiając
Geralta, porwał za ramię nieszczęsnego rybaka. Był to Piotr. Na szczęście
wiedźmin był już na nogach, wziął potężny zamach i odrąbał potworowi
głowę, z kawałem szyi. Szczęki, zatrzaśnięte na ramieniu rybaka zwolniły
chwyt. To był koniec.
* * *
- Dzięki, za uratowanie mego przyszłego męża. - powiedziała Gerda do
Geralta.
- Podziękuj mu za uratowanie mnie. - odrzekł wiedźmin.
Dziewczyna ucałowała Geralta i zaraz potem Piotra.
- Będzie z nich dobra para. - wzruszył się Jaskier.
- Ano będzie. - opowiedzieli chórem i znów zaczęli się śmiać.
Od autora
Łaskawco, który to czytasz. Tekst, może trochę za bardzo przypomina
mistrza Sapka, ale o to mi chodziło. Przepraszam za ewentualne powielenie
niektórych zdań oraz ewentualne błędy, zapewniam, że zrobiłem to
nieświadomie. Jeśli ci się spodoba wyryj coś pod adres (nie mam dostępu do
internetu, proszę o kawał papira :)
Marcin Myszka ul. B. Malinowskiego 5a\13
87-100 Toruń
|
[ BEZ POLSKICH ZNAKÓW ]
© '97 by John MacKanacKy (aka Jacek Suliga)
mkk@sapkowski.fantasy.art.pl